BETA: KACZALKA :*
ROZDZIAŁ SIÓDMY, CZĘŚĆ PIERWSZA:
Smok
„Byłem tu od początku
I widziałem, jak wybierasz swą ścieżkę
Obserwowałem płomień twojej duszy
I wiedziałem, że nie przetrwa
Bo gdy życie puka do drzwi
Znika niewinność
A to, co wcześniej oznaczało dzieciństwo
Teraz jest brzydkie, prymitywne, puste
I zastanawiasz się, gdzie zgubiłeś siebie
Tak bardzo dawno temu..."
(J. Englishman, „The Hero")
Harry obudził się pierwszy i zauważył, że w nocy on i Draco zmienili pozycje i teraz leżeli twarzą w twarz. Obserwował śpiącego Malfoya przez długi czas, myśląc o pocałunkach i rzeczach takich jak wstyd czy żal i tym, że żadnego z nich uczucia te nie dotyczą. Gdy całował go Charlie, był w tym właśnie wstyd i żal, a Harry doszedł wtedy do wniosku, że całowanie jest czymś upadlającym. Oznaczało stanie całkowicie nieruchomo i rozniecanie w sobie nadziei, że pocałunek szybko się skończy.
Jednak całowanie Draco Malfoya... Nie krył się w tym żaden wstyd. A być może powinien. Harry powinien płakać i rzucić się z jakiegoś mostu, wrzeszcząc coś o swojej jedynej miłości, która zakwitła z jedynej nienawiści. Coś melodramatycznego. Zamiast tego wszystko, czego chciał, to znowu go pocałować, ale to wcale nie było melodramatyczne. Już raczej... romantyczne.
Więc pocałował go znowu, zaledwie muskając wargami jego usta, zaskoczony, kiedy Draco natychmiast instynktownie odpowiedział, mamrocząc coś przez sen i przysuwając się bliżej. Jedną z rąk oplótł ramię Harry'ego i otworzył oczy.
— Potter? — wymruczał, oblizując usta i przywierając bliżej drugiego ciała.
— Mhm?
— Czy ty mnie właśnie pocałowałeś?
— Tak. — Harry zarumienił się lekko, a Malfoy uśmiechnął sennie, ponownie zamykając oczy.
— Och. — Nastała pełna zamyślenia cisza. — W porządku.
— Powinniśmy o tym porozmawiać — powiedział Harry niechętnie.
— Nie sądzę. — Draco westchnął, zadowolony.
— Dlaczego?
— Za wcześnie. Spać.
Harry również westchnął, uśmiechnął się i zastanowił, kiedy wszystko stało się tak proste, a zarazem tak skomplikowane.
— Więc śpij — zgodził się, ale jego odpowiedź nie miała już znaczenia, bo Draco właśnie zdążył zasnąć. — Jesteś niemożliwy — stwierdził łagodnie, ale nie obudził go, ułożył tylko podbródek na czubku jego głowy i sam zamknął oczy.
Zasnął bardzo szybko, coraz głębiej i głębiej zapadając w nieświadomość, aż w końcu zaczął śnić.
We śnie Harry w ogóle nie był Harrym, tylko smokiem, potężnym stworzeniem z długą, wygiętą szyją i czarnymi skrzydłami, których skóra rozciągała się pomiędzy cienką pajęczyną wyrastających mu z ramion kości. Całą jego skórę pokrywały grube łuski. Był wściekły, a z pyska buchały mu strumienie ognia, paląc ziemię pod nim i zostawiając jedynie popiół i sadzę. Skrzydła poruszały się z łatwością, a ciało przecinało płynnie powietrze, dewastując wszystko na swojej drodze. Umierały drzewa, zwierzęta, a nawet ludzie. Czasami ich rozpoznawał. Zginęła Hermiona, Ron, Ginny, Pansy, Charlie, ci, których znał wcześniej i ci, których nigdy nie widział. Wszyscy krzyczeli, paleni żywcem.
Potem zobaczył kogoś, kogo zidentyfikowanie zajęło mu dobrą chwilę. To był on sam, leżał uwięziony z szeroko rozciągniętymi ramionami. Krew spływała z poranionych rąk i stóp, z miejsc, gdzie miecze przyszpilały go do ziemi niczym motyla. Ciemnoczerwone plamy okalały jego twarz i szyję, a ubrania były postrzępione i zakrwawione. Otwierał szeroko oczy, wpatrując się zawzięcie i kpiąco w Harry'ego-smoka.
Pragnienie destrukcji okazało się silniejsze niż kiedykolwiek. Poziom nienawiści do uwięzionego chłopca sięgał tak wysokiego poziomu, że Harry-smok nie chciał go spalić. Chciał rozerwać go na strzępy za pomocą szponów i zębów. Zanurkował ku ziemi, zatrzymując się nad Harrym, który śmiał się i pluł na niego.
Pazury łatwo wbiły się w brzuch, rozdzierając Harry'ego i przemieniając śmiech we wrzask. Smok zaatakował jego twarz, mierząc w oczy i wyrzucając z rozpalonych nozdrzy ogień i dym.
Stworzenie cieszyłoby się, mogąc krzywdzić Harry'ego, dopóki ten nie byłby w ogóle rozpoznawalny, ale jego ofiara krzyczała teraz coś po angielsku. Smok nie znał angielskiego.
Nadal atakował go szponami, które powoli zmieniały się w pięści, ludzkie pięści, zadające ciosy, aż Harry-smok wpatrywał się przerażony w zielone spojrzenie Harry'ego na ziemi. Zamrugał i zieleń zniknęła.
Pod nim leżał Malfoy, obserwując go szarymi, przepełnionymi zaskoczeniem i przerażeniem oczami.
Gdy ostatnia cząstka snu ulotniła się z jego umysłu, Harry zamarł bez ruchu, nagle świadomy tego, że siedział okrakiem na Draco, przyszpilając go do łóżka, a jego własna pięść była wilgotna od krwi. Krew spływała też z rozcięcia na policzku Malfoya, z jego nosa i warg, a jedno z oczu już zaczynało mu puchnąć.
Harry rozwarł szeroko powieki, gdy dezorientacja ustąpiła miejsca kompletnemu przerażeniu.
— O mój Boże — zaszlochał, schodząc z Malfoya i cały roztrzęsiony lądując na krawędzi łóżka. Siadając powoli, Draco nie odrywał od niego wzroku ani nie sięgnął do twarzy, by zatamować krwawienie, wpatrywał się tylko w Harry'ego, a osłupienie w jego wzroku zmieniło się w zakłopotanie.
— Potter... — wyszeptał ostrożnie. — Czy ty...
Harry zakrył usta dłonią, jeszcze mocniej rozszerzając oczy. Ze zduszonym jękiem wstał z łóżka i wybiegł do sąsiedniej jaskini, która służyła im za łazienkę. Zwymiotował, a gwałtownym skurczom żołądka towarzyszył głośny szloch. Smak wymiocin i łez tworzył w jego ustach przykrą mieszankę. Gdy mdłości minęły, odwrócił się w stronę umywalki, odkręcił kurek i podstawił dłoń, po czym przepłukał usta wodą. Nie pomogło.
Owładnięty klaustrofobicznym uczuciem, zaczął oddychać coraz szybciej. Szepty wspomnień zmieszane ze świadomością, co zrobił Malfoyowi, rozrywały jego umysł na kawałki.
Był niemal oślepiony paniką, kiedy wypadł z jaskini, desperacko pragnąc znaleźć się tak daleko od Draco, jak tylko zdoła, jak gdyby mogło mu to pomóc zapomnieć, co właśnie zrobił i o czym śnił. Pomóc pozbyć się z ust smaku miedzi i łez, pomóc zatrzymać myśl, że może w nich wyczuć również krew.
Po drodze wpadł na Pansy, niemal przewracając ją na ziemię. Dziewczyna złapała go za ramię, mrużąc oczy.
— Potter, co, do diabła... Masz krew na twarzy. — Harry wydał z siebie suchy szloch i usiłował się jej wyrwać. Nie pozwoliła mu odejść, ciągnąc go do swojej sypialni, z której właśnie wyszła. — Przestań — rozkazała stanowczym głosem, zamykając drzwi.
W pomieszczeniu było ciemno, co trochę go uspokoiło, gdy stał w samym jego środku, drżąc i oddychając ciężko. Pansy obserwowała go w ciszy, a potem szturchnęła go, by usiadł na łóżku.
