Pomysł przyszedł do głowy mi i Ariance w tracie układania puzzli. Panoramy z Hobbita, zaiste. A pomysł to crack czyściuteńki (choć bez polityki się nie obeszło).
Ariance i jej cudownemu bratu więc.
Układanka
— Hmm...
— Myślę, że to nos Gandalfa. Śluzówka zrujnowana, widać lata palenia tego zielska...
'
'
— A to? Jak myślisz, czyje to ramię?
— Kili. Fili. Thorin. Licho wie. Ale na pewno krasnoluda. Jak już znajdziemy tułów króla, to będziemy mogli sprawdzić. A nuż ma obie ręce.
'
'
— To chyba koniec nosa elfa. Albo kawałek ucha orka. Jak sądzisz? — spytał Arnold, wysoki płowy blondyn o bystrych, szarych oczach.
Oko do szczegółów bardzo przydawało się mu w pracy. Jednak nikt, nawet najbardziej spostrzegawczy z grabarzy, identyfikatorów zwłok czy zwykłych hien cmentarnych, nie umiałby sobie poradzić samemu z bałaganem, któremu imię było „pole po Bitwie Pięciu Armii".
Ziemia była równiusieńko zasłana trupami ras wszelakich. Orki sprowadziły nawet istoty, których żaden z chłopaków ekipy funeralnej dotąd nie widział. Wydatnie utrudniało to poprawne rozpoznanie części ciała – a mimo wyraźnych sugestii strony wygranej nie mogli pozwolić na wrzucenie trupów wszystkich przegranych do bezimiennych dołów i podpalenie. Niezgodne z etyką zawodową by to było. Oraz dumą fachowca.
— Ani to, ani to — odparł teraz Finn, stary, doświadczony grabarz, łysy, z sumiastymi wąsiskami oraz szerokim, płaskim nosem, nieustannie się poruszającym; młodszym „rekrutom" mówiono, w ramach odwiecznego niemal żartu, że tym nosem „dowódca" umie określić trupa po zapachu. — Tylko palec warga. Pazur musiał się mu ukruszyć, dlatego nie poznałeś.
'
'
— To tutaj?
— Nos Gandalfa.
— Ale przecież mówiłeś...
— To tylko fragment. Gandalf ma nos niemal tak niesamowity, jak brwi. Poza tym, to czarodziej. Może mieć wiele nosów. Może mu odrastają. Może je nosi po sakwach. Licho wie.
'
'
— Naprawdę wierzysz, że to przypadek, iż krasnoludzki król i jego dwaj spadkobiercy giną w bitwie, a pozostałe wygrane strony dzielą się skarbami? Pomijając, oczywiście, nieszczęsną siostrę i matkę, bo obyczaje krainy są akurat patriarchalne nieco?
Owo zadumane stwierdzenie – słabo maskowane formą pytania – padło z ust Arnolda, gdy już znaleźli korpus Thorina Dębowej Tarczy i mogli z ulgą stwierdzić, że choć posiekany, posiada on głowę i obie ręce Czy raczej, że druga ręka znajduje się w promieniu kilkunastu metrów (król może skonał tuż po bitwie, ale na wóz rzucono trupa z innymi ciałami i najwyraźniej jakiś pozbawiony etyki zawodowej prosty, a mściwy, chłop z okolicy go widłami i kosą pociął, coby się łatwiej zmieścił). Co oznaczało, że poprzednia krasnoludzka kończyna należy do Kilego – Fili, jak ustalili, stracił w bitwie głowę i życie, ale zachował ręce. Znaczne ułatwienie roboty.
Finn westchnął ciężko, zdejmując sprawnym, dyskretnym ruchem delikatną, jakby utkaną z blasku księżyca, błyskotkę z palca jakiegoś padłego elfa. Gdziekolwiek ten lud trafiał, pierścionki się mu tam nie przydadzą.
— Nawet mi głowy takimi głupimi hipotezami nie zawracaj — burknął, chuchając na cacko, pocierając rękawem i chowając do kieszeni. — Zginęli, bo ich zaciukali orkowie. Czysty przypadek. Niefortunny dla krasnoludów, fortunny dla wielu, cóż, takie życie. Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.
— Przypadkowo.
— A juści, że przypadkowo. Słyszałeś o pijanym czy tam chorowitym, czy tam szalonym orle, który władował się na skały, wioząc akurat całą wierchuszkę któregoś ludzkiego państwa? I to też było przypadkowo.
