Interpol przysłał swoich ludzi po zwłoki, ale na szczęście zdążyli zebrać wszystkie ślady. Ian potrafił przeprowadzać bardzo dokładne autopsje, niezależnie od czasu, który jaki na to dostawał. Danny mógł go podziwiać, ale nigdy nie powiedziałby tego na głos. Doktor Śmierć już i tak uważał się za boga.

Dennis kręcił się nerwowo wokół jego biurka, jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić. Sam miał podobne odczucia, ale odkąd podpisał papiery rozwodowe – czuł się tak, jakby całe powietrze zeszło z jego płuc. Nic nie miało smaku. Normalne zapachy, które wypełniały jego nozdrza – wietrzały bardzo szybko.

Nie spodziewał się niczego innego. Był omegą, a to wiązało się z szeregiem nieprzyjemności, gdy dochodziło do tego typu rozstań. Dlatego Rachel była jedyną osobą, z którą się związał. Nigdy dotąd nie podjął podobnego ryzyka i chociaż jego matka wciąż nalegała, aby z nimi o tym porozmawiał – wątpił, aby ktokolwiek zrozumiał to, co teraz przechodził.

Jacyś idioci w tabloidach rozpisywali się, że omegi łączyły się z pary na całe życie, ale na szczęście nikt nie wierzył w te głupoty. Nie był pieprzonym pingwinem. A złożoność procesu zapewne nigdy nie miała zostać zrozumiana przez kogoś, kto tego po prostu nie przechodził. Jego organizm zaczynał wypierać jedyny narkotyk, który przynosił mu ukojenie – Rachel. Pod palcami nadal mógł poczuć jej skórę, ale to znikało – podobnie jak teczki z jego biurka.

- Za dużo pracujesz – stwierdził Dennis.

- Nie jesteś moją matką – prychnął Danny. – Zgłupiałeś?! To moje raporty! – warknął, widząc, że jego partner przenosi do połowy zapisane kartki na swoje biurko.

- Ja to zrobię, a ty… - zaczął Barat.

- Po moim trupie – odparł Danny. – Z przyjemnością powierzyłbym ci pisanie, gdybyś potrafił obsługiwać coś tak nieskomplikowanego jak długopis. To jednak wybiega poza twoje umiejętności! – poinformował go.

Nie było tajemnicą, że Dennis pisał jak kura pazurem. Chociaż pewnie nie powinno się tak obrażać ptaków. Jego raporty po prostu były lakoniczne i niechlujne. A prowadzili tak wiele spraw, że gdyby nie wypełniali papierów dokładnie – nigdy nie odnaleźliby powiązań między tymi morderstwami a Cannonem. To nie tak, że był pedantem – po prostu lubił wiedzieć, co odnaleźli w poprzednim tygodniu. Takie drobnostki jak zapalniczka z baru należącego do Cannon czy paczka zapałek – nie zaprzątały głowy Barata.

Dla Danny'ego stanowiły jednak dowód, że ktokolwiek zabijał na zlecenie mafioza – był palaczem. A to oznaczało, że następnym razem mogli odnaleźć niedopałek papierosa z gotowym DNA.

- Danny! – zajęczał Dennis.

- Moje papiery – warknął, używając swojego bardzo niskiego tonu.

Działało to idealnie na jego rodzeństwo, ale Dennis wyszczerzył się jak głupi.

- To twój sławetny terytorializm? – spytał Barat ciekawie, ale Danny słyszał wyraźnie, że ten się tylko drażnił.

- Lepiej napisz do swoich krewnych w Nowym Delhi , żeby wysłali ci patyki, którymi uczyłeś się pisać – prychnął, a Dennis przewrócił oczami.

- Nigdy nie byłem w Nowym Delhi – westchnął jego partner.

- A ja nie oddam ci moich raportów!

Miał ochotę wyłączyć telefon. Jego rodzina chyba próbowała go zadręczyć. Jeśli nie odbierał telefonów matki, próbował ojciec lub Matt. Jeszcze nie zwerbowali Lucy, ale zapewne miała to być tylko kwestia czasu. Jego siostra jako jedyna nie zerwała kontaktów z Rachel, gdy ich sprawa trafiła do sądu i nie wiedział, czy być jej za to wdzięcznym. Wiedział, jak trudno było jego żonie… eksżonie zaaklimatyzować się w obcym mieście, bez krewnych i znajomych. Jego rodzina przygarnęła ją bardzo szybko i równie szybko odcięli się od niej, zwracając całą uwagę na niego. Wolałby o wiele bardziej, aby gnębili ją, nie jego.

