TŁUMACZENIE ZA ZGODĄ AUTORKI.

BETA – KACZALKA :*


ROZDZIAŁ ÓSMY:

Bez tchu, krwawiący

Wędrując pośród posiadłości śmierci

Zatrzymując księżyce wzrokiem i uśmiechem

Spoczęliśmy

Pod granitowymi grobami, by zaczerpnąć tchu

Odgłosy niekończących się wojen

Stały się na moment cichymi gwiazdami

A granica życia i śmierci

Nie należała do nas

I wszystko było nowe

A potem, na rozstaju dróg

Uśmiechnąłem się, bo wiem, że kiedyś powrócę"

(Rufus Wainwright, „In A Graveyard")


— Nie chcę, żeby z nami szła — powiedział Harry, mrużąc oczy. — Nie chcę, żeby w ogóle się do mnie zbliżała, a tym bardziej, by zbliżała się do ciebie.

Malfoy zaśmiał się, choć dźwięk ten wydawał się być przepełniony bólem i położył głowę na ramieniu Harry'ego.

— Tak, Potter, to odpowiednia pora, żeby ujawniać swoją zaborczość... kurwa.

— Nie stawaj na niej! — rzucił Harry, podtrzymując Draco w drodze do łóżka. — Tak naprawdę to twoja wina. No, już. — Pomógł mu usiąść, wiedząc równocześnie, że Malfoy z pewnością narzeka bardziej, niż obrażenie jest tego warte. W ogóle mu to jednak nie przeszkadzało.

Harry ukląkł przed nim i delikatnie zdjął mu but i skarpetkę, a potem, nadal trzymając stopę, przyjrzał jej się uważnie.

— Nie ruszaj się — nakazał, przygryzając dolną wargę i ostrożnie badając układ kości.

Malfoy dotknął jego ust i Harry natychmiast podniósł głowę, rozwierając powieki w niemym zdziwieniu.

— Co? — zapytał, czując, że nagle brakuje mu powietrza.

— Wybacz — odpowiedział Draco. Lekko zakłopotany, Harry powrócił do oględzin. Sięgnął po różdżkę i uleczył niewielkie pęknięcie kości dużego palca, nie miał jednak ochoty wypuszczać stopy, bo wydawało mu się świętokradztwem postawienie jej z powrotem na zimnej i brudnej podłodze.

Przełknął ślinę i, nagle podenerwowany, ponownie spojrzał na Malfoya.

— Lepiej? — zapytał ledwie słyszalnym szeptem.

— Tak. — Malfoy poruszył palcami. — Możesz mnie teraz puścić.

— Po prostu nie kop już więcej żadnych łóżek i powinno być w porządku — oznajmił Harry, nakładając Draco skarpetkę i but, co było próbą opóźnienia momentu, w którym będzie musiał przestać go dotykać i udawać, że w ogóle tego nie potrzebuje, a co w ogóle nie było prawdą, tak jak to, że Malfoy nie potrzebuje Harry'ego, gdy zaatakują go koszmary.

— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — powiedział Malfoy cicho. Wokół nagle zaległa cisza. — Ja nie kopię łóżek, Potter.

— Najwyraźniej — odpowiedział Harry, wstając. Czuł się dziwnie, jakby w ogóle nie miał czym oddychać.

Malfoy uśmiechnął się.

— Najwyraźniej.

Harry usiadł na łóżku, potrząsając głową i starając się przebić przez swoje osnute mgłą myśli.

— Myślę, że mam gorączkę — wymamrotał.

Malfoy najwidoczniej lepiej od Harry'ego rozumiał, czego mu potrzeba, bo pocałował go nagle mocno, klękając obok niego na łóżku. Jedną dłoń wplątał w jego włosy, a drugą położył na plecach.

Zaskoczony Harry wymamrotał coś w usta Draco, ale potem zamknął oczy i pozwolił mu na pocałunek, który był najsłodszym doznaniem, jakiego kiedykolwiek doświadczył. Język Malfoya delikatnie dotykający jego, obrysowujący kształt dolnej wargi, dłoń gładząca plecy i włosy...

Harry zatracił się w uczuciu, przyzwalając na to, by Malfoy go obejmował, co należało do nowości i było nawet bardziej oszałamiające, niż sam pocałunek. Śmiejąc się i całując kącik jego ust, Draco popchnął Harry'ego, aż ten położył się na łóżku.

Oczy Harry'ego natychmiast się otwarły.

— M-malfoy?

— Mhm?

— Broń.

— Co z nią?

— Wbija mi się w plecy.

Harry przewrócił się na bok, wciąż zdezorientowany i zaskoczony tym, że podczas pocałunku zapomniał o całym świecie. Malfoy podniósł pistolet i przyjrzał mu się.

— Musimy iść — powiedział i spojrzał na Harry'ego. — Rozproszyłeś mnie.

— Z pewnością nie celowo. Nie zabierzesz jej, jeszcze kogoś zabijesz.

Draco wykrzywił usta w uśmiechu.

— Zabiorę i koniec tematu. Chodźmy poszukać Granger.

— Ona z nami nie idzie — zaoponował Harry, potrząsając głową. — Nie chcę jej widzieć.

— Musi z nami iść, mogłaby przejrzeć biblioteczne zbiory i znaleźć coś, co może się przydać. Sam tak powiedziałeś, Potter. Nie chodzi o to, po której jesteśmy stronie, musimy pracować razem i odłożyć na bok wszystkie uprzedzenia.

Harry zmarszczył czoło.

— Zraniła cię.

Malfoy roześmiał się kpiąco.

— Jestem Draconem Malfoyem, Granger nie mogłaby mnie zranić nawet, gdyby chciała.

— Oddaj mi broń, a ja przyprowadzę Hermionę.

Draco przewrócił oczami i wstał z łóżka, poprawiając ubranie.

— I tak miałem zamiar ci ją dać — powiedział. — Dla ochrony. Nawet nie wiem, jak działa. — Wręczył ją Harry'emu. Jej powierzchnia była zimna i jakby obca.

— Więc chodźmy ją znaleźć, jeśli Pansy jeszcze jej nie zabiła. — Harry westchnął.

Pansy nie zabiła Hermiony, ale nie znaczyło to, że się nie starała. Harry słyszał, jak krzyczy, jeszcze zanim dotarli w pobliże kuchni. Zerknął na Malfoya, wywrócił oczami i podążył za dźwiękiem.

Przekroczył próg w momencie, gdy Pansy uderzyła Hermionę w policzek. Obie zamarły w bezruchu, gdy tylko go zobaczyły, a może dlatego, że zobaczyły za nim Malfoya, który wyglądał na rozgniewanego.

