Danny ocknął się z trudem, a w jego nozdrza uderzył mocny zapach ryb. Zawsze sądził, że wyląduje w dokach, ale nie wiedział, że Cannon postanowi go najpierw torturować tym smrodem. Jeśli każda z jego ofiar przeżywała coś podobnego – Danny współczuł im tym bardziej. Chociaż z drugiej strony pewnie ludzkie nosy nie ogarniały wszystkich wątpliwych aromatów, którymi dogadzano jemu.

W pomieszczeniu było ciemno, co go wcale nie zaskoczyło. Mógł jednak rozróżnić poszczególne kształty i wszystko wskazywało na to, że znajdował się w jakimś składziku. Kolejne paczki były porozrzucane po całej niewielkiej przestrzeni i nawet zacząłby dopasowywać układ pomieszczenia do planów budynków, które znał – gdyby coś innego nie zwróciło jego uwagi.

Poruszali się, a dokładnie płynęli, więc byli również na tyle daleko od brzegu, że nie miał jak uciec, co wyjaśniało, dlaczego go nie związano.

Nigdy nie miał choroby morskiej, a raczej nie podejrzewał się o to, ale mdłości, które zaczynał odczuwać, nie przynosiły mu zbyt wielkich nadziei. Czuł, że jego żołądek jest pusty, co było dziwne, bo z Dennisem jedli przed kostnicą. Pochłonął też przynajmniej dwa pączki w drodze do domu, więc po prostu musiał być nieprzytomny dłużej niż przypuszczał. Może miał wstrząśnienie mózgu, bo chociaż bakterie i wirusy się go nie imały – uszkodzenia mechaniczne to była całkiem inna bajka.

I to wyjaśniało mdłości.

Podniósł się ostrożnie, nie chcąc wzbudzać niepożądanego zainteresowania. Nigdy nie dowiedzieli się, co dokładnie robił Cannon z niewygodnymi ludźmi. Kiedy i jak ich porywał. Jak długo przetrzymywał ich przed śmiercią. Nie wiedział, jak dużo czasu mu zostało, ale podejrzewał, że nie są już w dokach Hudson, a to oznaczało, że jego koledzy mogą szukać w złym miejscu. Gdy uciekał – nigdy nie przyszło mu do głowy, że Cannon specjalnie dla niego zmieni swoje MO.

Może powinien czuć się zaszczycony. Miał tylko nadzieję, że ludzie, którzy znajdowali się na statku, byli idiotami i nie zdawali sobie sprawy, że ocean też posiadał lekkie przypływy.
Pomieszczenie, w którym się znajdował, bardziej przypominało kolejne wielkie pudło niż faktyczny pokój. Jedyne drzwi były zabezpieczone zaskakująco dobrym zamkiem.

Podejrzewał, że po drugiej stronie znajdowała się również zasuwa. Nikt go nie pilnował, ale skoro znajdowali się na otwartej wodzie – nie było takiej potrzeby.

Przeszukali go dokładnie. Zabrali jego broń i odznakę. Jego portfel i dokumenty zniknęły, podobnie jak pasek i krawat. Jakby bali się, że wszystko może stanowić dla niego broń. Nawet cholerne buty i skarpetki. I dlatego wiedział, że nierówna podłoga wykonana była z nieheblowanego drewna. Może trzymali na jakimś pieprzonym statku specjalnie wykonane więzienie. Małą drewnianą celę dla wścibskich glin.

Początkowo zdziwiło go, że nie wpadł w panikę. Przeszukał po ciemku całą przestrzeń, cal po calu, szukając czegokolwiek, co mogło mu się przydać, ale natrafił tylko na jeden zardzewiały gwóźdź. Musieli być zatem zawodowcami.

Jego serce biło szybciej niż normalnie, jakby przygotowywało go do kolejnego wysiłku – walki lub ucieczki – dwóch rzeczy, które kontrolował instynkt. Nie miał jednak przed sobą wroga, a wszystkie drogi były przed nim zamknięte. Usiadł zatem na podłodze i zrobił większy wdech, starając się zebrać jak najwięcej informacji.

