Dla Bazylii de Grean. Zgodnie z promptem, historia thorinowej zniżki do przybytku uciech wszelakich.


Ustronie


Thorin z niewielu rzeczy zdobytych po Utracie Najważniejszej (Domu, Tronu albo Klejnotu, dokładnie nie wiedział; szczęśliwie, wszystkie nastąpiły w jednym momencie) był dumny. Ze swoich siostrzeńców, ale ich trudno nazwać „zdobytymi", z wychowania siostry, ale to raczej zasługa matki, z utrzymania jedności wygnanej społeczności, to jednak raczej wstrzymanie nieszczęścia niż sukces...

Całkowicie samodzielnie zdobył za to zniżkę dla stałych klientów w jednym z przybytków płatnej rozkoszy. Ba, zdobył ją, choć wcale nie najczęstszym był tam klientem, co zważywszy na skąpstwo właściciela, Grega Vimmsa, stanowiło pewien wyczyn.

Dom publiczny oferował całkiem sporo roboty dla kogoś o zręcznych dłoniach... wróć, dla dobrego kowala i jubilera. Thorin się tej roboty podjął. Sztuczne klejnoty na gorsach, diademach, spódniczkach oraz szyjach i przegubach dziewczyn nigdy dotąd nie błyszczały tak pięknie i nie trzymały się tak dobrze, gdy powinny, a spadały w tak idealnie dobranych momentach występu. Kryształy, którymi obwieszono lustra, wielkie kandelabry tudzież wszelkie inne możliwe – lub niemożliwe – miejsca w salach, także przecież nie wybrały się, oszlifowały i osadziły same.

Jednym słowem, poza byciem klientem, krasnolud wykonał parę robót niemal remontowych dla właściciela. Do tego został jego stałym doradcą na trudnym rynku handlu świecidełkami. Nie było mowy, by bez rady Thorina Vimms kupił choć sztućce do stołowego pokoju, o drobiazgu dla aktualnej pani swego serca nie wspominając.

Krasnolud nigdy jednak nie był mistrzem dyplomacji, raz więc nieomal swoją hołubioną kartę stracił. Wówczas, gdy najnowszej pani – pannie, nalegała, ku skrywanym rozbawieniu otoczenia – gregowego serca, powiedział bez ceremonii, że złoto na jej ząbkach tak trochę trąci tombakiem.