Na biurku nieopodal drzwi znajdowała się miska z wodą, którą Harry ledwie widział w słabym świetle zwisającej ze sklepienia lampy. Pansy zabrała ją razem z czystą szmatką, usiadła obok niego, zamoczyła ściereczkę i zaczęła delikatnie zmywać krew z jego twarzy.
— Co się stało? — zapytała.
— Ja… zraniłem go — wyznał Harry gwałtownie.
Ręka trzymająca szmatkę zamarła bez ruchu.
— Draco?
— Nie chciałem... — Harry zaczął płakać, krzywiąc twarz. Podciągnął kolana do piersi i otoczył je ramionami, kładąc na nich głowę. Pansy złapała go za szczękę i uniosła ją do góry, by kontynuować mycie.
— Co się stało? — zapytała ponownie.
— Śniłem, a potem obudziłem się i siedziałem na nim — odpowiedział, pociągając nosem i wpatrując się w nią błagalnie, oczekując na potępienie. Jakby nie było, kochała Malfoya.
— O czym śniłeś? — zapytała, opłukując szmatkę i ocierając mu łzy. Kiedy wybiegał z sypialni, Harry nie zatrzymał się nawet, by zabrać okulary.
— O smoku — wyszeptał. — To ja nim byłem i zabijałem każdego na swej drodze, widziałem też siebie na ziemi, widziałem, jak rozrywam na strzępy samego siebie, a potem obudziłem się i pode mną leżał Malfoy...
Pansy zamyśliła się na chwilę, odgarniając mu włosy ze spoconego czoła. Pozostawiła tam dłoń, by sprawdzić, czy ma gorączkę.
— Wszystko z nim w porządku? — zapytała w końcu, zabierając rękę.
— Nie wiem.
— Na pewno tak. Uspokój się, Potter.
Mimo pewnego głosu i energicznej postawy, zachowywała się naprawdę delikatnie. Harry westchnął.
— Dlaczego się mną zajmujesz? — szepnął, przełykając ślinę.
Pansy roześmiała się cicho.
— Należysz do Draco Malfoya, Potter. Moim obowiązkiem jest chronić wszystko, co do niego należy.
Otworzył oczy i obserwował ją w ciemności przez długi moment, a potem wydał z siebie kolejne westchnienie i pozwolił głowie spocząć na ramieniu dziewczyny. Pogłaskała go po włosach.
— Nie wiem, jak to się stało — wyszeptał Harry.
— Chodzi ci o sen? — zapytała.
— O Malfoya.
— Co masz na myśli?
Harry przez chwilę rozważał pytanie.
— Pocałowałem go.
— Kochasz go.
— Nie mogę...
Pansy milczała przez moment, zanim zapytała:
— Dlaczego nie?
— Bo to Draco Malfoy. Bo walczymy po dwóch różnych stronach. Bo mógłby torturować i zabić moją najlepszą przyjaciółkę tylko za to, że jej rodzice są mugolami. Bo jest egoistyczny, niemożliwy i irytujący. Bo zdradziłbym tym swoich przyjaciół i moją stronę.
— A co z tobą?
— Co masz na myśli?
— Zdradziłbyś swoich przyjaciół, kochając go, ale co z tobą? Czy nie kochając go, nie zdradziłbyś samego siebie,?
Harry zmarszczył czoło.
— Nie jestem przeznaczony do tego, by go kochać. Stwierdzi to każdy, kto tylko na nas spojrzy. To niemożliwe.
Pansy dotknęła jego podbródka i uniosła mu głowę, tak że wzrok Harry'ego nie spotkał się z jej własnym.
— Posłuchaj — zaczęła cichym, ale pewnym tonem. — Wszyscy mogą to stwierdzić jedynie patrząc na ciebie. Jeśli ktoś kiedykolwiek starałby się wmówić ci, że w przyszłości pokochasz kogoś tak bardzo, jak przeznaczony jesteś kochać Draco, nigdy naprawdę cię nie znał.
Jego oczy zapiekły łzami, a kiedy przymknął powieki, kilka z nich potoczyło się po policzkach.
— Jestem im winien więcej niż to.
— Komu jesteś coś winien?
— Dumbledore'owi. Ronowi. Charliemu. — Wymieniałby dalej, gdyby Pansy mu nie przerwała.
— Dumbledore wykorzystuje cię od dziecka. Ron podejrzewa cię o szpiegostwo, od kiedy uratowałeś jego małą siostrzyczkę. Charlie wrobił cię w zdradę po tym, jak chciał cię uwieść.
Harry wzdrygnął się, ale nie odpowiedział.
Po chwili, gdy ramię dziewczyny zaczęło mu przeszkadzać i przesunął się trochę, w pomieszczeniu rozległo się pukanie.
Pansy otworzyła drzwi, za którymi ukazała się Hermiona, wyglądającą na niepewną i zdenerwowaną.
— Malfoy jest wściekły — poinformowała. — Chodzi w tę i z powrotem, krzyczy i rzuca rzeczami. — Harry jęknął i otoczył ramionami swoje przyciśnięte do piersi kolana. Przyjaciółka spojrzała na niego z widoczną obawą w oczach. — Coś się stało?
— Harry miał koszmar — wyjaśniła Pansy szybko, wychodząc z pokoju i ciągnąc za sobą Hermionę.
Harry został sam w ciemnej sypialni. Opadł bezwolnie na łóżko, kuląc się tak mocno, jak tylko potrafił, i przygryzając wargę, by stłumić szloch. Zacisnął mocno powieki, starając się umrzeć albo chociaż stracić przytomność, ponieważ wciąż nie potrafił wyrzucić z pamięci przerażonego spojrzenia Malfoya.
Drzwi do pomieszczenia uchyliły się, wpuszczając snop światła. Malfoy wyjrzał zza nich nerwowo.
— Wciąż tu jesteś? — zapytał nieznacznie drżącym głosem. Harry jęknął, odwracając się od światła. Na ten dźwięk Malfoy otworzył drzwi szerzej. — Cześć — rzucił cicho. Harry przełknął ślinę, ale nie odpowiedział. — Jak się masz? — zapytał Draco, wchodząc do pokoju.
— Czy ty nadal...
— Co?
— Krwawisz — dokończył Harry łamiącym się głosem.
— Och. — Draco wypuścił gwałtownie powietrze. — Granger oczyściła ranę i wyleczyła mnie. — Obaj na chwilę zamilkli. Malfoy podszedł do niego bliżej, uprzednio zamykając drzwi.
— Rzucałeś rzeczami — powiedział Harry. — Dlaczego?
— Ach, to. Poszedłem za tobą, gdy wybiegłeś z sypialni, ale zanim cię dogoniłem, wpadłeś na Pansy i... Myślę, że Granger obrała sobie za obowiązek twoją obronę. Musiała zobaczyć krew i... zatrzymała mnie… nie pozwoliła mi wejść… Byłem… wściekły.
— Na mnie?
W pokoju zaległa zaskakująca cisza.
— Dlaczego miałbym być na ciebie wściekły?
— Ja... — Harry skrzywił się i głos mu się załamał. — Skrzywdziłem cię... pobiłem... Przepraszam, Malfoy... — W tej chwili nie potrafił się dłużej powstrzymywać i zaczął płakać, a szloch powodował pieczenie w gardle.
Draco podszedł do niego, usiadł na łóżku i otoczył go ramionami, trzymając mocno.
— Przestań już, przestań, Potter, już dobrze, wszystko w porządku. Do cholery, już dobrze... — Harry dławił się łzami, przywierając do Draco i płacząc mocniej niż kiedykolwiek. Gdy w końcu zaczął się uspokajać, Malfoy głaskał jego włosy i odwrócił tak, że Harry leżał teraz z głową na jego kolanach. — Już dobrze, przestań płakać.
Harry zacisnął powieki i pokiwał głową.
— Dobrze, przepraszam.
— Miałeś zły sen?
Drżąc, Harry ponownie pokiwał głową.
— Przepraszam — powtórzył.
— Zamknij się.
Harry roześmiał się przez łzy, ocierając twarz rękawem.
— Dobrze.
— To nie była twoja wina, raczej moja. Byłem… czasami to się zdarza. Jeśli ktoś zostanie zaatakowany przez Czarnego Patronusa... potrzeba trochę czasu, zanim jego umysł pozbędzie się koszmarów, szczególnie podczas snów. O czym śniłeś?
