[b]ROZDZIAŁ PIĄTY:
Wytchnienie[/b]
„Będę leżał u twego boku i szeptał twoje imię
Przestawię wszystkie twoje sny, strącę je z torów
Pozbędę się swojej przeszłości, wypiszę swoje imię na twej skórze
Przeniosę się w czasie, by znów cię pokochać…"
(Roseanne Cash, „I'll Change For You")
W kolejnej komnacie, do której Pansy zaprowadziła go jeszcze tego samego dnia, piętrzyły się pergaminy oraz książki, całe stosy książekDziewczyna wskazała ręką woluminy.
— To materiały, których użyliśmy do pracy nad klątwą. Wytłumaczę ci dokładnie, jak działa i opiszę wszystkie kroki, które poczyniliśmy, by ułożyć ostateczną inkantację. — Założyła kosmyk włosów za ucho. Wyglądała na zmęczoną. Harry zastanowił się, czy jej wyczerpanie było wynikiem klątwy czy może faktu, że zaliczała się do grona ludzi odpowiedzialnych za epidemię.
— Skąd wiesz, jakie kroki zostały podjęte, by stworzyć zaklęcie? — zapytał.
— Ponieważ to ja je stworzyłam. — Nie powiedziała już nic, zaczęła tylko przeglądać jedną z dużych książek, rzucając okiem na strony obficie zapełnione notatkami na marginesach. Harry przestał zadawać pytania i poczekał, aż dziewczyna skończyła czytać i podniosła wzrok. — Oczywiście znasz już ogólną zasadę. Dementor żywi się nadzieją i dobrymi myślami, a przede wszystkim dobrymi wspomnieniami, w zamian dając negatywne doznania. Koszmary, szaleństwo, strach. To wymiana energii dobrej na złą. Dobra zabierana jest przez dementora, który wysyła ofierze wszystko, co mroczne i złe. Proces jest dwukrotnie silniejszy niż mógłbyś założyć, bo nie tylko dostarcza ciemność, ale też zabiera światło. Im więcej masz go w sobie, tym większą ilością dementor może się pożywić. Ty masz w sobie ogromne zasoby światła, dlatego tak silnie na ciebie działają.
— W takim razie dlaczego klątwa jeszcze mnie nie dotknęła? — zapytał, opadając ciężko na krzesło obok niej.
— Ponieważ jest zmodyfikowaną formą ich mocy. Niedługo ci to wyjaśnię, na razie sama w pełni tego nie rozumiem. Ale wracając do tematu. Spędziłam kilka tygodni z moją daleką krewną, ciotką. Jest charłakiem, moi rodzice się do niej nie przyznają, ale ja ją lubię. Ma telewizję i całymi dniami starała się wytłumaczyć mi, jak działa satelita. Idea, że pojedynczy obraz może być skierowany w niebo i rozesłany na tak duże obszary, była moją inspiracją do stworzenia klątwy. Dokładnie tak się zachowuje, jak satelita. Oczywiście magia dementorów jest nieokiełznana. Nie posiada konkretnego celu, po prostu przylega do wszystkiego, co w jej najbliższym otoczeniu posiada w sobie światło. Klątwa miała wykorzystywać ich energię i kierować ją do umysłu ofiary przy pomocy inkantacji. Moc dementorów była czymś w rodzaju łącznika ze świadomością, którą zabierała klątwa. Nie mieliśmy pojęcia, że okaże się zaraźliwa. — Wzruszyła ramionami.
— Och, bo przecież byłoby świetnie, gdyby działała jedynie na wrogów. Zaczyna być niebezpiecznie, gdy rozprzestrzenia się też po twojej stronie. — Harry potarł czoło, próbując powstrzymać ból głowy.
Pansy ponownie wzruszyła ramionami.
— Była wojna, Potter.
— Mhm. I co mam niby zrobić z tą twoją klątwą? Nadal nie rozumiem, dlaczego tylko ja jestem na nią odporny.
— Ja również do końca tego nie rozumiem. To musi mieć coś wspólnego z siłą twojego Patronusa, zaklęciem, które ocaliło cię od śmierci jako dziecko albo mocą twojego światła, nadziei i innych bzdur. Nie jestem pewna. — Nagle podniosła głowę i zmrużyła oczy, jakby nasłuchiwała czegoś z oddali. Potem wstała i podążyła w stronę drzwi. — Draco cię potrzebuje — rzuciła przez ramię.
— Mam ratować świat i być niańką Malfoya w tym samym czasie? — wymamrotał Harry kąśliwie, mimo wszystko spiesząc za Pansy.
— Ciągle będzie się tak działo — oznajmiła Harry'emu Pansy, bawiąc się nieuważnie pucharem z wodą. Malfoy spał, szaleńcze sny minęły, a Harry czuł się zmęczony i obolały. — Nadal będzie miał koszmary. Są niesamowicie wyczerpujące, ale eliksiry pomogą mu odzyskać siły. Musi jednak nad tym popracować. Brak niezakłóconego snu fizycznie go wykańcza, więc gdy tylko trochę wydobrzeje, będzie musiał polepszyć jego jakość. Klątwa wyczerpuje jego magiczne siły i tym także musi się zająć. To niezwykle szkodliwe, nie tylko w sensie fizycznym. Nie wspominając o koszmarach, które działają na niego również na jawie. One zakłócają jego umysł. To dlatego szaleństwo tak skutecznie zbiera na nim plony. Po tym, jak przez długi czas doświadczasz czegoś, czego najbardziej się boisz, trudno na nowo tego nie przeżywać, nawet, gdy jest się świadomym. Chyba że coś odciągnie uwagę Draco.