— Nie mamy na to czasu — rzucił.

— Ona właśnie mnie uderzyła! — krzyknęła Hermiona.

Harry prychnął, w ogóle nie czując wobec niej współczucia.

— Masz szczęście. Powiedziała mi, że cię zabije.

Nastała niewygodna cisza. Oczy Hermiony zaszły łzami, a Pansy wyglądała na zawiedzioną, że to nie ona je spowodowała. Malfoy jedynie wywrócił oczami.

— Idziemy do biblioteki — poinformował Pansy. — Powinniśmy niedługo wrócić.

Pansy spojrzała na broń, którą Harry wciąż trzymał w dłoni.

— Musi ją ze sobą zabierać?

Malfoy wzruszył ramionami.

— To dla ochrony. Idziesz, Granger? No chyba że potrzebujesz pomocy medycznej w związku z twoją twarzą. — Wykrzywił pogardliwie usta, na co dziewczyna zarumieniła się i oderwała rękę od policzka, w który uderzyła ją Pansy.

— Nic mi nie jest — odpowiedziała oschle. Malfoy skinął głową i odwrócił się. Gdy tylko to zrobił, Hermiona spojrzała błagalnie na Harry'ego, ale ten całkowicie ją zignorował.


Lucjusz tonął w szaleństwie, ale Ginny była tuż obok niego. Śpiewała mu kołysanki i trzymała za rękę, a on ściskał ją tak mocno, że czuła, jak jej kości ocierają się jedna o drugą. Nie przeszkadzało jej to jednak. Słyszała już własne koszmary, szepczące gdzieś w głębi umysłu i wręcz boleśnie pragnęła, by ją również porwały, dzięki czemu przyłączyłaby się do szaleństwa Lucjusza.

Koszmary nadeszły niedługo potem i podobało jej się to, ten sposób, w jaki wpełzały na jej skórę, rozlewały się po ciele, pozwoliły się z niego wydostać i wniknąć w Lucjusza, ponieważ oboje tworzyli jedność.

Szaleńcza gorączka zapłonęła w niej i paliła się jeszcze przez kilka godzin, po czym zniknęła, zostawiając ją zbolałą i zmęczoną, wyczerpaną i leżącą na granicy świadomości, gdy przez jej żyły przelewały się ostatnie fale gorąca.

Zajęczała cicho i Lucjusz już przy niej był, trzymając w objęciach, szeptał i całował ją w skroń. Ginny byłaby szczęśliwa, gdyby mogła umrzeć właśnie w ten sposób.

Roześmiała się, nie z powodu tego, że uważała całą tę sytuację za zabawną, ale dlatego, iż wiedziała, że on lubi ten dźwięk. Pocałował ją i uśmiechnął się tuż przy jej wargach.

— Masz siniaki na szyi, kochanie... — wyszeptał, liżąc je.

Zesztywniała w jego ramionach i rozwarła powieki.

— Opowiedz mi, jak umieram w twoich snach — powiedziała, aby odwrócić jego uwagę, ponieważ nie chciała myśleć o ustach Rona na swojej szyi, a może dlatego, że pobudzała ją chęć wiedzy o sposobie śmierci w koszmarach Lucjusza. Śmierć i szaleństwo szły ramię w ramię, a ona ze śmiercią flirtowała od czasu, gdy posiadł ją po raz pierwszy.

— Pojawia się smok — wyjaśnił jej. — Trzymam cię, ale ty rozpadasz się w moich ramionach, a potem smok rozszarpuje cię i umierasz, krwawiąc.

W kąciku jej ust zabłąkał się mały uśmiech.

— A ty umierasz ze mną? — wyszeptała.

— Nie mogę zrobić niczego innego — odpowiedział. — Rozdzieram smoka na kawałki, a potem umieram obok ciebie.

Pogłaskała go po włosach i uśmiechnęła się.

— I to jest twój koszmar? Koniec mi się podoba.

Lucjusz zagryzł wargę, a potem ją pocałował. Zamykając oczy, Ginny zatraciła się w doznaniu, zastanawiając się równocześnie, czy to szaleństwo i czy w ogóle kiedykolwiek była zdrowa psychicznie.

Usłyszeli głośny stukot i drzwi nagle się otwarły. Stał w nich domowy skrzat, jego wielkie oczy lśniły w ciemności. Na zewnątrz wschodziło już słońce. Ginny próbowała sobie przypomnieć, kiedy zaczęła się ulewa.

— Paluszek najmocniej przeprasza, sir — powiedział skrzat. Ginny rozpoznała stworzenie, służyło jej podczas pierwszego pobytu w posiadłości.

— Nie życzę sobie, by mi przeszkadzano — rzucił gniewnie Lucjusz.

— Paluszek wie, sir, tylko że Paluszek musi powiedzieć coś panu Malfoyowi.

— Jestem pewien, że to może zaczekać — odpowiedział Lucjusz, przyciskając twarz do włosów Ginny.

— Może poczekać, Paluszek wie, sir, tyle że to nie chce. I to coś rzuca rzeczami, sir.

— To? — powtórzyła Ginny, marszcząc brwi.

— Nieznajomy w bibliotece. Paluszek znalazł go, jak wspinał się przez bramę posiadłości. — Skóra stworzenia poczerwieniała, jakby desperacko pragnął pochwały.

Lucjusz w końcu zwrócił spojrzenie w stronę skrzata.

— Kto to jest?

— Paluszek nie wie, sir, ale rzuca książkami i krzyczy o... Ginny Weasley, sir.

Ginny pobladła.

— Ron.

Lucjusz zerknął na nią, a potem skinął głową na skrzata.

— Zostawiłeś go w bibliotece?

— Tak, sir.

— Zajmę się tym.

Skrzat zniknął, a Lucjusz bez słowa ubrał się i wyszedł z pomieszczenia.

Przeklinając pod nosem, Ginny z pomocą zaklęcia wysuszyła swoje ubrania i założyła je. Słońce rozlewało na niebie migoczące światło, powoli wznosząc się nad terenami posiadłości.

Wciąż przeklinając, pospieszyła do biblioteki i z hukiem otworzyła drzwi. Ron siedział w centrum pokoju przywiązany do krzesła. Sądząc po liczbie książek, jakie zdążył zrzucić z półek, oceniła, że zajmował tę pozycję dopiero od niedawna,. Jego twarz byłaby całkowicie biała, gdyby nie dwie plamy czerwieni wykwitłe na policzkach jako dowód wściekłości. Lucjusz siedział w fotelu nieopodal i przyglądał mu się w zamyśleniu, jakby niczym uzdrowiciel próbował postawić diagnozę.

