Danny spodziewał się, że gdy Kelly i Meka wyjdą, Steve podąży za nimi, ale alfa odczekał dokładnie sekundę po tym, jak detektywi zamknęli za sobą drzwi i rzucił w niego niepozorną torbą.
- Przyniosłem ci ubranie – poinformował go. – Lekarz powiedział, że na jutro przygotuje twój wypis.
Danny spojrzał na niego w niemym szoku, ale zanim zdążył uformować jakąś adekwatną odpowiedź, Steve był już na zewnątrz. Czuł wyraźnie, że alfa nie odszedł daleko. Może tylko wydawał instrukcje jego tymczasowej ochronie .
Danny spodziewał się, że trudno będzie im rozmawiać. Ilekroć zostawali sami, pomiędzy nimi pojawiało się to nieprzyjemne napięcie. I jeśli tak miała wyglądać jego kolejna doba – wypisywał się z tego raz na zawsze. Już teraz zabukowałby bilet na pierwszy samolot do domu, ale jeśli Dennis przyjeżdżał tutaj – sprawa musiała być gruba. Nie sądził, aby jego partner porzucił ot tak śledztwo prowadzone w New Jersey.
Zajrzał ostrożnie do torby i - gdy zdał sobie sprawę, na co patrzy – upuścił wszystko z powrotem na łóżko. Steve, chyba zwabiony jakimiś wibracjami wściekłości, zapukał i wszedł do sali.
- Nie ubierasz się – stwierdził alfa. – Dlaczego się nie ubierasz? – spytał zdezorientowany.
- Nie ma opcji, żebym założył koszulę w palmy – warknął Danny.
- To idealne przebranie. Będziesz wyglądał jak turysta – odparł Steve.
- Nie chcę wyglądać jak turysta! Czy ja ci wyglądam na turystę? Czy ja ci wyglądam na kogoś, kto z własnej woli przyjechałby na Hawaje? – spytał.
Steve spojrzał na niego lekko zaskoczony.
- Może cię to zdziwić, ale na pewno jest więcej turystów, którzy przyjeżdżają z New Jersey tutaj niż w drugą stronę. Poza tym, co jest złego w Hawajach? – spytał alfa i faktycznie wydawał się urażony.
- Zaraz ci powiem, co jest złego w Hawajach – zaczął Danny, podnosząc się na łokciach.
Miał w nosie, że nie miał bielizny, a ta koszula szpitalna rozpinała się przy każdym ruchu.
Steve włożył w niego dziecko i nie zrobił tego, gdy byli ubrani.
- Przede wszystkim przyjechałem tutaj nie z własnej woli – powiedział, wystawiając pierwszy palec do góry. – Po drugie, kto chciałby mieszkać na wyspie otoczonej wodą? – spytał.
- Każda wyspa jest otoczona wodą. Dlatego nazywają ją wyspą – wtrącił Steve i miał czelność nawet się uśmiechnąć.
- Nie poprawiaj mnie – mruknął Danny.
- Poza tym kontynenty to też wyspy. Są otoczone wodą, ale nie masz tej świadomości, bo lądu jest tak wiele… - zaczął Steve.
- Och, zamknij się – prychnął Danny.
Steve zaplótł dłonie na piersi i spojrzał na niego poważnie.
- Chciałbym, abyś udawał turystę przez dwadzieścia minut. Góra godzinę, dopóki moi ludzie nie sprawdzą wyspy – poinformował go alfa, a potem spojrzał na zegarek. – I jeśli teraz nie wyjedziemy, twój kolega z New Jersey będzie musiał sam trafić na posterunek w Honolulu. Pomyślałem, że chciałbyś go odebrać – dodał Steve.
Danny zbił wargi w wąską linię i spojrzał na alfę, nie wiedząc za bardzo, co począć. Miał ochotę krzyczeć, ale nie rozgryzł jeszcze dokładnie powodu swojej frustracji. Oczywiście samo porwanie wytrąciło go z równowagi, ale dopóki sądził, że to Cannon, jakoś sobie z tym radził. Steve nie zeznał wszystkiego – Danny był o tym przekonany. Podpowiadał mu to szósty zmysł śledczego, ale Kelly i Meka nie naciskali.
Najchętniej sam zmusiłby Steve'a do gadania, ale faktycznie chciał się najpierw dowiedzieć, jak się mają sprawy w New Jersey. I czekał go niezbyt przyjemny telefon do domu. Nienawidził, gdy jego Ma zaczynała płakać.
