TŁUMACZENIE ZA ZGODĄ AUTORKI.

BETA: KACZALKA


ROZDZIAŁ CZWARTY:
Zaraza

„Jeśli istnieje jakiś nowy początek
Czy jeszcze na czymś mi zależy?
Ten prosty plan został zniszczony
Ten czas, który jest nam dany
Potrzebowałem poparcia i miłości
Jednak sięgnąłem po dłoń nienawiści
By znów mnie uratowała
By znów mnie rozbiła

Zniszcz to, co widzisz
Wytatuuj rzeczywistość, zmień wszystko
Ocal dla mnie świat…"
(Sevendust, „Disease")

Lucjusz nie lubił się śmiać, ale słuchał śmiechu Ginny. Nie lubił tańczyć, lecz oglądał jej taniec. Lubił, gdy miała na sobie jedwab, satynę, aksamit, lubił obserwować jej lśniące włosy, gdy rozpuszczała je i pozwalała im żyć własnym życiem. Lubił karmić ją czymś, czego nigdy wcześniej nie jadła, lubił, gdy jej oczy rozszerzały się, kiedy robił z nią rzeczy, których nigdy wcześniej na niej nie próbował, kiedy zabierał do miejsc, o których jeszcze niedawno nawet nie marzyła. Lubił nazywać ją swym pączuszkiem i kwiatuszkiem, swoim zwierzątkiem. Powiedział, że smakuje jak wanilia, najczystszy ze smaków.
Całował ją i za każdym razem, gdy to robił, Ginny zamykała oczy i całkowicie zapominała o swoim dawnym życiu, zapominała o nędzy i samotności i o tym, jak desperacko pragnęła być zauważona i dotknięta, ceniona i wielbiona, ale nikt na świecie nie chciał spełnić jej pragnienia. Aż do Lucjusza. Całował ją, a ona zamykała oczy. Za każdym razem…

Pocałował ją, a ona krzyknęła. Otworzyła oczy i oczy Rona również się otworzyły. Byli tak blisko, tacy podobni i myślała, że przygląda się własnemu lustrzanemu odbiciu. Zamrugał, ona nie. Iluzja roztrzaskała się, a po ciele Ginny przebiegł dreszcz.
— Och, Boże — wyszeptał Ron. Usta wprawione w ruch przez słowa poruszyły się na jej wargach, więc odsunęła się tak szybko, jak tylko mogła. — Och, Boże, Ginny, nie chciałem cię przestraszyć… Ja tylko… Przepraszam, ja nie… Chciałem szepnąć ci coś do ucha.
Czy mu uwierzyła? Gdy kłamał, jego uszy stawały się czerwone, a teraz płonęła mu cała twarz. Wpatrywała się w niego, zszokowana. Czuła, jak mrowią ją usta i nie potrafiła stwierdzić, czy powodem tego było wspomnienie, czy wargi Rona.
— W porządku — powiedziała słabo, akceptując jego wymówkę. Wyglądał tak, jakby z serca spadł mu ogromny kamień.
— Naprawdę nie chciałem — powtórzył błagalnym tonem.
— Rozumiem.
Spełzł z łóżka i wycofał się w stronę drzwi. Ginny ostrożnie osunęła się na poduszkę i okryła kołdrą aż po podbródek.
— G-ginny? — Zamknęła oczy i nie odpowiedziała, ponieważ wiedziała instynktownie, że nie chce usłyszeć, co ma jej do powiedzenia. — Smakujesz jak wanilia.
Chciała umrzeć.


Harry obudził się nagle i gwałtownie wciągnął powietrze. Śnił najdziwniejszy sen w swoim życiu.
Malfoy leżał odwrócony do niego plecami, zwinięty w ciasny kłębek, tak, jak zawsze spał, a Harry z dziwaczną intensywnością wpatrywał się w punkt, gdzie jego szyja spotykała ramię. I przypomniał sobie swój sen oraz to, dlaczego patrzenie na Malfoya w ten sposób tak bardzo go niepokoiło.
Potem jednak przypomniał sobie, co tak naprawdę go niepokoiło i to, że jego sen nie był snem. Wzdrygnął się i usiadł, wydobywając z siebie cichy jęk.
Nie pocałowali się, nigdy by się nie pocałowali i ktoś, kto kiedykolwiek próbował powiedzieć inaczej, był szalony, tak samo szalony, jak Pansy, kiedy zasugerowała, że mógłby pokochać Draco Malfoya, który walczył po ciemnej stronie, zabił przyjaciół Harry'ego, pracował dla człowieka, który zamordował jego rodziców.
Ale ten Malfoy nie robił takich rzeczy. On nawet nie był w stanie wstać z łóżka albo wypowiedzieć więcej niż jednego zdania. Ten Malfoy miał skórę cienką niczym papier, powieki tak ciemne jak siniaki, a usta suche i popękane.
Harry nie mógł pocałować kogoś, kto zabijał i tak bezmyślnie poprzysiągł swą lojalność, ale być może mógł pocałować Malfoya, który pozwalał mu się dotykać, tulić, szeptać do ucha. Malfoya, który go potrzebował. Wcześniej inni ludzie również potrzebowali Harry'ego, ale były to sprawy bardziej skomplikowane niż odpędzanie złych snów i osobistych demonów. Potrzebowali go do wybawienia, przywództwa, nadziei. Nadziei, która była zbyt delikatna, by podtrzymywał ją ktoś, kto spędził jedenaście lat w komórce pod schodami. Ale dotyk i ucieczka od koszmarów? Mógł to zaoferować. Nawet Malfoyowi, który był wszystkim, czego Harry powinien nienawidzić. Wszystkim, czego nienawidził.
Malfoy odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął sennie. Nie był jeszcze przebudzony, nie warczał i nie krzywił się. Ten słodki, nieznaczny uśmiech niemal doprowadził Harry'ego do własnej zguby. Mógłby pokochać kogoś, kto potrzebował go jak Malfoy, kogoś, kto tak się do niego uśmiechał.
Harry wstrzymywał oddech, dopóki Draco ponownie nie zatonął we śnie, a potem wyczołgał się z łóżka, ubrał i czym prędzej opuścił sypialnię.
Pansy siedziała w kuchni i, gdy tylko wszedł, posłała mu przez ramię lodowate spojrzenie, a potem zabrała się za przeszukiwanie kolejnych szafek.
— Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha — powiedziała.
— To twoja wina — wyrzucił z siebie Harry. — Potęga sugestii, to wszystko.
Usmiechnęła się kąśliwie.
