Dla Ammaviel.
Rasizm
Huk. Harmider. Hałas. Trzaski, wrzaski, rumor. Godne zawalania się murów Morii. Wszystko to dobiegło z podwórka Dís, gotującą akurat obiad.
Pierwsza myśl: napad. Druga – gdy już biegła z garncem wrzącej wody (popamiętaliby najeźdźcy dzielność krasnoludzkich niewiast): na podwórku bawili się jej urwisowaci synowie. A ich wrzaski zdecydowanie wypełniał gniew, nie strach.
— Co wy tu wyprawiacie, utrapieńce jedne? — krzyknęła, wypadając z domu.
Pytanie czysto retoryczne. Się tłukli. Dobrze, że pięściami, nie mieczami, które sprawił im stryj – drewniane, nie drewniane, wybić oko mogły.
Nie przerwali zapasów, więc matka, coraz bardziej zirytowana, odłożyła wrzątek na ziemię i rozdzieliła hultajów własnoręcznie. Tudzież własnonożnie, bo rąk by jej nie starczyło.
— O co poszło? — jęknęła męczeńsko. — Tym razem?
— Chcieliśmy się bawić w wojnę i Fili powiedział, że ja mam być elfem. Elfem! — tłumaczył oburzony Kili. — Taką tchórzliwą, zdradziecką, niehonorową kreaturą! Równie dobrze mógłbym być orkiem! Powiedziałem, że sam może być głupim elfem i... I się pokłóciliśmy.