Harry zmarszczył czoło.
— Odciągnie uwagę? Co masz na myśli?
— Nie jestem pewna. — Nagle Pansy wydała mu się zmęczona i słaba. — Posłuchaj, Potter, nie wiem… to znaczy, to się staje coraz trudniejsze. — Poprawiła się na krześle, wyglądając na skrępowaną.
— Co?
— To, że tak długo jestem zdrowa. To, że nie krzyczę we śnie. Że nie słyszę w głowie szaleńczego szeptu. Nie wiem, jak długo… Nie chcę, żeby wiedział… Mówiłam mu już, że klątwa będzie się u mnie rozwijać powoli. On myśli, że to zajmie tygodnie, może nawet miesiące, zanim nie uderzy z pełną siłą, ale tak się nie stanie. Czuję, że nadchodzi, nawet teraz, i nie chcę, by wiedział. Nie chcę, żebyś marnował swój czas i mi pomagał.
Harry zamrugał.
— Ale to będzie droga przez mękę, a sama mówiłaś, że ja mogę choć trochę opanować koszmary. Dlaczego tego nie chcesz?
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko.
— Ponieważ to Draco cię potrzebuje, nie ja. Chcę, żebyś chronił go za wszelką cenę.
— Dlaczego tak bardzo ci na nim zależy? — wyszeptał Harry.
— Jestem mu winna tysiące przysług, powinieneś rozumieć, jak to jest.
— Rozumiem.
— Poza tym, to wszystko moja wina. Ta cała klątwa. Moja. Zasłużyłam na cierpienie.
Harry nie lubił Pansy, nie znosił jej za stworzenie czegoś tak okropnego, więc nie zaprotestował. W jakiś niewyjaśniony sposób czuł, że Malfoy by go znienawidził, gdyby dowiedział się, że nawet nie spróbował jej przekonać. Z drugiej strony, od kiedy to Harry przywiązywał jakąkolwiek uwagę do tego, za co Draco go nienawidzi?
— Ginny.
Nie zamrugała, nie poruszyła się, w ogóle go nie słyszała. Nie była nawet świadoma, że on jest w jej pokoju, jednak nie z powodu tego, że śniła, wspominała czy cokolwiek innego. Była martwa, rozerwana od środka. Lucjusz puścił ją wolno, a ona już nigdy nie chciała być Ginny Weasley, ponieważ Ginny Weasley nie była warta zupełnie nic, dopóki Lucjusz jej nie dotknął, nie pokochał.
— Ginny — powtórzył Ron, a potem dotknął jej ramienia i pogłaskał po włosach, odgarniając je z ramienia tak, że opadły jej na plecy. Nadal się nie poruszyła. Ron odchrząknął. Przeklął pod nosem i złapał ją za nadgarstki tak mocno, że mogłaby przysiąc, iż zostaną na nich odciski jego palców. Pociągnął ją z łóżka tak gwałtownie w swoją stronę, że opadła na niego z cichym okrzykiem zaskoczenia.
— Ron! — wrzasnęła. — Co ty... — Przerwała, gdy brat podniósł ją i przerzucił sobie przez ramię. Krzyczała i uderzała pięściami w jego plecy. Było w niej więcej życia i ognia niż w ciągu ostatnich tygodni i Ron zastanawiał się, dlaczego miał w sobie tyle cierpliwości, skoro cierpliwość nie była tym, czego Ginny tak naprawdę potrzebowała.
— Co on ci dał? — zapytał spokojnie, schodząc po schodach. Ginny słuchała go w milczeniu, oddychając ciężko. — Co ci ofiarował, że teraz tak bardzo nienawidzisz tego? Tego domu, życia i rodziny?
— Nigdy nie powiedziałam, że tego nienawidzę — odparła drżącym głosem, bliska łez.
— Od kiedy wróciłaś, mówisz przez sen. — Ginny gwałtownie wciągnęła powietrze, ale nic nie odpowiedziała. — Wino, prawda? I jedwab, wspaniałe ubrania i książki, poezję i róże, które zmieniają kolor w zależności od stopnia nasłonecznienia. Myślę, że zapamiętałem wszystko.
— Ron — zaczęła cicho, błagalnie. — Nie miałam zamiaru cię obrazić.
Ron niósł ją teraz przez kuchnię.
— Ale tak naprawdę, kto nie pokochałby tego, co mógł zaoferować Lucjusz, mając do wyboru jego bogactwa lub to, co mamy do zaoferowania my? Co [i]ja[/i] mogę ci dać? Kto nie chciałby elegancji i wytworności, mebli obitych atłasem i jedwabnej pościeli, okien, które wychodzą na wzgórza i francuskie ogrody? Każdy, kto wychował się w zwykłej chałupie, właśnie tego by pożądał. Każdy, kto został wysłany do szkoły z książkami z drugiej ręki, tęskniłby za tym. — Przerwał na chwilę. — Do diabła, nawet ja za czymś takim tęskniłem, dopóki nie zrozumiałem, co tak naprawdę ma znaczenie.
— Proszę, postaw mnie na ziemię — wyszeptała.
Nie zrobił tego.