— Jesteś pewien? — Nie musiała nawet pytać, o czym mówił.
— Tak, jestem pewien!
Zamykając drzwiczki szafki, Pansy wzruszyła ramionami.
— Niech będzie, Potter. Idę pod prysznic, domyślam się, że ręczniki są w łazience? — rzuciła i ruszyła korytarzem, nie czekając na odpowiedź.
Harry przez chwilę wpatrywał się w jej plecy, a potem odwrócił w kierunku kuchni, czując rozdrażnienie i podenerwowanie. Przebiegając palcami po zmierzwionych i nieokiełznanych włosach, potrząsnął głową.
— To zaraźliwe… — wymamrotał do siebie, mając na myśli szaleństwo Malfoya.
Ktoś zapukał i Harry natychmiast obrócił głowę w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Przez długi moment wbijał wzrok w drzwi, wypuszczając ostrożnie powietrze. Poziom jego zdenerwowania ani trochę nie zmalał. Nikt nie mógł wiedzieć, że są tutaj Pansy i Malfoy.
Otworzył drzwi, czemu towarzyszyło skrzypnięcie, i przestąpił próg. Na zewnątrz stał Charlie i Harry nagle pożałował, że w ogóle zareagował na pukanie.
— Harry — przywitał się Charlie. Wyglądał okropnie, twarz miał bledszą niż kiedykolwiek, włosy zmierzwione od ciągłego przeczesywania palcami, a oczy zaczerwienione i zmęczone. — Mogę wejść?
— Tak — odpowiedział Harry, ponieważ mężczyzna wyglądał tak właśnie z jego winy. Jego winą było też to, że oczy Rona miały taki sam, udręczony wyraz. I że Ginny w ogóle została porwana.
Charlie wszedł do mieszkania, a Harry przeprosił go na chwilę i poszedł do łazienki. Z pomocą różdżki otworzył drwi i wślizgnął się do środka.
Pomieszczenie spowijała para, która wirowała wokół i osiadała na szkłach jego okularów.
— Pansy? — wysyczał. — To ja.
— Potter — warknęła, w ogóle nie brzmiąc tak, jakby była przestraszona tym, że Harry przebywa z nią w łazience, choć kurczowo trzymała krawędź prysznicowej zasłony. — Czego, do diabła, chcesz?
— Ktoś przyszedł — odpowiedział. — Zostań tutaj, nikt nie może wiedzieć, że tu jesteś, a już na pewno nie Charlie. Pozbędę się go, a ty siedź tu, dopóki nie przyjdę i nie powiem, że już wyszedł, dobrze?
— Jak sobie chcesz. — Pansy zdawała się niespecjalnie chętna do wykonania polecenia. Harry miał nadzieję, że mimo tego go posłucha.
Wrócił do salonu, przedtem rzucając zaklęcie wyciszające na drzwi łazienki, tłumiąc tym dźwięki lejącej się z prysznica wody. Jego włosy pokrywała wilgotna warstwa skroplonej pary. Charlie siedział na kanapie i uśmiechał się ciepło, gdy Harry wślizgnął się do pokoju.
— Byłem w okolicy — powiedział mężczyzna — więc pomyślałem, że wpadnę i zobaczę, jak się masz.
— U mnie wszystko w porządku — odparł Harry.
— Od kiedy odkryto nową klątwę, nie byłeś na żadnej misji, prawda?
— Nikt z nas nie był, skupialiśmy się na znalezieniu lekarstwa.
— Hmm. — Charlie przesunął się nieznacznie, wciąż patrząc tylko na Harry'ego. — Tęskniłem za tobą.
Pod Harrym ugięły się kolana. Opadł na kanapę naprzeciw Charliego.
— Tak? — odpowiedział słabo, bo nie potrafił wyobrazić sobie, do czego taka konwersacja mogłaby ich doprowadzić.
— Tak.
Zamknął oczy i wziął głęboki, uspokajający oddech, a gdy ponownie je otworzył, mężczyzna siedział już obok niego, przyglądając mu się z niepokojem. — Wszystko w porządku? Wyglądasz na chorego.
— Nic mi nie jest — zapewnił. Starał się wymyślić, co powiedzieć, by Charlie sobie poszedł, jednocześnie nie raniąc jego uczuć. Już wystarczająco skrzywdził Weasleyów.
Charlie dotknął jego twarzy.
— Wyglądasz na zmęczonego — powiedział. — Ja też zbyt dużo ostatnio nie spałem. Ginny nie ma się za dobrze i myślę, że jej się pogarsza. Ron jest przerażony.
Harry wzdrygnął się.
— P-przykro mi — wyszeptał. — To moja wina.
Charlie nie zaprzeczył, nie pocieszył go, nie przebaczył mu. Jedynie w milczeniu wpatrywał się w jego twarz, a potem pochylił się i pocałował go.
To była wina Harry'ego. Porwali Ginny, gdy przebywała pod jego opieką. Okazał się niedostatecznie silny, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Odpowiedział więc na pocałunek Charliego, a desperackie pragnienie, by coś zmienić, polepszyć, zasługując tym na pewnego rodzaju rozgrzeszenie za zniszczenie jedynej rodziny, jaka akceptowała go bezwarunkowo, zmieszało się z pocałunkiem i wywołało dreszcze.
— Drżysz — wyszeptał Charlie, szturchając go nosem.
— Wiem.
Wtedy mężczyzna pocałował jego szyję, a Harry mu pozwolił. Nadal drżał, ale teraz wypełniała go mieszanka przerażenia i winy. Chciał uciec, lecz głos wydobywający się z zakamarków jego umysłu powtarzał, że na to zasługuje. Być może, jeśli podporządkuje się wystarczająco, w końcu zrobi coś, co warte będzie przebaczenia. Jeśli Charlie tego potrzebował, Harry mu to ofiaruje.
Był taki przerażony.
Zamknął oczy i wstrzymał oddech, ale Charlie nawet tego nie zauważył. Harry wzdrygnął się, gdy mężczyzna zdjął z niego koszulę przez głowę, a jeden z rękawów rozdarł się, przerywając nagle ciszę. Oddychał ciężko, wypełniony strachem i paniką, jednak Charlie prawdopodobnie pomyślał, że reakcję wywołało coś zupełnie innego. Harry zamarł w bezruchu.
Chwilę potem leżał na plecach, a Charlie rozciągnął się na nim. Wciąż nie otworzył oczu. Mężczyzna całował jego usta, uszy, szyję, ale Harry się nie poruszył. Ręce Charliego powędrowały niżej, siłując się z jego spodniami i wtedy Harry złapał go za ramię.
