Jestem kottkvarn winna opowiadanie o hobbitach od jakichś dwóch lat. To co prawda nie spełnia kryteriów, bo jest znów o słynnych postaciach, a poza tym krótkie... Ale tak, powiedzmy, w ramach raty?
Sprawy najwyższej wagi
Wujek Bilbo słynął z wielu rzeczy. Ze swojej przygody i legendarnych skarbów. Ze swojej mało hobbiciej natury, której wielu nie wahało się nazywać szaloną, niebezpieczną, nawet trochę złą. Zwłaszcza ciotka Lobelia się nie wahała.
Najsłynniejszy w Shire był wszakże z powodu swojej Wielkiej Księgi Kucharskiej, Na Podstawie Własnych Doświadczeń Rozmaitych Własnoręcznie Spisanej i Własnym Sumptem Wydanej przez imć Baggina Bilba. Zawierała ona podobno przepisy ze wszystkich stron świata – a z całą pewnością trochę przepisów spoza Shire'u.
Wersja oryginalna owej księgi, nie: skrócone i pozbawione kontrowersji oraz ekscentryczności kulinarnych wydanie drukiem, leżała sobie spokojnie w norce Bilba. Leżała spokojnie, była jednak ulubionym tematem plotek – już wersja drukowana wstrząsnęła bowiem czytelnikami, doprowadziła do zażartych dyskusji, głosów oburzenia oraz prób wprowadzenia cenzury dzieła, które śmiało promować rzeczy obrzydliwe, niezgodne z naturą, w oczywisty sposób dowodzące pomieszania zmysłów lub złej woli autora, mogące demoralizować dzieci, młodzież, a i dorosłych.
Głównie chodziło o kwestie, czy sałatkę jarzynową można podawać z jabłkami lub nawet – o zgrozo zgróz! – z ananasem i rodzynkami. Bądź też w dowolnej kombinacji powyższych.
Nic więc dziwnego, że Frodo z Samem byli wyjątkowo ciekawi tej tajemniczej pełnej wersji i bezeceństw w niej zawartych. Zwłaszcza bezeceństw w niej zawartych. Bilbo trzymał jednak księgę w swoim gabinecie, razem z innymi drogimi sercu pamiątkami dni swej awanturniczej młodości, gabinet zaś zamykał na klucz.
Nie, żeby taki drobiazg mógł stanowić problem dla dwójki hobbiciątek. Frodo wiedział, że klucz nocami leży w kredensie w Bilba. Wiedział też, że Bilbo śpi bardzo lekko. Należało więc spróbować ataku frontalnego. Frodo poczekał na środek nocy i załomotał pięścią w drzwi. Bilbo otworzył po paru sekundach, przerażony.
— Co się...? Frodo? Co się stało? Pożar? Włamanie?
Wujek Bilbo miał obsesję na punkcie ognia i włamywaczy. Trzymał ją zwykle krótko, udawało się mu opanowywać przy znajomych, ale wszyscy wiedzieli, że chociaż Baggins podziwia sztuczne ognie, to zawsze staje daleko od ognisk, a poziom zabezpieczeń w jego norce mógłby zawstydzić królów z najstarszych baśni. Prościej niźli Bilba Bagginsa, mawiano, byłoby okraść smoka.
— Miałem zły sen — wyszeptał Frodo, bardzo, bardzo cicho.
Nieśmiało. Niby to ze wstydem. Wiedział, że rzecz zadziałała. Wujek Bilbo miał bardzo dużo zrozumienia dla nocnych koszmarów.
Teraz oczywiście też. Wujek natychmiast udał się do kuchni w poszukiwaniu mleka, miodu, ciasteczek, tych wszystkich rzeczy, które według tradycji miały uśmierzać lęki, płoszyć koszmary, pomagać zasnąć. W czasie tej krótkiej nieobecności hobbiciątko zdołało podejść do kredensu, otworzyć drzwiczki srebrnym, zdobionym florystycznymi motywami kluczykiem, wyjąć kluczyk właściwy, przejść do gabinetu (dwoje drzwi dalej) otworzyć sekretarzyk, wyjąć rękopis, przenieść go do zwykłej szafki w korytarzu, odłożyć kluczyk właściwy do kredensu, zamknąć drzwiczki kredensu kluczykiem florystycznym – a następnie wślizgnęło się pod wujkową kołdrę.