— Próbowałem sam siebie rozerwać na strzępy — wyszeptał Harry, wzdychając. — A potem obudziłem się i pode mną leżałeś ty... bałem się, że będziesz wściekły. To znaczy, przecież cię pobiłem. Dlaczego mnie nie odepchnąłeś?
Malfoy przesunął palcami po włosach Harry'ego.
— Nie chciałem cię zranić — odpowiedział cicho.
Harry odwrócił twarz tak, aby przycisnąć ją do nogi Malfoya i znowu zaczął płakać. Draco westchnął i zaczął głaskać go po plecach, a on zastanawiał się, czy na świecie istnieje coś wspanialszego niż pocałunek Malfoya i jakby to było, gdyby nadal płakał, a on dotykałby go jeszcze bardziej intymnie. Chwilę potem odsunął się, zmieszany, otarł twarz i odchrząknął.
— Hermiona pewnie się o mnie martwi, powinienem... — przerwał.
— Wszystko w porządku?
— Pansy powiedziała, że jestem twój. — Nie miał pojęcia, dlaczego to mówi ani dlaczego tak uważnie obserwuje twarz Draco. Był nieco zaskoczony niespiesznym uśmiechem, który zakwitł na jego ustach.
— Serio? — zapytał niewinnie Malfoy, schodząc z łóżka i biorąc Harry'ego za rękę.
— Mhm — odpowiedział, pozwalając Draco wyprowadzić się z pokoju.
— Mądra z niej dziewczyna — skomentował Malfoy bez oglądania się na niego. Harry rozwarł szerzej powieki i zachwiał się, starając się dociec, co dokładnie Draco miał przez to na myśli.
Hermiona żuła końcówkę pióra. Harry obserwował ją, zastanawiając się, skąd wziął się u niej taki nawyk. Wyglądała teraz lepiej, klątwa nie spowodowała u niej pogorszenia zdrowia na zbyt wysokim poziomie, a eliksir, który przygotowała Pansy, dodał jej sił.
— Nie jestem pewna, czy rozumiem — odezwała się przyjaciółka. — Gdzie my właściwie jesteśmy?
— Myślę, że to jakiś rodzaj fortecy, sekretny, podziemny zbiór jaskiń. Być może przeznaczony na azyl dla śmierciożerców. Żadne z nas nie wie, gdzie się dokładnie znajduje. — Harry przerzucił kilka kolejnych stron księgi.
Hermiona rozważała jego słowa przez moment.
— A ty jesteś odporny na klątwę — powiedziała.
— Tak. I myślę, że mogę ją powstrzymać, zabijając wszystkich dementorów.
— Nie sądzę, by dementorów można było zabić.
— Oczywiście, że tak! Malfoy zna zaklęcie, Czarnego Patronusa, który może ich zniszczyć. Stara się go mnie nauczyć.
Hermiona zmrużyła powieki.
— Harry… Co się dzieje z tobą i Malfoyem?
— Co masz na myśli?
— Miałeś dziś rano koszmar, prawda?
— Tak.
— I zraniłeś go we śnie?
— Tak.
— Dlaczego z nim śpisz?
Harry zamrugał, a potem wzruszył ramionami.
— Ja... on mnie potrzebuje.
— Harry...
— Co?
— Po prostu nie wiem, czy mądrze robisz, ufając mu. On walczy po wrogiej stronie.
Harry stracił resztki opanowania.
— Oni nie są już po żadnej stronie, Hermiono! Wszyscy umierają! Wybieranie stron od początku było głupotą. Podzieleni przez krew. Tak właśnie walczyliśmy. Ale ona zawsze smakuje tak samo, zawsze wywołuje takie same wrażenie pod moimi paznokciami, ale teraz nie ma to już żadnego znaczenia! Tym razem to nie jest gra my kontra śmierciożercy... Tym razem to Draco i ja kontra... wszystko.
— Nazwałeś go Draco — wyszeptała.
Harry zmrużył oczy.
— No i?
— No i? Co… kim on dla ciebie jest?
— On... dba o mnie. Dbamy o siebie nawzajem.
Hermiona westchnęła.
— Harry, nigdy nie potrzebowałeś nikogo, kto by o ciebie dbał.
Harry wpatrywał się w nią beznamiętnie.
— Nie potrzebowałem?
— Jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam. Jesteś bohaterem. Ja nie… po prostu nie rozumiem. Widzę, że jesteś do niego przywiązany, tylko nie potrafię powiedzieć, dlaczego. To wszystko wina jego i ludzi takich jak on.
— To nie jest tylko ich wina. Jeśli nie stworzyliby klątwy, prędzej czy później my byśmy to zrobili. To wojna. Cholernie głupia. Wszyscy sobie myślą, że mają rację w takich filozoficznych rozważaniach. A kto powiedział, że druga strona nie ma racji, oddzielając czarodziejów od mugoli?
— To... to, co mówisz, jest okropne!
— Nie powiedziałem, że w to wierzę! Ale myślę o tym. Mugole też umierają z powodu klątwy. Nie jesteśmy dla nich dobrzy. A oni przez całe lata palili nas na stosach. Być może nie jesteśmy w stanie się porozumieć. Nie mówię, że powinniśmy zabijać ich i torturować i nie mówię też, że czystokrwiści są lepsi niż ktokolwiek inny. Po prostu stwierdzam, że mugole nigdy nie byli tak bardzo zainteresowani wiązaniem się z kimś, kto jest inny od nich. Być może to lepiej, że się przed nimi ukrywamy. Może lepiej byłoby także, dla nich i dla nas, gdybyśmy przestali wchodzić sobie w drogę.
— Czy Malfoy ci to wszystko powiedział?
Harry skrzywił się.
— Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
— Jak możesz mówić w ten sposób? Jak możesz im wierzyć?
— Nie wiem, w co wierzę, ale na pewno nie w oddawanie wszystkiego, co mam, światu, na którym koszmary doprowadzają ludzi do szaleństwa! Nie wierzę w wylewanie krwi w szalonej próbie, by ocalić życie, w zabijanie kogoś za to, w co wierzy, i nie wierzę też w to, iż ty prawdopodobnie sądzisz, że nigdy nie potrzebowałem kogoś, kto by o mnie zadbał!
Oczy Hermiony zabłysnęły od łez.
— Przepraszam — powiedziała.
Harry westchnął.
— Po prostu zapomnijmy o tym. To ja przepraszam, że musiałaś przez to przechodzić. Pansy i to wszystko wokół musiało być dość przerażający, a potem jeszcze zdarzenie z dzisiejszego poranka...
Przyjaciółka dotknęła jego dłoni.
— Harry...
Odsunął się, ponieważ coś w jej dotyku spowodowało, że zadrżał, ale w zamian uśmiechnął się do niej.
— W porządku.
Westchnęła.
— Pansy chciała, żebym spotkała się z nią w kuchni, by mogła mnie nauczyć warzyć eliksiry. Myślę, że powinnam już iść.
Harry obserwował, jak wychodzi, a potem, sfrustrowany i rozdrażniony, odwrócił się z powrotem do księgi, którą przeglądał.
Poczuł spore zaskoczenie, kiedy Malfoy pojawił się tak nagle, jakby wyrósł spod ziemi, uniósł mu podbródek i wpił mu się w jego usta, całując go mocno. Zaskoczenie odpłynęło i przeistoczyło się w swego rodzaju zadowolenie. Odwzajemnił pocałunek, zamykając oczy i pozwalając, by jego strapienia odeszły w zapomnienie.
— Za co to? — zapytał, ledwie łapiąc oddech, gdy Malfoy w końcu się odsunął.
Draco pocałował go znowu, a potem znowu, dopóki w głowie Harry'ego nie zaczęło wirować, a on sam stał się tak odurzony, że wysiłkiem stało się zwykłe siedzenie na krześle. Gdy, oddychając ciężko, Harry oplótł go ramiona, Malfoy ponownie się odsunął.
— Podsłuchiwałem pod drzwiami.
— Podsłuchiwałeś... — powtórzył Harry w zamyśleniu, a potem przerwał, otwierając szeroko oczy. — Malfoy — wysyczał. — Nie możesz tak robić! Nie możesz podsłuchiwać prywatnych rozmów!
Draco trącił nosem bok jego szyi, ukląkł za krzesłem i zapytał beznamiętnie:
— Nie mogę?