— Proszę — wyszeptał, ale kolejne słowa utknęły mu w gardle. — Proszę, proszę, Charlie — zaszlochał, jednak Charlie nie zrozumiał. Harry odpierał go słabo, jego oczy wypełniły się łzami, ale mężczyzna dalej nie słuchał, nie widział. — Nie — zdołał z siebie wydusić zachrypniętym głosem. — Proszę, nie, nie mogę, przepraszam, ja…
Charlie podniósł głowę i spojrzał szeroko otwartymi z zaskoczenia oczami.
— Harry? — zapytał zaniepokojony. — Harry, co się dzieje?
Harry nie miał szansy odpowiedzieć, mimo że wina zaciskała jego gardło i powodowała, że jego świat wirował. Jak mógł mu tego odmówić po tym, co Harry uczynił? Po tym, co uczynił wszystkim Weasleyom? Po jego twarzy płynął teraz strumień łez.
Nagle jednak ujrzał błysk światła, poczuł przepływ energii. Charlie oderwał się od niego i uderzył o ścianę, z której odpadł kawałek gipsu.
Harry, zaskoczony, leżał nieruchomo przez długą chwilę, a potem wstał powoli.
W progu stała zadowolona Pansy, trzymając różdżkę w dłoni. Malfoy z wysiłkiem opierał się obok niej o ścianę, wyglądając na zziębniętego, z twarzą bladą i nie do rozszyfrowania.
— Co... co z nim zrobiłaś? — wyszeptał Harry, niespiesznie odrywając wzrok od nieprzytomnego Charliego.
— Z tego, co mogę powiedzieć, zasłużył sobie — odpowiedziała dziewczyna zwyczajnie, odkładając różdżkę.
— Zasłużył? — krzyknął. — Ja na to zasłużyłem!
— Mówiłeś mi, że jeśli dotknie cię jeszcze raz, umrzesz — powiedział Malfoy cicho, przesuwając się ostrożnie w głąb salonu. Wyglądał lepiej, ale mimo wszystko nadal był słaby.
— A więc zasłużyłem na śmierć! — krzyknął Harry. — Nie zrozumiesz, nic nie wiesz! Potrzebował mnie, a to jest coś, co mogę mu dać, chciałem mu to dać i muszę to zrobić, bo jeśli dam im z siebie wystarczająco dużo, wtedy może wszystko naprawię! — Łzy spływały mu po policzkach, dławił się słowami.
— Dla mnie nie wyglądasz tak, jakbyś chciał to zrobić. — Pansy wpatrywała się w niego dobrotliwie z wnętrza kuchni. Harry zatrząsł się i wciągnął gwałtownie powietrze.
— Boże — zaszlochał, zamykając oczy.
Malfoy dotknął ostrożnie jego ramienia i odezwał się tak cicho, że nawet Pansy nie mogła go usłyszeć:
— Nie zrobiłeś im nic, za co musiałbyś płacić, a już na pewno nie w taki sposób.
Otworzywszy oczy, spojrzał na Malfoya oczami palącymi od łez i powoli pokręcił głową.
— To moja wina, że Ginny została porwana, torturowana i zgwałcona. To moja wina, że Ron został zraniony i nie może już używać magii. To moja wina, że pan i pani Weasley zostali zabici.
Twarz Malfoya przeciął powoli szeroki uśmiech.
— Zgwałcona i torturowana? — zapytał beznamiętnie. — Tak nazwała to Ginny?
— Ginny nic nam nie powiedziała.
— Tej dziewczynie nie przydarzyło się nic, co byłoby nieodwzajemnione, nic, na co by się nie zgodziła — odpowiedział Malfoy zwyczajnie, choć lekko dyszał z wysiłku, jaki włożył w przejście z sypialni do salonu. — A jeśli chodzi o resztę... — Wzruszył ramionami. — Weasley nie musiał iść na tę bitwę, nikt go nie zmuszał. Na wojnie coś takiego jest chlebem powszednim. Arthur Weasley wiedział to, kiedy wybierał niewłaściwą stronę.
Zanim zdążył odpowiedzieć, Charlie jęknął słabo i obudził się. Harry odwrócił się w stronę mężczyzny i chciał odsunąć się od Malfoya, którego ręka wciąż spoczywała na jego nagim ramieniu, ale nagły przypływ furii w oczach Charliego sprawił, że zamarł.
— Malfoy — wysyczał mężczyzna.
Harry cofnął się o krok tak, że niemal upadł, a dłoń Malfoya opadła z jego ramienia. To się nie liczyło, bo Charlie już zdążył to zobaczyć.
— No cóż… — zadrwiła Pansy z kuchni. — Nie ma to jak pech.
Charlie wstał bardzo szybko jak na człowieka, który przed chwilą został rzucony o ścianę. Nie zaatakował ani Harry'ego, ani Malfoya czy Pansy, którzy obserwowali go, nadzwyczajnie zainteresowani jego reakcją. Harry był przerażony.
Mężczyzna aportował się z mieszkania. Przez długą chwilę Harry stał w miejscu, zaciskając powieki. A potem oznajmił sztywno:
— Musiciee iść.
— Iść gdzie? — prychnęła Pansy, wychodząc z kuchni z jabłkiem w dłoni. — Nie boję się go.
— Aportował się do ministerstwa. Musicie uciekać.
— Nigdzie nie idziemy — powiedział Malfoy zimno. Harry zastanowił się, dlaczego oboje tak gorliwie mu się sprzeciwiają, skoro chcieli opuścić jego mieszkanie już od samego początku.
— Poza tym, on nie odda cię w ręce ministerstwa — dodała Pansy. — Jesteś Harrym Potterem.
— Percy wyrzekł się całej rodziny, gdy pomyślał, że robią coś złego przeciwko ministerstwu — rzucił Harry. — Każdy z nich mógłby donieść na mnie za ukrywanie nie tylko dwóch wrogów, ale przede wszystkim Malfoya. A szczególnie od porwania Ginny.
— A więc co proponujesz? — zakpił Draco. — Pozwolisz nam uciec i zaprzeczysz tak po prostu temu, co Charlie widział? Naprawdę, Potter, oni mają przecież Veritaserum, które szybko rozwiąże sprawę.
— Oskarżą mnie o bycie szpiegiem — wyszeptał Harry. Sięgnął po pergamin, który podpisała Pansy i zniszczył go. — Postaram się ich zbyć, kiedy już uciekniecie.
Pansy zmrużyła oczy.
— Dlaczego masz pozwolić nam odejść i oddać się w ich ręce, żeby umożliwić nam ucieczkę?