Interpol odmawiał współpracy, co wcale nie było zaskakujące. Szef kazał im tymczasowo zrezygnować i chociaż Danny najchętniej przejąłby zwłoki – to nie był odpowiedni czas na podobne zagrania. Wyniki autopsji potwierdziły, że nie mieli więcej niż zwykle, więc to morderstwo nie mogło ich doprowadzić do Cannona. A liczyli na jeden czysty strzał – nie mieli innego wyjścia. Cannon mógł rozpłynąć się w powietrzu, gdyby tylko dostał cynk, że mają na niego dostatecznie wiele.

Do tego dochodziło również to, co Interpol robił tak daleko od granic swojej jurysdykcji, ale CIA pewnie było w to wtajemniczone. I chociaż irytowało go, że nie dostali akt – mogli spekulować. A w tym z Dennisem nie byli najgorsi.

- Może Cannon rozszerza rynek? – zaczął Barat.

Piwo Danny'ego, wciąż nietknięte, stało pomiędzy nimi. Słabo oświetlony tanimi jarzeniówkami bar może nie był najlepszym miejscem do takich rozmów, ale było tutaj dostatecznie wielu gliniarzy, aby czuł się bezpiecznie. Co innego, gdyby wyszli tylnymi drzwiami. Już dwóch ich kumpli zaginęło w podobnych okolicznościach i zostali znalezieni w rzece Hudson.

- Raczej już rozszerzył swój rynek – odparł Danny. – Inaczej Interpol nie przysłałby tutaj swoich ludzi. Powiedziałbym, że ma już nawet swoje wtyki.

- Może coś przeoczyliśmy, bo jakoś wydaje mi się to strasznie zbite w czasie. Kiedy był w Barcelonie? Dwa miesiące temu? – spytał Barat.

- Dwa i pół – oznajmił mu Danny.

Oczywiście jego raport był dokładny. Nie pozwoliłby sobie na takie nieścisłości. Może kiedyś napisze biografię Cannona. Oczywiście zaraz po tym, jak zamknie go nareszcie za kratkami. Czasami w snach widział siebie na miejscu dla świadków, a mafioza w pomarańczowym stroju skazańca. Ludzie mieli różne marzenia.

- Czekaj, a może patrzymy na to całkiem nie z tej strony? – spytał Danny retorycznie.

- To będzie jedno z tych wielkich olśnieni, bo nie wiem czy notować? – prychnął Dennis.

Danny jednak już go nie słuchał.

- Może najpierw znajduje wtyczkę, a potem dopiero wchodzi na rynek? A jeśli przejął informatora organizacji, którą wysiudał z interesu? Ale cholera, mówimy o pieprzonym Interpolu, więc to musi być coś naprawdę grubego – stwierdził bez najmniejszego wahania w głosie.

Dennis przewrócił oczami.

- A czym oni różnią się od naszych organizacji? Po prostu opłacono, kogo trzeba. Zawsze znajdziesz kogoś, kogo można kupić – prychnął jego partner.

I może ten rodzaj cynizmu nie do końca do niego przemawiał, ale jednak z ust Dennisa płynęły słowa prawdy, co było tym bardziej bolesne. Nie mogli mieć zaufania do wielu ze swoich kolegów. Niektóre śledztwa, jakie przejmowali – były tak szczątkowe, że chciał rwać włosy z głowy. Kiedy zaczynał sprawę Cannona, wiedział, że nie będzie łatwo, ale Szef powiedział mu, że jest świeży, że będzie miał świeże spojrzenie na sprawę. I jak do tej pory udało im się z Dennisem osiągnąć naprawdę wiele.

Zamknęli dwa szlaki przemytu broni, kilka magazynów nadal stało pod kluczem policji w Newark, a zeznania kolejnych świadków przybliżały ich do nieuchronnego. Nie wiedział tylko, czy najpierw dostaną pogróżki czy faktycznie uda im się przymknąć Cannona. Od biedy sam nie chciał też wylądować na dnie rzeki Hudson. Nie jego jurysdykcja tak do końca i nie całkiem jego środowisko życia.

