Ostatnie dni Danny'ego składały się z ciągłych pobudek w ciemności, więc gdy tym razem otworzył oczy i poraziło go światło, wiedział, że coś jest nie tak. Nie poruszył się, chociaż tak podpowiadał mu instynkt. Jeśli ktoś znajdował się w pokoju, zostałby zaalarmowany, a musiał się najpierw zorientować w sytuacji.
Charakterystyczny zapach medykamentów wypełnił jego płuca. Ostrożnie rozejrzał się wokół. Białe ściany, aparatura medyczna. Leżał na szpitalnym łóżku i najwyraźniej go nie skrępowano, więc jednak był bezpieczny. Miał zamiar właśnie podnieść się na łokciach, gdy dostrzegł, że krzesło obok było zajęte. Intruz ewidentnie spał, a mrowienie w całym jego ciele podpowiedziało mu, że ma do czynienia z kolejnym alfą. Może przysłanym przez miejscową policję w celu potwierdzenia jego statusu. Facet pewnie raz w życiu cieszył się, że nie zaprowadzono go do kostnicy.
Danny zerknął na niego przelotnie i zamarł, bo te rysy twarzy były aż nazbyt znajome. Steve, bo to nie mógł być nikt inny, spał na krześle w jego szpitalnej sali, z pistoletem leżącym na kolanach. Danny poczuł, jak jego mięśnie się napinają. Barki bolały go jak diabli i opatrzono jego rękę, podobnie jak kostkę. Najciszej jak mógł, przesunął się w bok i jednym płynnym ruchem sięgnął po broń, a potem odturlał się na drugą stronę łóżka, lądując na ziemi.
Wycelował w obudzonego Steve'a, który w szoku wpatrywał się w niego przez chwilę.
- Hej! Hej! – zaczął alfa. – Jesteś bezpieczny – poinformował go, ale Danny nie wierzył w ani jedno jego słowo.
Drzwi do sali otworzyły się i pielęgniarka pisnęła na jego widok. To rozproszyło go na ułamek sekundy, a kiedy ponownie spojrzał na Steve'a, ten miał już pistolet w ręce.
- Oczywiście, że masz drugą broń – warknął zirytowany.
Nie spodziewał się, że pielęgniarka zniknie, zastąpiona dwoma policjantami, którzy musieli być świeży, bo wyglądali na naprawdę zszokowanych.
- Danny, opuść broń – poprosił Steve.
- Hmmmm, co powiesz na nie? – spytał, marszcząc brwi. – Ty opuść broń, a potem powiedz, co jest grane, Steve – warknął, podkreślając imię, które zostało mu podane kilka tygodni wcześniej w New Jersey.
- Detektywie Williams – zaczął jeden z policjantów i, co zabawniejsze, obaj trzymali ręce w górze, a wcale o to nie poprosił.
Nieznane mu oznaczenia jednostki nie nastrajały go pozytywnie.
- Wyjaśnię ci wszystko, ale musisz się uspokoić. Znaleźli się rybacy… - zaczął Steve i to naprawdę była niezła zmiana tematu.
Danny prawie mu wierzył.
- Kim jesteś? – spytał wprost.
Trzymanie pistoletu w opuchniętej dłoni nie było najłatwiejsze, ale z tej odległości nie mógł spudłować i obaj ze Stevem o tym wiedzieli.
- Wyciągnę odznakę – zaproponował alfa.
- Bardzo powoli – podpowiedział mu.
Steve nie wykonywał nagłych ruchów, gdy kierował lewą dłoń do tylnej kieszeni. I oczywiście cholerne bojówki zapewne miały setki skrytek. Facet mógł mieć ze sobą jeszcze ze trzy pistolety i Danny by tego nie zauważył.
Alfa machnął mu przed oczami legitymacją.
- Steve McGarrett, komandor porucznik Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych – przedstawił się mężczyzna, chociaż teraz już nie musiał, bo Danny widział to doskonale, podobnie jak całkiem nie-fałszywie wyglądające zdjęcie Steve'a w mundurze. – Opuścisz broń? – poprosił Steve i wyciągnął rękę po pistolet.
Danny wziął głębszy wdech i zirytowany oddał broń. Policjanci, jakby dopiero teraz się obudzili, ruszyli w jego stronę.