— Ponieważ jestem dłużny Malfoyowi kilka przysług — odpowiedział, spoglądając na Draco.
Malfoy nagle znalazł się za nim i skrzywił się.
— Myślisz, że jesteś winien przysługi całemu pieprzonemu światu, Potter? — warknął.
— Po prostu uciekajcie stąd! — krzyknął. — Będą tu lada chwila!
Szczęka Malfoya zacisnęła się w wyrazie furii, po czym chłopak odszedł w milczeniu do sypialni, by powrócić chwilę później, blady i zasapany. W ręce trzymał jeden ze swetrów Harry'ego. Bezceremonialnie założył mu go, zakrywając jego nagi tor. Do oczu Harry'ego napłynęły niespodziewane łzy. Oplótł się ramionami, przytulając sam siebie i pociągnął nosem. Z dziwnym, pociemniałym od gniewu wzrokiem Malfoy wysyczał w stronę Harry'ego:
— Nie myśl nawet, że po ciebie nie przyjdę, Potter.
Potem złapał Pansy za rękę i oboje aportowali się z mieszkania.


Pokój przesłuchań w Ministerstwie Magii przeznaczony dla ludzi oskarżonych o szpiegostwo był ponurym miejscem. Harry nie miał pojęcia, jak długo tam siedział, starając się wytłumaczyć wszystko niezliczonej liczbie mundurowych, których nigdy wcześniej nie widział, i niemal bezmyślnie zastanawiał się, czy Dumbledore będzie w stanie wyciągnąć go z tego bałaganu, czy w ogóle będzie zaprzątał tym sobie głowę.
Na środku pomieszczenia stał metalowy stół o rozklekotanych nogach oraz trzy krzesła, jedno z nich niezajęte. Otaczały go ściany z mieszaniny szarego kamienia i popękanego betonu oraz brązowa terakota na podłodze. Ze swojego miejsca Harry widział pojedyncze drzwi, na które gapił się beznamiętnie. Jego nadgarstki przymocowano do podłokietników krzesła.
Jeśli jeszcze jedna osoba zapyta go: „Dlaczego, Harry? Dlaczego?", zacznie krzyczeć.
Wiedział, że gdyby nie był Harrym Potterem, wyrok za udzielanie pomocy synowi Lucjusza Malfoya już zostałby wykonany.
Żaden z Weasleyów nie przyszedł go zobaczyć, ale wydawało mu się, że przed chwilą słyszał krzyki Rona. Czy to w jego obronie czy potępienia, Harry nie wiedział.
Podniósł wzrok, gdy drzwi się otwarły. Stał przed nim Lupin. Harry'ego przeszedł lodowaty dreszcz.
— Harry — powitał go były profesor, wyglądając przy tym poważnie. — Jesteś ostatnią osobą, po której spodziewałbym się tego rodzaju kłopotów.
Wyzywająco uniósł podbródek i odpowiedział:
— Nie jestem szpiegiem, to nie to, o czym pan myśli. Czy pan tego oczekiwał, czy nie, to nieprawda.
— Charlie Weasley powiedział, że świadomie pozwoliłeś Draco Malfoyowi i Pansy Parkinson przebywać w twoim mieszkaniu i starałeś się go rozproszyć, gdy uciekali.
— Tak to nazwał? — zapytał Harry miękko. — Próbą rozproszenia?
— Więc co to było?
— Kara.
— Czyja.
— Moja.
Lupin westchnął.
— Harry. Chcę ci pomóc.
— Więc niech mnie pan wypuści. — Harry wzruszył ramionami na tyle, na ile dało się to zrobić z przywiązanymi nadgarstkami. — Nie zrobiłbym nic, co zmniejszyłoby nasze szanse w wojnie, wie pan o tym.
— Wiem, Harry, ale twoje akta wykazują coś innego.
— Moja pieprzone akta.
Lupin odpowiedział łagodnie:
— Znam cię i wiem, że nie chciałeś, by Arturowi i Molly stała się krzywda. Wiem, że nie chciałeś, by Ginny została porwana, gdy była pod twoją opieką. I wiem, że najbardziej jak tylko mogłeś starałeś się chronić Rona podczas bitwy. Ale nie wie tego ministerstwo, nie wie, że nigdy byś ich nie zranił. A teraz co? Dowody świadczą przeciwko tobie.
Harry z całą swoją przeszłością i grzechami rzuconymi mu prosto w twarz nie czuł się już tak buntowniczo.
— Pieprzyć dowody — powiedział, choć głos miał słaby. Czy to kolejna część jego kary? Być może, jeśli dalej będzie ją drążył, jeśli się przyzna, dostanie jej wystarczająco dużo, by zrekompensować to, co zrobił Weasleyom. Być może wtedy za to zapłaci.
— Harry. Dlaczego trzymałeś Draco Malfoya w swoim domu?
Zamykając oczy, Harry wziął głęboki oddech.
— Jest moim starym przyjacielem — odpowiedział, ponieważ zasłużył na śmierć, jeśli zdecydowali się mu ją podarować. — Jest starym przyjacielem ze szkoły. Sprzedawałem mu nasze tajemnice od miesięcy.
— Kłamiesz — warknął Lupin, i Harry pierwszy raz widział go niemal pozbawionego kontroli pod ludzką postacią. — Powiedz mi prawdę, Harry, bo to twoja jedyna szansa. Ministerstwo wie, że dowody są mocne, mogą cię skazać nawet bez użycia Veritaserum. Dlaczego wpuściłeś go do swojego domu?
Drżący i blady, Harry wyszeptał:
— Być może zasłużyłem na śmierć. Zasłużyłem na zniszczenie.
— Dlaczego? — zapytał Lupin — Czym sobie kiedykolwiek na to zasłużyłeś? Wiem, że nie jesteś szpiegiem.
Harry otworzył roziskrzone oczy, odpowiadając desperacko:
— Nie rozumie pan. To ja ich zabiłem. Pana i panią Weasley. Bo byłem taki głupi! Zasłużyłem tym na śmierć. I za Ginny. I Rona. Jeśli mają użyć tego przeciwko mnie, załużyłem na to!
— Harry, posłuchaj mnie. Zrobiłeś to, co było w twojej mocy.
— I to nie wystarczyło!
— Nikt nie mógł ocalić ich od cierpienia, któremu zostali poddani.
— Ale ja nie jestem nikim, jestem Chłopcem, Który Przeżył, jestem pieprzonym bohaterem. Niech pan spojrzy na to cierpienie, ból i śmierć, której nie powstrzymałem! Ludzie chcieli, żebym ich poprowadził, a ja nie potrafię ocalić nawet swojego najlepszego przyjaciel od straty wszystkiego, co się dla niego liczyło!