Ma Williams również byłaby bardzo zawiedziona.

- Z Interpolem to całkiem inna działka. Tajne operacje na o wiele większą skalę – westchnął Danny, czując nie po raz pierwszy, że ta sprawa wysysa z niego ostatnie soki.

O ile jeszcze jakiekolwiek pozostawiła po sobie Rachel.

- Zaproszenie na kolację… - zaczął Dennis.

- Czy ty czytasz w myślach? Czy mam po prostu wypisane na twarzy, że myślę o niej? – spytał Danny, irytując się nagle. – Nie, wybacz. To na pewno twoje nadnaturalne zdolności, które przekazali ci w genach twoi medytujący do nirwany krewni.

Dennis jak zawsze przewrócił oczami.

- Jestem urażony. Teraz nawet nie trafiłeś. Nie jestem z Nepalu – prychnął jego partner. – A nirwana to miejsce metaforyczne. Raczej stan umysłu.

- Stan umysłu, stan umysłu – wymamrotał pod nosem Danny.

- Karen naprawdę zaprasza na kolację i jeśli nie będziesz chciał gadać, jasna sprawa. Przecież mnie znasz, Danny – powiedział Dennis nagle całkiem boleśnie poważnie.

Danny nie był w stanie radzić sobie z czymś poważnym. Zamówił kolejne piwo, czując, że potrzebuje ich dzisiaj o wiele więcej. Może nie był w nastroju do krzyczenia 'Rachel wróć do mnie' o trzeciej w nocy pod ich dawnym wspólnym adresem, ale po prostu był wyzuty z sił. Zresztą nie zrobił tak nawet wtedy, gdy to, co było między nimi, miało jeszcze sens.

- Kolacja. Kolacja nie byłaby najgorsza – przyznał Danny po chwili, dochodząc prawie do połowy swojego trzeciego czy czwartego piwa. – A wam jak się tam właściwie układa? Byłem fatalnym kumplem przez ostatni czas – zaczął i uniósł dłoń do góry, gdy Dennis zamierzał zaprzeczyć. – Nie kłam. Doskonale wiem, że było do dupy, ale wracam do siebie. Wracamy do tego, co było i robimy, co mamy zrobić. To chyba nawet była swego czasu nasza cholerna dewiza, czyż nie? – zażartował.

- O ile to nie oznacza, że znowu przewieziesz jakiegoś gnojka przywiązanego do maski swojego samochodu – odparł Dennis, mrużąc podejrzliwie oczy.

- Błąd nowicjusza – zacmokał Danny. – Ale nie mówmy o mnie. Poważnie, stary. Co tam u ciebie? Nie byłem u was w domu chyba ze cztery miesiące, od czasu twoich urodzin.

Dennis wzruszył ramionami.

- Jak wiesz, nie tak dawno było hinduskie święto i to chyba dobrze, że jesteśmy katolikami – zaczął Barat, nie przestając się szczerzyć tymi swoimi zbyt jasnymi zębami. – Karen i ja myślimy o powiększeniu rodziny – dodał i zrobił długą przerwę, czekając na jego reakcję.

Danny miał właśnie zacząć mu gratulować, gdy Barat parsknął śmiechem.

- Kupimy psa – oznajmił mu partner.

- Psa? – spytał z niedowierzaniem Danny. – Psa?

- Zawiedziony? Sądziłem, że uwielbiasz zwierzęta. Pozwolę ci go nawet wyprowadzać – obiecał Dennis solennie.

- Nienawidzisz psów od czasu, gdy cię jeden pogryzł podczas naszej pierwszej sprawy – oznajmił mu Danny.

- Dlatego nie wiem, dlaczego Karen jest moją żoną, a nie ty. Ty możesz być cudzą żoną, no nie? – spytał wrednie Dennis.

- W latach pięćdziesiątych walczyliśmy o równouprawnienie, a ty wyskakujesz z takim gównem? – spytał Danny i zacmokał. – Jestem równie męskim mężczyzną, co ty. Chociaż nie, czekaj. Ja faktycznie przewiozłem przywiązanego faceta na masce samochodu, a to chyba ty byłeś tym, który piszczał głośniej od niego.

