TŁUMACZENIE ZA ZGODĄ AUTORKI.
BETA - KACZALKA :*
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY:
Wolność
„Rozum, co miał mnie bronić, Twój namiestnik we mnie,
Wzięty w niewolę, zdradza miasto pokonane.
Tak, kocham Cię, chcę Twojej miłości, lecz jeszcze
Ciągle Twój nieprzyjaciel jest mym oblubieńcem;
Rozwiedź mnie zatem, rozwiąż, rozerwij nareszcie
Ten węzeł, weź mnie w siebie, uwięź; swoim jeńcem
Gdy mnie uczynisz, wolność dopiero posiędę,
I tylko gdy mnie weźmiesz gwałtem, czysty będę."*
(John Donne, „Batter My Heart...")
Cisza między nimi nastała nie dlatego, że nie pozostało już nic do powiedzenia, ale ponieważ wszystko, co można by wyrazić słowami, znajdowało się właśnie w milczeniu. Mówiło ono sposobem, w jaki Draco leżał, oddychając ciężko, niemal nerwowo, sposobem, w jaki jedną ręką oplatał ramiona Harry'ego, trzymając delikatnie, jakby większy nacisk mógł spowodować, że rozkruszy się niczym skrzydła motyla. Sposobem, w jaki rozwierały się powieki Harry'ego, a oczy wpatrywały w twarz Draco. W tym, że sam Draco nie potrafił otworzyć własnych.
Harry w końcu odwrócił głowę, wtulając twarz pomiędzy swoje złożone ramiona i zacisnął powieki. Gdy w końcu się odezwał, jego głos był stłumiony.
— Tak bardzo, bardzo przepraszam.
Ponownie zaległa cisza, ta z rodzaju niekomfortowych, co skłoniło Harry'ego, by zerknąć na Malfoya. Leżał nieruchomo z wciąż zamkniętymi oczami, jakby bał się na niego spojrzeć, jakby przygotowywał się na cios, nie będąc pewnym, czy ten nadejdzie.
— Za co mnie przepraszasz, Harry? — zapytał Draco niemal wypranym z emocji tonem.
— Przeze mnie pomyślałeś, że robiąc to, nakłonisz mnie do pozostania.
Harry czuł, jak Draco wzdryga się, a dreszcz, który przebiegł przez jego ciało, kazał mu odsunąć ramię. Wypuszczając gwałtownie oddech, Malfoy wstał i przeczesał palcami włosy.
— Bo właśnie to było moim zamiarem — powiedział, brzmiąc na zmęczonego. — Ale z drugiej strony, czym jeszcze... — przerwał.
— Czym jeszcze...?
— Czym jeszcze mogło to być? Na pewno nie tym... tym, czego chciałem. Albo tym, czego ty mógłbyś chcieć. Bo coś takiego, z tobą... to jak jakaś pieprzona zapłata.
— Zapłata? — powtórzył Harry niepewnie.
— Coś, co dajesz, gdy zrobisz rzecz, o której myślisz, że powinieneś się jej wstydzić. Coś, co dajesz, by kogoś pocieszyć, kiedy myślisz, że to ty jesteś powodem płaczu. — Draco wykrzywił usta. — Jak z Charliem.
Harry zadrżał.
— To w ogóle nie tak! Jak możesz mówić w ten sposób?
Draco roześmiał się zimno i złośliwie, a kiedy odwrócił się, by spojrzeć na Harry'ego, jego wzrok był ponury i posępny, rozgniewany i równocześnie boleśnie pozbawiony wyrazu.
— Tym właśnie jesteś, Harry. Cholernie pustym, zrujnowanym, przerażonym małym chłopcem, którego przekonano, że jest nikim i nie posiada nic, ale jest winien światu tysiące przysług. Jednak nie masz już niczego, aby je spłacić, więc oddajesz ostatnią rzecz, jaką posiadasz. To nie jest ani nadzieja, ani wiara, ani heroizm. Możesz od tego uciekać, ale ludzie będą wracali po więcej i więcej, ty oddasz im siebie kawałek po kawałku, a ja nie chcę... — przeraził Przeraził się, widząc, jak krucha kontrola w jego oczach zaczęła zanikać.
— Nie chcesz czego? — zapytał. Trząsł się nieznacznie, schodząc z łóżka.
— Nie chcę części ciebie, chcę ciebie całego i myślałem, że cię mam, ale jestem dla ciebie taki sam jak reszta! — Gdy słowa przebrzmiały, Harry popatrzył na Draco, starając się wymyślić jakąś odpowiedź. Kontrola w oczach Malfoya roztrzaskała się w drobny mak i cała ciemność oraz furia zmieniły swoją postać, przeobrażając się w coś ostrzejszego: błysk łez i cierpienia. A więc był tam. Ból, o którym Harry wiedział, że w końcu się pojawi. Powinien już odejść, wtedy nie wypłynąłby na powierzchnię. Nic z tego nie powinno się wydarzyć. To jego wina, Draco drżał i niemal płakał, nagi i bezbronny, i to była wina Harry'ego.
— To nie powinno się wydarzyć — wyszeptał, potrząsając głową i przełykając ślinę. Draco wstał z łóżka, obrócił się powoli twarzą do niego, która była tak blada, że niemal szara. Nie odezwał się, więc Harry zaczął się ubierać, trzęsąc się i nie potrafiąc się przemóc, by na niego spojrzeć. — Ja... muszę iść, Draco — dodał. — Nie mogę...
Nie był w stanie wypowiedzieć zdania do końca, bo Malfoy z warknięciem popchnął go tak mocno, że stracił równowagę i upadł na skotłowaną pościel, uderzając głową o zagłówek. Jęknął cicho, zaskoczony, ale zanim pokój przestał wirować, Draco przyszpilił go swoim ciałem. Przytrzymując jedną ręką jego klatkę piersiową, usiadł na nim okrakiem i użył drugiej ręki, by podnieść mu twarz, trzymając ją nieruchomo, dopóki Harry nie otworzył oczu i nie spojrzał na niego.
— Nigdzie stąd nie pójdziesz — wysyczał Draco, pochylając się bardzo, bardzo nisko. Potem, zanim Harry zdążył jakkolwiek zareagować, rozciągnął mu ramiona nad głową i przywiązał nadgarstki do łóżka.
Harry uśmiechnął się lekko, choć z pewnością nie był to uśmiech pełen rozbawienia, raczej wymuszony i gorzki.
— Nie możesz mnie tu zatrzymać, Draco.
— Spróbuj uciec.
Harry spróbował wstać, angażując w to tylko połowę sił, jednak bez efektu.
— Nie mogę.
Draco wykrzywił usta w uśmiechu.
— Coś mi podpowiada, że odwalam kawał dobrej roboty, zatrzymując cię tutaj.
— Nie możesz! — krzyknął Harry wysokim histerycznym głosem. — Nie możesz, Draco, nie możesz, muszę iść, jestem cały we krwi i... i... — Oddychał szybko, próbując zerwać magiczne więzy, a nagły atak paniki wywołał w nim przerażenie.
Głaszcząc go uspokajająco po włosach, Draco pocałował kącik jego ust.
— Zamknij oczy — wyszeptał. — Już dobrze, oddychaj.
— Nie mogę... — zaszlochał, drżąc, ponieważ myśl, że bycie z Draco pomagało mu oczyścić zasunięty pajęczyną i cieniami umysł, nagle wróciła, przypominając mu, dlaczego nie może tutaj być, dlaczego nie może być z Draco. Ponieważ każdy, kto znalazł się obok niego, kończył rozbity i krwawiący, a jeśli jego dłonie zostaną naznaczone krwią Draco, umrze. — Musisz mnie wypuścić.
— Bo sprawiłem, że ją dla mnie zabiłeś.
Harry zamarł bez ruchu, a w jego umyśle błysnął obraz martwej Ginny i krwi.
— Ginny — zaszlochał. — O mój Boże. —Nie chciał o tym myśleć, nie chciał pamiętać, ale teraz nie mógł już się powstrzymać. Drżał, zbolały i przerażony. Zabił ją, zabił państwa Weasleyów i zranił Charliego, a Ron nigdy się do niego nie odezwie, zawiódł ich, był chorobą i... — Złaź ze mnie! — krzyknął, kopiąc i starając się wyrwać Draco. Jego ręce wciąż były przywiązane, a Malfoy, przerażony, zszedł z łóżka. — Nie dotykaj mnie! — zaszlochał Harry. — Nie... nie dotykaj mnie.
Draco cofnął się do tyłu, wciąż nagi, z niepewnym wzrokiem, zaszokowany i zraniony.
— Harry, nie chciałem, żebyś ty... Nie chciałem cię zmuszać, byś to robił... — wyszeptał, drżąc. — Przepraszam...
Harry nie słyszał. Zamknął oczy i zaszlochał, oddychając szybciej. Jego klatka piersiowa falowała spazmatycznie. Nie chciał już myśleć o Ginny, Ronie, Charliem, Molly, o nikim. Zamiast nich w jego głowie wciąż tkwił wyraz twarzy Draco po tym, kiedy zabił własnego ojca, powodując również i ten ból.
— Nie dotykaj mnie — wyszeptał ochryple. Draco podszedł bliżej i pogłaskał jego ramię, próbując go uspokoić.
— Co się dzieje? — W pokoju pojawiła się Pansy i Harry otworzył oczy. Dziewczyna stała w progu, wyglądając, jak zwykle, blado i słabo, bardziej jak cień siebie samej. — Draco, kochanie, nałóż coś na siebie. — Mimo chłodnego rozbawienia podeszła do niego i kojąco pogłaskała go po ramieniu. — Już dobrze — wyszeptała. Draco wpatrywał się w nią przez chwilę beznamiętnie, po czym przełknął ślinę i pokiwał głową.
Gdy Draco zaczął szukać ubrań, Harry zamknął oczy, próbując uspokoić oddech. Pansy usiadła obok niego i przyglądała mu się w ciszy, a potem powiedziała uspokajająco:
— Harry, przestań.
Dotknęła jego nagiego ramienia, a on żałował, że nie miał czasu, by założyć koszulkę, zanim Draco go związał. Miał na sobie tylko spodnie i dziękował za to Bogu. Być może, gdyby do dotknięcia pozostało mniej skóry, ludzie byliby bezpieczniejsi... Mimo że myśli ta nie brzmiała racjonalnie, jego umysł uczepił się tego pomysłu.
Otworzył oczy.
— Pansy — powiedział. — Musisz go stąd wyprowadzić. Zabierz go ode mnie.
Dziewczyna przyglądała się jego twarzy, a potem, ignorując wypowiedziane słowa, odwróciła się w stronę Draco.
— Dlaczego jest związany?
— Próbował odejść — odpowiedział Draco, teraz ubrany i najwyraźniej wyrwany ze stanu milczenia.
Wzdychając, Pansy spojrzała na Harry'ego.
— Chyba nie do końca z nim dobrze, Draco. Myślę, że jest w szoku czy coś w tym rodzaju.
— Dlaczego miałby być w szoku? — rzucił Malfoy. — Nie zaatakowałem go... To nie był gwałt, ja tylko...
Harry wzdrygnął się i zamknął oczy. Draco nie chciał brzmieć na tak zdezorientowanego i zranionego, ale to było winą Harry'ego. Pansy ponownie westchnęła.
— Draco. Tego nie powiedziałam. To ma chyba więcej wspólnego z tym, co stało się wcześniej.
— Więc dlaczego nie pozwala mi się dotknąć? — jęknął Malfoy, porzucając obronę na rzecz pełnej zagubienia samotności, która powodowała, że Harry chciał umrzeć.
— Wyprowadź go! — krzyknął, a Pansy i Draco niemal podskoczyli. — Nie chcę go widzieć, wyprowadź go, och, Boże, proszę, proszę...
— Draco — wyszeptała dziewczyna, zeskakując z łóżka. — Chodź. — Zaczęła ciągnąć go w kierunku drzwi.
— Nie! — krzyknął Draco. — Ja...
— Dopóki się nie uspokoi. Porozmawiam z nim. Proszę… Zrobi sobie krzywdę, jeśli dalej będzie tak panikował...
Draco jęknął, ale pozwolił jej wyprowadzić się z pokoju, a potem, gdy już wyszedł, Pansy podeszła do łóżka, na którym leżał Harry. Oddychał ciężko, a oczy miał pełne przerażenia.
— Posłuchaj mnie, Potter — powiedziała pewnym tonem. — Przestań. Cokolwiek to jest, przestań. Cokolwiek chcesz mu zarzucić, to nie była jego wina. To ty ją zabiłeś ją, a nie on. On nie ma z tym nic wspólnego, a obwinianie go niczego nie naprawi i nie przywróci jej życia.
— Nie rozumiesz.
— A co tu jest do rozumienia? — rzuciła.
— Wiem to wszystko. To nie on. To ja. Zawsze ja i nie mogę, nie mogę…
— Nie możesz czego?
— Nie mogę zaryzykować, że następnym razem to będzie on. Niszczę wszystkich, na których mi zależy — wyszeptał.
Pansy milczała przez chwilę, a potem, nie wypowiedziawszy ani słowa, opuściła pokój.
Harry zaczął płakać kilka chwil później, zaniepokojony, wyczerpany i zbyt przerażony, by zasnąć. Nie sądził, by był w stanie przeżyć jeszcze raz wszystko to, co stało się we dworze Malfoyów, nawet w koszmarach.
— Harry? — odezwał się Draco od progu. Harry zamknął oczy.
— Wyjdź —powiedział ochryple.
— Zamknij się.
W końcu Harry spojrzał na niego przez zasłonę łez.
— Nie chcę, żebyś tu był.
— Dlaczego płaczesz? — Draco podszedł bliżej, ponownie wyglądając na zatroskanego, ale i zdeterminowanego.
— Nie płaczę. Wyjdź. — Był dumny z chwiejnej kontroli, jaką miał nad swoim głosem. Znów zamknął oczy, świadomy jednak tego, że spod powiek w dół policzków nadal spływają łzy, co dowodziło, że słowa nie były prawdą.
Gdy Malfoy lekko otarł je opuszkiem palca, Harry zareagował instynktownie i agresywnie w jedyny sposób, jaki mógł to zrobić. Ugryzł Draco w rękę, a oczy Malfoya rozszerzyły się w szoku. Zabrał dłoń, a Harry wpatrywał się w niego, zaszokowany.
— Przepraszam.
— Za wszystko przepraszasz — wyrzucił Draco, rumieniąc się z oburzenia i trzymając się za rękę.
— Nie za wszystko — odpowiedział Harry cicho, odwracając twarz. Nie wiedział, o czym myślał ani dlaczego się tak zachowywał. — Nie za to. To znaczy, nie za ciebie.
Znowu zaległa cisza, a Harry odwrócił się, by spojrzeć na Malfoya. Wypełniło go jednak zaniepokojenie na widok wyrazu jego twarzy.
— Nie za to? — powtórzył Draco. — Pieprz się.
— Nie! Miałem na myśli to wcześniej. Ciebie. I mnie. Nie przepraszam za to, bo… — Harry zamknął oczy i nabrał powietrza. Nawet gdy starał się odwrócić ból, którego było przyczyną, w rzeczywistości tylko go powiększał. — Po prostu zakończmy ten temat, dobrze? Nie mogę... nie mogę tego zrobić... Nie chcę, proszę... — Potem, mimo że starał się powstrzymać, Harry zaczął płakać, wydając z siebie głośny szloch.
Wyglądając na zaniepokojonego, Draco wyciągnął dłoń, by go dotknąć. Nie zrobił tego, ręka zawisła tuż nad nagą klatką piersiową Harry'ego.
— Przestań, nie rób tego. To znaczy... nie płacz, Harry…
— Wynoś się! Po prostu zostaw mnie w spokoju, przestań się na mnie gapić, nie chcę widzieć, jak patrzysz na mnie w ten sposób! Nie mogę tego znieść! Nie mogę znieść patrzenia na ciebie!
Draco cofnął się, owładnięty niepewnością.
— Harry... — zaczął niemal błagalnie.
Harry jedynie potrząsnął głową, nadal płacząc. Po chwili, rzucając mu ostatnie, bezradne spojrzenie, Malfoy opuścił pomieszczenie, a on płakał jeszcze mocniej, dopóki nie zapadł w wyczerpujący i niespokojny sen.
Harry nie śnił ani o strumieniach światła, ani o gromadzie złotych zniczy. Tym razem w jego śnie to on na przemian kręcił się w kółko i upadał, a nad nim latały czarne gwiazdy ze srebrnymi ogonami. Obudził się zdezorientowany i z zawrotami głowy. Draco leżał z zamkniętymi oczami, przytulony do niego. W jego sennym stanie zdawało się to właściwe, więc Harry zamruczał, zadowolony, i pocałował go w czoło, przysuwając się bliżej. Nie był już skrępowany, choć całkowicie zapomniał o więzach, więc nie zastanawiał się nad tym.
Malfoy otworzył oczy i wpatrywał się w Harry'ego z czymś, co mogło przypominać strach. Chwilę później zamrugał i wrażenie zniknęło.
— Obudziłeś się — stwierdził ochryple. — Pójdę już. Miałem taki zamiar. To znaczy, zanim się obudziłeś. Przepraszam, ja… — dodał, wstając.
Mamrocząc coś niewyraźnie, Harry pociągnął go z powrotem na łóżko, dopóki nie leżał na plecach, i przytrzymał go w miejscu.
— Zostań — wyszeptał, zamykając oczy. Powieki kleiły mu się, a oczy bolały od płaczu. Usiłował przypomnieć sobie, dlaczego.
Draco jęknął i był to tak dziwny dźwięk, że powieki Harry'ego natychmiast się rozwarły, a świadomość spłynęła na niego niczym nieprzyjemny, zimny prysznic.
— Podjąłeś decyzję — powiedział Draco, ponownie zamykając oczy.
— Och — wyszeptał Harry, przypominając sobie wczorajszy wieczór. — Ja...
— Przepraszam. Wiem. — Draco uśmiechnął się smutno i odwrócił na bok tak, by leżeć twarzą do Harry'ego. Podłożywszy poduszkę pod ramię, przypatrywał mu się uważnie.
— Dlaczego nie jestem związany? — zapytał Harry.
— Więzy wbijały ci się w skórę. Wyleczyłem cię, kiedy spałeś.
— Dziękuję. — Draco wzruszył ramionami i obaj, owładnięci niepewnością, zamilkli. — Ginny... — zaczął po chwili Harry, przygryzając wargę.
Na twarzy Malfoya od razu pojawiła się czujność.
— Co z nią?
— Co się z nią stało? — Harry przełknął ślinę. — To znaczy... jak to wszystko się stało?
Oczy Draco zwęziły się. Nie odpowiadał przez moment, a Harry obawiał się, że w ogóle nie ma zamiaru się odezwać. W końcu jednak zaczął cicho:
— Voldemort potrzebował dziedzica i chciał, by dała mu go Ginny. Ona już od dawna należała do niego, już od czasów Komnaty Tajemnic. Porwaliśmy ją więc, a Czarny Pan poinstruował nas, byśmy zatrzymali ją do czasu, gdy będzie mu wygodnie po nią przyjść, ale zamiast tego mój ojciec zakochał się w niej z wzajemnością. Nie wiedziałem, że Ginny przebywa w naszym dworze, bo trzymał ją w odosobnieniu, a poza nim odwiedzały ją tylko skrzaty. Kiedy Voldemort o wszystkim się dowiedział, co było nieuchronne, wpadł we wściekłość. Tej samej nocy dowiedziałem się, że Ginny u nas jest, bo ludzie Voldemorta przyszli ukarać ją i ojca. Płakała. Voldemort chciał, żeby zapłaciła za to krwią i dlatego była w tak okropnym stanie, kiedy ją znalazłeś. Mój ojciec też został ukarany... Nie wiem, jak. Kiedy usłyszałem o tym, co się stało, byłem wściekły. Wiesz, coś takiego odbija się na rodzinie. — Uśmiechnął się gorzko. — Voldemort i tak miał zamiar przyjść po Ginny. Mój ojciec chciał ją uratować. — Prychając, potrząsnął głową, a potem kontynuował: — Więc dotarłem do niej pierwszy. Zabrałem ją i poszedłem do lasu... Zamierzałem ją zabić. — Spojrzał na Harry'ego, a potem szybko odwrócił wzrok. — Chciałem ją zabić i zostawić jej ciało... Ale zamiast tego wpadłem na ciebie.
Harry zastanowił się nad tym, co powiedział Draco i nad tym, jak powinien zareagować.
— Mogłeś zabić nas oboje — stwierdził.
— Nie — odpowiedział Malfoy ledwie słyszalnym szeptem. — Nie mogłem cię zabić.
— Dlaczego?
— Z tego samego powodu, dla którego nie mogłem pozwolić, by wtedy, na polu bitwy, trafiła cię klątwa.
Harry rozwarł powieki w zdziwieniu.
— Pozwoliłeś, żeby cię uderzyła? — Potrząsnął głową. — Widziałem to, Draco. Potknąłeś się. To był wypadek!
Malfoy wykrzywił się.
— Nie potknąłem się — odpowiedział, niemal oburzony. — Zachwiałem się, owszem. Byłem... przerażony. — Wzdrygnął się lekko i uśmiechnął krzywo, przyznając to. — Zachwiałem się w pośpiechu, żeby powstrzymać klątwę.
— Nie — wyszeptał Harry, ponieważ nie chciał być odpowiedzialny za ten czyn. — Dlaczego? Powinieneś pozwolić, by mnie uderzyła! — Znowu zaczął panikować, oddychając szybciej, a Draco zareagował, odgarniając mu włosy i zatapiając w nich palce.
— Przestań — powiedział. — Uspokój się.
— Ale dlaczego? Nie jestem wart... tego wszystkiego… i tak byłbym na nią odporny, prawda?
— Nie wiedziałem wtedy, że klątwa jest zaraźliwa i na pewno nie wiedziałem tego, że na ciebie nie podziała. Poza tym wątpię, byś był odporny na wszystkie jej efekty. Zainfekowanie przez zarażenie daje słabsze objawy. Gdyby została rzucona na ciebie bezpośrednio, odczułbyś ją w pełni.
Harry potrząsnął głową.
— Wciąż nie powiedziałeś, dlaczego.
— Po prostu! Jak mógłbym pozwolić tak cierpieć Harry'emu Potterowi? Koszmary, ból i strach? Nie mogłem tego zrobić! Nie mogłem cię zabić i nie mogłem zabić jej, bo ty trzymałeś ją w ramionach i nie mogłem pozwolić, żeby ktoś przysporzył ci bólu, nie mogłem, ja sam ledwo potrafię sobie to wyobrazić, wiesz? — rzucił Draco ze złością.
Harry zwęził powieki.
— Bo jestem Harrym Potterem. Nie mogłeś mnie zabić, bo jestem Harrym Potterem. Chłopcem, Który Przeżył. Bohaterem. Pieprzonym bohaterem. — Nie powiedział tego gniewnie, jedynie beznamiętnie. Zawsze oczekiwał od Draco więcej, co w jakiś sposób łączyło ich razem, nawet w Hogwarcie. Myśl, że Malfoy nie zrobiłby mu krzywdy ze względu na bliznę.
— Nie — powiedział Draco powoli. — Nie dlatego. Z powodu sposobu, w jaki ją trzymałeś. Jakbyś mógł zabić każdego, kto usiłowałby ją od ciebie zabrać. Jakbyś mógł rozerwać atakującego na strzępy.
— Bałeś się...
— Nie — powtórzył, krzywiąc się na samą myśl. — Nie. Bo... — Spojrzał na Harry'ego bezradnie. — Bo... Harry... to było... nie potrafię tego wyjaśnić.
— Spróbuj.
Malfoy skrzywił się i rozmyślał przez moment, a potem zaczął mówić:
— Dlatego, że wtedy nie byłeś Harrym Potterem, Chłopcem, Który Przeżył. Bo... — Przełknął ślinę. — Nie byłeś bohaterem ani... rycerzem w lśniącej zbroi czy kimś w tym rodzaju. Byłeś tylko chłopcem pokrytym błotem. I... znalazłeś się tam z jej powodu. Bo ci na niej zależało. Byłeś tam dla niej. To nie należało do wyzwań, którymi mogłeś udowodnić sobie, że jesteś bohaterem. Rozpoznałem to... pragnienie. „Rozerwę na strzępy tego, kto potraktował tak kogoś, kogo kocham." — Mówiąc, odwrócił głowę, niepewny reakcji Harry'ego. Odchrząknął. — Naprawdę trudno to wyjaśnić.
Nastała długa cisza, w czasie której Harry nie potrafił oderwać wzroku od Draco.
— A więc już cię zniszczyłem — wyszeptał w końcu.
Draco odwrócił ku niemu wzrok, mrużąc oczy.
— Co?
— To moja wina! Koszmary! To przeze mnie!
— Złapałbym klątwę prędzej czy później. — Draco wzruszył ramionami. — I nie sądzę, byś mnie zniszczył. Sądzę... — rozmyślał przez moment. — Sądzę, że zniszczyłoby mnie obserwowanie, jak cierpisz z powodu klątwy. W porównaniu z tą wizją koszmary są niczym. — Uśmiechnął się, choć mówił poważnie i złapał Harry'ego za rękę, ściskając ją lekko. — Nie pozwolę ci przekonać siebie samego, że to kolejny powód, byś odszedł, zanim mnie zniszczysz. Zniszczysz mnie, jeśli odejdziesz.
Harry wpatrywał się w niego, oddychając ciężko, z twarzą mokrą od łez.
— Nie rozumiesz — powiedział. — Draco... jeśli cię zranię... sprawię, że będziesz cierpiał… umrę. Zniszczyłem wszystkich... wszystkich, którzy kiedykolwiek... — zawahał się, bezradny. — Nie miałem zamiaru... nie mógłbym... nie zraniłbym cię za żadne skarby.
— Za żadne skarby? — powtórzył Draco, uśmiechając się lekko.
Harry przyglądał mu się przez chwilę, oblizując nerwowo dolną wargę, czując, że przerasta go zwierzanie się z rzeczy, których sam nie był pewien i nie wiedział nawet, czy w ogóle potrafi je nazwać. Przytaknął powoli.
— Tak. Dlatego muszę iść. — Jego głos był słaby od niepewności.
— Nie — odpowiedział Draco zwyczajnie, a potem ponownie przywiązał go do łóżka zaklęciem, wciąż trzymając jego drugą dłoń.
Minęło kilka dni, w czasie których Harry nadal leżał przywiązany za nadgarstek do łóżka Draco. Czuł się coraz bardziej niespokojny, a wspomnienia tego, co wydarzyło się we dworze Malfoyów wciąż powtarzały się w jego umyśle aż do momentu, w którym bał się zamknąć powieki, by nie zobaczyć znowu twarzy Ginny. To jednak nie jej twarz ukazywała mu się w koszmarach i nie była to również twarz Lucjusza. Gdy spał, śnił o spojrzeniu Draco, którego sam zmuszał go do zabicia własnego ojca. Właśnie przerażenie z powodu swoich poczynań sprawiało, że budził się cały spocony i drżący w ciemności, ogarnięty strachem, który nie pozwalał mu poruszyć się ani oddychać w obawie, że obudzi Draco. Malfoyowi zasypianie zajmowało tak długo, że Harry nie obudziłby go za nic na świecie.
Nawet w czasie snu jego ciało wiedziało, że ma się nie poruszać, nie zważając na to, że umysł tonął w koszmarach, bo Draco, śpiący obok niego, był tak wyczerpany, że nie chciał ryzykować, by się obudził. Harry spał tak długo, jak mógł, dopóki nie nadchodziły koszmary, a potem budził się i leżał całkowicie bez ruchu, relaksując się stopniowo, bo Malfoy spoczywał tuż obok niego, oddychając równomiernie i przylegając do niego z jednym ramieniem przerzuconym przez jego pierś, a dłonią drugiego ułożoną pod policzkiem. Draco spał, a nie stał, wpatrując się w swojego ojca, upadającego na podłogę. A więc w porządku. Harry mógł leżeć całą noc i obserwować się jego sylwetkę, słuchać oddechu i czekać, aż ten przestanie być spokojny, a potem Draco obudzi się, uśmiechnie się sennie i przypomni sobie, że musi wstać z łóżka. Potem ubierze się i pójdzie po coś do jedzenia dla Harry'ego. On skrzywi się i spojrzy na niego gniewnie, a Malfoy odpowie na to wyzywającym wzrokiem i rozwiąże Harry'ego na tyle, by mógł iść do łazienki i przywiąże go znowu, zostawiając mu jedzenie. Harry będzie jadł i wbijał beznamiętnie wzrok w ściany, odczuwając niepokój i tęsknotę, by wstać, znaleźć Draco, pocałować go, dotknąć, sprawić, by się roześmiał albo wspiąć się po ścianie na dach, a potem w górę, przez skały, aż do słońca, nieba i świeżego powietrza, zostawiając podziemia za sobą. To pragnienie doprowadzało go do szaleństwa, nie potrafił wyobrazić sobie kolejnego dnia tutaj, będąc całkiem sam, podczas gdy Draco i Pansy pracują nad zniszczeniem klątwy, zostawiając go bez żadnego zajęcia, przywiązanego do łóżka i tęskniącego za tym, by znaleźć się gdziekolwiek, tylko nie tutaj.
Pewnej nocy nie obudziły go jednak własne majaki, a koszmary Draco, który krzyczał i jęczał we śnie, kręcąc się niespokojnie. Harry nie zdążył jeszcze zasnąć, kiedy Malfoy przyszedł do łóżka i obserwował, jak ten zdejmuje buty i opada na materac obok niego, zbyt zmęczony na to, by chociaż zdjąć szaty, co zazwyczaj robił.
Teraz, ponownie zbudzony, Harry patrzył, jak powieki Draco drgają w przytłumionym świetle pochodni. Przygryzł z zamyśleniem wargę.
— Draco? — wyszeptał. Chłopak nie obudził się, skrzywił się jedynie, nadal pogrążony we śnie.
Przesuwając dłonią po żebrach Malfoya i pozwalając palcom dotknąć tkaniny, Harry, ze wstrzymywanym oddechem i wzrokiem na jego twarzy, wsunął rękę do kieszeni szaty. Zacisnąwszy palce na różdżce, wyciągnął ją, oddychając szybciej i starając się nie myśleć o tym, co zamierzał uczynić. Kilka sekund później trzymał już różdżkę Draco w dłoni, a chwilę potem zdjął zaklęcie wiążące.
— To dla twojego dobra — wyszeptał, choć Draco oczywiście nie odpowiedział. Jęknął tylko we śnie, cicho i bezradnie, jedną dłoń kładąc na ciepłym miejscu na łóżku, które Harry pozostawił obok niego. Harry obserwował go chwilę, a potem pochylił się i pocałował w czoło. — Znajdę cię, kiedy to wszystko się skończy, obiecuję.
Odwrócił się, by odejść.
Dotarł jedynie do drzwi, bo w tym samym czasie, kiedy stał u progu, Draco wydał z siebie jakiś dźwięk i zawołał swojego ojca. Odwracając się powoli, Harry wpatrywał się w przerażeniu, jak warga chłopaka drży, a on z trzęsącymi się ramionami przewraca się na brzuch, zakopując twarz w poduszce.
— Och, Boże — wyszeptał Harry, nagle czując mdłości. Nie potrafiłby teraz odejść, ale stan Draco był jego własną winą. Co dawało mu w ogóle prawo, by tu zostać?
Mimo wszystko stopy poniosły go z powrotem do łóżka, wiedział jednak, że za swoją samolubność zapłaci później. Już w tej chwili miał tyle do spłacenia, jednakże czuł, że jeden grzech więcej nie przechyli szali.
— Cii — wyszeptał, wspinając się na łóżko. Draco instynktownie przysunął się w jego stronę, a Harry leżał, przytulając go i całując w skroń. To jedynie koszmar przyciągnięty przez klątwę, więc szybko się zakończył i Malfoy obudził się, oddychając ciężko i będąc w stanie dezorientacji.
— Harry? — wyszeptał. — Co…
— W porządku — odpowiedział Harry cicho, przebiegając obiema dłońmi po plecach Draco. — Zły sen.
— Mój ojciec...
— Wiem.
Nastała cisza. Draco był rozespany, zdezorientowany i wciąż przerażony.
— Przepraszam — wymamrotał w klatkę piersiową Harry'ego.
— Za co? — Harry głaskał jego plecy, czując, że jego oczy są tak suche, że paliły, gdy wpatrywał się w ciemność, przeklinając siebie tym bardziej, im dłużej zostawał.
— Że nie jestem silny.
Harry uśmiechnął się.
— To tylko zły sen, Draco.
— Ty nigdy ich nie miałeś.
— Miałem.
Draco prychnął cicho. Wciąż drżał i ciężko oddychał.
— Kiedy? — zapytał.
— Mam je niemal każdej nocy, od kiedy zabiłem Ginny.
Odsunąwszy się, Draco podniósł głowę i odgarnął włosy z twarzy.
— Nie miałem pojęcia.
— Wiem. — Milczeli przez chwilę. — Draco? — zapytał w końcu Harry, gdy Malfoy z powrotem kładł głowę na poduszce.
— Tak?
— Dlaczego go zabiłeś? Swojego ojca.
Ponownie nastała pełna cisza, pełna sennego zamyślenia, a potem Draco wyszeptał:
— Zranił cię, a ty jesteś mój.
— Twój, by ranić?
— Hmm... Tak. I po to, by chronić cię od zranienia… — Przerwał, mamrocząc coś, przysuwając się bliżej i zamykając oczy. Harry westchnął i przytulał go, dopóki Draco nie zasnął, po czym znalazł różdżkę i, ponawiając zaklęcie wiążące na nadgarstku, rzucił ją na podłogę. Draco nie musiał wiedzieć, że niemal go opuścił.
Hermiona wróciła do podziemi następnego dnia, blada i posępna. Harry wiedział o jej powrocie, jeszcze zanim ją zobaczył — krzyczała w holu na Draco, a zaraz potem wparowała do pokoju.
— Draconie Malfoyu! Przysięgam, że cię zabiję! Coś ty zrobił? — Uklękła przy łóżku Harry'ego i zaczęła głaskać go po twarzy. — Harry — powiedziała z troską w głosie. — Wszystko w porządku? Tak bardzo mi przykro, nigdy nie pozwoliłabym mu cię zabrać, gdybym wiedziała, że tak zrobi. Co on ci właściwie zrobił?
Powiedzenie, że go pieprzył, sprawił, że Harry go pokochał, że pragnął umrzeć, ale Malfoy dał mu powód do życia, do tego wszystko to równocześnie, zdawało się niewłaściwą odpowiedzią. Harry zamrugał i spojrzał nad jej ramieniem w stronę progu, z którego krzywił się Draco.
— Gdzie jest Ron? — zapytał, starając się zmienić temat.
— Zabrałam go do rodziców. Oni... przetrwali. Mugole nazywają klątwę chorobą wściekłych krów, dasz wiarę? — W jej głosie pobrzmiała nuta zmęczenia. — Dbają o niego. Ron nie jest teraz raczej... przy zdrowych zmysłach. Ale wolałabym o tym nie mówić. Pozwól, że cię rozwiążę. — Sięgnęła po różdżkę, ale Harry złapał ją za nadgarstek.
— Nie rób tego — powiedział cicho, po czym spojrzał na Draco. — Muszę z nią porozmawiać, dasz nam chwilę? — zapytał go łagodnie, ponieważ wiedział, jak zareagował na Hermionę i nie chciał, by zabrzmiało to tak, jakby właśnie wybierał czyjąś stronę. Malfoy, skrzywiwszy się po raz kolejny, odszedł.
— Nie rób tego? — powtórzyła przyjaciółka. — Harry, nie możesz spędzić reszty swojego życia będąc przywiązanym do łóżka tego chłopaka.
— Nie rozumiesz. To trudne.
Hermiona gwałtownie wypuściła powietrze, którego podmuch podniósł jej do góry grzywkę z czoła.
— Nie rozumiem, Harry? Widziałam, jak siostra mojego najlepszego przyjaciela umiera i spędziłam trzy ostatnie dni przekonując Rona, że wciąż ma coś, dla czego warto żyć, mimo że Ginny zabił jego najbliższy przyjaciel... — przerwała nagle.
Harry zamknął oczy, skupiając się na oddechu i starając się nie panikować. Nieskończona cisza stawała się niemal nie do zniesienia.
— Ja... — powiedział po długiej chwili — nie miałem tego na myśli. Chodzi mi o to, że nie zostawię Draco.
— Nie mówię, żebyś go zostawiał. Jeśli to jest twój sposób na uniknięcie odpowiedzialności za coś, co poszło źle, Harry…
Harry otworzył oczy.
— Uniknięcie odpowiedzialności? — powtórzył.
Hermiona skrzywiła się.
— Nie miałam na myśli, że tego unikasz, po prostu...
— Wiem, że to moja wina, dobrze? Wiem, że to wszystko przeze mnie! Niczego nie unikam. Ja... zrobiłbym cokolwiek, żeby to zmienić i przywrócić im życie.
— Im? — wyszeptała. — Ginny i... i...
— Lucjuszowi.
— Harry. Niektórzy ludzie zasługują na śmierć.
— A kim ja jestem, żeby o tym decydować? — zapytał, po czym potrząsnął głową. — Nieważne. Nie unikam odpowiedzialności. Bycie przywiązanym do łóżka Draco trudno uznać za najlepszy sposób na wyłganie się od dalszych badań, Hermiono. Za kogo mnie masz?
— Nie o to mi chodzi! — krzyknęła. — Miałam na myśli coś innego. Posłuchaj, Harry, próbuję zrozumieć. Nikogo nie oskarżam i nie winię za to, co się tam stało. Nie rozumiem, jak mógłbyś... to znaczy, wiem, że czasem pewne sprawy warte są poświęcenia w imię wygrania wojny, a Ginny była...
— Zamknij się, do cholery — powiedział chłodno. — Nie mogę... nie mogę dłużej tego słuchać.
— Staram się pomóc.
— Ale nie pomagasz.
Hermiona wzięła głęboki oddech.
— Wyjaśnij mi — zaczęła ostrożnie — jak to pomaga w zwalczeniu klątwy.
— Nie wszystko kręci się wokół klątwy.
— Harry. Dlaczego nie pozwolisz mi się rozwiązać, żebyśmy mogli kontynuować poszukiwania i wymyślić, jak można ją pokonać? Mam kilka pomysłów dotyczących czarnej magii, jasnego patronusa i rodzaju siły, jaka potrzebna jest, by stworzyć tego rodzaju moc, przetransferować ją do...
— Chodzi o to — przerwał jej — że gdybym nie był przywiązany, nie byłoby mnie tutaj, a Draco nie jest jeszcze gotowy, by puścić mnie wolno.
Dziewczyna zamrugała.
— Nie rozumiem.
— Wszyscy, których kocham, albo tracą zmysły, albo kończą martwi, a ja nie pozwolę mu zginąć tak, jak zrobiło to już wielu, przeze mnie bądź dla mnie, podążając za mną na bitwy, które z góry i tak skazane były na klęskę.
— Kochasz...? — wyszeptała, otwierając szeroko oczy.
— Draco — odpowiedział cicho — jest jedyną osobą, za którą walczyłbym w tej wojnie, jedyną na świecie, która zdaje się widzieć mnie takiego, jaki jestem, bez tych bzdur o środku do osiągnięcia celu, symbolu nadziei i wiary i wszystkim innym, w co przestałem wierzyć wiele lat temu. Bohater musi prowadzić ludzi do zwycięstwa i walczyć w bitwach, w których wszyscy pozostali boją się brać udział. Walczyłbym i umarł za niego, ale wiem, że on pójdzie za mną, bo mnie potrzebuje, a ja nie poprowadzę go tam, gdzie wygrana jest niemożliwa. Ja nie przetrwam tej wojny, oboje o tym wiemy, a ty tym bardziej. Ale nie chcę, żeby on też umarł.
— Znajdziemy sposób, Harry.
— Ja znajdę sposób. Sam. Bez niczyjej pomocy. Tak robią bohaterowie.
— Przedtem mówiłeś, że nie potrafisz tego zrobić — powiedziała Hermiona, drżąc. — Pozwól nam pomóc. Chcemy ci pomóc. Powiedziałeś, że nie walczyłbyś...
— Powiedziałem, że walczyłbym dla niego i właśnie tak zrobię. Ale nie z nim. Tyle że nie mogę go tak po prostu zostawić. Nie sądzisz, że już bym odszedł, gdybym mógł?
— Więc dlaczego...
— Myślę, że wszystko sprowadza się do odpowiedzialności. On mnie potrzebuje, Hermiono, i wiem o tym. To ja utrzymuję go przy zdrowych zmysłach i dlatego nie chce mnie puścić. Jestem dla niego jedyną formą kontroli, jaką posiada nad koszmarami pochłaniającymi jego siły i umysł. Jest przerażony wizją utraty tej kontroli, czyli mnie. Nie mogę go opuścić, bo to go zniszczy, a za to nie chcę być odpowiedzialny, nie mogę. Ale nie mogę też zostać. Zabijam wszystko, co kocham. Dlatego to on musi pozwolić mi odejść.
Hermiona oddychała ciężko, a w jej oczach błyszczały łzy.
— Bo jeśli on pozwoli, byś odszedł, nie będzie to twoim wyborem i Malfoy nie będzie mógł cię za to winić. — Harry pokiwał głową. — Więc wolisz pozostawić nas wszystkich w szponach klątwy niż ryzykować życie Malfoya.
— Draco cierpi z jej powodu tak samo, jak wszyscy, a ja ją zniszczę. Ale dokonam tego sam. Tak przecież postępują bohaterowie. Żyją samotnie, walczą samotnie i umierają samotnie, więc i ja tak zrobię, a z nim wszystko będzie w porządku, zadbam o to.
— To egoistyczne — powiedziała Hermiona. Po policzkach spływały jej łzy. Harry zastanawiał się, czy to z powodu tego, że był gotów umrzeć za Draco, lecz nie uczynił takiej deklaracji w stosunku do niej, czy może dlatego, że obawia się, iż zostawi ich i będzie walczył sam.
— To jedyny sposób, w jaki mogę to zrobić — powiedział, brzmiąc jednak bezradnie. Jego własne oczy zaszkliły się łzami.
Hermiona potrząsnęła powoli głową.
— W takim razie cieszę się, że jesteś tu przywiązany — stwierdziła cicho. — Bo to brzmi dla mnie jak tchórzostwo. I jeśli magiczne więzy są tym, co daje ci odwagę, by pozostać, jestem z nich zadowolona.
Odwróciła się i odeszła, nie wypowiedziawszy już ani słowa.
— Wszystko w porządku?
Harry uniósł głowę. Draco stał w progu z malującą się na twarzy troską.
— Dlaczego miałoby nie być?
— Granger się wścieka, cisnęła przez pokój kilkoma książkami i przyrzekła, że rzuci na mnie klątwę, jeśli tylko powiem do niej choć jedno słówko.
— Och. — Harry skrzywił się.
— Co się stało? — Draco wszedł do pokoju i usiadł na skraju łóżka.
— Rozmawialiśmy. Hermiona myśli, że używam klątwy wiążącej, by uniknąć wzięcia odpowiedzialności za zabicie Ginny.
Malfoy zmrużył oczy.
— Zabiję ją — fuknął, wstając z łóżka.
— Nie, Draco, poczekaj! — krzyknął Harry. — Przestań... daj spokój... ona nie chciała tego zainsynuować...
— Zasłużyła na śmierć.
— To samo powiedziała o twoim ojcu, a ja go broniłem.
Gniew w oczach Draco zaczął odpływać w bezbarwną i chaotyczną ciemność. Malfoy opadł z powrotem na łóżko.
— Dziękuję — powiedział po chwili ciszy. — Powinienem wrócić i zobaczyć, czy Granger i Pansy jeszcze się nie pomordowały.
— Nie... nie odchodź. Zostań ze mną. Jestem taki zmęczony, ale nie mogę zasnąć… proszę, Draco. Ciągle mam te sny i...
Malfoy zerknął na drzwi, a potem na niego, uśmiechając się przy tym ponuro.
— Zostać z tobą czy iść i podziwiać, jak Pansy rozrywa Granger na kawałki? Naprawdę, Potter, myślisz, że mógłbym przegapić coś takiego? — Mimo wypowiedzianych słów ułożył się obok Harry'ego. Po chwili wahania zdjął zaklęcie wiążące. — Przyrzeknij, że mnie nie opuścisz — poprosił.
— Nie mógłbym, nawet gdybym chciał — odpowiedział Harry, przytulając się do niego.
Draco musnął ustami jego wargi.
— Śpij więc, Potter. Będę cię obserwować i obudzę, kiedy zaczniesz śnić.
Harry westchnął cicho i pogrążył się we śnie.
Śnił o pasmach nieharmonijnej melodii, która przedzierała się przez pulsujące kolory. Był od nich jednak bardzo oddalony, znów kręcił się w kółko, dokładnie tak jak działo się to na jawie, wciąż zataczał kręgi i upadał z rozpostartymi ramionami. Strzępy kolorów, muzyki i dźwięków wirowały wokół w różnorakich kombinacjach. Stanowiły malutkie migawki rzeczy, które go ukształtowały — rude włosy Ginny, gryfońską mieszankę złota i szkarłatu, szarość oczu Draco i zieleń jego własnych, intensywną żółć słońca. Muzyka składała się z fragmentów rozmów i szeptów, głosów, piosenek i krzyku i zrozumiał, że kręcenie się w kółko posiada swój sens, cel, a on właśnie miał odkryć, czemu dał się porwać, czym były te kolory i dźwięki odległej muzyki, splecione, drżące i odbijające się echem w strzale pistoletu. A potem we śnie pojawił się Draco, z twarzą całkowicie nieruchomą, bladą, drżącą i pełną przerażenia.
Nie był to koszmar, choć powinien być. Otaczała go nienawiść, przerażenie i żal, ale Harry ledwie zdawał sobie z tego sprawę, nie widział kolorów przeszłości, a może i przyszłości. Jedyne, co się liczyło, to Draco, który był z nim, we śnie i w sercu, tak jak zawsze było, albo tak, jak zawsze powinno być.
Gdy pusty i chłodny wzrok Malfoya spoczął na nim, nie miało znaczenia to, że dłonie Draco pokrywała krew ojca, liczyło się jedynie, że Harry stał obok. Malfoy uśmiechnął się w sposób, który sprawiał, że sen wart był śnienia, sprawiał, że wschodziło słońce, a złote promienie paliły pasma kolorów i dźwięków na popiół.
Obudził się, gdy Draco potrząsnął go za ramię i wypowiedział jego imię, odgarniając mu włosy z czoła i głaszcząc twarz. Wciąż zaspany Harry wymamrotał coś z rozdrażnieniem, wyrwany ze snu, który powinien być koszmarem, ale nim nie był.
— Śniłeś — wyszeptał Draco, całując go w ucho. — Koszmar?
— Nie — wymamrotał Harry, wzdychając sennie.
Malfoy wyglądał na zaskoczonego, uśmiechał się nieznacznie.
— Łał — podsumował. — To rzadkość.
— Mhm. — Harry trącił nosem szyję Draco i zamknął oczy, jedną dłoń wślizgując pod jego koszulkę i przyciskając ją do ciała. Zastanawiał się, czy to aby rzeczywiście nie był koszmar. Istniała jedyna rzecz, do której się nie przyzwyczai: życie w jaskini. Nigdy nie wie, która jest godzina, czy słońce już wstało, czy na zewnątrz nadal panuje ciemność.
Spowiła ich długa cisza i Harry niemal na powrót zasnął, ale Draco wyszeptał z wahaniem:
— Harry?
— Co?
— Naprawdę miałeś to na myśli?
— Co miałem na myśli? — Świadomość Harry'ego zarejestrowała raczej delikatny głos, niż poszczególne słowa. Uśmiechnął się nieznacznie, usiłując się skupić.
— Że mógłbyś za mnie umrzeć.
Powiedział tak? Zmarszczył brwi, starając się sobie przypomnieć. Draco przycisnął twarz do jego włosów w nerwowym geście i wymamrotał coś, czego Harry nie dosłyszał.
— Co?
— Powiedziałeś, że mnie kochasz.
— Kiedy? Ja… — Zamrugał. — Znowu podsłuchiwałeś pod drzwiami.
— Tylko... troszkę — przyznał Draco. — No dobrze, usłyszałem większość. Nie chciałem...
— Cicho — mruknął Harry, myśląc tak szybko, jak tylko pozwalał mu na to rozespany umysł, usiłując poskładać to, co wcześniej powiedział Hermionie. Nie potrafił przypomnieć sobie słów, których użył, choć ich sens wciąż był wyraźny. Podjął próbę wyjaśnienia: — Wszystko... wszystko, czym jestem... wszystkie części, jakie składają się na mnie i które mają jakiś sens to te, które widzisz ty. Ty jeden jedyny. Myślałem, że jestem kimś, kim widzą mnie inni... a to wszystko, co myślałem ja, to tylko pozory. Cień mnie albo to, kim chciałem być. Ale ty je widzisz. Za to mógłbym umrzeć, tak. Bo ty określasz mnie w taki sposób, w jaki chcę być określany. Czy to ma jakiś sens? — Podniósł głowę i spojrzał błagalnie na Draco.
Malfoy rozważał przez moment jego słowa, a potem pokiwał głową.
— Wiesz, to nie jest miłość — powiedział zdecydowanie, ale delikatnie.
— Nie jest?
— Nie.
Harry uśmiechnął się.
— Wiem. Miłość to... puchate króliczki i… lizaki. Może wata cukrowa. Kwiaty i wschody słońca. I... — Przełknął ślinę, przyciskając twarz do Draco. — I czekoladowe pocałunki. Wszystkie dobre rzeczy.
Malfoy uśmiechnął się tuż przy jego skroni.
— A to jest...
— Nienawiść, strach i szaleństwo — odpowiedział Harry bez wahania. — Wszystko, co mroczne i przerażające. Pocałunki na pożegnanie i dłonie brudne od krwi.
Nastąpiła dziwaczna, pełna zamyślenia cisza. Draco nie odpowiedział na zachrypnięte słowa Harry'ego, nie zaprzeczył ani nie zgodził się z tym ryzykowanym zwierzeniem. Harry zasnął, przytulał go, oplatając ochronnie ramionami.
Minęły trzy dni, zanim osobliwie mroczny raj, w którym Harry pozwolił sobie egzystować, zaczął pękać w szwach.
Draco znowu przywiązał go do łóżka, jednak nie uwięzienie było niebem, a to, że tak często do niego zaglądał, przynosząc mu jedzenie i czasem karmiąc go, mimo że Harry mógł zjeść posiłek samodzielnie. Draco wsuwał w jego usta śliwki i gruszki, a on udawał protest, co Malfoy kwitował obrażonym spojrzeniem, dopóki Harry się nie poddał. Potem leżał obok niego i rozmawiał z nim o wszystkim poza klątwą oraz wojną i podobnymi sprawami. Czasami nad umysłem Draco kontrolę przejmowały koszmary i wtedy wtulał się w jego ciało, zamykając oczy i drżąc, póki nie minęły. Innym razem obserwował, jak Harry zasypia, a ostatnią rzeczą, którą ten widział przed zaśnięciem, była twarz Draco. Nie wyobrażał sobie wspanialszego nieba niż to, które posiadał.
W końcu jednak rozpadło się, bo żaden raj nie może trwać wiecznie.
Gdy to się stało, Harry spał. Śnił, ale w pewnej chwili poczuł, że Draco potrząsa gwałtownie za jego ramię.
— Wstawaj. No już, obudź się, Potter.
— Co się dzieje? — zapytał Harry, zaspany, po czym nieprzywiązaną do łóżka dłonią sięgnął po okulary.
— Wychodzimy.
Zamrugał.
— Gdzie?
— Zamknij się, nieważne, po prostu wychodzimy. Zobaczyć wschód słońca. Tak, po to wychodzimy.
Harry nie uwierzył mu, ale krótkie zerknięcie na jego pobladłą, wychudzoną twarz przekonało go, by nie zadawać dalszych pytań.
— W porządku — odpowiedział, wstając z łóżka. — Potrzebuję ubrań, jakiegoś swetra...
— Poczekaj. — Draco otworzył kufer, szybko znalazł sweter i wręczył go Harry'emu. — Pospiesz się.
— Jak długo nas nie będzie? Hermiona wie?
— Granger — wyrzucił Draco chłodnym tonem — nie wie i się nie dowie.
— Jeśli nie będzie nas dłużej, powinienem się pożegnać. — Harry nie rozumiał zaistniałej sytuacji i denerwował się coraz bardziej. Czy Draco ostatecznie stracił zmysły przez klątwę?
Malfoy potrząsnął głową.
— Po prostu się pospiesz.
Harry przygryzł wargę i już chciał zaoponować, ale Draco odwrócił się i odszedł, więc tylko westchnął i podążył za nim.
Szli przez najodleglejsze tunele podziemi, w których Harry nigdy nie przebywał, mijali wijące się korytarze, a różdżka Draco służyła im za jedyne źródło światła.
Harry nie odzywał się, a Malfoy nadal niczego mu nie wyjaśnił. Wyglądał ponuro i jedynie zerkał przez ramię, jakby sprawdzając, czy nikt za nimi nie idzie. W końcu Harry poczuł na twarzy powiew świeżego powietrza, a chwilę później obaj stali już na skalistym występie po jednej ze stron stromego urwiska. Była ciemna, lecz pogodna noc, powoli zaczynało świtać. Przełknął ślinę, wpatrując się we wzgórza przed sobą, znikające w odległych ciemnościach. Tęsknił za takimi przestrzeniami, za bezkresem nieba.
— Chodź — pospieszył go Draco szeptem. — Mam tylko jedną miotłę.
— Będziemy lecieć? — zapytał Harry, czując, że oddech zamiera mu w piersi. Tęsknił również za wolnością, jaką przynosi latanie. Bardziej niż za czymkolwiek.
Miotła stała oparta o ścianę jaskini, tuż obok wejścia.
— Jest moja. Zostawiłem ją, gdy ostatnim razem byłem tu z ojcem. Musimy iść, Harry.
— Dlaczego?
— A czy to ważne? Przecież tego chciałeś. Usiądź za mną.
Harry usiadł, choć czuł się dziwnie zdenerwowany, ufał jednak Draco całkowicie. Kilka chwil potem odepchnęli się od ziemi i poszybowali ku niebu. Oparł się o Malfoya, drżąc od chłodu nocy.
Jeśli zamknąłby oczy i zapomniał o wszystkim, czego się bał, o wszystkim, czego nie rozumiał, cały świat skupiłby się na jego ramionach, które otaczają ciało Draco, na niebie, gwiazdach i ziemi pod nimi. Nic nie mogło ich tutaj dosięgnąć. Więc zamknął.
Oddychał głęboko, całym sercem wierząc, że ufając Draco, nie podjął złej decyzji.
Słońce zaczynało wschodzić. Harry wiedział to, ponieważ czuł, że na powiekach tańczą mu ciepłe promienie. Otworzył oczy, mrużąc je w słońcu. Oparł głowę na ramieniu Malfoya i jeszcze bardziej zacisnął ręce na jego ciele.
Usta miał spierzchnięte od wiatru i chłodu.
— Draco? — wyszeptał lekko zachrypniętym głosem.
— Już prawie jesteśmy.
— Jesteśmy gdzie?
— Tak daleko stamtąd, jak tylko mogę sobie wyobrazić, że cię zabieram.
Nieważne, jak bardzo błagałby o więcej informacji, Draco i tak by mu ich nie udzielił. Niedługo potem wylądowali.
Harry zachwiał się nieznacznie, a Draco przyglądał mu się ostrożnie szeroko otwartymi oczami.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał Harry, rozglądając się wokoło, a potem podnosząc głowę ku niebu. Czuł się tak, jakby zataczał szaleńcze koła, dopóki zawroty głowy nie sprawią, że opadnie na trawę. Nie zrobił tego, odwrócił się do Draco, przełykając ślinę, bo miał wrażenie, że coś jest nie tak.
Draco wypuścił drżący oddech i sięgnął do kieszeni, wyciągając różdżkę Harry'ego.
— Proszę — powiedział. Harry zabrał ją odruchowo, marszcząc brwi w zmieszaniu. Niezdolny podnieść na niego wzrok, Draco wskazał daleką przestrzeń przed nimi i powiedział: — Jeśli będziesz szedł w tamtą stronę jakieś dwadzieścia minut, dotrzesz do Hogsmeade. Stamtąd możesz przenieść się przez sieć Fiuu gdzie tylko zechcesz.
Rzeczywistość zaczęła lekko wirować.
— Co? — wyszeptał Harry, zaskoczony.
Draco zamknął oczy.
— I sugeruję, byś znalazł się ode mnie tak daleko, jak tylko możesz.
Harry cofnął się o krok.
— Draco...
Potrząsając głową i powstrzymując dziwny dźwięk dobywający się z jego gardła, Malfoy kontynuował niemal łamiącym się głosem:
— Chciałeś uciec, Harry, teraz masz szansę. — Wkońcu otworzył oczy, teraz ponure i mroczne.
— Nie chcę cię opuszczać — powiedział Harry miękko, choć od wypadku we dworze mówił cały czas, że wszystko, czego chce, to właśnie uciec.
Draco przełknął ślinę. W jego włosy zaplątał się lekki wiatr, więc odgarnął kosmyki z twarzy.
— Zaufaj mi, Harry, jeśli nie odejdziesz, pożałujesz tego. Są rzeczy, których nie poświęcę za żadną cenę, a ty jesteś jedną z nich, więc jeśli nie… odejdziesz… ja… odmawiam wykorzystać cię w sposób, w jaki ode mnie oczekują. Więc idź i pospiesz się. — Draco przygryzł wargę i spojrzał na niego niepewnie. — Przyjdę po ciebie — dodał. — Kiedy to wszystko się skończy. Znajdę cię.
— Naprawdę? — wyszeptał Harry ochryple, zmuszając się do oddychania, które stawało się coraz trudniejsze.
— Oczywiście, że tak — prychnął Malfoy, choć delikatnie i w pewien sposób boleśnie.
Harry z jednej strony nie rozumiał, a z drugiej tak. Może niekoniecznie to, co doprowadziło Draco do takiej decyzji, ale wiedział, co znaczy potrzeba odepchnięcia daleko kogoś, na kim ci zależy, tak, aby twoje własne problemy nie były w stanie pociągnąć tej osoby razem z tobą.
Czuł, że zapamięta go takim na zawsze, stojącego samotnie, wychudzonego, ze smutnymi, pustymi oczami, posiniaczonego i bezbronnego, pozwalającego odejść jedynej osobie, która mogła go ocalić. Harry rozważył w tym momencie definicję Ślizgona, o której mówiła mu Pansy, i wtedy zrozumiał. To, że przeznaczeni są do tego, by ratować. Nie chodziło o szyderczych i złych, kalkulujących każdy ruch Malfoyów, ale o tych, którzy poświęcą wszystko w imię miłości. Jałowi, niechętni bohaterowie, którzy palą się zbyt jasno i czekają na śmierci.
Starał się coś powiedzieć, ale nie potrafił wydobyć z siebie słów.
Draco uśmiechnął się do niego, na wpół szaleńczo, na wpół dziko, choć w jakiś sposób łagodnie, a potem odwrócił się i zaczął iść.
Słowa nadal nie nadchodziły.
Harry wyciągnął dłoń na oślep i złapał nadgarstek Draco. W jego gardle zamarł szloch. Malfoy odwrócił się z oczami pełnymi łez, a potem bez pytań przyciągnął go do siebie i pocałował mocno, z desperacją. Wargi Draco smakowały łzami, choć żaden z nich nie płakał, mimo tego Harry był pewien, że tak się stanie, gdy to wszystko się skończy, a Draco odejdzie.
Pocałunek był łagodny i słodko-gorzki, taki, jak nigdy przedtem. Obaj wiedzieli, że gdy tylko go przerwą, wszystko inne również dobiegnie kresu. Skończył się jednak jeszcze kilkoma delikatnymi muśnięciami warg w kącik ust i szyję Draco, policzek i ucho Harry'ego, aż wreszcie byli bliżej niż kiedykolwiek, w uścisku, który stanowił bardziej desperacką potrzebę, by zostać przy zdrowych zmysłach niż pragnienie, by się pożegnać.
Nadal milczeli, a Harry zaciskał powieki po tym, jak Draco się odsunął. Ciszę przerywał tylko cichy świst wiatru, gdy Malfoy odlatywał na miotle, pozostawiając go samemu sobie.
W końcu, gdy Draco znajdował się już zbyt daleko, by go usłyszeć, Harry wydał z siebie pełen boleści szloch:
— Zaczekaj...
Nie zaczekał, ale może tak będzie najlepiej.
Harry rozejrzał się wokół, czując się przy tym niesamowicie niepewny i samotny. To była wolność, miał jej więcej niż kiedykolwiek, ale nie wiedział, co z nią zrobić. Nie było nikogo, kto czeka na ratunek. I tak wszystkich już rozczarował.
Z sercem podchodzącym do gardła, szeroko otwartymi, piekącymi oczami i drżącymi dłońmi zrobił krok, a potem kolejny. Z wahaniem podążył wzdłuż trawiastego wzgórza, na którym pozostawił go Draco, zmierzając w kierunku pola pszenicy. Czuł się jednocześnie bezbronny i potężny.
To była wolność. Ogromna, dzika i osobliwa, ale jednak wolność, myślał nawet wtedy, gdy po policzkach spływały mu łzy, a on pragnął jedynie odwrócić się i pobiec w przeciwnym kierunku, z powrotem w ramiona Draco.
KONIEC ROZDZIAŁU DZIEWIĄTEGO
* przekład: Stanisław Barańczak