— Nie!
— Hmm. A to pech. — Ugryzł go lekko w szyję.
— Malfoy.
— Tak?
— Co robisz?
Draco odsunął się ze śmiechem. Harry'ego kompletnie zaskoczył ten dźwięk. Wpatrywał się w Malfoya w szoku i dobrą chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że to dlatego, iż nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej słyszał jego śmiech.
— Przepraszam — powiedział Draco, brzmiąc dokładnie tak, jakby nadal byli w Hogwarcie. Drwiąco, zadufanie i zniewalająco jednocześnie. — Poniosło mnie i nie myślałem jasno.
— Poniosło cię? — zapytał Harry z wahaniem.
— Tak jakby.
— Dlaczego?
Kąśliwe wykrzywienie ust Malfoya zmieniło się w niemal nieśmiały uśmiech. Odchrząknął.
— Bo bałem się, że pozwolisz jej wyprać sobie mózg i znowu będziesz mnie nienawidził, więc podsłuchiwałem przed drzwiami i... ponieważ...
— Co?
— Jesteś… — Draco potarł dłonią nos, szukając właściwego słowa. — Cóż. Całuśny, tak sądzę. Kiedy jesteś taki oburzony i porywczy.
Harry zastanowił się, czy się zarumienił i dotknął własnego policzka, żeby to sprawdzić. Także odchrząknął i odpowiedział:
— Dziękuję. — Złapał dłoń Malfoya i pocałował ją odruchowo. — Całuśny? — zapytał z powątpiewaniem.
Malfoy przytaknął, uśmiechając się szeroko.
— Tak. Nie mogłem się powstrzymać. — Przyciągnął drugie krzesło i usiadł na nim, po czym skinął dłonią na książki. — Nad czym pracujesz?
— Jesteś pewien, że chcesz tego słuchać? To znaczy, nie powinieneś odpoczywać czy coś?
— Czuję się dobrze. Lepiej niż kilka dni temu — odpowiedział Draco, przybierając postawę obronną. Przez moment wyglądał poważnie, ale potem dodał: — Myślę, że dziś rano zabrałeś ode mnie moje koszmary. Być może dlatego mam ich mniej.
Harry rozważał to przez moment, a potem pochylił się i złączył ich usta w kolejnym, słodkim i powolnym pocałunku.
— Cieszę się — odpowiedział szczerze.
— Cicho bądź — zbył go Malfoy figlarnie, przewracając oczami. — Wszystko w porządku. Ale powiedz mi, czego się dowiedziałeś. Im szybciej to rozgryziemy, tym szybciej będziemy mogli opuścić te przeklęte jaskinie.
Pracowali razem przez jakiś czas, chociaż Harry rozpraszał się przy tym częściej niż kiedykolwiek, zarówno przez dobry humor Malfoya, jak i własny. Od lat nie czuł się tak bezpiecznie i młodo.
Gdy poszli do kuchni po coś do jedzenia, Hermiona uśmiechnęła się nerwowo do Harry'ego, a on odwzajemnił uśmiech w cichym porozumieniu, aby zapomnieć o ich ostatniej sprzeczce. W ten sposób było najlepiej, ciemne jaskinie i tak przyprawiają o klaustrofobię, więc i bez kłótni atmosfera bywała bardzo napięta.
Harry spędził cały wieczór starając się nauczyć zaklęcia Czarnego Patronusa, ale poniósł wierutną klęskę, ponieważ nie mógł powstrzymać się od śmiechu bez konkretnego powodu. Nawet Malfoy, rozproszony przez Harry'ego, miał mały kłopot z wyczarowaniem testrala.
Draco pocałował go na dobranoc, a potem zasnęli, tuląc się do siebie i uśmiechając sennie.
Ginny czuła się zagubiona. Z roztargnieniem zastanawiała się, dlaczego to nie bolało, dlaczego wszystko było tak zimne i puste i ostre na krawędziach, podczas gdy wcześniej, jeszcze z Lucjuszem, pozostawało gładkie, kojące, idealne.
To nie był seks, nie pieprzenie i na pewno nie uprawianie miłości. To coś godnego wstydu, coś, co trzeba zachować w sekrecie, coś, z czego powstawały koszmary. Ona nazywała się Ginny Weasley, a on był jej bratem, który znajdował się teraz wewnątrz niej, a podobne rzeczy nigdy nie powinny mieć miejsca.
Zastanawiała się, co powiedziałby Charlie albo rodzice. Co powiedziałby Lucjusz, gdyby mógł ją teraz zobaczyć, nagą i bladą, leżącą pod Ronem, który poruszał się w niej i całował niedbale, szeptał w jej włosy i skroń przysięgi i czuło-puste słówka. A ona płakała.
On również płakał, ale Ginny nie była tym zaskoczona. Wiedział, że postępuje źle. Wiedział, że to przemoc. Wiedział, że ona nie pokocha go tak, jak on kochał ją. Być może wstydził się tego, że naznaczał skórę swojej młodszej siostry pocałunkami i miłosnymi ugryzieniami.
Ginny z każdym kolejnym pocałunkiem i najmniejszym ruchem czuła się coraz bardziej brudna, coraz bardziej przygnębiona.
Ron drżał, dochodząc, a ona była wdzięczna, że to już koniec i zastanawiała się, czy rzeczywiście płakała.
Dotknęła swojej twarzy. Nie, jednak nie, co odebrała z największą ulgą.
Zaczęło się od koszmaru, a potem było już tylko gorzej. Obudziła się z krzykiem, a Ron leżał obok niej, tulił ją i całował, dotykał, chcąc ją uspokoić, co przerodziło się w coś więcej. Więcej, więcej, więcej. Myślała, że postępuje właściwie. To przecież Ron, była mu coś winna, kochała go i nie zasługiwała na niego. Istniało ku temu tysiące innych powodów, których jednak nie potrafiła nazwać, kiedy zdejmował jej piżamę.
Powietrze pachniało wstydem, gdy Ron leżał obok niej słaby i wyczerpany. Jeśli wstyd ma jakiś zapach... Może to raczej coś w rodzaju palonych liści lub starych opon, pomyślała, choć zapach, który palił jej nozdrza, tak naprawdę nie istniał, stanowił jedynie strzępek jej myśli. Mglistej i dryfującej myśli o zużytej oponie, która toczy się po pustym polu.
Jak do tego doszło?
I wtedy ciało Rona zastygło w bezruchu z winy, wstydu bądź zupełnie innego odczucia.
— Już nie będziesz jego lalką — powiedział, próbując się usprawiedliwić.
Spojrzała na niego beznamiętnie, a jej dotychczasowa uległość przeistoczyła się w zimną i morderczą furię.
— Wolę być lalką Lucjusza niż twoją dziwką.
Ron zadrżał. Wiedziała, że to nie jego wina. Chciała tego. Chciała czyichś rąk, które zmyłyby pamięć dłoni Lucjusza, bo on nie przyszedł, nie chciał jej, nie pamiętał...
Zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, na parterze trzasnęły drzwi i Charlie wykrzyknął jego imię. Ron natychmiast zbladł.
— O mój Boże — wyszeptał, schodząc z łóżka i sięgając po spodnie. Założył je, a Ginny przeciągnęła się leniwie i podniosła pościel, która wcześniej spadła na podłogę, okrywając się nią i przewiązując ją sobie przez ramię.
Charlie wszedł do pokoju, nie zwracając nawet uwagi na nagi tors Rona ani rozczochrane włosy Ginny. Złapał brata za ramię i wyciągnął go na korytarz, zamykając z trzaskiem drzwi. Nie domknęły się jednak do końca i Ginny słyszała każde najmniejsze słówko.
— Ten cholerny drań nią dostał — wysyczał Charlie. Ginny nie do końca przywiązywała uwagę do jego słów. W głębi umysłu usłyszała ciche skrobanie i była niemal pewna, że budzą się jej koszmary. Pomiędzy udami czuła wilgoć, co przyprawiało ją o mdłości.
— Kto? — zapytał Ron.
— Malfoy. Lucjusz Malfoy.
Ginny poderwała głowę i zmrużyła oczy. Ron domknął drzwi, ale nadal wszystko słyszała.
— Czym dostał?
— Klątwą. Najwyraźniej jej intensywność zależy od tego, jak wiele masz powodów, by się bać. Widocznie on ma ich sporo. — Charlie zaśmiał się szyderczo. — Słyszałem, że już oszalał.
