betowała oczywiście cudowne McDanno_Rulz :*
Danny wciągnął powietrze do płuc, zerkając niepewnie na Dennisa. Jego partner rzucał podejrzliwe spojrzenia na Steve'a od kilku minut, gdy czekali na jego bagaże. Nie spodziewał się, że jego ojciec poruszy niebo i ziemię, aby dowiedzieć się, co się z nim stało. Nie był jednak aż tak bardzo zaskoczony. Oczywiście nie wliczał w to morderstwa, bo pozbycie się w ten sposób Cannona nie załatwiało sprawy. Był policjantem – chwytał przestępców, a jego ojciec musiał zrozumieć, że czas jednostek specjalnych się skończył. Przynajmniej dla niego.
Steve wydawał się nadal zajmować całkiem podejrzanymi sprawami, o których Danny nie chciał wiedzieć. Jednak to nie był jego problem.
- W skali od jednego do dziesięciu, gdzie dziesięć to moment, gdy wyciągam telefon i dzwonię do twojego ojca, aby naskarżyć na alfę, ile jest jego winy w tym, że cię porwano? – spytał Dennis, nawet nie próbując zniżać głosu.
McGarrett spojrzał na Barata, jakby próbował przewiercić go wzrokiem na wylot.
- Wstrzymaj konie. Dzisiaj rozmawiałem z ojcem i nie wspomniał słowem, że rozwalił sprawę, nad którą spędziłem ostatnie pięć lat. Na jego miejscu raczej nie kombinowałbym, jak jeszcze namieszać – mruknął Danny.
- Wolę martwego Cannona niż martwego ciebie – stwierdził Barat bez wahania, ale w jego głosie nadal było jakieś niedowierzanie, jakby nie przyzwyczaił się do myśli, że faktycznie Danny jest w jednym kawałku. – Jak bardzo to jego wina? – spytał wprost Dennis.
- A co zrobisz? – warknął Steve, najwyraźniej tracąc cierpliwość.
Danny niemal czuł, jak alfa napina mięśnie, aby swoją posturą zastraszyć niższego i gorzej wytrenowanego policjanta. Dennis jednak nawet nie mrugnął okiem.
- Powiem jego ojcu – przyznał spokojnie Barat.
Steve przybrał ponownie swoją bardziej neutralną postawę, która z kolei z równowagi wyprowadzała Danny'ego.
- Nikt nic nie powie mojemu ojcu – warknął. – Załatwiliśmy to już jak dorośli ludzie.
- Jak dorośli ludzie? – spytał Dennis z kpiną.
Steve spojrzał na niego z dziwną intensywnością w oczach.
- Przeprosiłem – powiedział alfa takim tonem, jakby kosztowało go to kilka lat z życia.
Danny miał nagle ochotę się roześmiać, bo mina Dennisa była bezcenna.
- Przeprosiłeś? – spytał Barat. – Przeprosiłeś? – powtórzył z iskierkami histerii w tle i spojrzał na niego z niedowierzaniem.
Danny wolał nie wspominać, że nawet o te gówniane przeprosiny musiał zawalczyć. Wydawało się, że nie przechodziły przez usta Steve'a tak łatwo, jak powinny.
- I kupił mi samochód – dodał mniej chętnie.
Zamierzał nawiązać do sprawy auta, gdy zostaną sami, ale równie dobrze mogli ustalić to od razu.
- Kupił ci samochód? – powtórzył po nim Dennis podniesionym tonem.
I poważnie, nie słyszał za pierwszym razem. Steve bez wahania zdjął walizki Barata i Dennis zamarł, gdy bagaże znalazły się przy jego stopach.
- Skąd wiedziałeś, które są moje? – spytał podejrzliwie jego parter.
Steve nawet okiem nie mrugnął, gdy powiedział: - Kazałem cię śledzić i wysłano mi zdjęcia oraz numery twoich bagaży, gdy tylko wsiadłeś do samolotu.
Dennis pobladł lekko.