Pod tą kołdrą, otwierając szeroko oczy i starając się wyglądać na odpowiednio przestraszonego-ale-grającego-odważnego, wypił przyniesione mleko, zjadł ciasteczka, wysłuchał krzepiącej opowieści o hobbicie, który wynalazł nowy, sto siedemdziesiąty dziewiąty, sposób puszczania dymu z fajki (w kształcie okręgu spłaszczonego na końcu tak bardzo, iż zaczynał przypominać trójkąt o kolistej podstawie), po czym wrócił do własnej sypialni – Bilbo mógł być niecodziennym wujem, lecz ze starą hobbicką prawdą, że zbytnie pobłażanie dziecięcym emocjom psuje charakter, nawet on się nie kłócił.
Po drodze Frodo, oczywiście, zgarnął cenny rękopis. Wujek i tak nie przeglądał go częściej niż raz na parę miesięcy, nie powinien zauważyć zguby.
Rano mały hobbit nie mógł się doczekać, by razem z Samem otworzyć skórzaną okładkę cennego znaleziska. Najchętniej otworzyłby ją sam, już teraz, jeszcze przed śniadaniem – ale przyjaciel to przyjaciel. Skoro powiedział, że przejrzą oryginał książki razem, to zrobią to razem. Nieważne, że wewnętrznie Frodo drżał z ekscytacji, nieważne, że przy śniadaniu podskakiwał z niecierpliwości, a zarumienione policzki go paliły – Bilbo patrzył na niego z niepokojem, być może podejrzewając jakiś rodzaj choroby nerwowej. Słowo to słowo.
Frodo sam nie wiedział, czego się spodziewali po tej słynnej książce. Wiedział za to, że obaj, on i Sam, musieli parę razy głęboko odetchnąć, nim wreszcie delikatnie, z namaszczeniem rozwarli karty. Pierwsze strony były podobne do tych w oficjalnym wydaniu, chociaż gdzieniegdzie w przepisie padało słowo zdecydowanie nieprzystojnie lub dygresja w miejscu nawet jak na hobbita, niespodziewanym („jeśli sądzisz, że ta sakramencka baranina nie chce się ugotować, spróbuj ugotować podeszwę krasnoludzkiego buta – z pewnością uświadomisz sobie różnicę i będziesz odtąd błogosławił błyskawiczne tempo gotowania tej sakramenckiej wołowiny").
Gdzieś w połowie książki zaczęły się wszakże pojawiać przepisy, cóż, zaskakujące. Nie, nie ukrywajmy prawdy pod eufemizmami. Przepisy bluźniercze i przerażające, obrazoburcze, uderzające w same podstawy tradycji kulinarnej Shire'u. A przecież tradycja kulinarna to dla hobbita tyle, co tradycja w ogóle, podstawa hobbickości! Frodo z Samem pojęli nagle, czemu książka Bilba budziła tak ożywione emocje.
Pojęli i jeszcze tego wieczoru Frodo ostrożnie odłożył księgę na miejsce. Wujek był dobrym wujkiem, ale cóż, najwyraźniej niektóre z jego dziwactw faktycznie były niebezpieczne. W interesie całej rodziny, uznał młody hobbit, leży, by te przerażające strony pozostały na wieki w ciemności kredensu. Sam... Samowi można było, na szczęście, w tej sprawie zaufać. Złożyć przecież swojemu paniczowi uroczystą przysięgę.
Któż wie, jakie katastrofy sprowadziłoby na świat i dobre imię Bagginsów odkrycie istnienia przepisów na dania ze szmat, mchów, korzonków, warzyw w różnym stanie zepsucia – nazywanych, dla niepoznaki, „kiszonymi" – mięsa trolli („trzymać w zalewie na mocnym alkoholu z tydzień, żeby trucizna, zapach i efekt skamienienia zeszły") czy korpusów pajęczych („nadają się do tego jedynie pająki co najmniej wielkości hobbita")?