Ron odpowiedział mu coś, ale Ginny nie potrafiła tego wyłapać. Była zbyt przerażona, by go słuchać. Lucjusz został sam, owładnięty przez szaleństwo, podczas gdy ona leżała pod swoim bratem, wpatrując się w sufit, gdy ją pieprzył? Tej myśli nie była w stanie znieść.
Jej bracia rozmawiali dalej, ale ona nie słyszała już ani słowa. Skrobanie w jej umyśle urosło do czegoś w rodzaju pełnego przerażenia wrzasku, który wydarł się spomiędzy jej warg i roztrzaskał na kawałki strach, od niedawna wiszący w sypialni. Wiła się na łóżku i krzyczała, gdy powróciły koszmary. Bracia natychmiast się przy niej pojawili.
— Ma siniaki na szyi, odciski palców... — wymamrotał Charlie, dotykając śladów, które zostawił po sobie Ron.
Ginny nie była przytomna na tyle długo, by usłyszeć jego odpowiedź.
Po raz pierwszy od tygodni Harry i Draco przespali cały poranek. Zazwyczaj, gdy tylko orientowali się, że śpią razem w jednym łóżku, dotykając się i przytulając, natychmiast odsuwali się od siebie jak tylko mogli najdalej. Tym razem było inaczej. Spali nadal, ponieważ nigdy wcześniej nie czuli się tak bezpiecznie.
Gdy Harry w końcu się przebudził, Malfoy zniknął. Zaskoczony, rozejrzał się po sypialni, przygładzając włosy i sięgając po okulary. Czuł się rozdrażniony.
Opuścił pomieszczenie i udał się do kuchni, gdzie Hermiona pochylała się nad bulgoczącym kociołkiem. Obok stała Pansy, mówiąc coś o tym, jak poziom stężenia belladonny wpływa na szybkość gotowania.
— Jest tu Malfoy? — zapytał Harry. Poczuł podenerwowanie, wspominając jego nazwisko przy Hermionie. Przyjaciółka nawet na niego nie spojrzała.
— Nie widziałam go dziś rano — odpowiedziała beznamiętnie.
Pansy obejrzała się przez ramię.
— Pracuje nad klątwą — oznajmiła.
Harry w podziękowaniu skinął głową i udał się do jaskini, w której prowadził swoje badania.
Malfoy siedział tam, schylony nad ogromną księgą, marszcząc czoło i śledząc słowa palcem. Spojrzał przelotnie w górę i uśmiechnął się, gdy Harry zatrzymał się w progu.
— Martwiłem się — powiedział Harry.
— Dlaczego?
— Obudziłem się i nie było cię w łóżku.
Malfoy wykrzywił usta i wywrócił oczami.
— Spałeś jak zabity, Potter. Próbowałem cię obudzić.
— Tak? Zazwyczaj nie śpię zbyt mocno — rumieniąc się lekko, odpowiedział Harry.
— Byłeś wyczerpany. Nic się nie stało. Czytałem trochę. Wiesz, dlaczego niewybaczalne nazywane są niewybaczalnymi?
Harry usiadł na krześle naprzeciwko niego i zmarszczył brwi.
— Nie.
Malfoy przekartkował kilka stron do tyłu i popchnął opasły tom w stronę Harry'ego.
— To z powodu natury klątwy — powiedział. — Pierwotne trzy odpowiadają starożytnym wierzeniom, w którym ich efekty uważane były za ciężkie przestępstwo. Powodowanie bólu, odbieranie wolnej woli, zabieranie życia. To coś, czego nie można przebaczyć.
— A czwarta? — zapytał Harry, wpatrując się z przerażeniem w czarno-biały rysunek ilustrujący trzy zaklęcia niewybaczalne, który pokazał mu Draco. Przedstawiał mężczyzn wijących się w agonii, z czarnymi kręgami zamiast oczu, znamionującymi klątwę Imperius, ciała rozciągnięte na ziemi, wiązki rzucanych zaklęć. Na brzegach ilustracji widoczni byli ludzie z ustami rozwartymi we wrzasku, zaciśniętymi oczami i dłońmi przyciśniętymi do twarzy w geście desperacji.
— Zabiera im wolę życia i woli życia — odpowiedział Malfoy cicho.
Harry uniósł głowę znad woluminu i napotkał jego spojrzenie. Przekręcił głowę w bok i nieświadomie odgarnął włosy z czoła, rozważając przez moment jego słowa. To trudny do uniesienia ciężar, powstrzymać coś, czego nie można wybaczyć.
— Sądzę, że nie chcę być bohaterem — odezwał się w końcu posępnym tonem. Ponownie zerknął na obrazek i zadrżał. Cała słodycz i niewinność dnia zniknęła, gdy tylko przypomniał sobie swoją powinność i to, że na jego barkach spoczywa los całego świata. Poderwał głowę znad księgi. — Ale będę twoim, jeśli chcesz.
Malfoy uśmiechnął się lekko.
— Moim…?
— Twoim bohaterem.
— Po co? — zapytał Draco, wywracając oczami — Nie sądzisz, że to strata czasu? Nie potrzebuję bohatera.
Harry przygryzł wargę i myślał nad tym przez chwilę.
— Potrzebujesz bohatera bardziej niż jakakolwiek inna osoba, którą spotkałem.
Malfoy roześmiał się, nie boleśnie czy pogardliwie, ale w pewien sposób ciepło. W sposób, który zainspirowany został przez świadomość, że Harry pozwala mu się sobą zaopiekować i że on sam pozwala Harry'emu na bycie jego bohaterem.
Harry zamknął książkę z makabrycznymi ilustracjami i odłożył ją na bok. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale właśnie w tej chwili do pokoju weszła Hermiona. Miała cienie pod oczami i potargane włosy. Wyglądała na wyczerpaną.
— Harry — zaczęła energicznie — czytałam trochę dziś rano i...
— Już? — zapytał Harry, zaskoczony.
Przyjaciółka uśmiechnęła się.
— Próbowałam cię obudzić, ale spałeś jak kamień.
Harry spojrzał na Malfoya i odchrząknął, przewracając oczami.
— Och.
Niesamowite było to, że Hermiona w tak krótkim okresie czasu nauczyła się trzymać efekty klątwy pod kontrolą. Wiedział, że było to spowodowane pragnieniem, by pomóc mu ją odwrócić.
— Czytałam o tym, w jaki sposób klątwa transportuje energię dementorów. Bazując na prawach magicznych rezerw, jestem pewna, że musi istnieć coś w rodzaju transferu. Chcę się upewnić, że czarna magia działa i reaguje tak samo jak jasna. — Wyjęła rolkę pergaminu i przebiegła wzrokiem po notatkach zrobionych dzisiejszego ranka. — Myślałam też o tym, czy powodem, dla którego jesteś odporny na klątwę, nie jest przypadkiem to, że przeżyłeś Avadę Kedavrę. Ochronne zaklęcie twojej mamy może działać również tutaj.
Malfoy, mimo ponurej miny, wyglądał tak, jakby był pod wrażeniem wniosków, jakie wysnuła Hermiona.
— Nie możesz znaleźć tych informacji w książkach, które tu mamy?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
— Nie. Wszystko dotyczy dementorów, a nie teorii magicznych rezerw albo tego, czym czarna magia różni się od jasnej. Potrzebuję książki „Pentagramy i cząsteczki: teorie magikularne". Jest w bibliotece w Hogwarcie.
— W Hogwarcie? — powtórzył Harry, krzywiąc się. — Nie możemy tak po prostu tam wejść i wypożyczyć książki, Hermiono.
— Przecież wiem. — Zmarszczyła brwi. — To znaczy, biorąc pod uwagę fakt, że Malfoy zginąłby na miejscu, gdyby tylko spróbował postawić nogę na terenach Hogwartu, a do tego ty jesteś poszukiwanym zbiegiem…
— Wiem, gdzie możemy ją dostać — odezwał się nagle Draco. — Mamy kopię w rodowej bibliotece.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się odrobinę.
— Malfoy, myślałem, że twój ojciec…
— Mojego ojca nie powinno tam być. Rzadko bywa we dworze, odkąd odeszła Ginny.
Hermiona posłała mu surowe spojrzenie.
— Co się z nią stało?
Malfoy wykrzywił wargi, prawdopodobnie po to, by ją zdenerwować.