— Ginny! — krzyknął Ron z wdzięcznością, spostrzegając jej sylwetkę. — Martwiłem się, ja... Przerwał, gdy Ginny wślizgnęła się do biblioteki, zmierzając w kierunku Lucjusza, po czym usiadła mu na kolanach i zwinęła się jak mały kociak. Lucjusz uśmiechnął się i pogłaskał ją po włosach. — Odsuń się od niego — rzucił z wściekłością Ron.

Ginny odwróciła się w jego stronę, by mu się przyjrzeć.

— Nie rozumiesz i nie wiem, czy kiedykolwiek rozumiałeś.

Jego brązowe oczy zapłonęły, ale zanim Ron zdążył coś powiedzieć, uprzedził go Lucjusz.

— Stawiasz mnie w trudnym położeniu, Weasley. Jestem pewien, że Ginny nie chce, byś zginął z mojej ręki, jednakże ktoś, kto włamuje się na mój teren, musi zostać ukarany.

— Nie obchodzi mnie, co mi zrobisz — powiedział Ron buntowniczo — jeśli tylko puścisz moją siostrę wolno.

Ginny odwróciła twarz do ramienia Lucjusza, by stłumić chichot. Lucjusz roześmiał się cicho.

— Myślę, że nie rozumiesz sytuacji — powiedział. — Ona nie chce ode mnie odchodzić.

— Nie wie, czego chce.

— Naprawdę? — zamruczał Lucjusz.

Ginny uniosła głowę, mrużąc oczy.

— A ty wiesz, czego chcę, Ron? — parsknęła.

— Wiem, że nie chcesz tego.

— Oczywiście, że nie chcę — odpowiedziała z przekąsem. — Chcę twoich niezdarnych pocałunków i szorstkich dłoni. Tak, Ron, to dokładnie to, czego chcę. Leżeć pod tobą i zastanawiać się, jakby to było umrzeć, bo czuję się tak zawstydzona, brudna i zła.

Lucjusz bardzo powoli wypuścił syczący oddech spomiędzy zaciśniętych zębów, kciukiem gładząc siniak na szyi Ginny.

— Do czego nawiązujesz, kochana?

Ron wyglądał tak, jakby ogarnęło go przerażenie.

— Ginny — zaczął. — Ja nie... ja... przepraszam, ja... Jesteś moją młodszą siostrą.

Kipiąc ze złości, zsunęła się z kolan Lucjusza i wrzasnęła:

— Właśnie! Jestem twoją siostrą i zawsze tak było! A ty jesteś załamany, głupi i tak kurewsko słaby! Straciłeś wszystko i nic nie możesz zrobić, bo owładnęła tobą ta idiotyczna klątwa w idiotycznej bitwie, nawet nie jesteś już całkowicie człowiekiem! Kto może cię docenić? Kogoś, który nie jest w stanie czarować? Niezdolnego do posługiwania się magią czarodzieja? Kto by cię szanował? Ten, kto by musiał! Młodsza siostrzyczka! Nie mów mi, że chciałeś mojego ciała, Ronaldzie Weasley, bo go nie chciałeś i jeśli pomyślałbyś o tym choć przez jedną chwilę, wiedziałbyś, że pieprzenie mnie to nie to, czego pragniesz. To nie było wystarczające! Zniszczyłbyś mnie, by udowodnić, że jesteś człowiekiem. To nazywasz miłością?

Oczy Rona były teraz ogromne, błyszczące od szoku i bólu. Drżał, widziała to, i był tak bardzo, bardzo blady, jednak nie pozwoliła sobie czuć się z tego powodu źle.

— A jak nazywasz to, co daje ci on? — wyszeptał Ron. — Nawet po ciebie nie przyszedł.

Wzdrygnęła się i opadła z powrotem na Lucjusza, chowając twarz w jego ramieniu. Wstyd przyprawiał ją o mdłości. Malfoy delikatnie polizał siniak na jej szyi, po czym lodowatym tonem powiedział:

— Już jesteś martwy, Weasley. Każdy oddech, który nabierzesz do płuc od tego momentu, zawdzięczasz temu, że na to pozwoliłem, że jeszcze cię nie zabiłem. Ale twój czas nadejdzie. Doczekasz swojego końca, gdy tylko Ginny nie będzie w pobliżu.

— Nie przyszedł... — wyjęczała. — Bo Draco Malfoy powiedział mu, że jestem martwa.

Po raz pierwszy od dawna spłynęła na nią fala żalu. Żalu za cały ten czas, który minął, za ból, szaleństwo i wspomnienia, które sprawiały, że chciała umrzeć... Nie winiła za nie Rona. Winiła Draco Malfoya, bo zabrał ją od Lucjusza i tak bardzo zranił jej brata. Zacisnęła dłonie w pięści, a cała jej wściekłość i nienawiść skupiła się na Draco.

A gdy ten aportował się do biblioteki dosłownie chwilę później, właśnie dlatego zareagowała z tak wściekłym zadowoleniem. Nie widziała innych ludzi poza nim, w ogóle się na nich nie koncentrowała. Jej świadomość rejestrowała jedynie ból Rona siedzącego na krześle, dłoń Lucjusza na swojej szyi i Dracona Malfoya, który wpatrywał się w nich szarymi oczami.

Ron krzyczał coś o szpiegach w ministerstwie, Lucjusz mówił do swojego syna, ale w pomieszczeniu pojawili się też inni ludzie, mówili i mówili, wszyscy mówili, jednak nic z tego się nie liczyło. Ginny nie chciała rozmawiać. Chciała ranić.

Ktoś walczył, ktoś się kłócił. Lucjusza opanowała złość, Ron płakał. Ginny to nie obchodziło. Nikt na nią nie patrzył, zupełnie nikt, więc ześlizgnęła się z kolan Lucjusza i złapała najbliższe narzędzie, jakie mogła znaleźć — pogrzebacz leżący nieopodal kominka. Jej różdżka spoczywała zapomniana w kieszeni. Nie chciała czystej śmierci. Chciała krwi.

I nikt nie patrzył...

Szare oczy były teraz niemal czarne od furii, błyszczały arogancją, która dowodziła, iż młodszy Malfoy sądził, że Ginny nie jest warta jego ojca. Zbliżyła się do Draco, nie spuszczając wzroku z jego spojrzenia. Uniosła trzymany w dłoni pogrzebacz...

W pomieszczeniu rozległa się eksplozja, przywołując na myśl nagły zryw ziemi, ognia, wody i powietrza, wszystkiego naraz, żywioły wybuchły wrzaskiem, dźwięk odbił się echem od ścian i zamilkł. Nastała cisza, [i]tak ciężka cisza[/i].