Wyszli przez tylne drzwi do ogrodu, a Ginny wzdrygnęła się i zaszlochała, oślepiona promykami słońca.
— Kto nie oddałby serca i ciała potworowi, gdyby ten oferował największe bogactwa świata? — zapytał ją Ron poważnie. A potem postawił na ziemię i odwrócił do siebie plecami. Ginny zaciskała mocno powieki, nie dopuszczając do siebie słońca. Ron położył jej dłonie na ramionach. — Ktoś, na kogo to wszystko czeka w jego własnym domu. Otwórz oczy, Ginny.
Otworzyła.
Ogród oświetlały pasma słonecznych promieni, a kwiaty, które nie były jednak różami i nie zmieniały kolorów w zależności od kąta padania światła, lśniły pełniejszą gamą barw niż te z dworu Malfoyów. Jasne kolory nie były ograniczone przez ramy dobrego smaku ani przez pragnienie, by nie wyglądały prymitywnie, a to lekceważenie rytmów i rozwagi czyniło je pięknymi, dzikimi, takimi, jaka kiedyś była sama Ginny. Rabaty przecinała kręta, zniszczona kamienna ścieżka, którą układał jeszcze jej tata na wzór mugolskich alejek, z pomocą zaprawy murarskiej i łopaty. Jego twarz promieniała wtedy przy każdym kładzionym kamieniu. W ogrodzie rosły jeżyny i mniszek, przekwitłe krzaki malin, a nieopodal wierzby, chichocząc cicho, bawił się ogrodowy gnom. Pod tym samym drzewem znajdowały się dwa skromne groby — Artura i Molly Weasley.
Z trudem przełknęła ślinę, a kolana niemal się pod nią załamały. Nie było tu żadnych gładkich krawędzi, zaokrąglonych kątów, nie było spokoju i ukojenia w bogactwie i powabie. Ogród, dziki i nieokiełznany, odzwierciedlał tę część jej samej, której nienawidziła, a zarazem kochała z równą pasją. Było to czymś, co jej ojciec nazywał ogniem, a matka duchem, czymś, co Lucjusz tak łatwo oswoił i zniszczył, zamieniając ją w swoją szmacianą lalkę.
Dłonie Rona ześlizgnęły się z jej ramion do łokci, przytrzymując ją, ponieważ zachwiała się niebezpiecznie i niemal upadła.
— Widzisz je? — zapytał Ron.
— W-ważki — wymamrotała słabo. Było ich tutaj tak wiele, a Ron wszystkie je dla niej złapał.
— To nie atłas, koronka, wino i kryształowe kielichy... — powiedział cicho.
W gardle utknął jej stłumiony szloch. Zrobiła dwa kroki w kierunku nagrobków rodziców. Gdzieś w oddali ćwierkał ptak i chichotał gnom.
Zachwiała się, a brat złapał ją, przytrzymując mocno za dłoń, gdy ścieżką podążała w kierunku wierzby. Kiedy usiadła w gęstej trawie tuż obok grobu Molly, Ron opadł razem z nią na ziemię.
Drżała. Odgarnął jej włosy z twarzy na ramię. Oczy miała pełne łez.
— Ginny, ja...
Pocałowała go. W ogrodzie było tak cicho, a to zdawało się takie łatwe, wpaść w jego objęcia, oprzeć się na nim. Złapał ją instynktownie, tak, jak robił to zawsze. Pocałowała go, ponieważ powstrzymało to coś, co chciał powiedzieć, bo w zamian mógł scałować jej łzy i obudzić ją do życia, a potem zarumienić się i powiedzieć, że to był przypadek. Pocałowała go, ponieważ w jego oczach jaśniały łzy i był jak ona, przestraszony i pokryty bliznami i rozpadał się w środku wojny, której nie żadne z nich nie chciało i której nie mieli nic do zaoferowania. Pocałowała go, ponieważ nagle wydało się to takie łatwe i... w ogrodzie było tak cicho.
Ron odwzajemnił pocałunek, przez co w jakiś sposób wszystko zdawało się jeszcze bardziej ciche, a jedynym dźwiękiem był trzepot skrzydeł latających wokół ważek.
— Co robisz?
— Wszystko w porządku?
— Potter.
Harry zamrugał i spojrzał niepewnie w oczy Malfoya.
— Tak?
— Nie potrzebuję twojej asysty, sam potrafię utrzymać się na własnych nogach.
Harry uśmiechnął się słabo i odsunął od Draco.
— Przepraszam.
Malfoy wywrócił oczami.
— Po co mnie tu przyprowadziłeś?
Znajdowali się teraz w dużej, pustej, oświetlonej pochodniami jaskini. Nie było w niej żadnych mebli ani sprzętów, a Harry przyprowadził tu Draco po to, by za namową Pansy odwrócić jego uwagę od koszmarów, odbudowując tym samym jego siły, ale także dlatego, że dziewczyna była dziś bardzo słaba i spała cały dzień.
— Chcę cię nauczyć, jak wyczarować Patronusa.
Draco przez długi czas wpatrywał się w niego w ciszy, po czym posłał w jego stronę dziwny, słaby uśmiech.
— W porządku.
— Nie wiem, czy… Cóż, to trudne, a ty pewnie jesteś zbyt słaby, ale możemy spróbować, ja…
— Potter. Po prostu mnie tego naucz.