- Są podpisane – warknął Danny, bo chociaż ludzie nie byli w stanie dostrzec na obracających się walizkach swoich nazwisk, nawet on nie miał problemu z przeczytaniem niewielkich karteczek, które przylepiała obsługa lotu.
Steve pewnie je wyłowił na długie metry przed tym, zanim dotarły do nich.
Barat spojrzał na nich lekko zirytowany, jakby nie do końca wiedział, jak sobie poradzić z obecnością nie tylko omegi, ale również alfy. To nigdy wcześniej nie było problemem, ale Danny zdawał sobie sprawę, że bywał czasami zbyt intensywny. Tonował to jak mógł. Steve najwyraźniej nie wykazywał się równą grzecznością w stosunku do ludzi nieobdarzonych mutacją.
McGarrett bez słowa zabrał walizki z dowodami i część bagaży Barata, ruszając do przodu swoim o wiele zbyt szybkim tempem. Danny nie zamierzał jednak za nim biec i pewne zasady współpracy miały zostać ustalone jeszcze dzisiaj. Nie był popychadłem i przede wszystkim nie był wojskowym, więc żadne rozkazy się go nie imały.
- Kupił ci samochód? – upewnił się Dennis.
Danny wyszczerzył się wrednie.
- Chcesz być obecny przy tym, jak powiem mu, żeby wsadził go sobie głęboko…
- Wystarczy mi ta część opisu – uciął krótko Barat. – Facet wygląda i zachowuje się jak wariat.
Danny wzruszył ramionami. Nie rozgryzł McGarretta. Może nigdy nie miał do końca pojąć, co się dzieje w głowie alfy, ale jedno wiedział na pewno – Steve nie miał jednego oblicza. Pamiętał doskonale ich wzajemne dogryzanie sobie sprzed kilku tygodni. Sądził, że między nimi zaiskrzyło i naprawdę liczył, że kiedy Steve ponownie pojawi się w mieście – spotkają się. A przynajmniej miał na to nadzieję przez pierwsze trzy tygodnie. Zanim dowiedział się, że jest w ciąży.
Obecna sytuacja nie była dla niego zbyt dobra.
- Powiesz mu? Twoja rodzina wie. Mam nadzieję, że nie jesteś o to wściekły, ale musiałem im powiedzieć. To było ważne – wyszeptał Dennis, wpatrując się w niego z jakąś dziwną emocją.
- Jest okej – westchnął Danny. – I tak zamierzałem im powiedzieć, ale Steve to całkiem inna sprawa.
- Widzę – mruknął Dennis. – Jaki jest zasięg jego słuchu? – spytał ciekawie.
Danny wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzywo.
- No więc, Steve jest w armii – powiedział, nie siląc się na to, aby obniżyć głos.
McGarrett zwolnił i obrócił głowę, aby rzucić mu lekko zirytowane spojrzenie.
- Słyszy nas – odparł Danny z satysfakcją.
Dennis nie wydawał się być pod wrażeniem jego zachowania, ale miał to w nosie. McGarrett faktycznie był winien, ale ignorował to, jak mógł. Danny od czasu do czasu widział w oczach alfy wyrzuty sumienia, ale one szybko znikały. I może to tak właściwie tak bardzo go irytowało. Nie był przyzwyczajony do ludzi, którzy reagowali w ten sposób. Jako policjanci często znajdowali się w sytuacji zagrożenia, ale Danny nie pisał się na jakąś aferę międzystanową, a w środku takiej się właśnie znalazł. Gdy zaczynali się spotykać z Rachel – przedstawił sprawę jasno, więc ona wiedziała, że zostając jego żoną, będzie też musiała się borykać z tym, że miał niebezpieczny zawód.