Ginny poczuła dziwne gorąco i wilgoć. Palce jej zdrętwiały, a pogrzebacz upadł na podłogę. Gdzieś tam, gdzieś daleko czyjś szloch przerwał ciszę. Obróciła się, by zobaczyć, kto wydał z siebie ten dźwięk. Zajęło jej to tak bardzo, bardzo długo... Zielone oczy. Harry. Harry, który uratował ją przed Tomem, którego kochała. Trzymał w dłoni coś dziwnego. Po chwili rozpoznała przedmiot. Pistolet.

W tym momencie do jej ust napłynęła krew, czuła ją też na piersi, coraz bardziej lepką. Nogi ugięły się pod nią i upadła...

Obraz przed oczami zamazał się trochę, znikając i pojawiając się ponownie w rytm zachrypniętego oddechu, a potem zobaczyła Lucjusza, jego piękne, teraz przerażone oczy.

— Nie, nie, nie znowu, nie teraz... — wysyczał i wziął ją w ramiona.

Smok w końcu po nią przyszedł.

Zakaszlała, a spomiędzy jej warg wypłynęła strużka krwi. Lucjusz pocałował ją i ostrożnie zlizał czerwień z jej ust. A potem Ginny umarła.

Wszystko stało się tak bardzo, bardzo powoli.


Wszystko stało się tak bardzo, bardzo szybko.

Harry'ego poraziła sekwencja obrazów, która przywiodła mu na myśl mugolskie fotografie. Biblioteka z książkami porozrzucanymi na podłodze, Ron przywiązany do krzesła, Ginny na kolanach Lucjusza, słońce wschodzące za ogromnym oknem i fotelem, w którym razem siedzieli. A potem urywki rozmów, strzępki słów...

— Nie jesteś tu mile widziany.

— Ojcze...

— On jest szpiegiem... Hermiono, on zdradził nas wszystkich...

— Wynoś się stąd!

— Zabrał ją ode mnie…

To się jednak nie liczyło. Harry był w szoku. Nic nie miało najmniejszego sensu, bo nie poszło tak, jak zaplanowali. Nie powinni zastać tu Lucjusza ani Ginny, a Ron... Ron powiedział, że jest szpiegiem... wciąż uważał go za szpiega... I Ginny...

Wstała. I wpatrywała się w Draco.

Zachował się instynktownie. Instynkt to dzika, naturalna, pierwotna rzecz. Ktoś chciał zrobić Draco krzywdę. Nie.

Wycelował więc pistolet i nacisnął spust, wszystko w ciągu jednego uderzenia serca, bez zastanowienia, bez powodu, bez niczego z wyjątkiem dzikiej i zaborczej myśli, że jeśli ktokolwiek będzie starał się zranić Dracona Malfoya, zginie z ręki Harry'ego Pottera.

Strzał. Och, Boże, strzał. Nic nigdy nie było tak głośne, jak ten strzał.

Nastał moment pełnej szoku ciszy, złamanej przez szloch dobywający się w jego ust, a potem dźwięki, tak dużo dźwięków, uderzyło w niego niewyraźnym wrzaskiem. Ktoś krzyczał (Ron?), ktoś płakał (Hermiona?), ktoś wołał jego imię... Draco... to musiał być Draco. Harry wciąż celował bronią w miejsce, gdzie stała Ginny, tyle że ona w ogóle teraz nie stała, leżała na podłodze cała we krwi, a Lucjusz trzymał ją i... och, Boże, och, Boże, dlaczego ją trzymał? Całował? Nagle fakt ten nabrał znaczenia. Lucjusz całował Ginny, a Ginny umierała. Czy może już jest martwa? Och, Boże, broń była teraz taka gorąca, ale nie pamiętał, jak poruszyć palcami, by ją upuścić.

Odwrócił się, nie potrafiąc znieść widoku krwi (to nie on to zrobił, to nie on to zrobił... Harry Potter nie zabija nikogo, kto na to nie zasłużył... Czy Ginny na to zasłużyła? Chciała zabić Draco... a Draco zasłużył… Czy na to zasłużył? Nie, och, Boże, ona też nie zasłużyła...) W zasięgu jego wzroku pojawili się teraz Hermiona i Malfoy... i Ron, który szlochał i tak bardzo starał się wyrwać z magicznych więzów.

Harry podszedł, by mu pomóc, nie myśląc o tym, co robi, jego umysł nadal kręcił się w kółko i starał z całej sytuacji wysnuć wniosek, który nie nadchodził. Ron parsknął i próbował go kopnąć, nienawidząc Harry'ego każdą cząstką pasji, którą jeszcze posiadał, ponieważ on nadal żył, gdy Ginny leżała martwa... Ginny była martwa. Och, Boże.

Harry zatrząsł się i odwrócił się, rozumiejąc, że przegrał. Był bohaterem, pieprzonym bohaterem, a co może teraz zrobić bohater? Pocałować ją, ożywić, sprowadzić z powrotem? Lucjusz już tego próbował. Boże.

Czuł, że zwymiotuje. Będzie wymiotował do czasu, aż umrze. Śmierć mogła zabrać jego, a Ginny zostawić w spokoju i wszystko by się wyrównało, on byłby martwy, a Ginny nadal nazywałaby się Weasley... Ron wciąż uśmiechałby się i rzucał zaklęcia, zapalałby światło jedynie ruchem różdżki, wciąż otwierałby zamki magią, która nie utknęłaby w jego wnętrzu i… i…

Lucjusz podniósł zakrwawiony pogrzebacz. Jego oczy pociemniały od szaleństwa, wściekłości i być może niewyraźnego odbicia smoka… nie w sposób, jakby sam nim był, a jedynie na niego patrzył, a że patrzył na Harry'ego, znaczyło to, że to on był smokiem…. Jak w jego śnie. Smoki powinny zostać zgładzone. Harry nie poruszał się i obserwował, jak Lucjusz podchodzi coraz bliżej i bliżej. W końcu zaszlochał, zadrżał i odwrócił się, a pogrzebacz trafił go pomiędzy łopatki i przygwoździł do ziemi. Lucjusz podniósł go ponownie, szykując się do zabójczego ciosu, a Harry zamknął oczy i czekał.

Na powiekach zatańczyły mu zielone światełka i spojrzał, w szoku obserwując, jak w źrenicach Lucjusza gaśnie blask, po czym mężczyzna osuwa się bardzo, bardzo powoli i ląduje twardo na podłodze. Rozległ się trzask, gdy upadał — czy coś się złamało? Och, Boże, nic nie miało już sensu.