— Nadal się wam nie zwierzyła?
Wyglądając na rozgniewaną, dziewczyna odwróciła wzrok.
— Dobrze, Harry, pozwól mu pójść do domu po tę książkę. Mam nadzieję, że ojciec go zabije i nigdy więcej nie będziemy musieli go oglądać — odpowiedziała zgryźliwie.
— Hermiono — upomniał ją Harry, a Malfoy tylko uśmiechnął się kpiąco. — Poza tym, ja też idę.
Na twarzach Hermiony i Draco pojawiło się zaskoczenie.
— Nie, Potter, nie idziesz — odpowiedział Malfoy spokojnie po chwili ogłuszającej ciszy.
— Oczywiście, że nie. To zbyt niebezpieczne — zgodziła się dziewczyna. Cóż za historyczna chwila, pomyślał Harry sarkastycznie. [i]Oni[/i] się ze sobą zgadzają?
— To konieczne. A co jeśli coś się stanie? — Harry wzruszył ramionami. — Idę.
Potrząsając głową, Hermiona zapytała:
— Na przykład co?
— Klątwa — odpowiedział jej powoli, jakby mówił do dziecka. — Jeśli klątwa zacznie przejmować nad nim kontrolę, muszę z nim być.
— Nie — rzucił Malfoy.
Hermiona spojrzała na nich obu.
— Bo troszczycie się o siebie.
— Właśnie — przytaknął Harry.
— Nie — powtórzył Malfoy. Nikt go jednak nie słuchał.
— Dobrze! Idź. Ale ja też z wami idę. Nie zostawię cię z nim samego, Harry.
— Hermiono, przebywam z nim i Pansy od tygodni — przypomniał jej, poirytowany.
Dziewczyna obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
— Nie obchodzi mnie to. Teraz, kiedy ja się tobą opiekuję, on nie musi.
— Wczoraj mówiłaś, że Harry nie potrzebuje nikogo, kto by się nim zaopiekował — wyburczał Malfoy zaborczo.
— Ale zmienił moje zdanie — odparowała oschle. — Powinieneś być wdzięczny, Malfoy. Teraz, kiedy ma kogoś, na kim może polegać, nie jest zmuszony polegać na tobie.
W oczach Malfoya pojawiła się ślepa furia, a na policzkach wykwitły dwie czerwone plamy.
— Hermiono — wysyczał Harry ze złością.
— Nie — rzucił Draco. — W porządku. Nie jesteś dzieckiem, Potter, możesz wybrać, kto będzie o ciebie dbał. Jeśli Granger chce iść z nami i trzymać cię za rączkę, dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić?
— Malfoy… — zaczął Harry błagalnym tonem.
— Daj sobie spokój. Powiem Pansy, gdzie idziemy.
Posyłając Hermionie lodowate spojrzenie, Draco wymaszerował z pokoju.
Harry nie poruszał się przez moment. Siedział z szeroko rozwartymi powiekami i oddychał gwałtownie, zwalczając w sobie pragnienie, by udusić Hermionę albo paść na podłogę i się rozpłakać. W końcu, odwracając się powoli i drżąc z furii, parsknął:
— Nie mogę uwierzyć.
— Harry…
— Nie mów już, kurwa, nic — rzucił. — Po prostu… nic nie mów. Nie mogę… Nie rozumiesz i nawet nie chcesz zrozumieć. Nie uważasz, że to wystarczająco ciężkie bez… bez… Zraniłaś go! Zachowujesz się tak, jakby ci się to podobało, a on już wystarczająco wycierpiał i…
— Harry — zaczęła cicho. — Posłuchaj mnie. To nie jest dla ciebie dobre, to przywiązanie do Malfoya. To znaczy, rozumiem…
— Nie — odpowiedział, wstając pospiesznie. — Nie rozumiesz.
Potem, zanim Hermiona zdążyła cokolwiek powiedzieć, nie widząc nawet jej pełnego skruchy spojrzenia, wyszedł z pokoju.
Udał się do kuchni, nie mogąc złapać oddechu. Pansy spojrzała na niego znad eliksiru, nad którym wciąż pracowała, i zmrużyła oczy.
— Widziałaś Malfoya? — wydyszał Harry.
— Do stu diabłów, Potter, co znowu zrobiłeś?
— To nie ja — odpowiedział, potrząsając głową. — Hermiona…
— Och, zabiję ją — wysyczała Pansy. — Przysięgam na Boga, że to zrobię.
— Muszę go znaleźć.
— Oczywiście, że musisz — odparła, jakby wiedziała, że dla Harry'ego niemożliwym byłoby wybranie innej opcji.
Harry pokiwał głową i wyszedł, nerwowo przygryzając dolną wargę i starając się wymyślić coś, cokolwiek, co powie Draco, gdy go znajdzie i jak sprawić, by słowa Hermiony wydały się w rzeczywistości trochę mniej ostre. Jeśli to w ogóle możliwe.
Gdy tylko minął róg korytarza, który prowadził do ich wspólnej sypialni, Harry wiedział już, gdzie jest Malfoy, ponieważ usłyszał strzał z pistoletu.
Krew zamarzła mu w żyłach, po ramionach przebiegł dreszcz, a oczy rozszerzyły się z powodu wrażenia déjà vu, które przepełniło go i natychmiast zniknęło. Czuł się tak, jakby to się już wcześniej zdarzyło, co samo w sobie było nieprawdopodobne. Miał jednak pewność, że gdy tylko wejdzie do sypialni, zobaczy krew, płynącą całymi strumieniami pomiędzy pęknięcia w podłodze.
Wstrzymał oddech. Nie potrafił się poruszyć, otworzyć oczu ani iść naprzód, bo był tak pewien, że zobaczy rzeki krwi…
Cisza została przerwana przekleństwem i Harry niemal osłabł z zalewającego go uczucia ulgi.
Wbiegł do sypialni, a potem natychmiast się zatrzymał. Malfoy stał na środku pokoju, krzywiąc się i nieporadnie trzymając w dłoni broń Hermiony.
— Co ty, u diabła, robisz? — parsknął. Ulga zamieniła się we wściekłość. W pokoju nie było ani śladu krwi, Malfoy wyglądał, jakby nic mu się nie stało, ale Harry'ego opanował gniew, że Draco tak go wystraszył. W jego głowie nadal błąkały się szaleńcze myśli.
Malfoy obrócił się szybko, rozszerzając oczy w zaskoczeniu, które chwilę potem zastąpił chłód. Nie odezwał się ani nie uśmiechnął, jedynie odwrócił się z powrotem, chcąc odejść i wciąż trzymając pistolet.
Harry podszedł do niego i złapał go za ramię.
— Poczekaj — powiedział.
Malfoy zesztywniał, a potem ostrożnie wyrwał mu się i odsunął poza zasięg Harry'ego.
— Co?
— Co robisz z tą bronią?
Malfoy wykrzywił wargi w lodowatym uśmiechu, jakby zwęszył myśli Harry'ego i rozbawił go pomysł, że przez niego mógłby doprowadzić się do takiej rozpaczy, która skończyłaby się samobójstwem.
— Zabieram ją ze sobą. A co myślałeś?
Harry wzdrygnął się. Oczywiście, był taki głupi. Malfoy nigdy nie zrobiłby czegoś takiego z jego powodu.
— Nie wiem, martwiłem się. Wszystko w porządku?
— Odwal się — odpowiedział Draco ze zwyczajowym wzruszeniem ramion, po czym znowu się od niego odwrócił.
— Ale… po prostu posłuchaj, dobrze?
— Po co? Nie sądzę, żebyś miał do powiedzenia coś wartego najmniejszej chwili, a ja jestem raczej zajęty.
— Przestań.
— Co mam przestać? — Malfoy brzmiał na całkowicie niezainteresowanego rozmową.
— Przestań udawać, że nie jesteś na mnie zły! Pozwól mi wyjaśnić!
— Dlaczego miałbym być na ciebie zły, Potter? — zakpił. — To nie była twoja wina. Poza tym, ona ma rację.
— Jak to ma rację? — zapytał cicho, czując się nieco zszokowanym. Nie oczekiwał, że Malfoy zgodzi się z Hermioną, skoro tak zajadle się z nią kłócił.
