Dla Rudbeckii_bicolor. Ech, miałam straszny problem z tym promptem (Kili, Fili i ich ojciec), bo co prawda zainspirował mnie do stworzenia paru kanonów osobniczych o małżeństwie DIs i relacjach męże z jej drogim bratem (że był obcy, że nie był księciem, że Dis nie chciała czekać, aż odzyskają królestwo i będzie godna któregoś z koronowanych krewniaków etc.). Tylko:
a) wszystkie były dość smętne;
b) nijak nie zawierały w sobie dzieci.
W końcu udało się mi coś wymyślić, co dawało dzieciakom szansę na chociaż wystąpienie w tle i nie było smętną opisówką. Ale obawiam się, to jest dalej bardzo wariacyjna wariacja na temat prompta. No ale - jest za to cztery i pół raza niż drabble dłuższe. ;)
Dom lalek
— To wcale nie wyglądało tak — stwierdził cicho wujek Thorin.
Cicho, niby uprzejmie, ale z naciskiem. Fíli z Kílim zastygli.
Chociaż im prezent od taty, własnoręcznie wykonana makieta Samotnej Góry i dworu w środku, bardzo się podobał. Górę można było otworzyć, wewnątrz miała skarbiec, kuźnię, salę tronową, sypialnie i zbrojownię. Do tego małe figurki wojowników, w tym wujka Thorina, mamy, dziadka...
Bez taty. No ale trudno, wytłumaczono im, że taty pod Samotną Górą nie było, mama poznała go dopiero podczas wędrówki. „Wygnania", poprawił wtedy wujek Thorin. Zaraz potem dodał to „wcale nie tak wyglądało".
Tata westchnął.
— Zrobiłem według wskazówek Dís, ale oczywiście konieczne były pewne uproszczenia, ze względu na skalę i niedokładność modelu...
— Nie o to chodzi. Tron stał w innym miejscu. I zbrojownia była na prawo od skarbca, nie na lewo, kuchnia i pokoje kąpielowe też były w całkiem innym miejscu. Dís była po prostu dzieckiem i nie pamięta...
— O, wypraszam sobie! — zaperzyła się mama. — Może nie pamiętam wszystkich szczegółów, prawda, na pewno częściej przebywałeś w kuźni, ale akurat w łazienkach to siedziałam głównie ja. Z koleżankami. Stroiłyśmy się. Młode byłyśmy i płoche — dodała, uśmiechając się do taty. — A gdzie jest kuchnia to pamiętam doskonale, prawie codziennie się tam zakradałam, żeby podkraść coś do zjedzenia...
— To raczej do spiżarni. Tam były różne łakocie i przetwory. Mylisz miejsca — oznajmił wujek.
— Może ty, Thorinie Dębowa Tarczo, objadałeś się słodyczami. Ja — mama położyła nacisk na to słowo — wolałam kawał mięsa!
— Akurat! — obruszył się wujek. — Doskonale pamiętam, jak uwielbiałaś pikle!
— Pikle! Też mi słodycze!
— Ale stały w spiżarni!
— Może chodźmy do pokoju. — To, ku zaskoczeniu Fíliego i Kíliego, był tata.
Który wziął na ręce zbudowaną przez siebie zabawkę, przeprosił licznie zgromadzone towarzystwo – głównie krewnych i znajomych mamy – i wyszedł. Za nim dzieci. Dorosłe krasnoludy był tak zajęte sprzeczką, do której dołączały się kolejne głosy (w końcu wszyscy królowali kiedyś pod Samotną Górą), że ledwie zauważyli tę rejteradę. Na szczęście. Kíli i Fíli wiedzieli, że odejście od stołu byłoby normalnie traktowane jako wielka obraza.
— Dorobisz nam jeszcze smoka? — zapytał Kíli, ledwie weszli do dziecięcej sypialni.
Twarz ojca przybrała smutniejszy, zmęczony wyraz.
— Nie, nie. I nie mów o takich pomysłach przy mamie. Sprawiłbyś jej przykrość.
— Ale my byśmy z nim walczyli! — zapewnił szybko mały krasnolud.
— My byśmy z nim nawet wygrali!
— Zabiliśmy go! Wypruli mu flaki!
— Samotna Góra znowu byłaby nasza! Moglibyśmy wrócić do domu!
— I mama nie byłaby smutna!
— I wujek by się cieszył...
Tata westchnął ciężko. Ale się uśmiechał.
— Od walki drewnianymi rycerzykami do pokonania prawdziwego smoka daleka droga... — Obrzucił zabawkę dziwnym spojrzeniem. — I nie wiem, czy to dobrze, że tyle o tym myślicie. Skupcie się raczej na nauce fachu. Fach w ręku, nie jakieś dawno utracone złoto, pozwoli wam wyżywić kiedyś rodzinę.