Znał Cannona dość dobrze, chociaż nigdy nie rozmawiali. Profil psychologiczny wykonany przez jednego z ich ludzi opisywał faceta znakomicie. Mordował bez mrugnięcia okiem, gdy było to konieczne. Był pragmatykiem i trudno było przewidzieć jego kolejny ruch. Kierował się bolesną logiką kogoś, kto swoje interesy prowadzi bez żadnych emocji. I może przez to był tak cholernie niebezpieczny, bo nie znaleźli u niego żadnych słabych punktów.

Danny normalnie uznałby, że porwano go, aby go torturować i zabić. Skoro nie zrobili tego na miejscu, w jego mieszkaniu, mogli chcieć informacji, które posiadał. Z drugiej jednak strony – tym ludziom zależało na czasie. Nie poczekaliby, aż dojdzie do siebie po tym, jak dostał po głowie. Próbowaliby ocucić go wcześniej, pewnie niezbyt przyjemnymi metodami i dopiero przesłuchać. Tymczasem siedział sam, zamknięty w nieznanym sobie miejscu.

Jeśli chcieli go sprzedać jakiemuś cholernemu szejkowi – zamierzał facetowi odgryźć fiuta.
Kolejne możliwości pojawiały się przed jego oczami i każda była mniej przyjemna od poprzedniej. Jedyna nadzieja, jaka mu pozostała, to to, że chcieli go przestraszyć i może po prostu przekupić, a z tym dałby sobie radę. Nie widział ich twarzy i musieli o tym wiedzieć, więc nie był świadkiem, którego należało się pozbyć.

Łódź wyglądała na ich tajną kryjówkę, o której nie wiedzieli, i Danny prawie czuł dawne podniecenie, które przychodziło za każdym razem, gdy znajdowali takie właśnie szczegóły na temat Cannona. Gwóźdź w jego dłoni nagle stał się wspaniałym narzędziem. Bez chwili wahania zaczął wydrapywać w ciemności numer swojej odznaki, aby mieć pewność, że jeśli będzie miał szansę – znajdzie tę małą zasraną celę, a ta doprowadzi go do porywaczy.

Kiedy obudził się po raz kolejny, drzwi do pomieszczenia stały otworem, ale celowano do niego, więc nie ruszył się nawet spod ściany. Na podłodze pojawił się talerz z jedzeniem i jego strażnik wycofał się bez słowa. Danny nasłuchiwał. Klucz zajęczał w zamku, a potem pojawił się głuchy dźwięk opuszczanej zasuwy. Miał ochotę spytać, co tu, do cholery, robił, ale wbrew temu, co twierdzono w filmach, nawiązywanie kontaktu z porywaczem prowadziło tylko do tego, że ten chętniej pozbywał się balastu, którym była ofiara. Teraz dbano o to, aby nie pozostawiać śladów, a rozwój techniki doprowadził do tego, że nawet po głosie można było zidentyfikować przestępcę.

Danny zatem milczał.

Podszedł do pojedynczego, pozostawionego na ziemi talerza i ostrożnie zaciągnął się powietrzem. Nie wyczuł chemikaliów, ale w zasadzie nie był aż tak dobry jak alfy. Ktokolwiek przygotowywał posiłek – użył czegoś z puszki. Smak był aż nazbyt rozpoznawalny. Butelka z wodą, której nie zauważył wcześniej, była już otwarta. Zjadł wszystko i zostawił talerz koło drzwi, nie bardzo chcąc, aby ktokolwiek podchodził do niego w poszukiwaniu naczyń.

Przypominały mu się sceny z filmów o więźniach, którzy rysowali na ścianach kreski – jedną za każdy dzień pobytu. Miał nawet gwóźdź, ale za to żadnego pojęcia, jaki był dzień tygodnia. Mógł to nawet nie być ranek, bo przeważnie gdy nie jadł i nie sprawdzał pomieszczenia, spał. Może był to jego błąd od samego początku, ale po trzecim czy czwartym posiłku zrozumiał, że nie zamierzali go zabić. A przynajmniej nie od razu. Cały czas płynęli i ten ruch go usypiał. Nie do końca koił, ale wciąż sprawiał, że jego oczy same się zamykały.
Carol twierdził, że ciąża zacznie wysysać z niego energię i nagle to przestało być ważne, bo nie wiedział nawet, czy dożyje chwili, gdy poród będzie istotnym szczegółem. W chwili obecnej skupiał się na oddalonych od niego głosach. Ktoś wyraźnie prowadził rozmowę nad nim – może na górnym pokładzie. Czasem wychwytywał nawet całe zdania, gdy dostatecznie się skupił. Pozbawiony jednego zmysłu, wyostrzał drugi i może te wszystkie programy o przetrwaniu, które Dennis tak namiętnie oglądał, nie kłamały.