— Wciąż ma ciebie.
— Jestem najgorszą rzeczą, jaka kiedykolwiek spotkała Rona — wyrzucił Harry. — Zasłużyłem, żeby za to zginąć. Za to wszystko.
Kontrolując swoją frustrację i oddychając ciężko przez zaciśnięte zęby, Lupin warknął:
— Ludzie umierają na wojnie, Harry, cierpią. Taka jest cena. Nie pozwolę ci być jednym z nich z powodu twojej bezpodstawnej winy.
— To nie pana wybór — odpowiedział szeptem Harry.
Lupin wpatrywał się w niego przez moment, a potem wstał gwałtownie.
— Dumbledore przyjdzie się z tobą zobaczyć, zanim cię zabiorą.
Harry wbił spojrzenie w stół i nie odezwał się, dopóki profesor nie znalazł się przy drzwiach.
— Dziękuję. Za próbę i za przekonanie o mojej niewinności.
Lupin nie odpowiedział.


Gdy drzwi niedługo potem ponownie się otwarły, Harry nie podniósł głowy.
— Nie będę przepraszał — powiedział, wciąż wpatrując się w stół. — Jeśli oczekujesz, żebym płakał i błagał, byś mnie ocalił, nie zrobię tego.
— Dobrze to słyszeć, Potter.
Poderwał głowę. W progu stała Pansy, wyglądając na zadowoloną z niewiadomego powodu.
Pansy? Co ty tu, do cholery, robisz? — krzyknął.
— Przybywam, żeby cię stąd zabrać. — Uśmiechnęła się krzywo. — Musiałam zabić kilku ludzi, żeby się do ciebie dostać. Nikt mnie nie widział, jeśli chcę, potrafię być niemal niewidzialna.
Harry nie słuchał jej.
— Gdzie jest Malfoy? Zostawiłaś go samego?
— Moja obecność mu teraz nie pomoże, nawet jeśli dopadnie go klątwa. — Weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi, a potem klęknęła obok niego i z pomocą różdżki zdjęła zaklęcie wiążące, które nałożyli na niego pracownicy ministerstwa.
— Dlaczego po mnie przyszłaś? — zapytał ją po długiej chwili ciszy, w czasie której uwalniała jego nadgarstki.
— On cię potrzebuje.
— Dlaczego?
Posłała w jego stronę poirytowane spojrzenie.
— Jeszcze tego nie zrozumiałeś, Potter? To magia dementorów. Co jest obroną przed magią dementorów?
Harry zamrugał.
— Patronus.
— Grzeczny chłopiec — zadrwiła Pansy. — A kto potrafił wyczarować najsilniejszego Patronusa na naszym roku, a nawet w całej szkole? Ty nim jesteś.
— Czym? — wyszeptał Harry, gdy odwiązywała mu kostki. — Nie rozumiem. Jestem czym?
Parsknęła niecierpliwie.
— Jego Patronusem. Żaden z nas nie ma wystarczającej ilości dobrych wspomnień, by samemu się bronić.
Harry potrząsnął głową, wciąż oszołomiony.
— Na pewno istnieje ktoś po twojej stronie, kto mógłby rzucić silnego Patronusa. Na pewno przyniósłby takie same efekty. Nie rozumiem, dlaczego ryzykujesz wszystko, żeby mnie uwolnić.
— Nie ma nikogo innego — odpowiedziała, uwalniając jedną nogę. — Nie powinno to dziwić Chłopca, Który Przeżył. Od dziecka jesteś jedyny w swoim rodzaju. Z pewnością to wiesz. Przeżyłeś klątwę uśmiercającą. Oczywiście, że twój dotyk ożywia nadzieję i takie tam bzdury. — Pomachała ręką. — W tym tkwi coś więcej, ale teraz nie ma na to czasu. Czy mówił ci, o czym ma koszmary?
— Nie. — Harry wstał.
— Ja je znam i nie zostawię go z nimi. Idziesz czy mam cię związać i zakneblować?
— Idę — odpowiedział, a ona uśmiechnęła się promiennie i ujęła jego dłoń, wyciągając z kieszeni świstoklik — zniszczonego pluszowego misia. Harry poczuł znajomy skurcz żołądka, gdy znikali z pokoju przesłuchań. Zacisnął oczy i nie otworzył ich, dopóki Pansy nie puściła jego ręki.
Znajdowali się w pomieszczeniu, które wyglądało na jakąś jaskinię, rozjaśnioną pochodniami na wspornikach przyczepionych do kamiennych, lśniących od wilgoci ścian. Harry stał w samym jej rogu pod niskim sklepieniem. Za nim ciągnął się korytarz.
— Gdzie jesteśmy?
— Nie myśl, że wyjawię ci nasze tajemnice. — Pansy posłała mu drażniący uśmiech. — Słyszałam, że jesteś szpiegiem. — Gestem pokazując, by szedł za nią i poprowadziła go wzdłuż tunelu. — Jesteśmy pod ziemią w sekretnym miejscu, do którego można się dostać jedynie przez świstoklik albo z pomocą tych, którzy dokładnie wiedzą, gdzie się znajduje. Draco powiedział mi, że poza Malfoyami i mną nikt nie zna jego lokalizacji.
— A więc Lucjusz Malfoy wie, gdzie to jest? — zapytał Harry, ogarnięty paniką.
— Nie przyjdzie tutaj. Wyparł się swojego syna. Jaki szanujący się człowiek chce za dziedzica kogoś, kto stracił rozum? — odparła sardonicznie. — Idziemy.
Harry podążył za nią, wciąż zdezorientowany.
— Nadal nie rozumiem, o co ci chodzi. Dlaczego Malfoy mnie potrzebuje?
— Jesteś najjaśniejszym ze świateł. Nadzieją i przebaczeniem. Bohaterem — rzucała mu przez ramię słowami, które odbijały się od pustych ścian.
— Ale ja nie wiem, jak nim być — wyszeptał.
Odwróciła się i uśmiechnęła dziwnie i ani trochę ładnie.
— Nie musisz tego wiedzieć, ty po prostu nim jesteś. Nawet my nie jesteśmy wolni od twej światłości — odpowiedziała pokpiewająco, ale Harry wciąż nie czuł się ani trochę pocieszony.
Przyprowadziła go do innej jaskiniowej komnaty. Malfoy spał na łóżku. Wyglądał już o wiele lepiej, choć ciągle mizernie. Mógł wywnioskować to z cieni pod jego oczami i oddechu, który był teraz bardziej spokojny, ale nadal nieco ciężki.