- Daj mi swój telefon – zażądał Danny. – Przebiorę się i muszę zadzwonić do kogoś w drodze na lotnisko.
Steve bez słowa komentarza sięgnął do jednej ze swoich stu kieszeni.
Danny czuł się jak idiota. Nie wiedział, jakim cudem Steve znał jego rozmiar, ale spodenki pasowały jak ulał. Podobnie jak koszula. Sandały, które Matka Natura powinna pochłonąć podczas wybuchu jednego z tutejszych wulkanów, irytowały go.
Tylko czekał na reakcję Dennisa.
Jego mama, tak jak można się było spodziewać, płakała kilka długich minut, zanim oddała słuchawkę ojcu. W ich małym domku w New Jersey znajdowali się wszyscy. Słyszał wyraźnie Matta i Lucy, kilka ciotek i wujka, z którym ojciec służył swego czasu. Jemu również ulżyło, że nareszcie mógł z nimi porozmawiać.
Steve prowadził srebrne Camaro i nie byłoby w tym nic dziwnego , gdyby nie fakt, że auto pachniało salonem samochodowym.
- Długo jesteś na wyspie? – spytał Danny ciekawie.
Mógł przysiąc, że samochód nie był używany. Nawet opony wyglądały na czyste.
- Dobę – odparł Steve krótko, zaciskając dłonie na kierownicy, aż jego kłykcie pobielały. – Zadzwoniono do mojej jednostki, aby mnie powiadomić, że wyłowiono z wody człowieka, który najprawdopodobniej ma moje nazwisko wydrapane na kostce – poinformował go alfa trudnym do odczytania tonem.
Danny zmarszczył brwi i nagle zorientował się, czego od samego początku mu brakowało.
- I to tyle? – spytał zirytowany.
Steve zerknął na niego, jakby nie rozumiał za bardzo, o co chodzi. I oczywiście, że nie wiedział, o co chodzi, bo był z pieprzonej marynarki, a tam pewnie pozwalano na takie rzeczy i uważano je za normalne.
- Żadnego 'przepraszam, że cię porwano, Danny'? – podpowiedział, ale jego irytacja tylko rosła, bo zdał sobie sprawę, że nie usłyszy tych słów.
- Samochód jest dla ciebie – powiedział w zamian Steve, kompletnie go szokując.
- Co?! – wyrwało mu się z ust.
- Kupiłem dla ciebie samochód. Powiedziałeś, że twój partner ma wypożyczyć coś ładnego – wyjaśnił Steve, wzruszając ramionami.
- Więc poszedłeś kupić mi samochód? – spytał z niedowierzaniem i potrząsnął głową. – Dlaczego to mnie nie dziwi? – spytał retorycznie. – Dlaczego, do cholery jasnej, nie mogłeś powiedzieć 'przepraszam'? Nie uczą tego w armii?! – zirytował się.
- W marynarce… Jestem z jednostki SEAL z marynarki, nie z armii – poprawił go Steve cierpliwie.
- Nie obchodzi mnie, czy pływasz na łodziach podwodnych, czy latasz w jednym z tych bajeranckich odrzutowców. Jak kogoś przez ciebie porywają, przepraszasz. Tak się robi w takich cywilizowanych krajach jak Stany Zjednoczone – uświadomił mu.
- Hawaje są jednym ze stanów – przypomniał mu Steve. – I przepraszam. Samochód to przeprosiny i powiedziałbym ci to od razu, gdybyś nie zaczął tej tyrady, która zabrała mi dwa kolejne miesiące życia.
Danny zacisnął usta w wąską kreskę i spojrzał przez okno, ale niemal natychmiast poczuł na sobie wzrok Steve'a. Coś mówiło mu też, że alfa nie zacznie uważać na drogę, dopóki nie uzyska jakiejkolwiek reakcji z jego strony.
- Przyjąłem do wiadomości twoje przeprosiny – poinformował Danny.
- Wynająłem dla ciebie pokój w Hiltonie – dodał Steve, patrząc już przez ciebie.
- I to ma sprawić, że jednak zaakceptuję twoje przeprosiny? – spytał z niedowierzaniem Danny.
- Nie wygłupiaj się. Musisz się jakoś poruszać i musisz gdzieś mieszkać. Po prostu cię przepraszam – odparł Steve i Danny żałował, że nie widzi jego oczu.
