Danny usiadł na zamkniętej muszli we własnej łazience, czując, że świat za drzwiami jest zbyt wielki na to, aby zmagać się z nim w tej chwili. Jego komórka na szczęście milczała i chociaż przeważnie miał dzień wolny w czasie swoich wizyt u lekarza – Dennis wiedział, że jeśli znajdzie się kolejne ciało powiązane z Cannonem, może dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Może i był pracoholikiem, jak zarzucała mu Rachel, ale robił to dla wyższego dobra. A teraz jego świat nagle się przewartościowywał.
Nie czuł per se, że coś… ktoś rozwija się w nim, ale nagle jego toaleta skurczyła się do rozmiarów pudełka od zapałek. Jego ciało nie zdradziło go, ale jednak czuł się zawiedziony. Próbował w myślach minuta po minucie przewijać wszystko, co robili ze Stevem, ale cholera – alfa zawsze miał na sobie gumkę. Poza tym ostatnim razem, gdy trzymał w nim palce, ale to nie mogło mieć znaczenia. Steve nie dochodził palcami – o tym był przekonany. Nie był do końca pewien, jak długo przeżywały plemniki w nasieniu tych nadludzi, ale ich mutacje były podobne. I Rachel nosiłaby już z trójkę jego dzieci.
- Cholera, cholera, cholera – wymruczał, zastanawiając się, jakim cudem wszedł w kontakt z materiałem genetycznym.
Wszystkie plany wzięły w łeb, a najgorsze było to, że naprawdę nie wiedział, co zrobić. Jeśli Steve rzeczywiście należał do tej grupy palantów z marynarki wojennej, nie było sensu go powiadamiać. Zresztą nie był nawet pewien, czy zatrzymuje dziecko. Z Cannonem na karku nie byłoby to rozsądne ani bezpieczne. Jimmy tylko czekał na takie okazje.
Wszystko w nim krzyczało, że jest w naprawdę wielkim gównie, a jednocześnie pierwszy raz od ponad pół roku nie czuł się samotny. Może jego instynkt wariował albo co gorsza – to nie miało nic wspólnego z mutacją i po prostu podświadomie zdecydował, że urodzi to dziecko . To nie tak, że nie robił sobie podobnych numerów już wcześniej. Z Rachel też początkowo nie spotykali się na poważnie. A przynajmniej tak sobie wmawiał aż do chwili, gdy kupił pierścionek i ocknął się na kolanach przed nią.
Nigdy nie żałował żadnej z tamtych decyzji, ale reperkusje tej miały o wiele zbyt szeroki zasięg. Znał swoją rodzinę na tyle, aby wiedzieć, że będą chcieli mu pomóc. Lucy zapewne ograniczy swoje zajęcia dodatkowe, a Matt zacznie wcześniej wracać do domu. Jego matka już i tak była na emeryturze i nie ukrywała od lat, że czeka niecierpliwie na wnuki. Reakcja jego ojca była do przewidzenia – nigdy nie wydawał się nim zawiedziony, nawet podczas rozwodu z Rachel, ale Danny nie spodziewał się czułości z jego strony. Krótka męska rozmowa o planach – i tego właśnie obawiał się najbardziej, bo w jego głowie ziała jedna wielka pustka.
Potrafił sobie wyobrazić dezorientację wszystkich i konsternację najbliższych. Oni też nie brali pod uwagę takiej możliwości i może to i lepiej. Miał kilka miesięcy, aby ukrywać fakt, iż faktycznie urodzi. Najgorsza opcja była taka, że po zapoznaniu się z dokumentami od Carola zostanie mu kilka dni na decyzję.
Numer Dennisa wyświetlił się na jego komórce, ale odrzucił rozmowę po raz pierwszy, odkąd się znali. Może gdyby robił to częściej, zostając w domu, Rachel nadal by z nim była. Podświadomie wiedział jednak, że to kłamstwo. Odeszła od niego ze strachu, że kiedyś nie wróci. Chciała, aby zmienił wydział, a tego nie mógł zrobić. Nie teraz, gdy był tak blisko.