— Eliksiry zaczynają leczyć jego ciało i Draco powraca do sił. Szaleństwo zanika — powiedziała mu Pansy.
Harry był przerażony. To nie był już Malfoy, którego pocałował ani ten, w którym powoli, powoli się zakochiwał, nie ten kruchy chłopak, który każdej nocy pozwalał mu się przytulać. To był Malfoy, który zabijał z uśmiechem na ustach, który nazywał Hermionę szlamą i sprawił, że Ron popełnił morderstwo. To był syn Lucjusza Malfoya i Harry nagle poczuł się niesamowicie głupi, że w ogóle o tym zapomniał.


Oczy Ginny były szeroko otwarte i zastanawiała się, jak długo to już trwa, jak długo leży na plecach i wpatruje się w sufit. Nie pamiętała. Rzeczywistość wokół niej stawała się coraz bardziej wypaczona, składała się z kolażu obrazów i głosów, które splatały się razem w jakimś szaleńczym koszmarze, ale w końcu zdała sobie sprawę, że to w ogóle nie był koszmar. To wina Rona, który rozbił ten kruchy, kryształowy świat wspomnień, jaki zbudowała wokół siebie dla ochrony, czekając na przyjście Lucjusza. Wszystko było winą Rona. Wszystko.
Spała, ale brat wszedł do jej pokoju i obudził ją. Nie chciała się budzić, pragnęła tylko śnić o głosie Lucjusza, o jego dłoniach. Ale Rona w ogóle to nie interesowało.
— Ginny, Ginny. — Potrząsał nią dotąd, aż się obudziła. — Miałaś koszmar — powiedział, głaszcząc jej włosy.
On był jej koszmarem.
— Zostaw — warknęła, drapiąc paznokciami jego dłoń. Odsunął się. Wyczuwała jego strach.
— Ginny — prosił. — Nie skrzywdzę cię.
Wstała z łóżka i w jednej chwili znalazła się przy oknie.
— Nie mogę tego zrobić — powiedziała, a jej myśli urwały się na chwilę. — Muszę się do niego dostać, muszę, on mnie potrzebuje. Jestem jego światłem. Śmieję się za niego, ponieważ on nie umie tego robić.
Złapał ją za ramiona i trzymał, a ona wyrywała się i szarpała.
— Draco Malfoy jest nikim, jak możesz zostawiać mnie… zostawiać nas dla niego?
Zamarła bez ruchu i obróciła się powoli w jego ramionach, dopóki nie stała przyciśnięta do niego tak, że ich twarze niemal się stykały.
— Draco? — zapytała pustym głosem.
— Możemy o tym zapomnieć, Ginny. Możemy zapomnieć o Draco, o tym wszystkim. Zapomnij i bądź moją malutką siostrzyczką, proszę. Proszę.
Dotknęła jego twarzy i zmarszczyła brwi.
— Mówiłam ci, mówiłam, nie słuchałeś? Nie słuchałeś. To nie był Draco. To Lucjusz.
Ron zadrżał, a ona zastanowiła się, czy w ogóle to pamięta, czy zablokował swoje wspomnienia.
— Nie — odpowiedział. — On by cię nie skrzywdził. Jest stary.
Ginny uśmiechnęła się do niego pięknie, ponieważ w końcu zrozumiał.
— Masz rację — powiedziała, chwaląc jego odpowiedź. — Nie zraniłby. Kocha mnie.
— Co? Ginny. Ginny, do cholery, oszalałaś — odparł głosem trzęsącym się z wysiłku, by nią nie potrząsnąć, nie rzucić o ścianę, nie wbić jej do głowy jakiegokolwiek rozumu.
Parsknęła, bo nie wierzyła mu, nie mogła mu uwierzyć. Nie oszalała, a kochanie Lucjusza było jedyną rzeczą, która utrzymywała ją przy zdrowych zmysłach. Oczywiście, jeśli zdrowymi zmysłami można było nazwać egzystencję zawieszoną w wyimaginowanym świcie. Fakt, że jej normalność zależała od starannego pielęgnowania wspomnień, otaczających ją niczym krucha, śnieżna kula, rzucał co do jej stanu pewne wątpliwości. Napięła się w panice. To nieprawda, Ron nie miał racji. Nie była szalona. Lucjusz ją kochał.
— Kłamca — wysyczała.
— Jeśli cię kocha, dlaczego, do cholery, cię zranił? Kiedy Harry cię odnalazł, byłaś cała zakrwawiona i połamana! Jeśli cię kocha, dlaczego cię zniszczył, dlaczego tak cię urządził?
— Nie zranił mnie, nie on. To V-voldemort. — Jej głos stał się bardzo cienki i brzmiała na bardziej zagubioną niż kiedykolwiek.
— Jeśli tak cię kocha, gdzie teraz, kurwa, jest? Trwoni czas w swojej rezydencji niczym pieprzony król, a ty marniejesz w oczach jak jakaś Roszpunka! Nie ma go tu, Ginny, nie ma, ale jestem ja i kocham cię bardziej niż on kiedykolwiek mógłby cię pokochać! Nie przyszedł po ciebie. Jeśli cię kocha, dlaczego w ogóle puścił cię wolno? Ja cię kocham i nie wypuszczę, nigdy.
Wpatrywała się w niego dziko. Oczy zapiekły ją od łez, które potem spłynęły po bladych policzkach. Szlochając, starała mu się wyrwać, wyślizgnąć z jego ramion, zrobić cokolwiek, by mogła znaleźć się jak najdalej od niego i zaprzeczyć wszystkiemu, co powiedział, ponieważ to nie jest prawdą. Nie mogło nią być. Wszystko, czym teraz była, wszystko, z czego została wyrzeźbiona, opierało się na świadomości, że Lucjusz ją kocha. Czci ją. Była jego księżniczką, jego laleczką.
Lucjusza tu jednak nie było, tylko Ron, ale nie zawracał sobie nawet głowy przyjściem za nią, gdy porwał ją Draco.
Fundamenty kryształowych wspomnień, które tak misternie budowała wokół siebie, pękły i runęły. Opadła na pierś Rona, wydobywając z siebie urywany szloch. Zacisnęła pięści na jego swetrze.
To jej matka go wydziergała. Zrobiła go na drutach w swoje ostatnie święta Bożego Narodzenia.
— Cii — szeptał Ron, głaszcząc jej włosy. — Już dobrze. Przepraszam, tak bardzo przepraszam…
Zaniósł ją do łóżka i położył na nim ostrożnie, całując całą jej twarz, scałowując z niej łzy.