- Poważnie? Teraz zgrywacie bohaterów? Jak mnie któryś dotknie, wyląduje za oknem – warknął, ustawiając ich do pionu.
W jego żyłach nadal krążyła niebezpieczna dawka adrenaliny i chociaż coraz mocniej czuł, jak bardzo jest zmęczony, nie oznaczało to, że nie był w stanie się bronić.
- Czekaj... – zaczął, coś sobie nagle uświadamiając. – McGarrett? – upewnił się. – Oni mówili coś o tobie – dodał, przypominając sobie z trudem wydarzenia poprzedniej doby. – To nie robota Cannona. Cholera, muszę zadzwonić na posterunek w Newark… Nie było mnie…
- Osiem dni – dokończył Steve. – Byłeś zaginiony przez osiem dni. Detektywi Kelly i Hanamoa powiadomili już twoich kolegów i rodzinę, że jesteś cały i bezpieczny. Detektyw Barat za kilka godzin wyląduje na Maui Kahului – poinformował go.
Danny spojrzał na lekko zdezorientowanych policjantów. Za oknem było zbyt jasno, a cienka koszulka Steve'a nie mogła chronić przed chłodem. Mundury policjantów wykonano z dziwnego cienkiego materiału, co sprawiało, że robiło mu się zimno na samą myśl, że miałby włożyć coś podobnego.
- Gdzie jestem? – spytał wprost.
- Na Oahu – odparł Steve spokojnie, jakby każdy miał obowiązek wiedzieć, gdzie to, do jasnej cholery, jest.. – Na Hawajach – dodał i to było już całkiem bez sensu.
- Nie mogę być na Hawajach, bo porwano mnie z New Jersey – poinformował Steve'a, bo ktoś tutaj zwariował i to na pewno nie on. – I nie dopłynęlibyśmy tutaj w osiem dni – dodał tak dla pewności.
- Lekarz znalazł na twojej szyi ślad po igle. Odurzono cię i przerzucono na zachodnie wybrzeże – odparł Steve.
Danny poczuł, że pierwszy raz od tygodnia zaczyna panikować. Nie spodziewał się, że ci ludzie byli zdolni do czegoś podobnego. Musiał być nieprzytomny ponad dobę. I cholera, ale jeśli dysponowali środkami, które umożliwiły im przerzucenie go ot tak przez cały kraj, nie chciał poznawać tych ludzi bliżej.
Coś podpowiadało mu, że Steve był w to mocniej uwikłany niż się wydawało. Przede wszystkim Victor, kimkolwiek nie był, znał go. Jakoś go to nie umiejscawiało w samym środku konfliktu, a co gorsza nie miało nic wspólnego z Cannonem. Cokolwiek zatem ustalił, było bezużyteczne, przynajmniej w tej sprawie.
- Moment, moment. Dennis nie może wyjechać – powiedział z pewnością w głosie. – Jesteśmy w połowie cholernie ważnej sprawy, która…
Steve wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Powiedział, że przyjeżdża – odparł alfa. – Przywozi dowody w sprawie twojego porwania i został oddelegowany do tego dochodzenia – dodał Steve, ale mniej chętnie, jakby to była kolejna porcja informacji, którą nie do końca chciał się dzielić.
Danny widział w jego oczach wahanie. Nie byli przygotowani na kolejne spotkanie i nie wiedzieli, jak mają się traktować. Danny sam nie wiedział, jak ma się czuć z tym, że go porwano i że to najwyraźniej miało aż nazbyt wiele wspólnego z osobą Steve'a. Myśl o tym, że jest w ciąży, powróciła niechciana. Do tej pory udawało się ją zepchnąć, ale teraz nie wiedział nawet, czy faktycznie nadal nosi to dziecko. Jeśli go odurzono albo uderzono… Stres sam w sobie nie mógł być dobry dla dziecka. Nie wspomniawszy o kilku godzinach w wodzie, które przeżył nie tak dawno, wycieńczony i odwodniony.
- Wyjdźcie i niech ktoś zawoła pielęgniarkę – powiedział krótko. – Detektywów, którzy prowadzą sprawę, też powinniście zawiadomić o tym, że się obudziłem – doradził młodym, bo chociaż go irytowali, chciał, aby się czegokolwiek nauczyli.