— Tak, jasne — przytaknął Harry. — Niech będzie. Masz różdżkę? W porządku, patrz. — Zademonstrował działanie zaklęcia. Używał go tak często, że nie potrzebował nawet obecności dementora, by przywołać wystarczająco silne wspomnienie. Srebrny jeleń przeparadował przez pokój, a chwilę później zniknął. Na Malfoyu nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
Godzinę później Draco wyglądał jednak na słabego i wyczerpanego, a jego twarz lśniła od potu. Nie udało mu się stworzyć niczego więcej poza słabą, srebrną mgiełką, a gniew z powodu tego, że Harry potrafił bez wysiłku wyczarować jelenia, podczas gdy jego Patronus nie posiadał nawet kształtu sprawił, że zaczął drżeć.
— Opanowanie zaklęcia zajęło mi sporo czasu — powiedział Harry, obserwując chłopaka z niepokojem.
Malfoy nie odpowiedział.
Następnego dnia próbowali znowu, a potem następnego. I następnego. Frustracja Malfoya rosła, ale rosła również jego siła. Wciąż jednak nie potrafił wyczarować pełnego Patronusa.
— Może powinieneś skupić się na innym wspomnieniu — zasugerował Harry w akcie desperacji, obserwując, jak znika kolejna srebrna mgiełka. — Szczęśliwszym.
Malfoy był wściekły. Nigdy nie lubił, aby inni nad nim górował, a teraz prawdopodobnie wydawało mu się, że Harry celowo obnosi się z faktem, iż potrafi wyczarować Patronusa, a Draco nie. Że napawa się jego porażką, co oczywiście nie było prawdą.
— Szczęśliwszym? — parsknął Malfoy. — Szczęśliwszym wspomnieniu? Nie mamtakiego!
— Musisz mieć, bo to nie działa — odpowiedział Harry z namysłem. — Jakie to wspomnienie?
— Tak, Potter, poczekaj, zaraz zwierzę ci się ze wszystkich moich sekretów.
— Nie musisz być taki złośliwy. Może to dlatego, że nie masz na czym ćwiczyć. Gdy ja uczyłem się Patronusa, Lupin miał w pracowni bogina, który przybierał formę dementora, mojego największego lęku, i to na nim trenowałem.
— Ale my nie mamy tu bogina — rzucił Malfoy, a potem opuścił pomieszczenie. Harry obserwował jego plecy, czując się dziwnie przygnębiony, ale nie poszedł za nim. Wiedział, że to nic takiego, Draco nie odejdzie daleko, a nie minie kilka godzin, aż znów będzie słaby i trafi prosto w ramiona Harry'ego.
Później tego samego dnia, kiedy złe sny ponownie uderzyły, a Draco, uwięziony w koszmarach, oddychał ciężko i jęczał, Harry tulił go do siebie i płakał. Był tak przerażony i zagubiony. Klątwa miała zniszczyć nie tylko każdą osobę, którą znał i kochał, ale także miliony innych, których nawet nie widział na oczy. Teraz, mocno trzymając Malfoya w ramionach i głaszcząc go po plecach, szlochając w jego włosy, Harry mógł być jedynie wdzięczny. Za szaleństwo, które pozwalało mu na te chwile z Draco, kiedy nie musiał być przy nim czujny, nie cierpiał z powodu jego arogancji ani okrucieństwa. Szaleństwo pozwalało mu trzymać go w objęciach, sprawić, że Malfoy go potrzebował, a wtedy Harry rozmyślał o ich niemal-prawdziwym-pocałunku, o którym Draco zdawał się zapomnieć, o delikatnym uśmiechu, który powodował, że świat przewracał się do góry nogami. Myślał o tym, jak dobrze i właściwie było tulić do siebie Draco.
I tak źle, tak bardzo źle było życzyć sobie, żeby klątwa nigdy nie odeszła. Żeby Malfoy cierpiał przez wieki, by Harry mógł go trzymać w ramionach jak zwierzaka albo dziecko, a czasami jak kochanka.
Tulił go więc do siebie i płakał, pragnąc, by wszystko potoczyło się inaczej.
W innej jaskini, daleko od tej, w której przebywał Harry z Draco, Pansy poddała się szaleństwu i krzyczała, ale nikt do niej nie przyszedł.
Malfoy spał, Pansy warzyła eliksiry, a Harry siedział sam w jaskini wypełnionej książkami. Wokół niego paliły się świece, a na podłodze leżały rozkładające się pergaminy. Włosy miał w nieładzie, a oczy piekły go z braku snu.
Rysował. Spędził już tyle godzin notując, spisując pomysły i myśli, że słowa przestawały mieć już wyraźne znaczenie. Język to plątanina niezrozumiałych dźwięków, a rysowanie i gryzmolenie wydawało mu się znacznie szybsze do wykonania i przekazywało więcej znaczeń.
Jedynym dźwiękiem rozlegającym się w jaskini był syk wypalających się świec i drapanie pióra po pergaminie. Harry zagłębił się w mrocznych i histerycznych myślach, szkicując wciąż tą samą rzecz.
Była to twarz Malfoya, po której spływały łzy. Harry nie potrafił myśleć, nie potrafił się skoncentrować, złamać tej pieprzonej klątwy, a wszystko, co mógł robić w tej chwili, to nakreślać twarz Draco tonącą we łzach. Nie potrafił tego dokonać, nie potrafił, nie był bohaterem i każdy, kto tak sądził, mylił się, okazywał swą naiwność. Świat nie może zostać uratowany przez kogoś takiego jak on, kogoś tak przerażonego, słabego i samotnego, kto jest mu winien tak wiele i któremu jednocześnie nie pozostało nic, co mógłby od siebie dać, pomijając poplamione, atramentowe szkice Chłopca, Który Oszalał.