Steve nie wykazał się w stosunku do niego podobną uprzejmością i Danny miał prawo go winić. Chociaż z drugiej strony żaden z nich nie pisał się na związek, a zwierzanie się jednonocnej przygodzie ze swoich planów zawodowych wydawało się dziwne. I to też go trochę powstrzymywało przed szczerą rozmową. Nie chciał, aby mężczyzna pomyślał, że Danny wrabia go w dziecko – nawet jeśli ono faktycznie należało do mężczyzny. To nie był dobry początek znajomości. I nie fundament do zakładania rodziny, której Danny w zasadzie nie zamierzał zakładać.
Wszystko działo się zbyt szybko. Nie wiedział w zasadzie, czego chce. Od siebie. Od Steve'a. Od Dennisa. Nie miał wizji przyszłości – nadal nie mógł do końca uwierzyć, że wyszedł z tego w zasadzie bez szwanku. Może potrzebował kilku dni, aby oswoić się z sytuacją.
Jeśli przedtem sądził, że sytuacja jest skomplikowana, gdy omega płci męskiej po rozwodzie zalicza taką wpadkę – teraz nie był w stanie nawet znaleźć skali. Nie wiedział, czy Steve kiedykolwiek chciał dzieci, ale nawet jeśli – pewnie nie w ten sposób. Widywał rodziny, gdzie jedno znęcało się nad drugim i nie chodziło nawet o przemoc fizyczną. Wzajemna niechęć i obwinianie się było dostateczną torturą dla ludzi, którzy więzili się w podobnych związkach. A Steve wyglądał na jednego z tych, którzy - chociaż niechętnie – przyjęliby odpowiedzialność. Bez słowa. I cholera, ale nie chciał kolejnego samochodu zamiast kilku zdań.
Dennis bez wahania zajął tylne siedzenie Camaro i Danny zacisnął dłonie na własnych kolanach. Alfa zerknął na niego niepewnie, marszcząc brwi. Przez chwilę nie uruchamiał silnika, jakby spodziewał się, że zaraz padną jakieś słowa i nie pomylił się.
- Nie chcę od ciebie samochodu – powiedział Danny całkiem wyraźnie i Dennis jęknął.
No, może jednak nie powinien był zaczynać teraz, ale nigdy nie należał do najbardziej cierpliwych.
- Musisz jakoś… - zaczął Steve.
- Nie – powiedział krótko Danny, wchodząc mu w pół słowa. – Jak byś się czuł, gdybym ci kupił samochód? – spytał w zamian.
Steve uniósł brew, jakby nie do końca wiedział, o co chodzi.
- Nie możesz być aż tak tępy – warknął Dennis z tylnego siedzenia. – Przez ciebie porywają faceta, a ty mu kupujesz samochód? Co kupiłbyś jego rodzinie za to, że go zabili? – spytał jego partner. – Ludzkie życie…
- Jest bezcenne – skończył za niego Steve. –Wiem – warknął i spojrzał na niego ponownie z tą dziwną emocją w oczach. – Myślisz, że się nie wystraszyłem, gdy poinformowano jednostkę o tym, że niedaleko Oahu znaleźli mężczyznę z moim imieniem wydrapanym w skórze? Mogłem się nawet nie dowiedzieć, za zaginąłeś – ciągnął dalej alfa. – Byłem na cholernej misji, ale wróciłem. Nie wiedziałem, o kim mówią, Danny – warknął.
Jego dłonie zacisnęły się na kierownicy tak mocno, że pobielały.
- Okej – stwierdził Danny wzruszając ramionami, gdy cisza w samochodzie stała się nie do zniesienia.
- Okej? – spytał Steve, jakby nie wierzył w to, co słyszy.
- Akceptacja przeprosin nadal w drodze – odparł, ponieważ na razie tylko na tyle było go stać.
Posterunek w Honolulu nie był czymś, czego się spodziewał. Już przebrany w koszulę i krawat, które nie krzywdziły ludzkich oczu i poczucia estetyki, wszedł na komisariat w towarzystwie tych, którzy chyba uważali się za jego ochroniarzy. Steve nie spuścił z oka dowodów, które dostarczył im Dennis, a jego ludzie zameldowali, że wyspa była bezpieczna. Przynajmniej na razie.