Ginny pozwoliła mu, ponieważ nie było z nią Lucjusza. Być może nigdy go z nią nie było.


Pansy zostawiła go w komnacie razem z Malfoyem. Teraz, gdy ich role tak efektywnie się odwróciły i to on był więźniem, Harry zastanawiał się, dlaczego dziewczyna nie zabrała od niego różdżki. Dlaczego pozwoliła im zostać sam na sam, jeśli tak desperacko pragnęła chronić Malfoya. Harry z łatwością mógł udusić go we śnie i cała ta sprawa byłaby skończona.
Nie zrobił tego. Usiadł za to na zimnej, kamiennej podłodze, otoczył kolana ramionami i obserwował śpiącego Draco, nadal rozmyślając, ile z szalonej teorii Pansy Malfoy mógł usłyszeć i czy z jakimś jej aspektem się zgadzał.
Ponieważ cały ten wywód był najwyraźniej nieprawdziwy. Nie miał sensu.
Zastanawiał się też z wahaniem, czy był zawiedziony tym, że Malfoy, mówiąc: „przyjdę po ciebie", zrobił to tylko dlatego, że Harry był jego jedyną ulgą dla klątwy.
Nagle uderzył go obraz, w którym podąża za Malfoyem do końca życia i dotyka za każdym razem, gdy dopadnie go obłęd. I, co bardzo, bardzo dziwne, nie była to paniczna myśl, ale w jakiś sposób kojąca, ponieważ Malfoy nikomu nie pozwalał się dotykać. Tylko Harry'emu.
Pomyślał o Lucjuszu Malfoyu, ale tylko przez chwilę. O tym, jakim był ojcem, wypierając się własnego syna z powodu szaleństwa, które sam pomógł stworzyć. Obawiał się o inne ofiary klątwy i zastanawiał, dlaczego nigdy nie nienawidził Malfoya za to, że był jej instrumentem. Przede wszystkim zastanawiało go jednak to, czy Draco będzie pamiętał ich niemal prawdziwy pocałunek.
Harry tak zagłębił się we własnych myślach, że nie zauważył, jak chłopak budzi się, a potem obserwuje go w ciszy przez niemal dziesięć minut. Podskoczył nieznacznie.
— Och, Malfoy — powiedział pospiesznie. — Myślałem, że ciągle śpisz.
Oczy Draco wyglądały lepiej. Były mniej szkliste i zamglone, a bardziej czujne i skupione, takie, jakie Harry zapamiętał z czasów szkolnych. Wstał ostrożnie, a koc, którym był otulony, opadł na kamienną podłogę.
— Potter — przywitał się, podnosząc głowę i uśmiechając się dziwacznie. — A więc przyszła po ciebie, zanim zdążyli cię skazać?
— Nie rozumiem, dlaczego w ogóle traciła czas — odpowiedział Harry cicho. — Zasłużyłem na to.
— Dlaczego pozwoliłeś, żeby cię tu przyprowadziła? Mogłeś walczyć, ściągnąć ludzi z ministerstwa, zanim zdołała uciec.
Harry spojrzał na Malfoya, a potem szybko odwrócił wzrok.
— Ponieważ być może jest coś, co mógłbym zrobić poza oddaniem życia, by odpłacić za ból, który spowodowałem.
— Co niby mógłbyś zrobić? — zakpił Draco, śmiejąc się lekko i zimno.
— Ocalić cię.
Zapadła niezręczna cisza, a potem Malfoy przemierzył komnatę w kierunku wyjścia.
— Nie potrzebuję twojego ocalenia, Potter.
Zanim zdążył odpowiedzieć, Draco zniknął, ale nie zważając na to, Harry zawołał za nim:
— A więc po co, do diabła, mnie tu sprowadziliście?
Dziwny śmiech Malfoya posłużył za jedyną odpowiedź.
Harry z pewnością nie miał zamiaru wybiec z komnaty za Malfoyem. Z pewnością nie chciał chodzić za tym głupim dupkiem i wrzeszczeć na niego. Szaleństwo najwyraźniej zaczynało doganiać Draco nawet w stanie jego umysłowej trzeźwości.
Odczekał trzy minuty, a potem pobiegł w dół tunelu.
Podążał za dźwiękiem głosów Pansy i Malfoya aż do komnaty, w którym oboje siedzieli przy drewnianym stole. Świece unosiły się tam pod sufitem i roztaczały wokół słabe światło. Pansy zmuszała Malfoya do jedzenia, oferując mu jabłka i winogrona oraz sok dyniowy do picia, a ten drażnił się z nią i śmiał. Najwyraźniej czuł się już lepiej.
Harry wparował do pomieszczenia i atmosfera przekomarzania od razu uległa zmianie. Nie obchodziło go to.
— Dobrze — rzucił — czy teraz ktoś powie mi, dlaczego, do cholery, tak bardzo zależało wam na tym, żeby mnie tu przyprowadzić?
— To lepsze niż pozwolić cię zabić — odpowiedział Malfoy beznamiętnie, odgryzając kawałek jabłka. — A myślałem, że będziesz wdzięczny.
— W całym swoim pieprzonym życiu nie zrobiłeś nic, co nie wiązałoby się z jakąś korzyścią, Malfoy — warknął Harry.
— Oczywiście, przyprowadzenie cię tutaj niosło ze sobą korzyść. Jak być może zauważyłeś, w tym momencie jestem dotknięty klątwą.
— Minutę temu powiedziałeś mi, że nie dlatego tu jestem — krzyknął Harry, sfrustrowany. — Powiedziałeś mi, że nie potrzebujesz tego, żebym cię ocalił!
— Tak, nie potrzebuję — odpowiedział Malfoy, wzruszając ramionami. — Chcę jednak, żebyś zrobił coś więcej niż to.
— Jasne, lepiej zacznij od początku, nie jestem jakimś pieprzonym jasnowidzem. O czym ty w ogóle mówisz?
— Z klątwą wiąże się nieprzewidziana przez nas komplikacja — odpowiedziała mu Pansy, po raz pierwszy wyglądając na zmieszaną. — Skutek długoterminowy. Zanim jej użyliśmy, nie testowaliśmy jej wystarczająco długo, by wiedzieć, co się stanie.
— Jaki długotrwały skutek? — Harry spojrzał na Malfoya w panice, jakby chciał ten skutek dojrzeć na jego twarzy. Nie udało mu się.
— Jest zaraźliwa.
Harry poczuł, że przebiega po nim zimny dreszcz, i wpatrywał się w Pansy przez długi moment. Wszystko, włączając w to płomyki świec, zdawało się zamarznąć.