Parsknął i rzucił pióro, opadając na stół. Jego łzy mieszały się ze łzami Malfoya na rysunku, który teraz rozmazał się i pomarszczył.
— Nie mogę — wyszeptał, gdy przestał płakać. — Nie jestem bohaterem, tylko zwykłym człowiekiem. Jak mogę powstrzymać takąklątwę? Nie wiedziałem, że jestem czarodziejem do jedenastego roku życia i zawsze byłem zajęty nauką. To Hermiona powinna być pieprzoną bohaterką.
Przełknął ślinę i ułożył podbródek na przedramionach, nieświadomy, że atrament odbity na jego policzku do złudzenia przypomina łzy, które nie tak dawno narysował na twarzy Draco. Rozmyślał o Hogwarcie, Ronie i Hermionie, o tym, że łatwiej było znaleźć Kamień Filozoficzny i pobić Malfoya w quidditchu niż uratować świat przez zaraźliwą klątwą i trzymać Draco za każdym razem, gdy ten popadał w swoje szaleństwo. I gdzie jest teraz Ron z Hermioną?
To się nie liczyło. Wojna zniszczyła ważniejsze rzeczy, niż jego pierwsze przyjaźnie.
— Są szczęściarzami — wymamrotał, mając na myśli Malfoya i Pansy. — Ich koszmary nie będą trwać wiecznie, ja za to tkwię w takim, w którym nikt nie przytula i nie odgania szaleństwa. To oni mnie w niego wpakowali.. I to jest pieprzony koszmar.
A może on też, jak wszyscy wokół, stracił głowę z powodu klątwy i to był jego własny zły sen, wywołany przez moc dementorów.
Ale nawet jeśli tak jest, Harry go pokona. Nawet jeśli nie był prawdziwy.
Zaczął powtarzać sobie wszystko, co powiedziała mu Pansy na temat klątwy i jej działania, zdeterminowany, by coś znaleźć, cokolwiek. Mamrotał pod nosem, kartkując notatki.
Nagła myśl wpadła mu do głowy. Wyprostował się.
— Przesyła magię dementorów jak satelita... — wyszeptał. — Jak mugolska telewizja. Jak zatrzymać sygnał, zanim dostanie się do telewizora? Odciąć kabel. — Przełknął ślinę i przygryzł dolną wargę. — Albo... zniszczyć źródło sygnału. — Zamrugał. — Zniszczyć źródło. Pozabijać ich. Pozabijać ich wszystkich.
— Masz atrament. — Z progu drzwi dobiegł go czyjś głos. Harry od razu rozpoznał, że należy on do Malfoya. — Na twarzy.
Uniósł wzrok i wpatrywał się w niego beznamiętne, a jego wyczerpany umysł nie był w stanie zdać sobie sprawy, że Malfoy naprawdę tu był i to już od dobrej chwili. Obserwował, jak Harry traci rozum i mówi do siebie.
— Co? — zapytał.
Malfoy zmarszczył czoło.
— Kiedy ostatnio spałeś?
— Spałem? — powtórzył Harry, mrugając.
Draco zaklął cicho, wszedł do jaskini i złapał Harry'ego za nadgarstek, podnosząc go z krzesła.
— Idziesz spać — oznajmił. — Chodź.
— Nie mogę — wymamrotał Harry mimo tego, że chwiał się już niebezpiecznie, a jego powieki trzepotały słabo. — Muszę szukać... muszę... a potem idziemy poćwiczyć Patronusa i...
— Zamknij się. — Malfoy zaciągnął go do sypialni i pozbył się większości jego ubrań, a potem siłą położył do łóżka. Odwrócił się, by odejść, ale Harry złapał go za rękę.
— Nie — powiedział sennie, potrząsając głową. — Nie odchodź, proszę. Zostań ze mną.
Malfoy obserwował go pociemniałym, niezgłębionym wzrokiem, a potem z ironicznym uśmiechem odpowiedział:
— Co, Potter, to ja mam cię uspokajać, mimo że sam wmieszałem cię w cały ten koszmar?
— Proszę — wyszeptał Harry, choć nie było to konieczne. Malfoy już kładł się na łóżku, oplatając go swoim ciałem, tuląc i gładząc kojąco po rozczochranych włosach.
Harry zasnął niemal natychmiast.
Ron wyszedł, a w głowie Ginny szeptały wspomnienia o Lucjuszu, ale nie poddała im się. Lucjusz po nią nie przyszedł, nie powstrzymał syna, który zabrał ją z dworu Malfoyów, nie zatrzymał Voldemorta, który niemal ją zabił, gdy się o nich dowiedział. Zamiast rozmyślać, włóczyła się po kuchni, gdzie jej mama spędzała na gotowaniu niekończące się godziny i przypominała sobie o niej wszystko, co tylko mogła. Jak pachniała, jak mówiła, jak się poruszała.
Utrzymywanie myśli w teraźniejszości pomagało, dopóki nie wrócił Ron, wyglądając na zmęczonego i wyczerpanego. Mimo wszystko, gdy ją spostrzegł, wygiął usta w nerwowym i lękliwym uśmiechu.