Wyszedł w końcu z łazienki i rzucił się na łóżko, decydując, że jeden dzień może po prostu przespać.
Dennis przyglądał mu się podejrzliwie, jakby chciał zapytać, ale znowu coś go powstrzymywało. Normalnie wymusiłby na nim jakąkolwiek reakcję, aby przerwać to milczenie, ale raz w życiu ta cisza mu nie przeszkadzała. Nie miał nawet sił syczeć na cholerne korki. Ich dojazd na miejsce zbrodni miał się sporo opóźnić i zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby od razu udać się w stronę kostnicy.
Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale skoro on wyczuwał, że jest w ciąży – może pozostali mutanci mieli podobnie. Przypadkowo spotkana omega czy alfa mogliby zdradzić go nieświadomie i sama ta myśl sprawiała, że popadał w paranoję.
- Danny – zaczął Dennis w końcu. – Wczoraj miałeś spotkanie u lekarza, prawda? Nie jesteś chory, no nie? Nie rosną ci piersi? – spytał Barat.
Danny nawet nie zastanawiał się nad tym, jak męskie omegi karmią swoje dzieci. Ta opcja jednak przeraziła go o wiele bardziej niż wszystkie inne.
- Nie wiem – przyznał, zanim zdał sobie sprawę, że jego partner najnormalniej w świecie żartuje. – Nie, do diabła! Zwariowałeś?! – podniósł odrobinę głos.
Dennis spojrzał na niego jeszcze bardziej podejrzliwie.
- Nie rosną mi piersi. To byłoby zresztą ogromne zagrożenie dla Karen. Już żyjemy w jakimś porąbanym związku, gdybym jeszcze zaczął ci się podobać… - zawiesił sugestywnie głos. – W ogóle jesteś chory – dodał, bo nagle wizja jego ciała z dodatkowymi elementami przyprawiła go o obrzydzenie.
Zadzwonił do Carola po wizycie i porozmawiali na temat hormonalnych zmian, które go czekały. Zmiana nastrojów nie grała roli, bo w zasadzie Dennis zawsze nazywał go humorzastym, ale mogły nadejść mdłości, a nie chciał się porzygać na miejscu zbrodni. Chłopaki nie zapomnieliby mu tego do końca życia.
- Od wczoraj zachowujesz się dziwnie. Normalnie nie odrzucasz moich telefonów – zauważył przytomnie Dennis.
Danny westchnął i oblizał usta. Jeśli faktycznie miałby z kimś porozmawiać, Barat był dobrym wyborem. Dennis rozumiał go na tyle, na ile musiał. Znali się jednak wystarczająco długo, aby sobie ufać, czego nie mógł powiedzieć o większości ludzi, z którymi wypił piwo czy dwa. I alkohol też musiał odstawić wraz z poranną kawą.
- Brzmisz jak zasmarkana nastolatka – odparł Danny. – Nie jestem chory – podjął po chwili, patrząc na drogę przed sobą. – Coś mnie zaskoczyło, ale to w końcu nic nowego, czyż nie? – spytał retorycznie. – Kiedy będę chciał na ten temat pogadać, wpadniesz do mnie do mieszkania i kupię sporo piwa, stary, bo totalnie w to nie uwierzysz.
Dennis spojrzał na niego lekko zaskoczony.
- Wydajesz się mniej zdenerwowany niż wcześniej – zauważył ostrożnie jego partner. – Moja teściowa tak ma, gdy walczy z zatwardzeniem.
- Jezu! – warknął Danny. – Nie muszę tego wiedzieć o matce Karen!
- A myślisz, że ja chciałem?! – spytał Dennis podniesionym głosem. – Czy chcesz, stary, czy nie, jesteśmy w tym razem – dodał i chociaż jego ton był żartobliwy, w uszach Danny'ego zabrzmiało to o wiele poważniej.