Harry wpatrywał się w okno. Słońce wciąż wschodziło... Od tak dawna go nie widział, żyjąc w jaskini, i nagle jest, oglądał je dlatego, że Lucjusz, który mu w tym przeszkadzał, upadł.

Potem zauważył Draco. Stał z wciąż uniesioną różdżką i oczami rozwartymi w szoku, ponieważ to klątwa rzucona przez niego zabiła Lucjusza, a wszystko poza słońcem zamarło w bezruchu.

Harry jęknął boleśnie i zamknął oczy.

— Nie — wysyczał Draco, w momentalnie znajdując się obok niego. — Nie. Nic ci nie jest, Potter, nie...

Harry uniósł powieki, ponieważ nie umierał, choć tego chciał. Był załamany i wyczerpany, ale nie umierał. Draco jednak o tym wiedział i podniósł go, kołysząc w ramionach i przyciskając twarz do jego szyi, oddychając głęboko i próbując wyłuskać z siebie spokój, który zdawał się go opuścić.

Jego ojciec leżał martwy tuż obok, a Ginny, cała we krwi, spoczywała nieopodal paleniska. Hermiona uwolniła Rona z więzów i teraz oboje przywarli do siebie, płacząc.

Mimo wszystko tuż za oknem słońce kontynuowało swą podróż po niebie.

Nastąpił pełen poruszenia moment, a potem Malfoy odnalazł spokój, którego szukał. Uniósł głowę, uważnie obserwując twarz Harry'ego., po czym powiedział cicho:

— Nic ci się nie stało — powiedział cicho, po czym posadził go ostrożnie, mając na uwadze jego zranione plecy, które z pewnością bolały od ciosu. — Musimy znaleźć książkę.

Harry zamrugał. Nic nie miało sensu. Książki już się nie liczyły, nigdy się nie liczyły, nic się nie liczyło, nic… Ale ręce Draco drżały i Harry zrozumiał nagle, że Malfoy nie mógł się załamać, ponieważ Malfoyowie nigdy tego nie robili, opuścił więc dłonie, które do tej pory zaciskały się na jego koszuli i pozwolił mu odejść.

Pozostał sam w świetle wschodzącego słońca. Ludzie wokół płakali, zawodząc cicho, a Draco szukał jakiejś głupiej książki. Nie obchodziło go to. Podczołgał się do Ginny, której oczy wciąż były otwarte. Popatrzył na nią w szoku. Cała była mokra od krwi i wydawała się bardzo lekka, więc podniósł ją i przytulił do siebie, obserwując jej twarz. Przesunął się po podłodze, nadal trzymając ją w objęciach, póki nie znalazł się obok Lucjusza.

Malfoy pojawił się obok niego.

— Harry — powiedział cicho, klękając tuż obok. — Co robisz? — Harry wpatrywał się w niego przez długą chwilę, zanim zaczął płakać. Draco instynktownie złapał go za ramiona i potrząsnął nimi mocno. — Przestań — rzucił. — Przestań, przestań, Potter... — Reagując instynktownie, pocałował go, trzymając mocno jego twarz i zaciskając powieki. — Przestań — powtórzył. Harry zamknął oczy, zaszlochał i pokiwał głową. Malfoy oparł swoje czoło o jego czoło i wziął głęboki oddech. — Zostawmy ją tu, z moim ojcem...

Harry ponownie przytaknął, ponieważ to właśnie było sednem, sensem tego wszystkiego. Położył Ginny ostrożnie tuż obok Lucjusza, by wyglądało na to, że umarli razem.

— Trzeba ich czymś przykryć — powiedział, najpierw zamykając powieki Ginny, a potem Lucjuszowi. Chciał, aby przebaczyła mu i rozgrzeszyła go, bo jedyne, co teraz widział w jej oczach, to oskarżenie.

Malfoy pogłaskał ojca po włosach, pocałował go w czoło i przytaknął, po czym opuścił bibliotekę w poszukiwaniu jakiegoś okrycia.

Harry wpatrywał się przez chwilę w jego oddalającą się sylwetkę. Słońce zdążyło już wzejść i złotawe promienie zmieniły się w jasne światło dnia.

Malfoy znalazł jedwabne prześcieradło i pomógł Harry'emu rozłożyć je na ciałach.

— Muszę zadbać o bezpieczeństwo Rona — powiedziała Hermiona, która pojawiła się za ich plecami. Harry odwrócił się, by na nią spojrzeć, czując się przy tym odkryty, odległy i złamany. Ona wyglądała dokładnie tak samo.

— Gdzie go zabierasz? — zapytał. Zerknął na Rona, który stał teraz przy oknie i drżał tak, jakby lada chwila miał się rozpaść.

— Nie wiem.

Malfoy wstał i zdjął z palca pierścień, który wręczył Hermionie.

— Sprowadzi cię z powrotem do jaskiń — powiedział. — Jeśli zamierzasz wrócić.

— Zamierzam — odpowiedziała. Oczy błyszczały jej od łez. — Wrócę, gdy tylko się nim zaopiekuję. Potrzebuje mnie i... — Spojrzała na Harry'ego, a potem na Malfoya. — Dbajcie o siebie.

Draco pokiwał głową.

— Załóż go na lewą rękę i powiedz: „Pendragon".

Przytakując, Hermiona wróciła do Rona i zaczęła mówić coś do niego szeptem. Malfoy złapał za rękę Harry'ego, który drżąc wciąż wpatrywał się w przyjaciela. Jego dłoń pokrywała warstwa zakrzepłej krwi, ale Malfoy zdawał się nie przywiązywać do tego uwagi.

— Chodź — powiedział ostrożnie. Opiekowanie się nim było jedyną rzeczą, która powstrzymywała go od załamania, Harry dobrze o tym wiedział. — Musimy wracać, zanim ktoś wyczuje całą tę magię i zacznie węszyć.

Całą tę magię? To przecież tylko jedno zaklęcie, jedno... Harry otworzył oczy i spojrzał na czarną tkaninę u swoich stóp, oddychając szybko, panicznie. Malfoy pocałował lekko punkt za jego uchem.

Hermiona spojrzała na nich wielkimi, pełnymi bólu oczami, a potem aportowała się razem z Ronem. Malfoy ścisnął dłoń Harry'ego i obaj zrobili to samo, pozostawiając Lucjusza i Ginny pod prześcieradłem z jedwabiu.


Gdy powrócili w jaskini, Harry zachwiał się nieco, pewien, że nogi ugną się pod nim lada chwila. Malfoy złapał go, zanim zdążył upaść.