— Po prostu ma. Całkowitą. Nie potrzebujesz mnie, bo masz ją. — Rzucił broń na łóżko, a Harry znowu się wzdrygnął, mając wrażenie, że pistolet wypali. Nic się jednak nie stało, więc westchnął z ulgą. Odwrócił się do Malfoya, który przeszukiwał łóżko z nieczytelnym wyrazem twarzy.
— Ja... — Harry zawahał się, przełykając ślinę. Oczy piekły go z frustracji, gdy starał się wymyślić jakieś wyjaśnienie. — Szczerze, Malfoy? Mam ją tak długo, jak ciebie, nieważne czy za przyjaciela, czy za wroga i zawsze potrzebowałem cię tak samo, jeśli nie bardziej.
Skutek jego wypowiedzi nie był taki, jakiego oczekiwał. Zamiast się rozchmurzyć, Malfoy wpadł we wściekłość.
— A więc dlaczego ją tu sprowadziłeś? Nie dlatego, że już mnie dłużej nie potrzebowałeś? Żeby mi to udowodnić? Jesteś z tego zadowolony?
— Ja... potrzebowałem jej…
— Ha! Widzisz. Granger ma rację. Po prostu chwilę zajęło ci zdanie sobie z tego sprawy. A teraz, skoro już wiesz, w porządku. Nic mnie to nie obchodzi.
— Więc dlaczego drżysz? — zapytał Harry cicho.
— Nieprawda! Wcale, kurwa, nie drżę i w ogóle nie obchodzi mnie, czy wierzysz w to całe gówno, które ci powiedziała, czy nie! Nie obchodzi mnie to! — Malfoy kopnął łóżko, a jego twarz natychmiast pobladła. Zacisnął zęby, by powstrzymać bolesny jęk.
— Rozsądnie — parsknął Harry, natychmiast do niego podchodząc, przyciągnięty przez jego ból. — Złam sobie jeszcze nogę, to na pewno polepszy sytuację.
Malfoy zasyczał i spróbował się wyrwać, ale Harry złapał go za ramię, by przyciągnąć bliżej. Reagując instynktownie, Draco popchnął Harry'ego, który był tak zaskoczony, że zachwiał się i upadł na ziemię. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, Malfoy wykrzywił kpiąco wargi.
— Wbij to sobie do głowy, Potter. Nie. Potrzebuję. Cię.
— Nie musisz — odpowiedział słabo, zamykając oczy.
— To jakiś kolejny sposób na samoumartwianie?
Harry stracił resztki opanowania.
— Nie rozumiesz tego? Naprawdę tego nie rozumiesz, Malfoy? Wszystko, co zrobiłem od momentu, w którym wpadliśmy na siebie podczas bitwy, było dla ciebie! Nie mogę znieść tego, że cierpisz i boli mnie, że mam związane ręce, kiedy ty jesteś przerażony i toniesz w swoich pieprzonych koszmarach! Nie obchodzi mnie, co Hermiona powiedziała o tobie albo o tym, cokolwiek to jest, bo to w ogóle jej nie dotyczy! Sprowadziłem ją tu, bo może pomóc mi zniszczyć klątwę. Dla ciebie. Wszystko, co się dla mnie liczy, to abyś przestał cierpieć. Nic nie jest ważniejsze, a teraz ty cierpisz i pewnie jeszcze potłukłeś nogę, jesteś na mnie zły, a to boli i nie wiem, jak to zatrzymać! Nie potrafię cię uratować! Jak mam uratować świat, skoro nie umiem uratować nawet ciebie?
Gdzieś w czasie, gdy mówił, Malfoy wydał z siebie cichy jęk porażki i opadł na kolana obok niego. Jeśli Harry miał zamiar jeszcze coś powiedzieć, nie zdążył, ponieważ Draco pocałował go nagle, być może po to, żeby go uciszyć, bo nie potrafił się powstrzymać, a może dlatego, że coś wewnątrz niego pękło, coś, co mogło być sercem, umysłem albo siłą woli, która go powstrzymywała. Zrobił to więc, a Harry zaszlochał i zamknął oczy, wczepiając palce we jego włosy i przyciągając go bliżej, niemal wściekle wdzierając mu się językiem do ust. Pocałunek smakował słonymi łzami, choć żaden z nich nie płakał, a języki spotkały się ze sobą, gdy Malfoy uniósł dłońmi jego podbródek. Chwilę potem odsunął się, oddychając ciężko.
— Jeśli się rozpłaczesz — odezwał się — będę zawiedziony.
Harry postarał się ze wszystkich sił, śmiejąc się w zamian, co zabrzmiało jednak bardziej jak szloch.
— Spróbuję — powiedział.
Biorąc drżący oddech, Malfoy pokiwał głową. Niemal nieświadomie przesunął palcami po policzku Harry'ego i obrysował kciukiem jego wargi.
— Przejdziesz przez to, Harry.
Harry zamknął oczy, zszokowany zarówno nieoczekiwaną delikatnością, jak i tym, że Draco tak nagle nazwał go po imieniu.
— Przejdę?
— Oczywiście. Myślisz, że pozwoliłbym, aby było inaczej? — zapytał Malfoy, na co odpowiedział uśmiechem. Wzdychając, Draco pochylił się i położył głowę na ramieniu Harry'ego, który natychmiast go objął.
— Obaj przez to przejdziemy — wyszeptał.
Malfoy nie odpowiedział.
Gdy rozważała wszelkie opcje i to, jak wszystko mogło się skończyć, wydawało jej się, że decyzja należała do łatwych.
Ginny Weasley zabrano do Lucjusza Malfoya, któremu zlecono przetrzymywanie jej, dopóki Voldemort nie będzie na nią gotowy. Ale zamiast tego... zakochał się w niej? Uwiódł? Bawił się nią? Ginny nie wiedziała, wiedziała tylko, że go kocha, że bez niego nie stanowiła pełnej jedności, nie była przy zdrowych zmysłach, a rozum traciła jeszcze bardziej niż przez klątwę, wiedziała, że chce umrzeć i że chce tego teraz, ale nie widziała dla siebie innej śmierci niż w jego ramionach, niż wtedy, gdy mocno ją trzyma, inaczej byłaby złamana, zraniona, nic, tylko leżący u jego stop kłębek nieszczęścia.
Opuściła więc Norę, nie zostawiając żadnej wiadomości, nie zabierając ze sobą torby ani nawet ubrań na zmianę. Złapała Błędnego Rycerza i kazała się zawieźć jak najbliżej dworu Malfoyów. Resztę drogi przebyła na piechotę.
Padało, więc gdy w końcu doszła do frontowego bram, była przemoczona do suchej nitki. Jeśli przy wejściu istniały jakiekolwiek bariery ochronne, nie aktywowały się, kiedy Ginny dotknęła stalowych krat. Otworzyły się cicho, a jedynym dźwiękiem, który towarzyszył jej, gdy przechodziła, były spadające krople wody i plusk kałuż.
Dwór Malfoyów spowijała ciemność, ciężki i pusty cień. Ginny niezwykle spodobało się, że może zobaczyć nietoperze latające pomiędzy wyższymi wieżyczkami i zadaszeniem gotyckiego budynku.
Drzwi były w połowie otwarte, a przez próg wpływała strużka wody, rozlewając się w głównym holu. Widziała w niej lustrzane odbicia wiszących na ścianach rodowych portretów, z których członkowie rodziny Malfoyów marszczyli na nią brwi. Weszła do środka i rozbiła nogami taflę wody. Deszcz już zdążył przesiąknąć jej przez buty.
Wiedziała, że Lucjusz jest w środku i nie zważała na to, że dom wydaje się opustoszały i zapomniany. Jeśli oszalał, pewnie nie chciał, by ktokolwiek z nim był.
Odpinając płaszcz i pozwalając opaść mu na podłogę, podążyła cicho w głąb korytarza do głównych schodów, po czym położyła dłoń na poręczy i zaczęła wspinać się na górę.
Drugie piętro, do końca holu, za rogiem, a potem za kolejnym — pokoje Lucjusza znajdowały się w północnym skrzydle.
W budynku panowała martwa cisza, a potem nagle, gdy Ginny wkroczyła do komnat Lucjusza, do jej uszu dotarł dźwięk tłuczonego szkła. Zatrzymała się, zaskoczona, niemal wpadając w stan podobny do snu, osaczona przez wspomnienia i mglistą atmosferę posiadłości.