Barat roześmiał się tak głośno, że kilka osób spojrzało podejrzliwie w ich kierunku. Danny znał kilku z tych gliniarzy. Część z nich zajmowała się na co dzień faktycznym wypisywaniem mandatów, ale niektórzy kontaktowali się z nimi podczas śledztw dotyczących narkotyków i nielegalnego transportu ludzi. Mogli być z różnych wydziałów, ale nadal stanowili jedną wielką porąbaną rodzinę.

I był cholernie wdzięczny za fakt, że nie jest jedynym frajerem, którego w tym roku zostawiła żona.

- Więc wpadniesz na kolację? – spytał Dennis, wybierając jak zawsze najmniej odpowiedni czas.

- Znowu zrobiłem tę minę? – spytał szczerze Danny.

Barat zdawał się wahać.

- Wyglądasz czasem, jakbyś miał zatwardzenie – przyznał szczerze jego partner, a potem na jego twarzy pojawiła się całkiem poważna mina. – Ale jeśli mogę pogadać z tobą szczerze... – zaczął i urwał.

Danny skinął ostrożnie głową.

Dennis polizał swoje o wiele zbyt pełne wargi.

- Nie wiem, jak jest dla was. Oczywiście niewiele się różnimy, ale wiem, że nie odbierasz wszystkiego tak jak ja, a ja już nie umiem sobie wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie bez Karen, więc… - urwał jego przyjaciel i wzruszył ramionami. – Sądzę, że nie zapomnisz, ale to nie znaczy, że masz przestać żyć. Zawsze byłeś tak ruchliwy, a ostatnie pól roku wyglądało tak, jakbyś się zatrzymał. Zacznij znowu żyć. Spotkaj kogoś tylko po to, żeby go puknąć i nie patrz za siebie. Następnego dnia przyjdź do pracy i jeśli będziesz potrzebował znowu…

- Twoje remedium na wszystko to seks – prychnął Danny, przerywając mu.

- Moje remedium to medytacja – odparł Dennis i wydawał się faktycznie urażony brakiem rasistowskiego komentarza.

Nie przepadał za wpadaniem do kostnicy zbyt późno, ale niekiedy wymagały tego okoliczności i ten dzień niewiele różnił się od innych. Dostali jednak potwierdzenie z Interpolu, skoro i tak udało im się odgadnąć większą część tajemnicy. To nie było takie trudne, jakby się wydawało, a Szef naprawdę był z nich dumny. Danny cieszyłby się bardziej, gdyby to faktycznie doprowadziło ich do Cannona. Tymczasem od sześciu lat wciąż tkwili w tym samym punkcie i podpinali pod mężczyznę coraz więcej zleconych morderstw. Wiedzieli nawet, kto mniej więcej mógł odwalać brudną robotę, ale nie posiadali fizycznego dowodu, a w sądzie liczyły się tylko takie.

Ian jak zawsze czekał na niego za swoim biurkiem i nie przywitał się z nim ani jednym słowem. Po chwili jedynie podał mu oznaczenia chłodni, a Danny nałożył lateksowe rękawiczki. Dennis początkowo nalegał na to, że będzie obecny przy oględzinach, ale to nie miało sensu. Barat miał żonę, która czekała na niego każdego wieczora.

Czuł wyraźnie, że ciało tamtego alfy nadal znajduje się w pomieszczeniu. Teraz, gdy wiedział, iż tamten również jest mutantem – to mrowienie było tak oczywiste.

Nieprzyćmione, niepowstrzymywane przez warstwy chłodnego metalu. Naukowcy nie potrafili wyjaśnić tego połączenia, które nawiązywało się pomiędzy osobnikami bądź co bądź różnych gatunków. Chciano to podpiąć pod jakieś feromonalne zawirowania, ale Danny nie tracił głowy dla każdego alfy, którego spotkał I to chyba przemawiało na jego korzyść, skoro ten jedyny leżał martwy pod prześcieradłem w tej kostnicy .

Lata badań nie przyczyniły się zbytnio do poznania ich świata. Od początku pewne rzeczy były oczywiste. Alfy wytwarzały o wiele więcej testosteronu, który rozbudowywał ich ciała i pozwalał na szybsze rozwijanie masy mięśniowej. Inhibitory w mózgu hamowały agresję, która mogła za tym iść. Tym sposobem stanowili idealnych dowódców i żołnierzy.
On sam – omega – był silniejszy od zwykłych ludzi. Nie tak jak alfa, ale jednak nadal zaskakiwał. Musiał nad tym dłużej popracować, ale to nadal przynosiło profity. Media próbowały z nich stworzyć dwie różne strony jednej monety. Silne alfy i bezbronne omegi potrzebujące opieki. Faktem było, że był w stanie urodzić dziecko, ale to nie czyniło go słabszym. Raczej bardziej świadomym swojego ciała.