— Coś dziwnego dzieje się w Londynie — powiedział.
— Co? — Nie obchodziło jej to, ale grzecznie było zapytać, o co chodzi.
— Nie jestem pewien. Coś dziwnego. Z Dumbledore'em nie jest dobrze.
Zamrugała.
— Nie jest dobrze? On zawsze ma się dobrze.
— Widziałem go. Mówi, że cierpi na koszmary, ale dodał, żebym się nie martwił. Potem poszedłem na Pokątną, by spotkać się z Fredem i George'em. Oni czują się podobnie. Także stwierdzili, że to przez koszmary. Nawet mugole w autobusie coś o tym szeptali.
— To naturalne. Nawet oni mają świadomość, że dzieje się coś strasznego. Wszyscy wynieśli z wojny własne lęki.
Ron przytaknął, wyglądając na rozdrażnionego.
— To wszystko... wydaje się dziwnie. Kiedy potrząsałem ręką Freda na pożegnanie, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że nigdy więcej go nie zobaczę.
Ginny nie odpowiedziała. Minęła długa chwila, zanim odezwała się cicho:
— Czy są jakieś wieści o...
— O kim? — zapytał.
— O nikim — wyszeptała, jednak Ron mimo to wyglądał na rozeźlonego. — A Harry? — zapytała, zmieniając temat. — Odnaleźli Harry'ego? — Wypowiedziała jego imię z gniewem, ponieważ brat tego oczekiwał. Zanim wyszedł, powiedział jej, że tęskni za „starą Ginny", za tą, która miała w sobie ogień. Nie pozostała w niej już ani jedna iskra, ale mogła udawać. Dla Rona.
— Nie — odpowiedział zwięźle.
On był wściekły, a ona zbyt obojętna, by czuć cokolwiek. Kuchnię wypełniła cisza. Opuszki palców Rona pogłaskały jej policzek i Ginny wzdrygnęła się. Przez dotyk do jej ciała i umysłu wdarło się coś niezdefiniowanego. Czuła się, jakby coś w głębinach umysłu krzyczało, jakby gdzieś tam umierała kolejna jej cząstka.
— Malfoy. No dalej, praktyka czyni mistrza — powiedział Harry z rozdrażnieniem. Draco rozłożył się na krześle obok paleniska, dąsając się, gdy trzy jelenie przemaszerowały przez jaskinię, po czym zniknęły.
— Pieprzyć praktykę — odpowiedział Malfoy. — Nie widzę, żebym robił jakiekolwiek postępy.
Harry rozważał to przez chwilę, a potem odpowiedział:
— Mam dla ciebie prezent. Może pomóc. — Był niemożliwie zdenerwowany i nie miał pewności, czy w ogóle chce dać podarunek Draco, mimo że przygotowywał go cały ranek.
— Prezent? — Malfoy ożywił się nieznacznie. — Co to jest?
Harry przyglądał mu się przez chwilę, a potem wypuścił powoli powietrze.
— Pozwól mi go przynieść.
Opuścił jaskinię i powrócił kilka minut potem, trzymając w dłoniach płytką, srebrną misę. Malfoy przyjrzał jej się sceptycznie.
— Jedzenie? — zapytał z niesmakiem. — Jak ma mi to niby pomóc?
— To myślodsiewnia ze zbiorem moich najszczęśliwszych wspomnień.
Draco zmrużył oczy, ale nie odpowiedział. Podszedł do misy i wbił wzrok pełen nierozpoznawalnych emocji w srebrzystą ciecz.
— Nie chcę twoich wspomnień, Potter — odpowiedział po chwili.
— Twoje nie działają, więc pożycz moje.
— To nie zadziała. Poza tym, nie możesz wyrzucić z siebie swojego dobra, przelać go do misy i oczekiwać, że je wchłonę.
Harry, którego poziom zdenerwowania cały czas rósł, wypalił:
— A jak ty możesz oczekiwać, że cię czegoś nauczę, skoro nie chcesz nawet spróbować?
— Bo to nic nie da! — krzyknął Malfoy, tracąc nad sobą kontrolę. — Nie rozumiesz, nic nie da! Kogo to zresztą obchodzi? Nie potrzebuję tego i nie potrzebuję ciebie, więc odpieprz się!
—Potrzebujesz mnie! Beze mnie straciłbyś rozum już dawno temu!
— Może już go straciłem — wysyczał Malfoy.
Zły za pozwolenie sobie na taką słabość, za podarowanie najważniejszych wspomnień Draco, by ten rzucił mu nimi w twarz, Harry strącił misę, która roztrzaskała się na kamiennej powierzchni. Srebrne krople ochlapały podłogę i ich samych.
Przez długą chwilę obaj nie poruszali się, ale nagle ich równie zaskoczone spojrzenia spotkały się ze sobą, gdy świat wokół nich zawirował i zostali wciągnięci w jedno z ulubionych wspomnień Harry'ego.
Nie wybierał ich według kryteriów, po prostu wyławiał z umysłu przekonany, że gdy tylko skończą trening, odzyska je z powrotem. Teraz był przerażony, stojąc twarzą w twarz z podobnie przerażonym Malfoyem, a wokół nich unosiła się dziwna mgła. Czekał nerwowo, aż coś się stanie, aż zostaną wyrzuceni ze wspomnienia albo jakiś obraz zacznie się przed nimi ujawniać. Malfoy wypuścił z siebie drżący oddech.