Usłyszała kolejny trzask, a potem kolejny. Podążała za dźwiękiem do sypialni, w której stał Lucjusz, mając na sobie jedwab, tak jak pamiętała, a rozpuszczone włosy opadały mu na ramiona, przypominając srebrną falę.
Napełniał kieliszki czerwonym winem i natychmiast rzucał nimi o ścianą, obserwując z nieukrywaną satysfakcją, jak się roztrzaskują, a napój niczym krew rozbryzguje się na marmurowej podłodze.
Na tej samej ścianie wisiało wysokie lustro i gdy chwilę później rozbłysło światło błyskawicy, musiał w nim zobaczyć jej odbicie.
Odwrócił się, ostatni kielich wyślizgnął mu się z nagle zdrętwiałych palców i roztrzaskał jak kryształki lodu tuż u jego stóp. W srebrnych tęczówkach zapłonęła nienawiść.
— Wynoś się stąd — wycedził.
Ginny wzdrygnęła się, ale nie odeszła.
— Nie ma innego miejsca, w którym mogłabym być — powiedziała.
— Nie powinnaś być tutaj! Nie zniosę tego ani sekundy! — krzyczał, a jego oczy przepełniała dzikość.
Podeszła o krok bliżej, a rozbite szkoło trzeszczało pod jej stopami.
— Moje miejsce zawsze będzie tam, gdzie twoje.
— Nie będę jeszcze raz oglądał twojej śmierci.
— Mojej śmierci?
Złapał ją gwałtownie za ramiona i potrząsnął nią, lecz nawet gdy jej głowa szarpnęła boleśnie do tyłu, podobało jej się to i westchnęła z powodu dotyku jego palców.
— Nigdy więcej — wysyczał. Pocałował ją mocno, karząco, wpijając się ustami w jej wargi i palcami w ramiona. Ginny jęknęła słabo. Zawsze stawała się słaba, gdy jej dotykał, a jego język penetrował usta, próbując ją naznaczyć. Podniósł ją i przygniótł do siebie, warcząc tuż przy jej wargach: — Nie pozwolę im mieć cię tym razem. — Bezwiednie oplotła dłońmi jego kark, a jego ręce powędrowały wzdłuż jej ud aż do talii, by podnieść ją i zanieść do łóżka z jedwabną pościelą. Jęknęła znowu, wyginając się w jego kierunku i drapiąc paznokciami jego plecy. — Moja — wysyczał, ocierając się o nią i przygryzając skórę szyi. — Nigdy więcej mnie nie opuścisz.
— Opuścić cię? — sapnęła oburzona, kiedy Lucjusz opadł na nią i zaczął rozpinać guziki jej bluzki. — Nigdy cię nie opuściłam.
Lucjusz nie był jednak w ogóle świadomy, że Ginny naprawdę tu jest. Wszystko wydawało się jeszcze bardziej dzikie, gorączkowe i zwierzęce niż kiedykolwiek wcześniej.
Czuła się jak we mglistym śnie, takim, w którym żyła, od kiedy ją od niego zabrano, tyle że bardziej wyraźnym. Zapomniała o tysiącu rzeczy. Boże, jak w ogóle mogła zapomnieć? O tym, w jaki sposób jego włosy opadały mu na ramiona, jak ocierały mu się o twarz i jej piersi, to, jak mięśnie pleców napinały się pod dotykiem jej palców, o oddechu na jej szyi, pociemniałych tęczówkach i ustach...
Wszedł w nią gwałtownie, a jej paznokcie naznaczyły go krwią. Wygięła się pod nim i krzyczała wciąż jego imię, oplatając wokół niego nogi. Pozostawiała na jego plecach ślady paznokci, gdy całował ją desperacko, wkładając w to całe swoje szaleństwo.
— Więcej, więcej... — jęczała bezradnie, oddychając ciężko, błagając i rozpadając się na kawałki. Ugryzł ją w ramię i warknął, a ona zacisnęła pięść na jego włosach i odchyliła głowę, eksponując szyję.
Wszystko skończyło się niedługo potem. Za oknem błysnęło światło błyskawicy, gdy leżeli razem przez długą chwilę. Lucjusz miał zamknięte oczy i ciągle był w niej, a Ginny czuła niemal całkowitą pewność, że znajduje się w czymś w rodzaju piekła. Z pewnością miejsce to jest zbyt przepełnione grzechem, by było niebem, ale skoro to piekło, zasłużyła na nie, tęskniła za nim, zrobiłaby wszystko, by się do niego dostać.
Pomiędzy nimi rozciągała się niczym niezakłócona cisza. Oderwała dłonie od jego pleców, w świetle kolejnej błyskawicy przyglądając się słabym śladom krwi, które na nich pozostały.
Polizała jeden palec, a Lucjusz podniósł głowę i zaczął ją obserwować. Zanim zdążyła polizać drugi, ujął go pomiędzy swoje własne wargi i oplótł językiem.
Zajęczała cicho, drżąc. Przyglądała mu się uważnie, gdy odsunął jej dłoń i położył na łóżku.
— Ginny? — zapytał, po raz pierwszy w życiu wyglądając niepewnie.
Dotknęła jego twarzy, pogłaskała po włosach i ramieniu.
— Tak? — wyszeptała, poruszając się i przypominając tym, że wciąż jest w niej. Podobała jej się władza, jaką jej to dawało.
— Nie znikłaś.
— A powinnam? — zapytała, uśmiechając się zalotnie.
— Czy to jakiś nowy rodzaj piekła? — parsknął, odsuwając się. Pisnęła w proteście.
Lucjusz był nagi i Ginny przewróciła się na bok, wyciągając się jak kot na jedwabnej pościeli i obserwując, jak podchodzi do kominka i zastanawia się, gdzie zniknęły jego ubrania.
— Wróć — wymruczała — nie zdążyłam cię nawet posmakować.
Spojrzał na nią przez ramię, wyglądając na niewinnie zakłopotanego.
— Nie jesteś prawdziwa — powiedział, krzywiąc się.
— Co masz na myśli? — zapytała, schodząc z łóżka, sięgając po szatę, którą zostawiła nieopodal i oplatając się nią. Wspięła mu się na kolana i skuliła jak kociak, kładąc mu głowę na ramieniu.
— Umierałaś w moich ramionach codziennie od tygodni — stwierdził chłodno, mimo to trzymając ją mocno.
— Nie umierałam — odpowiedziała, odsuwając się nieco i obserwując jego twarz spod zmrużonych powiek. — Myślę, że byłabym pierwszą, która by się o tym dowiedziała, gdyby rzeczywiście tak się stało. — Oblizała dolną wargę. — Poza tym, człowiek może umrzeć tylko raz, kochanie.
— Umarłaś tylko raz — powtórzył, przywierając twarzą do jej włosów i nadal mocno ją trzymając. Ginny podobała się myśl, że od tego natychmiast dostanie siniaków. — Ale potem umierałaś znowu i znowu. W moich snach.
— Ach, to... — wyszeptała, tuląc jego twarz i pozostawiając na niej delikatne pocałunki. — Koszmary. O tym własnie śnisz? — Pamiętała, jak Charlie i Ron mówili, że ci, którzy mają gorsze koszmary, tracą zmysły szybciej, i uśmiechnęła się promiennie. Jego złe sny doprowadzały go do szaleństwa szybciej niż kogokolwiek innego i śnił wtedy o niej? To na pewno można uznać za komplement. — Nigdy nie umarłam, Lucjuszu, ani razu.
Podniósł głowę.
— To tylko kolejna forma szaleństwa — powiedział jej. — Mój syn widział, jak umierasz.
Jej oczy natychmiast się zwęziły.
— Draco? — wysyczała. — Powiedział ci, że nie żyję?
Odgarnął jej włosy i wbił spojrzenie w twarz, zdając się nie słyszeć ani słowa z tego, co powiedziała.
— Ale z drugiej strony, jeśli to jest szaleństwo, wolę być szalony, tracąc cię każdej nocy i wiedząc, że następnej znowu będę cię miał, niż być zdrowym bez ciebie.
Przekonała go, że jest prawdziwa. Minęły całe godziny pełne szeptów i wyjaśnień, gdzie była i co robiła. Żeby to udowodnić, pisała paznokciami swoje imię na jego skórze. Seks i krew nigdy nie kłamią, więc naznaczyła jego zbolały umysł obrazami, zbyt żywymi i erotycznymi, by były szaleństwem.
KONIEC ROZDZIAŁU SIÓDMEGO