I zapłodnić nie musiał go wcale żaden alfa. Jedna pijacka noc podczas tygodnia zapoznawczego w college'u wystarczyła, aby narobić mu pietra.

- Nikogo dzisiaj – rzucił tylko, gdy Ian stanął obok niego.

- Och, jaka szkoda – odparł mężczyzna.

Danny nigdy nie wiedział, czy Ian żartuje i wolał się nie dowiadywać.

Kiedy wchodził tego wieczoru do baru dla glin, jego skóra wydawała się bardziej jego niż przez ostatnie pół roku. Regularne spotkania z Rachel nie pomagały, ale były konieczne do sfinalizowania rozwodu. Teraz, kiedy był pozbawiony tych kontaktów – faktycznie wracał do siebie. Odzyskiwał powoli równowagę.

- Art – przywitał się krótko z barmanem.

Kilka osób uniosło piwa w geście cichego powitania. Może faktycznie powinien był dzisiejszego wieczoru wybrać się do Baratów, ale czuł, że byłoby to za wcześnie. Potrzebował czasu dla siebie.

- Co dla ciebie, detektywie Williams? – spytał barman, pochylając się nad ladą.

- Piwo, bardzo oryginalnie – przyznał Danny.

- Wiesz, że jesteś jedyną osobą, która zawsze dorzuca jakiś cięty komentarz? – prychnął Art.

- Trzeba sobie jakoś radzić ze stresem. Nawet jeśli to oznacza, że się go przeniesie na kogoś innego – odparł spokojnie.

- Dlatego nie pozwalam wam rozmawiać o sprawach przy barze – przypomniał mu Art.

Danny nigdy nie złamał tej zasady. Zawsze z Dennisem siadali w najciemniejszym kącie sali, gdy musieli ponarzekać na Cannona. Rozmowy o pracy poza biurem były równie bezpieczne, jakby przeprowadzali je w sali przesłuchań. Ktoś kopiował ich raporty i przekazywał światkowi przestępczemu. Był o tym przekonany, ale złapanie drugiego gliny na gorącym uczynku nie wchodziło w grę. Nie mieli na to czasu ani środków. Nie potrafili wyobrazić sobie tego sprzedawczyka, dlatego tak bardzo liczyli na Wydział Wewnętrzny.

Danny miał właśnie dodać coś na temat Dennisa, ale całe jego ciało zaczęło mrowić. Wiedział, że nie jest sam w tym barze i momentalnie wyprostował się na stołku. Drugi alfa w ciągu tygodnia na tak niewielkiej przestrzeni nie mógł oznaczać niczego dobrego. Pośród przemieszczających się ludzi nie dostrzegał jednak nikogo, kogo mógłby podpasować pod ogólnie znany rysopis.

- Co jest? – spytał Art, ewidentnie zaalarmowany jego dziwnym zachowaniem.

- Alfa – odparł Danny, nawet nie zastanawiając się nad tym, czy jest przez kogokolwiek słyszany.

Powszechnie wiadomo było, że tamci mutanci mieli doskonały słuch. Zresztą alfa musiał się zorientować, że omega znajdowała się gdzieś niedaleko. Nie było żadnych protokołów dotyczących takich spotkań, a przynajmniej Danny nie słyszał o podobnych, ale obecność drugiego osobnika wytrącała go w równowagi. Nie musiał z nim rozmawiać, ale chciał wiedzieć, jak tamten wyglądał.

Mrowienie nie ustawało i Danny z zaskoczeniem poczuł, jak ktoś się do niego przysiada.

- Witaj – odezwał się mężczyzna.

Jego uśmiech był zaskakująco łagodny. Musiał być ze trzydzieści centymetrów wyższy od niego, bo nawet teraz, gdy siedzieli na stołkach, Danny musiał unieść głowę, aby na niego spojrzeć.

- Cześć – odparł, nie wiedząc za bardzo, co jeszcze powinien powiedzieć.