— Wydostań nas stąd, Potter — powiedział. Słowa we mgle zabrzmiały na dziwnie przytłumione.
Nie byli sami. Harry słyszał krzyki, jeszcze niewyraźne, ale zbliżające się w ich kierunku. Nagle minął ich bardzo młody Draco Malfoy, niemal przechodząc przez swoją starszą postać, która odskoczyła z okrzykiem zaskoczenia. Za nim podążała szybko czternastoletnia Hermiona, a potem uderzyła go w twarz.
Malfoy wbił w niego nienawistne spojrzenie, unosząc równocześnie brwi i Harry zaśmiał się cicho. Nawet nie wiedział, że właśnie to było jedno z jego najlepszych wspomnień.
Młodsze wersje Hermiony i Malfoya rozpłynęła się w powietrzu i zanim zdążył zasugerować, by spróbowali się stąd wyrwać, Draco leciał już na miotle, krzycząc przez ramię. Wiatr mierzwił jego jasne włosy, a twarz rozjaśniał mu krzywy uśmiech. W dłoni ściskał przypominajkę Neville'a.
— Najszczęśliwsze wspomnienia? — zadrwił Malfoy, patrząc, jak młodszy Harry ściga go w powietrzu. Latali, krzycząc na siebie, ale zanim przypominajka opuściła lewą dłoń Draco, zniknęli.
— Nie wiem — wyszeptał Harry, zdezorientowany. — Nie wybierałem konkretnych. Może pomyliłem zaklęcie i zebrałem wszystkie moje wspomnienia o tobie.
Malfoy odwrócił od niego wzrok, ponieważ z mgły wyłaniała się kolejna scena, w której tym razem sam nie brał udziału. Było Boże narodzenie i gdzieś w oddali ktoś śpiewał „God Rest Ya Merry Hippogriffs".*
— Syriusz — powiedział Harry drżącym głosem. — Och, Boże. — A potem pobiegł, wtapiając się we mgłę, dysząc rozpaczliwie, pragnąc ujrzeć choć przez chwilę swego ojca chrzestnego.
Malfoy pobiegł za nim.
— Potter? Potter! Co ty, do diabła, robisz?
Harry po chwili stracił go z oczu, otoczyła go mgła i został sam. Towarzyszył mu tylko śpiew, który cichnął powoli, a potem zamilkł całkowicie.
— Syriusz? — zawołał. — Syriusz, gdzie... — przerwał, przełykając głośno ślinę. — Malfoy? Jest tu kto? — Odpowiedziała mu głucha cisza. — Spieprzyłem zaklęcie, spieprzyłem, to nie myślodsiewnia, nie może być... — Odwrócił się, przeszukując szarą gęstwinę w poszukiwaniu Malfoya. Krzyczał jego imię, ale nie usłyszał odpowiedzi.
Nagle tuż koło niego przetoczył się troll i rozległy się krzyki, a jedenastoletni Harry popędził za nim. Jego starsza postać wzdrygnęła się, gdy Harry ze wspomnień odszedł razem z Ronem i Hermioną.
— Malfoy? — zaszlochał.
Draco przeleciał obok niego na miotle, jego twarz wyrażała najwyższy stopień koncentracji, a tuż za nim unosiła się Cho Chang, obserwując go uważniej niż samo niebo. Mecz quidditcha, Slytherin kontra Ravenclaw.
Malfoy złapał znicz i jego twarz promieniała, a Harry zamrugał, rozumiejąc nagle, dlaczego wybrał właśnie to wspomnienie. Nigdy nie widział piękniejszego uśmiechu.
Potem pojawił się przed nim złoty puchar, w stronę którego biegli dwaj chłopcy.
— Nie, nie, nie... — powtarzał Harry, ponieważ na pewno nie było to jedno z jego ulubionych wspomnień, raczej to z rodzaju najgorszych. Pomijając moment sekundę przed tym, jak ich palce dotknęły powierzchni pucharu...
Harry odwrócił się w panice i ujrzał siebie, uśmiechającego się promiennie do Syriusza, który proponował mu mieszkanie razem, a potem w lustrze Ein Eingarp widział swoich rodziców i siebie trzymającego Puchar Quidditcha, a potem znów Malfoya, który w pracowni eliksirów uśmiechał się do siebie i poza Harrym nikt tego uśmiechu nie widział. Zgredka, który płacze ze szczęścia po tym, jak go uwolnił. Petunię Dursley pokrytą puddingiem. Ciotkę Marge wzlatująca pod sam sufit. Feniksa i młodszego siebie, trzymającego go za nogę i wzbijającego się z nim w powietrze,.
— Malfoy! — wrzasnął, ponieważ każde dobre wspomnienie przeplatało się ze złym, z Voldemortem, który niszczy całe dobro, a Harry naprawdę nie chciał sobie o nim przypominać. — Malfoy, g-gdzie jesteś? — Był bliski łez.
Malfoy pojawił się nagle przed nim, wyraźnie zdenerwowany.
— Zostawiłeś mnie — rzucił wściekle.
Nagle otoczyło ich wspomnienie meczu quidditcha, a oni sami znajdowali się teraz w powietrzu. To tak zdezorientowało Harry'ego, że złapał Draco za nadgarstek i otworzył usta. Wisieli nad stadionem na tym samym poziomie, na którym byliby, gdyby grali na pozycjach szukających. Jego młodsza wersja również tam była, mrużyła oczy w oznace koncentracji i trzymała się mocno trzonka miotły. Młodszy Harry nie szukał jednak znicza. Gdy w powietrzu zabłysły jasne włosy, odwrócił się, by spojrzeć na to, na co patrzyła jego postać ze wspomnienia. Malfoy na miotle przecinał boisko. Tłuczek niemal trafił go w głowę, ale on śmiał się tak, jakby nic się nie stało.
Obok policzka Harry'ego przeleciał znicz, tak blisko, że skrzydełkami niemal dotknął jego skóry, ale on nadal nie odwrócił wzroku od Malfoya. Potem wizja rozpłynęła się niczym rozpuszczający się cukier i prawdziwy Harry skrzywił się.
— To pamiętam — oznajmił Malfoy cicho, gdy ponownie otuliła ich mgła. — Złapałem znicz kilka minut później. Siódmy rok. Wygraliśmy Puchar Quidditcha.
Harry warknął i milczał przez chwilę.
— Powinniśmy się stąd wydostać.
— Dlaczego w skład twoich najszczęśliwszych wspomnień wchodzi to, w którym ja wygrywam?
— Jak my się stąd wydostaniemy? — zapytał Harry desperacko.
— Ja nie...
Nagle coś wyrwało ich ze wspomnień i z powrotem znaleźli się w pustej jaskini, wpatrując się w siebie tępo. Okazało się, że to Pansy weszła do pomieszczenia i zawołała ich po imieniu, wyciągając z myślodsiewni.
Twarz Malfoya przeciął dziwny, mroczny wyraz. Wyglądając na zakłopotanego, chłopak spojrzał jeszcze na Harry'ego przez ramię, po czym wymaszerował z jaskini.
— To jest wszędzie — wyszeptał Ron, przerażony, jednak Ginny tylko patrzyła na niego beznamiętnie. — Och, Boże, Ginny, to pożre wszystko, wszystkich zniszczy.
— Koszmary? — Nie spała od dawna w obawie, że nawiedzą ją złe sny. — Skąd pochodzą?
— Ja... Widziałem się dzisiaj z Dumbledore'em. To nowa klątwa. Czwarte Niewybaczalne.
Wszystko wokół było koszmarem, to, że nie spała i że nie obchodziło jej, że ktoś chce wpędzić ludzkość w szaleństwo. Ron nadal się martwił, więc Ginny robiła wszystko, by wyglądać tak, jakby przejmowała się całą sytuacją. Ostatnio straciła umiejętność do przeżywania jakichkolwiek uczuć, pozostała jej tylko pustka, wewnętrzny niepokój i przemożne wrażenie, że cała pokryta jest odciskami palców.
— Klątwa? — powtórzyła.
— Dumbledore próbuje ją rozpracować... Ale jest zaraźliwa. Cierpią przez nią niemal wszyscy w Londynie, a przynajmniej wskazują na to początkowe symptomy. Pierwsi, którzy zostali trafieni nią podczas bitwy, nie żyją. Popełnili samobójstwo. Doprowadziła ich do szaleństwa.
Uśmiechnęła się. Była dotknięta klątwą, która doprowadzi ją do szaleństwa? Musiałaby pospieszyć się, by ją dogonić, bo Ginny już dawno straciła rozum.
— Samobójstwo? — Nie brała tego rozwiązania po uwagę, gdyż Ron by za nią płakał, bo tak bardzo ją kochał. Nie w ten sposób, w jaki powinien, jak Charlie i pozostali bracia, kochał w sposób, który kazał mu dotykać ją i całować. Ale kochał, a Lucjusz kłamał i nie przyszedł po nią, więc jego miłość nie mogła być prawdą. Ginny nie opuściłaby Rona, już i tak bardzo go zraniła. Ale gdy teraz klątwa również jego doprowadza do szaleństwa, może mogliby razem umrzeć. Zabić się. Nie musiałaby go zostawiać. — Boisz się? — zapytała, mrużąc oczy. — Ty też jesteś zarażony. Koszmary stają się gorsze, prawda?
— Tak — wyszeptał. — Widziałem ofiary w ostatnim stadium, ledwo... ledwo żyją. Bardzo cierpią, są załamane i przerażone.
— Nie chcę taka być. — Udawała przestraszoną. Zadziałało. Ron objął ją i kołysał w ramionach.
— Już dobrze, nigdy taka nie będziesz.
— Nie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Dumbledore znajdzie lekarstwo. — Ron brzmiał na przekonanego. Ginny zaczęła płakać. Po jej policzkach nie spływały łzy, ale wydawała z siebie odpowiednie szlochy i łkanie.
— Ale Ron, co będzie, jeśli niczego nie znajdzie? Obiecaj mi, obiecaj, że nie pozwolisz mi tak skończyć. Proszę, Ron.
— Co masz na myśli? — wyszeptał.
Wyswobodziła się z jego objęć. Oczy lśniły jej większą ilością emocji, niż w ciągu ostatnich dni.
— Przyrzeknij, że nie pozwolisz mi oszaleć. Wolałabym umrzeć niż oszaleć.
— Ja... przyrzekam.
Uśmiechnęła się i pocałowała go w usta.
KONIEC ROZDZIAŁU PIĄTEGO
* nawiązanie do jednej z kolęd brytyjskich — „God Rest Ya Merry, Gentelmen"
KOMENTARZE NAPRAWDĘ MILE WIDZIANE. ;)