— Co masz na myśli, mówiąc „zaraźliwa"? — wyszeptał ochrypłym głosem.
— To znaczy, że wszyscy, którzy wejdą w kontakt z ofiarą, w najbliższej przyszłości doświadczą tych samych symptomów. Każdy. Poza tobą. — Spojrzała na niego znacząco, a potem przeniosła wzrok na Malfoya. — Draco cię nie zaraził. Ja byłam zarażona już wcześniej, zanim po niego przyszłam. Różnica pomiędzy ofiarami pierwszego kontaktu, czyli tymi, na które klątwa została rzucona bezpośrednio, a tymi, które zaraziły się od kogoś innego polega na tym, że u tych drugich skutki stają się intensywniejsze z każdym mijającym dniem. Ja brałam eliksiry od samego początku, a więc jestem niemal zdrowa. Jeszcze. Ale z każdym dniem mi się pogarsza. — Wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok. Zapadła niezręczna cisza.
— Atakuje wszystkich?
— Każdego po naszej stronie, który miał jakikolwiek kontakt z obiektami testowymi. Ci, którzy zostali zainfekowani, nigdy nie przestają zarażać, a liczba osób z objawami zwiększa się wykładniczo do setek na godzinę. Większość przez dłuższy czas po kontakcie z ofiarą nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest zarażona. To epidemia i w końcu, powoli, ale skutecznie, dopadnie każdego mężczyznę, kobietę i dziecko. — Jej głos przycichł i dziewczyna wyraźnie nie była w stanie podnieść na Harry'ego wzroku.
— Wszyscy się nią zarażą?
— Wszyscy oprócz ciebie.
Wzdrygnął się i zamilkł. Siedzieli w ciszy. Malfoy obserwował uważnie jego twarz, wypatrując reakcji, ale Harry nie wiedział, jak powinien zareagować. Wygrała furia.
— Ustaliłaś, że rozprzestrzenia się na każdego. Niedługo wszyscy stracą swoje pieprzone umysły, a ty i twoi durni, pieprzeni kolesie po prostu zostawiacie sprawę taką, jaka jest, bo to proste wyjście? Nawet nie wiedzieliście, że to się stanie, prawda? Tak po prostu skazaliście cały świat na wieczne zamknięcie we własnych koszmarach bez cholernego lekarstwa i wszystko z powodu… arogancji? Czy może pragnienia, by czystokrwiści w końcu zdobyli przewagę? Ta wasza klątwa ma gdzieś, czy ktoś jest czystokrwisty, czy nie, zaatakuje wszystkich, a wy mówicie, że nie ma na nią lekarstwa?
— Istnieje lekarstwo — powiedział Malfoy spokojnie. — Ty.
Ponownie spowiła ich cisza. Harry patrzył się bezmyślnie na dwójkę siedzącą przy stole, aż w końcu Pansy przełamała milczenie, oznajmiając sucho:
— Warto zaznaczyć, Potter, że jak na kogoś, kto utrzymuje, że nie wie, jak być bohaterem, była to niezwykle heroiczna przemowa.
— Wypuściliście to coś, co rozprzestrzenia się na każdą niewinną osobę na świecie, a ty chcesz, żebym to zatrzymał? — zapytał Harry drżącym głosem, ignorując Pansy. — Jak? — Jego głos brzmiał teraz niewiarygodnie słabo.
Malfoy przeczesał palcami włosy, po raz pierwszy wyglądając niepewnie.
— Nie wiem — przyznał.
— Kurwa — wysyczał Harry. — Dlaczego ja? Dlaczego to jeszcze mnie nie dopadło?
— O tym również nie mamy pojęcia — odparł Malfoy. — Wiemy tylko, że byłeś narażony kilka razy i nie wykazujesz żadnych objawów. Nie masz ich, prawda?
— Koszmarów czy napadów niepoczytalności? — zapytał Harry słabo, przypominając sobie ich niemal-prawdziwy pocałunek. — A może obu z nich?
— Obu.
— Wszystko tutaj jest koszmarem — powiedział po krótkim zastanowieniu.
— Wiesz, co mam na myśli.
— Nie, nie mam żadnych. — Harry odwrócił się. — Dlaczego? Dlaczego nie mógłbym… To znaczy na trzecim roku w Hogwarcie reagowałem na dementorów gorzej niż inni. Dlaczego teraz tak na mnie nie działają?
— Nie jestem pewien — odpowiedział Malfoy, obserwując go. — Ale ma to jakiś związek z Patronusem.
— I po to właśnie mnie tu zabraliście. Żebym to rozwiązał.
— Tak. — Na wargach Malfoya zakwitł nieznaczny uśmiech, migocząc przez moment w kącikach jego ust, przez co Harry poczuł się mocno wytrącony z równowagi. Jednak chwilę później Draco skrzywił się, znów wyglądając na zmęczonego. Pansy wstała i złajała go głośno, każąc mu wrócić do komnaty z łóżkiem.
Gdy oboje wyszli, Harry sięgnął po jabłko, które dziewczyna zostawiła na stole i przyglądał mu się, zagłębiony w myślach. Jeśli to, co powiedziała było prawdą, epidemia będzie rozprzestrzeniać się powoli, oczywiście nie licząc roznosicieli, tych, których klątwa uderzyła jako pierwszych. A więc mieli czas. Oznaczało to jednak, że zarażony został nie tylko Dumbledore, ale także rodziny tych, którzy oberwali zaklęciem w czasie bitwy, pielęgniarki, uzdrowiciele i wszyscy ludzie, z którymi od tej pory mieli styczność. Minęły już całe dni. Nawet jeśli nie mieli objawów teraz, niedługo zaczną je odczuwać.
Pansy wróciła do pomieszczenia i obserwowała go z progu pieczary. Bez podnoszenia głowy znad jabłka, Harry powiedział:
— Jeśli to zrobię, jeśli jakimś cudem odnajdę lekarstwo, czy zabierzesz je i użyjesz go na swojej stronie, a moją pozostawisz na pastwę losu?
Parsknęła.
— Nie bądź głupi. Znowu by nas zarazili. Poza tym, nie obchodzą mnie teraz strony, wojna ani nic innego. Chcę jedynie, żeby Draco uwolnił się od koszmarów. On jest moją stroną. Nic innego się nie liczy.
Harry przyjrzał jej się uważnie.
— Kochasz go.
— Bardzo łatwo jest kochać — odpowiedziała po prostu, po czym wyszła.

KONIEC ROZDZIAŁU CZWARTEGO