Danny czuł się nagi bez swojej odznaki i broni. Baratowi wydano pistolet, ale najwyraźniej faktycznie został przydzielony do jednostki Steve'a – samozwańczego boga wyspy, bo zaczęto się do niego odnosić z pewną podejrzliwością. Chociaż może był to po prostu wpływ krawata i przyzwoitej koszuli, której rękawy musiał podwinąć.
Chin Ho Kelly powitał ich i starał się ich od razu przemycić do swojego biurka. I Danny naprawdę nie potrzebował być detektywem, aby wiedzieć, że coś wisi w powietrzu i wcale mu się to nie spodoba.
- Macie coś? – spytał wprost McGarrett.
- Gubernator kazała nam przekazać tobie wszystkie dowody związane ze sprawą – odparł Kelly i spojrzał na Steve'a, jakby chciał więcej informacji. – Haole? Poważnie, Steve? – spytał i Danny nie wiedział, co znaczy to słowo, ale na pewno nie było to nic przyjemnego. – Znaczy, bez urazy – dodał pospiesznie Chin. – Całkiem dobra robota w Jersey, ale to są Hawaje. Ludziom się to nie podoba, a kiedy im się coś nie podoba…
- Nie chcą współpracować – dokończył za niego Danny.
Hawaje nie różniły się wiele od New Jersey.
- Twój transfer nie został jeszcze zatwierdzony, a gubernator już dzwoniła – ciągnął dalej Chin i tak, Danny od początku wiedział, że to się źle skończy.
- Świetna robota, McGarrett. Robota godna asa wywiadu. Zawsze wjeżdżasz czołgiem tam, gdzie powinieneś wejść piechotą? Czy po prostu w armii nie mieli zwyczaju uczyć was dyskrecji? – spytał. – I skoro ja nie dostałem broni, to dlaczego Dennis ma pistolet? – dodał lekko zirytowany.
Nie przyznawał tego nawet przed samym sobą, ale bez gnata przy boku nie czuł się już tak całkiem bezpiecznie. Przez osiem dni był pozbawiony kontroli nad swoim życiem. Chciał ją w końcu odzyskać. Nawet jeśli musiał to zrobić przemocą.
- Jestem SEAL – warknął Steve.
- Detektyw Barat jest teraz w policji Honolulu – westchnął Kelly, ignorując alfę. – Mamy dowody na kontakty waszej mafii z naszą – dodał Chin.
- Dlatego to mi się nie podoba. Prowadziliśmy to razem, Danny – przypomniał mu niepotrzebnie Barat.
Byli partnerami od tak długiego czasu, że podobnie jak w kwestii Rachel – tę rozłąkę również miał ciężko przeżyć. Już kiedy Steve zdecydował, że przydziela go jako swojego człowieka, czuł, że coś się dzieje. Nie wątpił, że Barat nie zostanie dopuszczony. Było coś takiego w alfach, co sprawiało, że miał ochotę pociągnąć za spust.
Steve nie dawał mu wyboru, z plecami w postaci gubernator. Bywał lubiany na swoim posterunku, ale nigdy jego kontakty nie sięgały tak wysoko. Chodziły plotki, że alfy potrafiły się ustawić. Tajne akcje, specjalne zdolności – dyskrecja była pożądana przez polityków, a w obliczu nadchodzących wyborów gubernator zapewne chciała ujęcie Hesse'a przypisać sobie. Nie potrzebował dodawać dwóch do dwóch, aby wiedzieć, że w świecie polityki i tak wyjdzie z tego pięć, a do tego oberwie po tyłku on.
Już obrywał.
- Nie podoba mi się to – wymruczał Dennis, spoglądając na rozstawione koło biurka China pudła z dokumentami.
Mieli całkiem podobne we własnym archiwum i wszystkie dotyczyły Cannona. Ale Jimmy'ego teraz nie było. I nie wiedział, jak pogodzić się z myślą, że tak wiele etapów w jego życiu zostało zakończonych.