Arnold, nadal jakby sceptyczny, obgryzał źdźbło trawy. Smakowało mu metalicznie i słodko, krwią, ale trudno, po czyste musiałby zasuwać ładne parę kilometrów.
— No niby tak. Ale wiesz — rzucił — ta strzała, co to zabiła tego Kilego, tego, co mówią, że z elfką flirtował, dziwnie weszła. Orcza, pewnie, ale weszła tak, jakby ją wystrzelono z zupełnie innego typu łuku. Takiego jakby elfickiego...
— Mało to orków wyrywało broń elfom? Mało to orków i goblinów nosi zdobyczne łuki? Nie doszukuj się spisków. Zwłaszcza u wygranej strony — pouczył lodowato Finn. — A teraz nuże, do roboty, nawet jeszcze oficjeli nie złożyliśmy.
'
'
Nosy Gandalfa okazały się ostatecznie być małym palcem króla goblinów, czubkiem ucha jakiegoś ludzkiego wojownika, zbyt nisko stojącego w hierarchii, by pieśni pamiętały jego imię, oraz nosem – faktycznie nosem – ale jednego z elfów Thranduila, który najpewniej, gdziekolwiek teraz jest, poczuł się straszliwie urażony, że go pomylono z pomarszczonym starcem. Elf stał w hierarchii pewnie całkiem wysoko, niemniej jego imię było, zdaniem zbieraczy zwłok, zdecydowanie niewymawialne.
Z „Thranduilem" radzili sobie dzięki „Jego Wysokości", „Jego Elfiej Miłości" lub między sobą „Tyranowi z Mrocznej Puszczy".
'
'
— Niestety, Wasza Wysokość! — Finn giął się w pokłonach przed chłodnym i pięknym, i zdecydowanie niepokojąco... nasyconym sobą samym obliczem elfiego władcy. — Musimy ci zameldować o klęsce. Znaleźliśmy i złożyliśmy Thorina z pięciu różnych części, umyliśmy go i złożyliśmy w kryształowej trumnie, znaleźliśmy jego siostrzeńców i udało się nam nie pomylić nawet ich małych palców u stóp, przyporządkowaliśmy tysiące kawałków tysiącom osób, ludzi, elfów, krasnoludów, orków, goblinów oraz tysiącom bestii... Ale z Gandalfa! — Dramatycznie wyciągnął rękę. — Z Gandalfa, o Najjaśniejszy Panie, pozostał tylko kawał brody!
Arnold, równie teatralny, równie w ukłonach zgięty, wniósł inkryminowaną brodę. Szeroką, rozłożystą, krzaczastą.
— Najpierw myśleliśmy, że to część jego brwi — wymruczał w kierunku Lindy, jednej z najśliczniejszych mieszkanek Miasta, dwórki, teraz oddelegowanej do obsługiwania delegacji z Mrocznej Puszczy.
Linda, zgodnie z przewidywaniami, zachichotała. Pierś jej zafalowała, pełne wargi się uniosły, ukazując komplet bielutkich zębów. Widok był cudny. Niestety, tę miłą chwilę zakłócił grabarzowi wybuch innego śmiechu, zimnego, i złośliwego, i elegancko stłumionego. Wśród elfów.
— Niepotrzebnie się turbujesz, mistrzu — mówił ich król. — Albowiem Gandalf Szary, wielki czarodziej naszej ery, jeszcze oddycha. Niepotrzebnie szukaliście pośród umarłych tego, który kroczy pomiędzy żywymi.
Jego słowa zostały poparte wkroczeniem czarodzieja, który, oceniwszy sytuację spod swoich wielkich, krzaczastych, własnym życiem obdarzonych brwi, wybuchnął tubalnym, niemal plebejskim rechotem.
Brody, trzeba przyznać, z połowy nie miał.
— Znaleźliście nawet moją brodę? I wyczyściliście, widzę, pamiętam, że mi w muł poleciała... No, niezłe z was zuchy, panowie! — stwierdził, sięgając do sakiewki i karcącym spojrzeniem przynaglając Thranduila, by zrobił to samo. — Świetnieście, naprawdę świetnie, się spisali!
— Chociaż nadgorliwość — wymruczał ktoś obok; niziołek, jedyny niziołek, uczestniczący w bitwie, jakimś cudem ocalały — jest, doprawdy, gorsza od awanturniczej żyłki. Albo nawet spóźnienia na obiad.
