Dla Bazylii de Grean.
Coś najcenniejszego
Dís mięła w dłoniach szczątki prostego, srebrnego naszyjnika. To nie jest dość dobre, powiedział Thorin, nie jest ciebie warte, nie jest godne naszej rasy, naszych przodków. Nie obrażaj ich noszeniem tandety.
Nie uderzył jej, nie podniósł na nią ręki. Nigdy tego nie robił. Ale jego spojrzenie jaśniało, a Dís znała ten płomień aż za dobrze – wybuchał czasem w oczach wszystkich członków rodziny, zachłanny, pożerający sam siebie – więc zdjęła naszyjnik, tę tandetę, którą kupiła za zaoszczędzone z trudem pieniądze, podała bratu do rąk i patrzyła spokojne, jak rozrywa przedmiot na strzępy, mruczy pod nosem coś o kobiecej płochości, wychodzi.
Teraz te strzępy Dís obracała w palcach. Tak, pewnie, naszyjnik nie był dziełem sztuki. Ale był jedyną dostępną biżuterią, przynajmniej na ich sakiewkę. Dis chciała poczuć się ładna, kobieca, królewska, chciała być kimś innym niż krasnoludka z przeklętego miasta, wygnaniec.
Westchnęła ciężko. Jak tak na to popatrzyć, to faktycznie w tamtej myśli była zdrada. Płochość. Bo koniec końców pochodziła z wygnanego plemienia, rodu spod Samotnej Góry, nic tego zmienić nie mogło, z pewnością nie świecidełko. Pochodzenie nakładało na nią obowiązki, wiedziała, dla których spełnienia konieczne są ofiary – i one przyjdą, myślała, z westchnieniem wstając, wyrzucając biżuterię, przyjdą z pewnością znacznie, znacznie większe.