— W porządku? — zapytał, zmartwiony. Harry zamknął oczy i potrząsnął w odpowiedzi głową. — Usiądź — rozkazał Draco, pociągając go w stronę łóżka. — Będzie dobrze.

Kiwając głową, Harry usiadł ciężko i przełknął ślinę.

— Nic mi nie jest — zapewnił, przeczył temu jednak zgrzytliwy dźwięk jego głosu.

— Muszę powiedzieć Pansy... — Malfoy zawahał się.

— Idź.

Przyjrzawszy się Harry'emu z malującą się na twarzy obawą, Draco wyszedł. Pomieszczenie spowiła cisza i Harry wpatrywał się w podłogę, przygryzając wargę. Odrętwienie, które do tej pory okrywało jego umysł, zaczęło zanikać, zastąpione przez wirujące, pełne paniki obrazy. Ginny wpatrująca się w niego w szoku, upadająca na ziemię... Lucjusz trzymający jej ciało i podchodzący do niego, opętany przez gniew... To wszystko wciąż i wciąż powtarzało się w jego myślach. Gdy odrętwienie ustąpiło całkowicie, zaczął odczuwać dojmujący ból pomiędzy ramionami, gdzie uderzył go Lucjusz. Z jego gardła wydobył się chrapliwy szloch i Harry skrzywił się, chowając twarz w dłoniach wciąż pokrytych krwią.

Wydawało mu się to dziwne. Zabijał wcześniej i miał już krew na rękach, ale nigdy tak nie reagował. Starał się przekonać sam siebie, że śmierć nie jest ważna, tyle że wtedy zabijał mężczyzn w maskach, a nie Ginny Weasley, która niegdyś go kochała i tak dużo czasu zajęło mu ratowanie jej...

Z drugiej strony, mógł się tego spodziewać. Wszyscy, którzy cokolwiek dla niego znaczyli, w końcu ponosili za to karę...

Otworzyło oczy i nabrał powietrza. Och, Boże. Nikt na świecie nie liczył się dla niego teraz bardziej niż Draco Malfoy.

Gdy Draco wrócił kilka chwil później, Harry mamrotał coś pod nosem, przeszukując kufer stojący u stop łóżka.

— Co… co ty robisz? — zapytał Draco.

Harry uniósł wzrok. Oczy piekły go od łez.

— Muszę iść, Malfoy.

— Nie.

— Muszę.

Pod posępną kontrolą, którą Malfoy okazywał od chwili zabicia ojca, kryło się coś jeszcze. Panika.

— Nie. Dlaczego?

— Ja sam jestem chorobą — powiedział Harry, wracając do szukania w kufrze swoich rzeczy. — Sprawiam ból i zabijam i każdy, kogo kocham, prędzej czy później zostaje zraniony.

Nastąpiła niekończąca się cisza i Harry, zebrawszy się na odwagę, podniósł wzrok. Nic nie mogło go jednak przygotować na wściekłość, którą ujrzał na twarzy Draco.

— To nie działa w ten sposób.

Harry wstał.

— Malfoy...

— Nie zrobisz mi tego.

— Czego? Uspokój się! Ja…

— Nie opuścisz mnie, kiedy ja właśnie zamordowałem jedynego człowieka, który liczył się dla mnie bardziej, niż cokolwiek innego na tym pieprzonym świecie! Zabiłem go! Zabiłem go dla ciebie, a ty po prostu chcesz odejść? Po wszystkim... po wszystkim, co ci dałem... — Brakowało mu tchu, a jego głos był chropowaty od wściekłości.

— Co... co mi dałeś? — zapytał Harry.

— Część siebie, której nigdy nie pozwoliłem zobaczyć nikomu innemu — odpowiedział Malfoy głosem na powrót ponurym i pełnym bólu, choć nadal pełnym gniewu.

— I dlatego muszę odejść — odpowiedział Harry, zamykając oczy, ponieważ już wypełniały je łzy, a nie chciał się rozpłakać. — To moja wina i jeśli zostanę, będziesz jak... martwa Ginny, słaby Charlie, załamany Ron albo...

— Zamknij się już, do cholery — prychnął Malfoy. — Nie jestem pieprzonym Weasleyem, nie załamię się i nic tu nie jest twoją winą! Nie jesteś... chorobą. Jesteś po prostu…

Harry dotknął lekko jego ramienia.

— Po prostu nie chcę, żebyś cierpiał. Muszę iść. Jeśli odejdę dostatecznie daleko, nikt nie będzie cierpiał.

— Ja będę.

— Malfoy, muszę...

Draco popchnął go.

— Nie, Potter, nie sądzę, byś rozumiał sytuację. Nigdzie nie idziesz.

— Nie mam wyboru...

Malfoy popchnął go znowu, wpatrując się w niego z narastającą wściekłością.

— Nie, nigdzie cię nie puszczę.

— Malfoy! — krzyknął Harry, sfrustrowany. — To nie jest twój wybór!

Łapiąc go gwałtownie za przód koszuli, Malfoy pochylił się w jego stronę i wysyczał:

— Więc sprawię, żeby to był mój wybór, Potter. Jesteś mój. Myślisz, że pozwolę ci od siebie odejść?

— Czasami nie ma innego wyjścia — powiedział Harry, starając się wyrwać z uścisku.

— Sądzisz, że tego nie wiem? — krzyknął Malfoy, potrząsając nim. — Sądzisz, że miałem wybór w sprawie tej kurewskiej klątwy? Albo utknięcia tutaj z tobą? A może do zabicia mojego ojca? Może nie miałem wyboru co do tego, ale mogę zadecydować, czy puszczę cię wolno. A tego absolutnie [i]nie zrobię[/i].

Wypowiadając ostatnie słowa, Malfoy popchnął go tak mocno, że Harry upadł na łóżko, po czym nałożył na niego zaklęcie wiążące. Harry wylądował ciężko na zranionych plecach i krzyknął, czując, jak jego ciało przeszywa ból.

— To boli — zaszlochał, nabierając gwałtownie powietrza.

Cała wściekłość uszła z Malfoya z jednym oddechem. Jęknął i wspiął się na łóżko, siadając okrakiem na Harrym.

— Och, Boże — wyszeptał Draco drżącymi wargami. — Och, Boże, przepraszam, ja tylko... — Dotknął jego twarzy trzęsącymi się dłońmi. — Nie możesz iść, nie możesz, nie teraz, proszę...

Oczy Harry'ego, już teraz piekące z powodu bólu w plecach, wypełniły się łzami.

— Musisz mi pozwolić odejść albo umrzeć albo cokolwiek innego. Nie chcę cię zranić.

Malfoy potrząsnął głową i zamknął oczy.

— Nie możesz odejść.

— A ty nie możesz trzymać mnie tak przywiązanego do łóżka — powiedział Harry cicho.

— Zmusiłeś mnie do tego — odpowiedział Draco, przeczesując palcami jego włosy. — Nadal cię boli?

— Nie. — Ostry ból stracił na sile. — Uwolnij mnie.

— Nie. — Malfoy ześlizgnął się z niego i opuścił jaskinię, powracając kilka chwil później ze szmatką i miednicą wypełnioną wodą. Harry obserwował, jak zanurza tkaninę w wodzie i ostrożnie zmywa krew z jego twarzy, rąk i szyi. Oddech zamarł mu w płucach w odpowiedzi na ostrożną uwagę, którą okazywał mu Draco, co jednak jeszcze bardziej przekonało go do odejścia.

Gdy Malfoy skończył, rozpiął mu koszulę i odgarnął jej poły tak, by klatka piersiowa pozostała naga, po czym powrócił do mycia. Trochę krwi przesiąkło Harry'emu przez ubranie, gdy trzymał ciało Ginny.

— Malfoy — powiedział Harry cicho. Jego piersi była już czysta, mimo tego Draco nadal pocierał skórę, by uniknąć patrzenia mu w oczy. — Spójrz na mnie. — Bez Żadnej reakcji. — Draco.

Malfoy wreszcie spojrzał na niego spod przymkniętych powiek.

— Co?

— Muszę...

Draco pocałował go nagle, żeby go uciszyć, a kiedy się odsunął, Harry otworzył usta, by coś powiedzieć. Zanim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, Malfoy znowu przywarł do jego warg. Harry starał się odsunąć, ale Draco jęknął w jego usta i otoczył dłońmi twarz, głaszcząc policzki, by go uspokoić i ukoić, utrzymać nieruchomo. Harry poddał się z cichym westchnieniem, którego nie potrafił powstrzymać. Draco znowu na nim usiadł i pochylił się nad jego twarzą, a potem znów pocałował i Harry nie miał większego wyboru. Jęknął więc i odpowiedział na pocałunek, rozchylając szerzej wargi, gdy Draco polizał jedną z nich, a potem wsunął język do ust Malfoya, odpowiadając na jego przekomarzanie. Dłonie nadal przywiązane miał do łóżka i usiłował wyrwać się z więzów, czując się coraz bardziej sfrustrowanym brakiem możliwości ruchu.

Draco przerwał pocałunek, ale nie usunął zaklęcia.

— Zostań — wyszeptał pożądliwie, całując lekko jego szczękę.

— Nie mogę.

— Harry.

— Nie mogę... — Czuł, że lada chwila znowu zacznie płakać, co było zawstydzające, ale nadal widział w myślach twarz Ginny i jej martwe oczy... I to jego wina. Nie chciał zranić Draco, nie chciał...

Malfoy najwyraźniej poddał się i nie prosił więcej, zamiast tego osunął się niżej, całując go w szyję. Poruszył biodrami i Harry krzyknął z zaskoczenia, otwierając oczy.

— Draco... — wyjąkał, bo coś się zmieniło i nie był pewien, czy chciał tej zmiany chciał. Czy chciał dać Draco to, co zabrał Charlie, który potrzebował pocieszenia i był w rozsypce, a teraz w rozsypce jest on sam i... nie chciał zrobić Draco tego, co Charlie zrobił jemu.

— Mmm — wyszeptał Malfoy, liżąc skórę jego szyi. — W porządku. Nie zrobię ci krzywdy.

Harry zmarszczył brwi, bo właściwie nie o to się martwił. Nie chciał, aby Draco cierpiał. Ale on lizał już jego obojczyk i znowu poruszył biodrami, usadawiając się na nim wygodnie. Harry zacisnął powieki i jęknął w przerażeniu. Nie mogło z tego wyniknąć nic dobrego. [i]Nigdy[/i] nie wynikło z tego nic dobrego. Tylko wstyd, wina i strach.

— Proszę, nie — zaszlochał.

Draco podniósł głowę i przygryzł wargę, wyglądając na zranionego.

— Dlaczego?

Harry oblizał usta i przełknął ślinę, starając się wymyślić, co odpowiedzieć.

— Bo... boję się — przyznał w końcu. Wzdrygnął się, oczekując, że Malfoy albo go wyśmieje, albo przynajmniej się uśmiechnie. Nie zrobił tego, pocałował go za to znowu, delikatnie i ostrożnie, głaszcząc po twarzy i włosach.

— Nie będę taki jak on — odpowiedział, a Harry przygryzł wargę. — Ufasz mi?

Dusza Harry'ego rozbiła się na kawałki, podobnie jak dusza Malfoya, więc może ich ostre krawędzie będą do siebie pasować. Wpatrywał się w niego przez długi moment, po czym pokiwał z wahaniem głową. Zaufanie było ważną częścią dopasowania się do siebie.

Draco potarł nosem o jego szyję i uśmiechnął się tuż przy skórze. Być może sam potrzebował tego tak samo, jak Draco, więc będzie inaczej niż z Charliem.

Malfoy znowu poruszył biodrami, tym razem inaczej, napierając ostrożnie. Zaskoczony Harry poruszył się w szoku. Rana na jego plecach otarła się o materac, więc nabrał gwałtownie powietrza, rozwierając szerzej powieki w odpowiedzi na nagły ból.

Draco zaklął cicho i zakończył zaklęcie wiążące, po czym zasugerował, aby Harry przewrócił się na brzuch. Zdjął mu koszulę, uważnie przyglądając się zranieniu, mimo ostrożności wywołując na twarzy Harry'ego grymas. Przytknął różdżkę do wrażliwego miejsca pomiędzy łopatkami i wyszeptał zaklęcie uzdrawiające. Zranienie zniknęło, a wraz z nim ból. Draco pocałował uzdrowione miejsce, jakby starając się wygładzić je językiem, i przeciągnął dłońmi wzdłuż mięśni.

Harry jęknął, zdenerwowany, odwrócił głowę na bok, a ręce ułożył pod brodą. Oddychał ciężko, niemal panicznie. Draco pochylił się i złożył pocałunek na jego policzku.

— Wszystko w porządku — wyszeptał, dotykając wargami jego karku.

— Mhm — wymruczał Harry, nadal jednak drżąc ze strachu.

Draco czuł to i roześmiał się cicho, unosząc się i przesuwając dłońmi w dół i górę jego pleców, dopóki Harry się nie uspokoił, zakopując twarz w ramionach i zamykając oczy. Z czasem dotyk Malfoya stał się pewniejszy, aż w końcu zdawał się sprawić, że zniknęło całe napięcie i obawa. Draco sięgnął po olejek i wcierał go w skórę długimi pociągnięciami, dopóki Harry nie jęczał cicho w poduszkę i wyginał się pod dotykiem.

Harry odwrócił się i położył na plecach, czując się sennie i ciężko. Nie wyobrażał sobie bycia gdzie indziej poza tym łóżkiem. Obrazy pełne Ginny, Lucjusza i całej reszty odpłynęły z jego umysłu i zdawały się być teraz odległe, przykurzone i absolutnie nie tak wyraziste jak oczy Draco.

Oddychał ciężko, a niemal każdy oddech dopełniony był szlochem. Malfoy uśmiechnął się i pocałował go mocno, ocierając się o niego i tym razem Harry był zbyt zagubiony w narastającym napięciu, by bać się własnego wstydu. Pożądanie wzrastało niczym ogień, a każdy najmniejszy ruch, pocałunek i szept rozniecały je jeszcze bardziej.

Draco znowu przewrócił go na brzuch, a Harry przystał na to bez wahania. Malfoy pocałował go w ramię, znacząc opuszkami palców drogę pomiędzy łopatkami, wzdłuż kręgosłupa i niżej.

Nie było w tym żadnego wstydu i Harry zastanawiał się, jak mógł kiedykolwiek pomyśleć, że to i coś, co zaszło pomiędzy nim i Charliem, można było rozważać w tych samych kategoriach. To nie było procesem fizycznym, to nie Charlie, który potrzebuje pocieszenia, a Harry jest zbyt słaby, by odmówić. To było... wszystkim.

Istniał tylko Harry i Draco, który leżał na nim, napinając mięśnie i oddychając ciężko. Obaj drżeli.

Dłonie dotykające wilgotnych ramion i ześlizgujące się wzdłuż mięśni poruszających się pod gładką skórą. Oczy pociemniałe od pożądania i bolesne pragnienie tego, co tkwiło w nich zawsze, a oni byli zbyt przerażeni, by to dostrzec. Powieki zamykające się powoli i rozchylone usta, z których wydobywały się jęki i słowa nieposiadające znaczeń ani rzeczywistego wytłumaczenia. Język Draco zsuwający się w dół jego pleców, tropiący wklęsłości i wypukłości kręgosłupa, wirujący po bezmiarze skóry. Palce przeczesujące włosy i zataczające koła na rozpalonym ciele, ciche kwilenie, odchylona głowa, język na szyi, obojczyku... Wszystko.

Harry przesunął palcami po twarzy Draco, głaszcząc policzki, nos i usta, które rozchyliły się lekko, a potem wysunął się z nich język, dotykając opuszków. Szare oczy zniknęły za powiekami, a język zachęcił palce do zagłębienia się w ciepłe usta, ssąc i liżąc.

Harry zastanawiał się, czy Malfoy mógł wyczuć smak krwi, która plamiła jego dłonie. Jego własnej. Ginny. Rona. Draco. Tysięcy innych, których imion nigdy nie miał szansy poznać.

To się jednak nie liczyło, bo Draco złapał Harry'ego za ręce, rozciągnął je na materacu i położył na nich swoje, przytrzymując je w miejscu. Klatka piersiowa Harry'ego przyciśnięta była do łóżka. Malfoy całował jego kark, szepcząc i trącając go nosem za uchem, będąc równocześnie za nim i na nim, unieruchamiając go. Harry, zbolały, wydał z siebie stłumiony jęk, który zabrzmiał jak urywany szloch.

To nie miało znaczenia. Krew, łzy i blizny, które posiadał, nie znaczyły nic w porównaniu z dłońmi, ustami i językiem Draco.

Harry był rozpalony i stęskniony i każdy nerw w jego ciele dosłownie śpiewał. Draco leżał tuż obok niego, na nim i w nim, a on chciał krzyczeć i umrzeć i... rozpaść się na kawałki. To dlatego został stworzony świat, pomyślał w jednym z mglistych momentów, kiedy wszystkim, co miało jakiekolwiek znaczenie, był oddech Draco na jego plecach i każde miejsce, w którym się dotykali.

Mogli zostać w ten sposób do końca życia.

Cały świat właśnie po to został skonstruowany, stworzony tylko z tego powodu. Stworzony, by właśnie z tego powodu się rozpaść.

Jeśli ktoś kiedykolwiek starałby się powiedzieć mu, że pokocha kogoś innego tak, jak przeznaczony był kochać Draco, tego Draco, którego nikt tak naprawdę nie znał. Oczy Harry'ego były szeroko otwarte i ciemne od emocji i wydawało mu się, że dostrzegł siebie po raz pierwszy w życiu.

Czuł, że włosy Draco ocierają się o jego policzek, gdy ten zaszlochał, całując go w ramię.

I to dlatego istniał. Jedyny powód jego życia znajdował się tutaj, w sposobie, w jaki Draco porusza się w jego wnętrzu, gorączkowym łapaniu powietrza, wyginaniu ciała, stapianiu w jedność... więcej, tak, właśnie tak. To było wszystko.

Nic się nie liczyło, nic nie miało znaczenia poza bliznami na jego skórze, których Draco dotykał językiem, nic się nie liczyło i nic nie miało znaczenia poza tym, nigdy, przenigdy...

Jęczał, być może imię Draco albo coś innego, wariację jakiegoś czułego słówka, czegokolwiek, to nieważne, bo w momentach takich jak ten wszystko sprowadza się do jednego. Potem wygiął się i doszedł, szlochając chropowatym głosem i ukrywając twarz w ramionach, dociskając ciało do materaca i drżąc.

Usłyszał niski pomruk, szept i rodzaj pełnego utęsknienia szlochu, który mimo tego, że został stłumiony, przyprawił Harry'ego o dreszcz. Draco całował jego ramiona i przestrzeń pomiędzy nimi, szepcząc słowa, których Harry nigdy nie słyszał, ale był zbyt wyczerpany, by o nie pytać.

W jego umyśle tkwiły kawałki rozbite niczym kieliszek wina, który upadł i roztrzaskał się na malutkie fragmenciki kryształu, tworząc jakiś przypadkowy kształt na podłodze, wyglądający jak zbiór deszczowych kropel.

Byli przed sobą zupełnie odkryci, rozbici na kawałki. Pozbawieni oddechu i krwawiący przez wiele lat dla tej jednej chwili.

KONIEC ROZDZIAŁU ÓSMEGO