Na pokładzie znajdowało się przynajmniej sześciu ludzi. Żaden z nich nie był mutantem, więc faktycznie nie wiedzieli, że był omegą. To dawało mu pewną przewagę i kiedy w końcu wydrapał numer odznaki w trzech czy czterech miejscach, a nawet na jednej z zamkniętych paczek, zdecydował, że jeśli usłyszy cokolwiek interesującego, kostka jego lewej nogi będzie kolejna. Skóra tam była cienka i niewiele naczyń krwionośnych znajdowało się w pobliżu, więc i gojenie miało nastąpić szybko. A gdyby jednak zmienili zdanie co do pozbywania się go – Dennis miałby jakiekolwiek podstawy do tego, aby wszcząć faktyczne dochodzenie.
Zapach ryb szybko przestał mu przeszkadzać, gdy jego własne ciało zaczęło śmierdzieć. I cholera, ale naprawdę przeklinał dzień, w którym wylosował tak szczęśliwą pulę genów.

Wiedział, że jeszcze kiedyś to się na nim zemści.

- Ruszał się albo coś mówił? – spytał ktoś wyraźnie za jego drzwiami i to obudziło Danny'ego.

- Jest potulny jak baranek. Nie pomyślałby, że wcześniej sprawił nam tak wiele kłopotu – odparł drugi mężczyzna.

Słyszał te głosy wcześniej nad sobą. Jednak po raz pierwszy faktycznie mówili o nim i zmusił się do tego, aby nie wykonać żadnego ruchu. Im mocniej byli przekonani o tym, że śpi – tym większe były szanse, że coś zdradzą, a potrzebował kolejnych informacji, bo zaczynał wątpić w to, że został porwany przez ludzi Cannona.

Mogły minąć nawet cztery dni, odkąd go porwali. To nie było MO gangstera. A jeśli faktycznie go sprzedał jakimś kolesiom w Arabii, miał szybko tego pożałować. Nie uważał się za ślicznego, ale Cannon wiedział o omedze w policji i pewnie dodał dwa do dwóch. Fakt, że ludzie, którzy go przewozili, o niczym nie wiedzieli – dowodził tylko tyle, że byli zwykłymi pionkami. Albo Cannon nie chciał, aby uszkodzili towar.

- Jak sądzisz, co zrobi McGaret ? – spytał tamten drugi i obaj zaczęli się śmiać.

Danny próbował skojarzyć nazwisko z czymkolwiek, ale w jego głowie ziała wielka pustka. McDermott pracowała w urzędzie miasta, a Garet - Garet Bronson - był szefem wydziału policji w Nowym Jorku. Jeśli faktycznie Cannon znał takich ludzi, Danny'ego nie dziwiło , że nie mogli go ująć od ponad dziesięciu lat.

Zasuwa poruszyła się i drzwi zostały otworzone. Wsunięto kolejny talerz, a Danny zrobił wszystko, aby uznano go za śpiącego.

Mężczyźni oddalili się, tupiąc ciężkimi buciorami. Danny wyciągnął gwóźdź i wziął głębszy wdech, zastanawiając się, jak wykorzystać niewielką przestrzeń.

- Jeśli dalej tak pójdzie, jutro będziemy na miejscu – usłyszał jeszcze całkiem wyraźnie.

Nigdy nie wymówili nazwy portu, do którego zmierzali, ale spodziewał się, że nie są już w Kansas.

Wydrapanie Mc?Garet/Bronson zajęło mu prawie dwie godziny. Po chwili wahania dodał numer swojej odznaki, bo chociaż ufał Ianowi – lepiej było mieć pewność niż potem żałować.

