Dla NenYim. Miały być koty. W dowolny sposób.

(I nikt nie może mi zarzucić, że się zajmuję tylko grami do Wiedźmina. Nie, proszę, zajmuję się też Hobbitem)


Stres pourazowy


W Shire, jak w każdym regionie żyjącym z rolnictwa, niezwykle ceniono koty, te cudowne zwierzęta pożerały bowiem szczury i myszy. To, że Bilbo, wróciwszy z wielkiej (głupiej, niebezpiecznej, całkiem niehobbiciej) wyprawy obładowany kosztownościami, kupił sobie natychmiast kilka mruczków, nikogo nie zdziwiło. W końcu miał teraz ziemię i wielki ogród, i spiżarnie jeszcze obfitsze niż przedtem.

Zdumienie wzbudziła za to wieść, przeciwko czemu najpilniej tresuje imć Baggins swoje futrzaki. Nie przeciw szczurom, myszom, kunom czy łasicom, utrapionym szkodnikom. Nie przeciw ptakom, podżerającym bezczelnie owoce w sadach. Nie, Bilbo napuszczał – z rzadką zajadłością! – miauczące stadko na pożyteczne, nic nikomu nie winne pająki!