Dla Tici, która chciała Legolasa. Ani chybi na wesoło, nie dramatycznie, ale cóż, cóż, tak wyszło. Jakby kramikowe, znaczy.


Fatamorgana


Żyć w cieniu ognia nie jest łatwo, nawet jeśli byt, który go wzniecał, już dawno padł, bitwa, która go wymagała, już dawno została rozstrzygnięta. A przynajmniej tak dumał sobie Legolas, gdy go czasem chwycił refleksyjny nastrój.

Nie to, że ojciec go nie kochał. Albo nie kochał kraju. Kochał po prostu też wino. Wino, tych, którzy zginęli w dawnej walce oraz dawno przebrzmiały świat. Prawdopodobnie to pierwsze ze względu na te drugie, jakby w ciężkich pucharach, nabrzmiałych od klejnotów, w migotaniu czerwieni tak mrocznej, jak puszcza, którą zwali domem, majaczyło mu, za czym tęsknił.

A to, niestety, nie miało nic wspólnego z tym, za czym tęsknił Legolas. Dziedzic marzył o podróżach, poznawaniu żyjącego świata i żyjących stworzeń, odkrywaniu, może zrozumieniu. Znalezieniu szczęścia – czy przynajmniej przygody. O świecie czekającym jeszcze na jego spojrzenie, prawdziwym, nie przywoływanym przez spojrzenie z otchłani pamięci zaklęciami trunku.

Ojciec widział w tym naiwność, płochość młodości. Świat przemijał, mawiał, podobnie jego istoty, to ich fundamentalna cecha, kto pojął to, pojął wszystek; nic na świecie nas nie czeka, poza taką lub inną zdradą, oszustwem albo śmiercią.

Możliwe, myślał Legolas, ale ogień, który parzy, pali i ogrzewa, jest mi droższy niż niedotykalny poblask kryształu. Ogień może zmieniać, kryształy jeno trwają.