Steve spojrzał na niego zaalarmowany.
- Źle się czujesz? – spytał alfa.
- Jak na człowieka, którego porwano, odurzono oraz przewieziono przez cały kraj… - zaczął i urwał, widząc, że na twarzy Steve'a pojawia się wypisana doskonale wina, której jakoś nie chciał pogłębiać. – Każda omega ma swojego lekarza. Muszę porozmawiać z moim, bo skoro mnie odurzono, to może mieć nieprzewidziane efekty - skłamał gładko.
A raczej nie do końca powiedział prawdę. Dziecko w tej chwili stawało się priorytetem. Nie wiedział jeszcze, co myśli o Stevie McGarretcie, ale coś mówiło mu, że lepiej jest poczekać. Rzucanie faceta na głęboką wodę nie mogło przynieść nic dobrego. Zresztą, co miał powiedzieć? Hej! Pamiętasz ten jeden raz, gdy włożyłeś we mnie te swoje zbyt długie palce? Mogłeś się wcześniej nie zabawiać własnym fiutem albo je po prostu wytrzeć.
Był zmęczony, bo normalnie wściekłby się, że jedna noc ze Stevem nie dość, że pozostawiła go w ciąży, to jeszcze stał się celem jakichś pieprzonych terrorystów. Cannon na karku wystarczył mu aż nadto.
Policjanci wyszli, ale wiedział, że przynajmniej jeden zostanie pod jego drzwiami. Byli tak bardzo użyteczni, że Steve postanowił spać na krześle z bronią w ręku, więc Danny nie spodziewał się po nich wiele. Alfa wpatrywał się w niego dłuższą chwilę, jakby nie potrafił zdecydować, czy powinien tutaj zostać czy wyjść. Danny nie potrafił mu odpowiedzieć na to pytanie. Wspiął się tylko na łóżko w zbyt długiej szpitalnej koszuli i przykrył kołdrą.
- Ponieważ dziwnym trafem wiem, że będziesz się tutaj kręcił – zaczął. – Powiedz Dennisowi, gdy wyląduje, żeby wypożyczył jakiś ładny samochód. I to nie oznacza rikszy. Dokładnie powtórz mu to o rikszy, bo wątpię, abym był na tyle przytomny, żeby to pamiętać, a to taki świetny tekst – wymruczał do poduszki.
Cokolwiek podali mu wcześniej, zaczynało działać. Albo zmęczenie ostatnich dni dawało o sobie znać.
Obudziła go pielęgniarka. Steve'a nie było nigdzie w zasięgu wzroku ani na korytarzu. Nie czuł już tego mrowienia w całym ciele, więc odrobinę uspokojony spojrzał na niezbyt pewną siebie kobietę. To ona weszła do sali, gdy celował do alfy.
- Czy mógłbym porozmawiać z lekarzem prowadzącym? – poprosił.
Zerknęła na niego niezbyt pewnie i chociaż wydawało się, że normalnie odmówiłaby, uśmiechnęła się sztucznie.
- Oczywiście – odparła. – Zaraz zawiadomię doktora Lokelani.
Nie znał tego lekarza i nie miał ochoty na dłuższe kontakty. Miał jedynie nadzieję, że uda mu się przesłać wyniki badań do Carola. Wątpił, aby jego doktora interesowała wizyta na Oahu, czy jak się nazywała ta wyspa. Wiedział, że Dennis na pewno powiadomił jego rodziców w pierwszej kolejności, że był bezpieczny, ale nadal powinien do nich zadzwonić, a jakoś nie potrafił się do tego zebrać. Nie umknęło jego uwadze, że w jego sali nie było telefonu.
Mężczyzna, który wszedł po kilku minutach, był niewiele wyższy od niego. Ciemna karnacja, lekko skośne oczy. Może nie do końca był miejscowym.
- Doktor Lokelani. Witamy wśród przytomnych, panie Williams – odezwał się mężczyzna, uśmiechając się do niego lekko.
Lekarz zerknął na kartę, a potem ponownie na niego i Danny zastanawiał się, jak dokładne badania już przeprowadzono.
- Ma pan ogromnego guza na głowie i liczne zadrapania. Przywieziono pana odwodnionego, ale to już historia. Zwichnięte kości palców zostały nastawione i opuchlizna powinna zejść w ciągu kilku dni – ciągnął lekarz, zerkając na niego tylko od czasu do czasu.