Alfa zdawał się spięty jak nigdy. Może uaktywniła się u niego kolejna fala wyrzutów sumienia – Danny nie był pewien.
- Co to za ludzie? – spytał.
Steve uparcie wbijał wzrok przed siebie.
- To ściśle tajne – odparł krótko alfa i najwyraźniej to jakoś miało zamknąć mu usta.
- Aha, czyli jednak umknął ci fakt, że mnie porwano, odurzono, przetrzymywano i próbowano zabić? – spytał lekko. – Raczej wątpię, abym ja zapomniał, a ponieważ jestem pamiętliwy, zapewne będę chciał sprawdzić, co to za Victor. Nie najgorzej się porozumieliśmy, pomijając oczywiście fakt, że do mnie celował…
- Nawet o tym nie myśl – warknął Steve. – Ci ludzie są niebezpieczni.
- No nie, poważnie, McGarrett? – spytał Danny, używając nazwiska, które zapewne długo jeszcze pozostanie zapisane na jego skórze.
I nie liczył się fakt, że literowanie wyszło źle.
- Jakoś mi to nie umknęło podczas tych ośmiu romantycznych dni, które spędziliśmy razem, gdy trzymali mnie w czymś, co wielkością przypominało drewnianą skrzynię załadunkową na ryby – powiedział odrobinę ostrzej.
Steve zacisnął ręce na kierownicy tak mocno, że na jego skórze pojawiły się białe ślady.
- I te twoje przeprosiny są naprawdę kiepskie. Kupujesz facetowi samochód w ramach rekompensaty, ale nie pozwalasz mu go prowadzić. Nieładnie, Steve. Na pewno w armii nie mieliście zajęć z…
- W marynarce, jestem z marynarki – warknął Steve i spojrzał na niego zirytowany. – To jest ściśle tajna operacja. Śledziłem tych ludzi przez pięć ostatnich lat i kiedy w końcu dopadłem Antona, uciekł konający. Tylko przez głupi błąd dostał się do waszej kostnicy… I gdybym wiedział, że zostaniesz porwany…
Danny czekał spokojnie, aż alfa zacznie kontynuować, ale ten umilkł.
- Potrzebuję informacji – rzucił, żeby wszystko było między nimi jasne.
Steve zerknął na niego jeszcze raz, jakby go oceniał.
- Nie odpuścisz, prawda? – spytał nagle alfa.
Danny miał już odpowiedź na końcu języka, gdy zdał sobie sprawę, że Steve nie tylko nie zwalnia, gdy zjechali z międzystanowej, ale nawet bez patrzenia w lusterko włącza się do ruchu.
- Wolniej, cholera, wolniej! – krzyknął, chowając się głębiej w fotelu.
Dziękował swojemu instynktowi, że przypiął się pasami, gdy tylko wsiadł do samochodu. Jakimś cudem nikt w nich nie uderzył, ale Steve dalej prowadził jak wariat. I to na pewno była wina armii.
- Ładnie cię proszę, zwolnij – dodał Danny, gdy minęli rząd budynków, a napisy restauracji rozmyły mu się przed oczami.
Steve kompletnie go zignorował.
- Nie odpuścisz – westchnął alfa, jakby się niczego innego nie spodziewał. – Przechodzę do Rezerwy – poinformował go.
- Po cholerę mi to mówisz i zwolnij, Steve! Przyjąłem twoje przeprosiny! – oznajmił mu, gdy adrenalina sprawiła, że jego mięśnie napięły się do granic możliwości.
Dlatego to on zawsze prowadził. Bezsilność bywała okrutnym wrogiem dla omeg.
- Gubernator udzieliła mi pozwolenia na założenie specjalnej jednostki, która zajmie się zwalczaniem Hesse'a na terenie Hawajów. Mogę korzystać ze wszelkich zasobów, więc zostajesz moim partnerem – poinformował go spokojnie Steve.
Danny spojrzał na niego jak na wariata, ponieważ musiał się po prostu przesłyszeć.
- Nie jestem z tego departamentu policji. Nie możesz mi nic kazać – zaperzył się.
Steve uśmiechnął się szeroko.
- Jeszcze dzisiaj zadzwonię do gubernator, a ona do szefa policji w Honolulu, który wyśle prośbę o przeniesienie cię tutaj na czas nieokreślony. Jesteś naszym jedynym świadkiem – oznajmił mu Steve i tak, to wszystko było wykonalne.