Ian jak zawsze przyglądał mu się z niezdrową fascynacją. Danny miał prawie nadzieję, że w jednej z chłodni znowu znajduje się alfa. To odciągnęłoby uwagę patologa od niego chociaż na kilka minut. Dennis czekał w progu, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Radzenie sobie z pojedynczymi trupami było łatwe, szczególnie że większość z tych ludzi jakoś zasłużyła na śmierć. Jednak ci anonimowi tutaj – nikt nie znał do końca ich historii, a trudno było uznać, że niespełna trzynastoletnia dziewczyna nabroiła tak wiele, że mogła odejść z tego świata bezimienna i w hańbie.
- Nic – odparł Danny, gdy ostatnia chłodnia została zamknięta.
- Nie wiem, jak możesz to robić – wtrącił Dennis.
- Ktoś musi – stwierdził po prostu Danny, wzruszając ramionami.
Ian jak zawsze nie odprowadził go nawet do drzwi.
- Czy mi się wydaje, czy Doktor Śmierć faktycznie sprawiał wrażenie zawiedzionego? – spytał z niedowierzaniem Barat.
- Chyba nie jesteś dostatecznie ładny, bo tobą nigdy się nie interesował. Za to zawsze marzył, aby położyć swoje ręce na mnie – rzucił Danny, mrugając do niego porozumiewawczo. – Przedstawię ci mojego fryzjera. Jakoś temu zaradzimy – obiecał.
- Jakiś ty pomocny – prychnął Dennis. – Chyba podziękuję. Jeszcze mi życie miłe. Karen zaprasza na kolację i musisz przyjechać, bo wątpię, abym cokolwiek przełknął. Za to ty masz ostatnio wilczy apetyt – zauważył.
Danny poczuł, jak całe jego ciało sztywnieje, ale Dennis najwyraźniej nie nawiązywał do niczego konkretnego, bo wyprzedził go w wyjściu ze szpitala. Zasunął kurtkę, czując, że materiał opina go o wiele ciaśniej. Rozmawiali z Carolem na temat tego, że zmieni się kształt jego sylwetki, ale niewprawne oko tego nie dostrzeże. Oczywiście doktor nie brał pod uwagę faktu, że Danny na co dzień otaczał się detektywami, którzy byli przyzwyczajeni do wychwytywania najmniejszych anomalii.
Nie pomagało to , że każdego dnia od świtu do zmierzchu przebywali razem z Dennisem. Już wcześniej wiedzieli o sobie zbyt wiele i nie był tak do końca pewien, czy przekraczanie pewnej granicy było bezpieczne. Wiedział z góry, jakie Dennis miał zdanie na temat ciąż. A wciąż nie zdecydował we własnej sprawie.
Carol nie naciskał. Doktor nie skontaktował go z omegą, który urodził, ale miał telefon do lekarza, który tę ciążę prowadził. Nie powinno być żadnych komplikacji. O ile zjawiałby się na każdej wizycie i zachowywał dietę – znaczy, nie jadł tych świństw, którymi się odżywiał z braku czasu. Jego geny były silne, a biorąc pod uwagę genotyp drugiego ojca – nie było zagrożenia chorobami genetycznymi.. Ciąża niezakłócona zewnętrznie miała przebiec gładko – na tyle, na ile gładko przebiegały ciąże. A Danny obejrzał kilka filmików w sieci i naprawdę zaczynał mieć jeszcze większy respekt do kobiet. Dlaczego jego matka trzykrotnie zdecydowała się na poród – było dla niego tajemnicą.
- Nie idziemy dzisiaj do ciebie na kolację – zdecydował nagle, bo wszystko układało się w logiczną całość.
Jego czas na pojęcie decyzji dobiegł końca. Dennis już zauważył zmiany w jego zachowaniu i odżywianiu. Wciąż zajadał się pączkami, ale odstawił kawę. Unikał miejsc dla palących, bo chociaż Carol twierdził, że dziecko będzie omegą lub alfą – nie miał pewności. I wolał nie kusić losu. Więc jak miał nie urodzić kogoś, o kogo już zaczynał dbać?
- Nie? – spytał Dennis niepewnie. – Chcesz, żebym ryzykował u mojej żony, bo coś ci wpadło do głowy? – prychnął.
- Jestem w ciąży – poinformował go spokojnie Danny.
Może zrobienie tego w samochodzie, gdy wracali z kostnicy, nie było najlepszym pomysłem, bo Barat ewidentnie zbladł. Nigdy jednak nie było dobrego czasu na takie wyznania.
- Jesteś w ciąży – powtórzył ostrożnie Dennis.
- Dokładnie – odparł Danny.
- To jest dziecko Rachel? – spytał Barat.
- Zgłupiałeś?! – warknął Danny, zastanawiając się nad tym, czy jego przyjaciel nie postradał zmysłów. – Niby jak?! Niby jak, Dennis?!
- Dobra, dobra. Może to nie był czas na żarty – wtrącił pospiesznie jego partner, podnosząc obie dłonie do góry w geście poddania się. – Więc jest Steve'a?
Danny wziął głębszy wdech.
- Tak – powiedział krótko.
- Wiesz, że możesz mówić do mnie pełnymi zdaniami, no nie? – spytał Dennis. – To nie przesłuchanie. Nie wykorzystam tego przeciwko tobie. W zasadzie nie powiem nikomu. Nawet Karen. Dopóki nie zdecydujesz inaczej.
- Wiem – wtrącił się szybko Danny. – Po prostu to nie jest łatwe. I tak, dziecko jest Steve'a. Nie spałem z nikim innym od czasu Rachel, która nie jest w stanie zapłodnić mężczyzny, dodam tak dla pewności – powiedział z przekonaniem .
Dennis milczał przez chwilę i zaczynało go to denerwować. Nie spodziewał się gratulacji, ale jakakolwiek reakcja była mile widziana.
- Nie zabezpieczyliście się czy jak? – spytał w końcu Dennis.
- Czy właśnie sugerujesz, że wpadłem jak jakaś gówniara? Bo powiem ci, że zużyliśmy tyle prezerwatyw, że na pewno…
- Bez szczegółów – wtrącił szybko Barat. – Bez szczegółów, w imię naszej przyjaźni! – rzucił odrobinę głośniej. – Czy to nie jest jakieś rzadkie? Znaczy, nie często faceci zachodzą w ciążę.
- Ostatni taki poród odebrano pięć lat temu – poinformował go, chociaż nie miał pojęcia, czemu dzielił się czymś podobnym. – Nie chcę trafić na łamy gazet, więc naprawdę wszystko zostaje w tajemnicy. Na razie wiesz ty i mój lekarz.
- A Steve? – zainteresował się Dennis.
- Steve nie podał mi swojego nazwiska i nie zdecydowałem jeszcze, czy chcę go znaleźć. To nie tak, że umawialiśmy się na coś podobnego. Wszystko było jasne i klarowne. I nadal jest. Nie potrzebuję jego opieki, Dennis, mam swoją rodzinę – wyjaśnił mu z westchnieniem.
- I mnie i Karen – dorzucił jego partner bez chwili wahania. – Mogę z tobą chodzić na wizyty do lekarza. To będzie dobry trening przed moim własnym dzieckiem.
- Nie przesadzaj. Nie chcę, żebyś był moją niańką, Dennis. Panuję nad sytuacją. Mam do przejrzenia dysertacje o męskich omegach i pogadam z lekarzem. Jestem nawet w lepszej sytuacji niż wasze normalne kobiety – odparł z przekąsem.
- Och, zapomniałem na sekundę o twoich super genach – prychnął Dennis, ale nie było w tym jadu.
- Pewnie nie uczyli was o ty w Dubaju – odgryzł się Danny.
- Stary, Dubaj nie jest w Indiach. Tak bardzo tracisz pazur. Może faktycznie wyrosną ci piersi – wyjęczał Dennis. – Jak ja powiem Karen, że od tej pory mówimy ci Daniela?
- Kopnę cię tak mocno… - zaczął Danny, ale nie potrafił powstrzymać uśmiechu, gdy Dennis zaczął rżeć ze śmiechu jak koń.