Najwyraźniej traktował to jak rutynową wizytę.
- Rana postrzałowa, w zasadzie draśnięcie, wymagała kilku szwów. Ma pan mocne zadrapanie w okolicy kostki, ale zapewne pan o tym wie. Dzięki numerowi odznaki mogliśmy pana zidentyfikować w ciągu kilku minut, ale proszę nie być z siebie dumnym, to mogło się skończyć zakażeniem. Podaliśmy dożylnie antybiotyk dwanaście godzin temu – poinformował go lekarz. – Czy jest coś, co chciałby pan wiedzieć?
Danny oblizał spierzchnięte usta.
- Mam swojego lekarza. Czy istnieje możliwość pobrania próbek i wysłania mu ich bez badania ich tutaj na miejscu? – spytał.
Lekarz spojrzał na niego, marszcząc brwi.
- Niepokoi coś pana? Nie widzę powodu, aby… - zaczął mężczyzna.
Danny spojrzał wymownie na otwarte na korytarz drzwi. Żołtodzioby nie były zbyt rozgarnięte, ale jednak im mniej wiedzieli, tym lepiej.
Lokelani zamknął drzwi i odłożył kartę na swoje miejsce.
- Jestem omegą, o czym zapewne pana poinformowano – zaczął Danny. – Mam swojego lekarza i chciałbym, aby on się mną od tej pory zajmował.
- Oczywiście, jak tylko wróci pan do domu, prześlemy na podany przez pana adres cała dokumentację – obiecał lekarz. – Natomiast w tej chwili pana stan…
- Jest stabilny, wiem – wszedł mu w słowo Danny.
- Mamy centrum badawcze, jedno z najlepszych w tej części Stanów, i jestem pewien, że tam panu pomogą – dodał Lokelani, ale to nadal nie rozwiązywało jego problemów.
I na pewno nie chciał mieć jakiegoś cholernego centrum na swojej głowie,. Zirytowany potarł kark i faktycznie pod jego palcami tkwił niewielki strupek, ślad po igle. Nie wiedział, czy będzie konieczne pobranie krwi czy kolejne USG, chciał się dowiedzieć, czy nadal jest w ciąży. Jego ciało było zbyt ospałe, aby dawać mu jakiekolwiek informacje. Albo już po prostu za bardzo przyzwyczaił się do drugiego żyjącego w nim organizmu.
Spojrzał na zdezorientowanego lekarza i westchnął.
- Doktor Carol jest moim lekarzem prowadzącym i muszę być z nim w stałym kontakcie, aczkolwiek… - zaczął i urwał. – Ta zasada poufności dotyczy też jednorazowych wizyt, prawda?
- Poufności między pacjentem a lekarzem? – upewnił się mężczyzna. – Tak, panie Williams. Jeśli jednak jakkolwiek nastawano na pana godność… - zaczął ostrożnie. – Sugerowałbym, aby pobrano próbki, ponieważ wtedy postępowanie sądowe…
- Rany boskie - prychnął Danny, gdy zorientował się, do czego nawiązywał lekarz. – Chcę , abyś sprawdził czy jestem w ciąży – powiedział wprost i zanim szok na twarzy Lokelaniego zniknął, kontynuował: – To powinien być piąty tydzień, nie, moment… Sszósty – poprawił się, przypominając sobie, że ponad siedem dni zniknęło ot tak z jego życiorysu. – I chcę, żebyś to zrobił dyskretnie, bo nie chcę być na pierwszych stronach gazet. Porwano mnie i jakoś nie uśmiecha mi się nadal być celem… - wyjaśnił i lekarz pokiwał tylko głową.
Lokelani ewidentnie się wahał, co zaczynało nie bardzo podobać się Danny'emu.
- Ma o tym wiedzieć tak mało osób, jak to tylko możliwe – przypomniał lekarzowi.
- Czy chce pan powiadomić ojca dziecka? – spytał mężczyzna.
Twarz Steve'a mignęła mu przed oczami tylko na krótką chwilę, zanim skrzywił się lekko.
- Na razie nie będzie to konieczne. Po prostu zrób to badanie, żebym wiedział, co w razie czego mam powiedzieć – rzucił Danny.
Nie cierpiał zmywać żelu ze swoich włosów. Cholerstwo lepiło się i ciągnęło. W zasadzie czuł się naprawdę dobrze, odkąd odespał i naładowano go płynami. Witaminy były zdrowe – jego matka miała rację przez cały ten czas.
Dwóch detektywów przyszło wypytywać go o wszystko, co wiedział i nie zaskoczyło go nawet, że Steve towarzyszył im przez cały czas. Danny był już jednak w o wiele lepszej kondycji do tego, aby na niego nakrzyczeć. Jego dziecko żyło i dobrze się miewało. Nigdy nie radził sobie z kumulującymi się pod skórą emocjami i może bywał wybuchowy, ale czy ktoś mógł się dziwić.
- Wiedzieli, gdzie mieszkam, więc musieli mnie śledzić – zaczął spokojnie. – Przeprowadziłem się nie tak całkiem dawno i nie zmieniłem jeszcze adresu w pracy ani w prawie jazdy – wyjaśnił, gdy jeden z nich otworzył usta, aby zadać pytanie.
- Widział ich pan kiedyś? – spytał Chin Ho Kelly i to naprawdę było wariactwo, aby tak nazywać dziecko.
- W zasadzie nie widziałem ich nawet wtedy. Wszystko stało się szybko, a wokół było ciemno. Potem, gdy przychodzili, zawsze światło mnie oślepiało. Obaj byli wyżsi ode mnie, ale na łodzi przebywało sześć osób – ciągnął dalej. – Łódź wydawała z siebie przytłumione odgłosy, ale to pewnie przez sam fakt, że mają w środku, zapewne w ładowni, drewnianą celę. Na pewno nie zrobili tego pierwszy raz, ale jeśli kiedykolwiek natraficie na podobną łajbę, w środku na każdej ze ścian jest wydrapany numer mojej odznaki – poinformował ich.
- I wydrapał pan również ten sam numer na swojej kostce wraz z tym dziwnym zapisem… - zaczął Meka i naprawdę Danny nie potrafił nawet pomyśleć jego nazwiska.
- McGarrett – podpowiedział mu. – To nazwisko padło, gdy rozmawiali ze sobą dobę przed tym, jak uznali, że muszą się mnie pozbyć.
Kelly zerknął na Steve'a, jakby chciał dalszych wyjaśnień, ale alfa potarł twarz dłonią. Może to był jakiś znak, bo obaj detektywi ponownie skierowali całą swoją uwagę na niego. I Danny'ego nie pierwszy raz zastanowiło, kto tutaj wydawał rozkazy. Nie cierpiał wojskowych, ponieważ uwielbiali się rządzić, a Steve potwierdzał wszystko to, co wiedział o alfach.
- Jakaś łódź musiała przycumować do naszej, bo na podkład wszedł ktoś nowy. Victor – poinformował ich Danny i Kelly już nawet nie notował.
Steve spiął się wyraźnie, jakby nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji.
- Victor Hesse był tutaj? – spytał z niedowierzaniem McGarrett.
- Nie wiem – sarknął Danny. – Nie przedstawił się, zanim chciał do mnie strzelić – prychnął. – Raczej nie mieliśmy przyjemności zamienić wielu słów. Jest alfą i szybko się zorientował, że ja jestem omegą, co doprowadziło go do konkluzji, że jedynym dobrym wyjściem będzie wyprowadzić mnie na pokład i zastrzelić – wyjaśnił Danny. – W zasadzie to jakiś twój kumpel? – spytał.
Steve spojrzał na niego z taką miną, że od razu pożałował tych słów.
- Zabiłem jego brata – przyznał McGarrett.
- Ślicznie, Steve, po prostu pięknie – zakpił Danny, nie mogąc się powstrzymać. – Ale dalej nie mam pojęcia, jak to się wiąże ze mną.
Alfa spojrzał na niego dość sugestywnie i w sali nagle zrobiło się duszno.
- To ty zidentyfikowałeś jego brata w New Jersey. Anton Hesse leżał w waszej kostnicy, zanim zabraliśmy go do siebie – wyjaśnił sucho Steve.
I Danny naprawdę zaczynał nie cierpieć alf.