Danny nadal patrzył na alfę jak na wariata, ale teraz zastanawiał się, gdzie znajduje się najbliższy szpital, w którym mogli leczyć podobne schorzenia.
- Masz poważne problemy. Zapłacę za twojego terapeutę – obiecał mu Danny.
- Nie masz wyboru – odparł Steve i wydawał się tym mocno usatysfakcjonowany.
Dennis wyglądał tak, jakby stracił sporo na wadze. Danny jednak ugryzł się w język, zanim powiedział cokolwiek, bo jego partner ledwo trzymał się na nogach. Możliwe, że nie spał przez kilka ostatnich dni. Danny nie zmrużyłby oka, gdyby Barat zaginął – potrafił to zrozumieć.
Dennis wepchnął Steve'owi w dłonie dwie spore walizki wykonane z jakiegoś megaodpornego materiału, zapewne sądząc, że McGarrett jest pracownikiem policji, a potem bezceremonialnie rzucił się Danny'emu na szyję. Do tej pory dzielili tylko kilka uścisków, ale ten z powodzeniem mógł nazwać najbardziej emocjonalnym. Część napięcia zeszła z niego niczym powietrze z balonu.
- Chryste, Danny – powiedział Dennis, wypuszczając go z objęć.
- Budda na pewno jest zawiedziony – próbował zażartować.
- Chrzanić Buddę. Dwa dni kłóciłem się z twoim ojcem, żeby nie chodził na te identyfikacje zwłok – poinformował go Dennis załamującym się głosem. – Przeszukaliśmy Hudson wzdłuż i wszerz. Dwa kluby nurków się do nas przyłączyły. Jakaś znajoma Karen ma męża, który przeważnie wyjeżdża na Karaiby, ale zgodzili się nam pomóc i… - Głos uwiązł mu w gardle.
- Stary, to sporo zimnej wody – odparł Danny, nie wiedząc, co powiedzieć.
Steve przestępował nerwowo z nogi na nogę. Dennis w końcu zerknął niepewnie na przyjaciela i zmarszczył brwi.
- Co ty masz na sobie? – spytał Barat.
- Powiedz, że spakowałeś jakieś moje koszule – powiedział z nadzieją w głosie.
Dennis przygryzł wnętrze policzka i rzucił w stronę Steve'a niechętne spojrzenie. Złapał Danny'ego za nadgarstek i odciągnął kilka kroków dalej.
- Rachel cię spakowała. Nie powinienem ci tego mówić, ale chyba powinieneś z nią porozmawiać. Najlepiej teraz, gdy wszystko jest świeże. Karen mnie zabije, jeśli się dowie, że ci to powiedziałem , ale ona żałuje tego rozwodu, stary – powiedział pospiesznie Dennis. – I wie o wszystkim – dodał sugestywnie. – Musiałem komuś powiedzieć, więc powiedziałem twojemu ojcu, a on powiedział twojej matce i Rachel. Rachel od czasu twojego porwania w zasadzie mieszkała z twoimi rodzicami. Nie odstępowała twojej matki na krok i chodziła na wszystkie identyfikacje. Raz czy dwa musiałem je odciągać. Znaleźliśmy jakieś cztery ciała… Każdego kolejnego dnia po dwa czy trzy… - wyjaśnił jego partner.
Danny wolałby nie prowadzić tej rozmowy na lotnisku. I najlepiej z dala od Steve'a, który nie patrzył co prawda w ich stronę, ale widział jak spięty jest alfa.
- To było okropne – zakończył Dennis. – Ona cię kocha i ta sprawa tak ją zniszczyła, że to cień dawniej Rachel. Nigdy nie widziałem jej tak poruszonej. Ona umierała każdego dnia. Zna statystyki, wiedziała, czym się zajmujemy… - urwał.
Danny potarł twarz dłonią. Nie spodziewał się, aby Rachel zaangażowała się tak bardzo, ale jakoś nie dziwiło go, że jego była żona nie mogła tak po prostu tego zostawić. Nie wiedział jednak, co z tym zrobić. Sytuacja zmieniła się diametralnie. Nie wiedział nawet, kiedy wydostanie się z Hawajów, a sądząc po tym, jak bardzo zacięty był Steve – mogło się to stać po Victora Hesse'a trupie.
- Co ze sprawą Cannona? Kto ją teraz prowadzi? – spytał, żeby zmienić temat, widząc, że Steve zniecierpliwiony do nich dołącza.
Dennis westchnął.
- Szef będzie chciał porozmawiać z tobą na ten temat – poinformował go partner.
- Nie może nam odebrać sprawy, bo… - zaczął Danny pospiesznie.
- Nie ma sprawy – uciął krótko Dennis. – W podaniu o pracę nie dodałeś, że twój ojciec to emerytowany komandos – westchnął jego partner. – Jednego dnia jestem przez niego przesłuchiwany, jakbym się znajdował w środku obozu jenieckiego w Wietnamie, a drugiego on wpada na posterunek z sześcioma kolegami, każdy wygląda tak, jakby uciekł z domu spokojnej starości. Rozkładają na biurku szefa twoje zdjęcia z dzieciństwa i przysięgam ci, że widziałem jak sekretarka szefa płacze… A potem nagle dwa magazyny na nabrzeżu zostają wysadzone w powietrzu. Ulubiona restauracja Cannona zostaje zdemolowana, a dwóch jego pomniejszych posługaczy znajdujemy pobitych i związanych na progu posterunku – ciągnie dalej Dennis. – Kiedy twój ojciec chrzestny wzbudzał litość, facet na wózku włamał się do naszego systemu i ściągnął wszystko na temat ostatniej sprawy, nad którą pracowałeś. A kiedy nie mogli cię znaleźć, dorwali dziewczynę od Ramona, kochankę Cannona. Nie wiem, co jej powiedzieli, ale z płaczem zgłosiła się na posterunek. Zaczęła zeznawać i ukryliśmy ją w bezpiecznym domu. I wiesz, wydaje ci się, że to najpiękniejszy dzień w życiu? Mamy Cannona na widelcu? – spytał Dennis. – Tylko że nigdzie nie ma Cannona. Zakładaliśmy, że ktokolwiek drania ściga, pewnie go nastraszył. Nikt przecież nie podejrzewał ledwo ruszających się staruszków. Ale szóstego dnia poszukiwań wyłowiono jego ciało z Hudson – westchnął Dennis i potarł czoło. – A rano siódmego dnia od twojego zaginięcia, twój ojciec pokazał się w pojedynkę na posterunku, powiedział, że nie ma cię w New Jersey i że mamy mu znaleźć tego faceta – dodał Dennis, wskazując palcem w stronę Steve'a. – Więc zamiast pytać o Cannona, może ja spytam, co jest grane?
Danny wziął głębszy wdech i spojrzał oniemiały na swojego partnera.
- To jest Steve McGarrett – przedstawił mężczyznę, nie wiedząc, co tak dokładnie powinien dodać. – Alfa.
Dennis spojrzał na Steve'a, a potem na niego i jego wzrok podążył ponownie na McGarretta, gdy szybko składał fakty w całość. To nie było wcale takie trudne, skoro Danny znał tylko jednego alfę. I nie ukrywał niczego przed Dennisem. Oczywiście mógł zwodzić swojego partnera i udawać, że Steve jest po prostu Stevem. Barat nie miał jak się dowiedzieć, że McGarrett jest alfą. Normalnie ludzie się z tym nie obnosili. Danny był jednak w ciąży i potrzebował po prostu jego ludzkiego wsparcia. Nie zdecydował jeszcze, kiedy i czy w ogóle powiedzieć Steve'owi. Mężczyzna na razie miał jakąś dziwną obsesję na punkcie sprawiania, że jego życie stawało się gorsze. Danny zaczynał się obawiać, że przekonanie tego neandertalczyka do czegokolwiek było niemożliwe. A nie chciał, aby ktoś taki był ojcem jego dziecka. A przynajmniej świadomym i zaangażowanym w życie dziecka rodzicem. Biologicznie nie był w stanie już na nic wpłynąć.
Steve był dobry w łóżku, ale wiedział o mężczyźnie jedynie tyle, że zamiast przeprosić, kupił mu samochód. Co wcale nie świadczyło o nim dobrze. Chociaż samochód był piękny i Danny'ego na pewno zaboli odmowa przyjęcia podarunku.
- Och – wyrwało się z ust jego partnera.
Nie spodziewał się w zasadzie niczego innego.
- Ten Steve – rzucił jeszcze Barat, bardziej informując McGarretta, że o nich wie.
- Ten Steve – odparł alfa tonem tak dziwnym, że Danny nie chciał się w to zagłębiać.