Nie był do końca pewien, co obudziło go po raz kolejny. Jednak do jego tymczasowego lokum wpadało odrobinę światła. Nie to jednak zwróciło jego uwagę. Mrowienie, które zaczynało się u odstawy jego czaszki, informowało go, że nie był już jedynym mutantem na tym statku. Ktokolwiek przycumował do nich – oznaczał dla niego poważne kłopoty. Ukrył gwóźdź w rękawie swojej koszuli, chociaż taka broń wydawała mu się śmieszna.

Wstał, wiedząc, że nie nabierze alfy na podobne zagrywki i faktycznie już po chwili rosły mężczyzna pojawił się w jego drzwiach.

- Omega – warknął nieznajomy i cholera, ale nie był zadowolony z tego odkrycia.

Zatem kwestia sprzedania go gdzieś w Azji właśnie stała się najmniej prawdopodobnym scenariuszem.

Danny nie powiedział ani słowa, zresztą wątpił, aby to cokolwiek pomogło. Alfa spoglądał na niego, jakby rozważał, co z tym fantem zrobić – co zrobić z nim.

- Na pokład – rozkazał krótko mężczyzna, celując w niego bronią .

Danny instynktownie napiął mięśnie, ale walka na takiej małej przestrzeni nie miała sensu.

- Victor, ale co z McGarrettem ? – spytał głos, który był mu dobrze znany.

- Zamknij się – warknął alfa. – McGarrett sam nas znajdzie – dodał mężczyzna.

I działo się tutaj coś naprawdę dziwnego.

- Chyba macie nie tego człowieka – odezwał się w końcu Danny. – Jeśli nie jesteście opłacani przez Cannona, chyba doszło do nieporozumienia.

Alfa, Victor, nie zwrócił jednak na niego najmniejszej uwagi.

- Wychodź z podniesionymi rękami. Zapleć je za głową – polecił mężczyzna i zrobił mu miejsce, aby Danny mógł swobodnie przejść.

Korytarz był zbyt wąski, aby zrobić cokolwiek, a dodatkowo przed nim szedł kolejny dryblas. Czuł się jak ludzka kanapka. Jego wzrost był przeszkodą wcześniej, ale teraz, gdy nie widział, co przed nim, a doskonale wiedział, co za nim – było jeszcze gorzej. Wspięli się po schodkach na, jak mniemał, górny pokład i sądził, że uderzy w niego zimne powietrze, ale na zewnątrz – chociaż ciemno, nie było chłodno. Słabe oświetlenie na łodzi podpowiedziało mu, że przebywają tutaj nielegalnie i jego porywacze nie chcieli zwabić straży przybrzeżnej.

- Słuchaj, zawsze możemy się dogadać – zaczął, ponieważ chciał kupić sobie chociaż kilka minut.

Albo zrozumieć, o co tu, do cholery, chodzi, bo nie przetrzymuje się człowieka prawie tydzień tylko po to, aby zabić go na otwartym morzu. A przynajmniej tak przypuszczał. Jeśli spodziewali się okupu od jego bliskich – zapewne się zawiedli. Williamsowie brzmieli dumnie, ale pewnie nie byli w stanie zebrać stu tysięcy. Chyba że ojciec zastawił dom, a miał nadzieję, że Dennis powiedział mu, jakie są szanse odzyskania porwanych.

- Zamknij się – warknął alfa.

- To jest jakieś totalne nieporozumienie – podjął Danny jeszcze raz, gdy dotarł do burty i dostrzegł, że Victor zaczyna przykręcać tłumik do lufy swojego pistoletu.

Byli więc o wiele bliżej brzegu niż przypuszczał. I nie mogli oddać strzału bez alarmowania straży. Zanim alfa zorientował się, co jest grane, Danny walnął ręką w skierowaną w jego stronę broń. Pistolet wylądował na pokładzie, a jego dłoń krwawiła. On jednak był już za burtą, zapewne w połowie drogi do wody, a przynajmniej miał taką nadzieję.