- Zadzwonimy za godzinę do szefa. Dzisiaj ma spotkanie z burmistrzem… - zaczął Dennis.
- Świetnie. My wychodzimy – odparł Steve, zabierając nie tak całkiem wypchaną dokumentami teczkę z napisem 'Hesse' na szarej tekturze.
Zanim Danny zdążył zareagować, alfa był już koło drzwi windy, nie dając mu w zasadzie wyboru. Spojrzał przepraszająco w stronę Dennisa i walizek, które jego przyjaciel wziął ze sobą na posterunek. Policja w Honolulu musiała mieć wynajęte dla nich jakieś pokoje, ale najwyraźniej nie miał dowiedzieć się o ich lokalizacji aż do późnego popołudnia.
Dennis rzucił w niego telefonem, który złapał w ostatniej chwili, rejestrując kilka krzywych uśmieszków od gliniarzy z posterunku. Zastanawiał się, ilu z nich wiedziało, że jest omegą. Takie rzeczy szybko się rozchodziły i w tym kontekście zachowanie Steve'a nabierało lekko stereotypowego posmaku, którego wolał uniknąć.
- Wypadałoby, żebyś na mnie zaczekał – warknął Danny, gdy znaleźli się poza zasięgiem słuchu przypadkowych świadków.
Steve spojrzał na niego przelotnie, gdy wpakowywał pudło na tylne siedzenie samochodu.
- Nie było sensu marnować czasu – odparł alfa, jakby to było oczywiste.
- Aha, więc teraz moje zdanie się nie liczy? – spytał Danny, zirytowany faktem, że McGarrett najwyraźniej uważał to za coś oczywistego. – Jesteś wojskowym, Steve. Nie detektywem. Od czego zaczniesz? Gdzie się tak spieszysz? Wiesz, gdzie Hesse przebywa w tej chwili? – spytał mężczyzny i widział na jego twarzy coraz większe zmieszanie.
Oczywiście Steve chciał najpierw przejrzeć wszystko, co policja w Honolulu miała na tamtego alfę. I to byłoby logiczne, ale pominęli kilka kolejnych kroków.
- Potrzebna mi broń – warknął Danny. – Jeśli sądzisz, że będę za tobą podążał nieuzbrojony, gdy ty…
Steve otworzył schowek w samochodzie i wyciągnął całkiem poręczną berettę, której Danny sam nigdy by dla siebie nie wybrał. Sprawdził jednak, jak pistolet leży w jego dłoni i zerknął do magazynka, ciekawy, czy alfa Steve kiedykolwiek użył tej broni. Wyglądała na świeżo czyszczoną, co wcale go nie zaskoczyło.
- Okej, jedna sprawa załatwiona. Więc gdzie teraz? – spytał Danny, czerpiąc niemałą satysfakcję z tego, że Steve zacisnął zęby.
- Nie możesz wiedzieć więcej niż wiem ja – odparł McGarrett.
- Tutaj się mylisz. Ustalmy to na samym wstępie. Nie podzielisz się informacjami ze mną, ja mogę uznać, że nie podzielę się informacjami z tobą… - oznajmił mężczyźnie.
- To ściśle tajne – upierał się McGarrett.
- Oczywiście, że to ściśle tajne, ale wymuszanie na mnie współpracy jest już całkiem legalne, prawda? – mruknął zirytowany. – Przyjmij do wiadomości, że nie jesteś policjantem i wiedz, że twoje metody postępowania nic nie przyniosą. To, co masz w aktach, nie jest tym, co oni wiedzą. Mają swoje pomysły, którymi się nie podzielą, bo sprowadziłeś im obcych i zabrałeś sprawę – poinformował go Danny spokojnie. – Na twoje szczęście jestem świetny w czytaniu między wierszami, ale potrzebuję informacji, żeby sprawdzić. czy moje przypuszczenia są prawidłowe – dodał, spoglądając sugestywnie na Steve'a.
Mężczyzna zdawał się rozważać to, co zostało mu przekazane. Zawsze był to jakiś pierwszy krok.
- