Konfetti
— …jak król królowi — patetycznie zakończył władca elfów.
Thorin obrzucił sceptycznym spojrzeniem jego buty, nonszalancko – ujmując rzecz eufemizmem odpowiednim dla wszystkich grup wiekowych – założone nogi, długie, jedwabiste włosy, upierścienione palce i płaszcz, zrzucany z takim wdziękiem. „Taki tam król", pomyślał, „kabaretu chyba".
— Hmm… Ta, tak ładnie się odzienia pozbywasz, że może faktycznie, pokaz byłby paru kamyków warty – co o tym sądzisz? Ty ściągasz kolejne elementy wdzianka – buty zostawiłbym na koniec, samym grzechem są – a ja ci kamienie w zamian miast złotych monet rzucam?
Thranduil pobladł i w sekundę doskoczył do krasnoluda. Płynnym, rozkołysanym skokiem.
— Słucham? — wyszeptał niskim głosem, naraz nieco zachrypnięty. — Śmiesz mnie znieważać?
— Znieważać? Władcę, który nie dotrzymał przysięgi? Który zostawił sojuszników, by umierali z głodu? Porzucił przyjaciół w potrzebie? Tutaj nie ma nic do znieważania, taki władca już nie ma ni krztyny honoru. Byle dziewka w przybytku rozkoszy wyżej ceni swoje słowo – prędzej je znieważyłem, żeby mi rabatu stałego klienta nie zabrali...
— Jestem królem… — zaczął elf; powieki mu wpółopadły i rzęsy rzucały długie cienie na policzki.
Krasnolud wszedł rozmówcy w słowo, z fałszywym zrozumieniem zauważając:
— No tak, tak, rzeczone dziewki też różne wykwintne pseudonimy sceniczne mają. I też lubią świecidełka – nawiasem mówiąc, ten tutaj kamień słabo osadzony jest — ocenił fachowo Thorin, chwytając dłoń Thranduila i podnosząc ją pod światło, by się lepiej przyjrzeć. — Złoto niskiej próby, oszukali cię podwładni… Tak to bywa, jak się oszczędza na jubilerze, a z najlepszych rzemieślników na rynku wrogów sobie robi — zacmokał z politowaniem.
Elfowi ze zdumienia opadła szczęka. Zmysłowo, w ramach odruchu bezwarunkowego.