Jego mieszkanie nie znajdowało się w najlepszej okolicy, ale odznaka przyczepiona do paska ułatwiała naprawdę wiele. Jego pistolet wciąż tkwił w kaburze i ten przyjemny ciężar dziwnie go uspokajał. Dennis niósł część zakupów po schodach niczym dżentelmen, którym nigdy dla niego nie był. Jeśli tak miały teraz wyglądać ich wzajemne kontakty – Danny protestował.
Dennis swoim zachowaniem miał zdradzić go wcześniej niż pęczniejący sugestywnie brzuch.
Danny nie do końca wiedział, co go zaalarmowało. Może fakt, że na tym piętrze nigdy nie było tak spokojnie. Uniósł dłoń, zatrzymując Dennisa kilka metrów od swoich drzwi. Dywanik przed mieszkaniem był zabłocony, a w Newark padało dopiero od godziny.
- Zadzwoń po wsparcie – wyszeptał do swojego partnera, kładąc zakupy na podłodze.
Dennis nawet nie protestował.
- Mieszkanie obok ma otwarte drzwi – dodał Danny, wskazując mu kierunek.
To mogła być ich szansa. Ktokolwiek przeszukiwał jego mieszkanie, zapewne został nasłany przez Cannona. Broń w jego dłoni nagrzewała się powoli. Na zewnątrz było naprawdę chłodno, a kabura nie chroniła przed skrajnymi temperaturami.
Słyszał, że ktoś przechadzał się po jego salonie, więc nie wiedzieli nawet, że jest omegą. Co było dziwne, bo wszyscy w okolicy wiedzieli, że należał do tej nielicznej części populacji mutantów. Zamarł, bo to nagle się nie zgadzało. I wiedział, że popełnił błąd w ocenie sytuacji, gdy drzwi do jego mieszkania otworzyły się, a ewidentnie wyszkolony mężczyzna wytrącił mu broń jednym kopniakiem. Nie celowano do niego, więc nie przeszukiwali jego domu. Chcieli go wziąć żywcem, a to była ostatnia rzecz, na jaką zamierzał im pozwolić. Pchnął jednego z dryblasów, korzystając z tego, że zapewne nie spodziewali się po jego wzroście takiego oporu. Mogli być wyszkoleni do zabijania, ale on przeżył szkołę średnią w New Jersey, a to wbrew pozorom naprawdę znaczyło wiele. Był równie silny co szybki i jako pierwszy trafił na schody przeciwpożarowe, które zjechały wraz z nim w ciemną alejkę.
Wyraźnie słyszał za sobą nie tylko swoich prześladowców, ale również syreny policyjne. Mógł wybiec na ulicę, ale spodziewał się, że zaparkowali od frontu. W tej dzielnicy ludzie Cannona nie musieli się niczego obawiać, a on nie chciał wpaść wprost w ich łapy, więc przesadził niewielkie ogrodzenie i wbiegł w słabo oświetlone partie miasta. Zapasowa broń tkwiła pod nogawką jego spodni, ale nie miał nawet tyle czasu, aby schylić się po pistolet. Kilku bezdomnych, których wyminął, zaprotestowało słabo. Naruszył nie tylko ich terytorium, ale również dom. Na pewno mieli później narzekać, ale właśnie na to liczył.
Przed ludźmi Cannona nie było ucieczki, więc Dennis musiał znaleźć po nim tak wiele śladów jak to tylko możliwe.
Nieprzyjemny zapach slumsów dotarł do jego nozdrzy i może właśnie kierunek, który obrał, był błędem, bo nie minęło wiele czasu, a zgubił się pośród starych magazynów. Zwolnił, wchodząc głębiej w cień. Słyszał kroki tych, którzy gonili go od mieszkania i wydawali się wyczerpani, co znowu dawało mu przewagę. Sięgnął po broń, ale gdy wyprostował się ponownie, ktoś stał tuż obok niego. Nie dostrzegł nawet twarzy mężczyzny, zanim poczuł ból w tyle głowy. Ciemność, która otaczała go jeszcze kilka chwil wcześniej – stała się o wiele bardziej nasycona.