Nie miał jak ruszyć się w swoim niewielkim więzieniu i jego mięśnie zdawały się omdlałe. Na pewno nieprzygotowane do takiego wysiłku, ale wszedł pod wodę bez przeszkód. I nie zamierzał szybko wypływać, nie wtedy, gdy nad sobą słyszał kolejne strzały i krzyki.

Oczywiście, któryś z tych imbecyli zaczął używać broni bez tłumika. Jedna z kul musnęła go, ale rana nie była bardziej poważna niż ta od broni. Jeśli miał złamany palec, to był drobiazg w porównaniu z tym, co mogło się stać.

Jego płuca zaczęły palić żywym ogniem, co było tylko cholernym złudzeniem. Nie wiedział jednak, jak daleko odpłynął od łodzi. Nie bardzo orientował się, w którą stronę znajdował się ląd, ale przypływ zawsze wynosił wszystko na brzeg i miał nadzieję, że fale go pokierują.

Wypłynął na powierzchnię tylko po to, aby po krótkim wdechu zejść z powrotem pod wodę. Koszula krępowała mu ruchy, podobnie jak spodnie, ale nie było najgorzej. Spodziewał się zimna, może szoku, ale tymczasem woda była całkiem przyjemna. Nie słyszał niczego ani nikogo. Nie odpływali najwyraźniej, bo kilkaset metrów od siebie widział ciemny zarys statku. Nie mogli go jednak również szukać, co trochę go pocieszało.

Zastanawiał się, jak długo będzie w stanie płynąć, ale morze… a raczej ocean – był spokojny. Nie musiał bardzo walczyć o to, aby utrzymać się na powierzchni, więc kiedy stracił ich z oczu – pozwolił po prostu nieść się falom. Kiedy kilka godzin później zaświtało, łodzi nie było, a on zdał sobie sprawę, że był dalej od lądu niż się spodziewał. Przed nim majaczyła cholerna wyspa i całkiem możliwe, iż wyczerpanie sprawiało, że miał halucynacje, ale widział nawet pieprzone palmy. Zielona linia drzew ukrywała się za całymi kilometrami plaż.

Jego ramiona bolały jak cholera, więc płynął o wiele wolniej, niżby sobie tego życzył. Mógł przysiąc, że zamknął oczy tylko na chwilę, a zaraz potem poczuł, jak jest wciągany na kolejną cholerną łódź.

Próbował się wyrwać, ale wyjątkowo szorstkie dłonie przytrzymały go na drewnianym dnie.

- Spokojnie – powiedział mężczyzna i Danny otworzył oczy tylko na krótką chwilę, bo cholerne słońce chciało wypalić mu źrenice. – Jesteś bezpieczny – dodał tamten.

- Policja – wychrypiał.

- Mój kuzyn jest z policji. Powiadomiliśmy ich – powiedział nieznajomy. – Podpłynęliśmy, gdy zauważyliśmy, że idziesz na dno.

- Nie, ja jestem z policji – odparł, starając się pozostać przytomnym.

Nie wiedział, ile czasu spędził w wodzie, ale nie był w stanie unieść rąk do góry. Jego prawa dłoń była tak opuchnięta, że nie był w stanie zwinąć jej w pięść, a głowa bolała go jak diabli.
Mężczyźni zaczęli mówić do siebie w języku, którego nie rozumiał, co oznaczało tylko kłopoty. Czy faktycznie miał wypisane na twarzy Amerykanin? Mężczyzna nie mówił z akcentem, ale sam był tak ogłupiały, że mogło mu to umknąć.

- Tylko ty mówisz po angielsku? – spytał w końcu szczerze.

- Cholerni haole – warknął ktoś drugi i obaj jego wybawcy się roześmiali.

- Gdzie jestem? – spytał Danny, chcąc się unieść na łokciach, ale nie pozwolono mu i na to.

- Spokojnie. Dostałeś w głowę i jesteś odwodniony…

- Gdzie jestem? – nalegał, bo nagle wydawało mu się to całkiem ważne.

Może faktycznie nie powinien był się też tak podrywać do góry, bo zaczynało ciemnieć mu przed oczami. Gdzieś tam słyszał znajomy dźwięk syren.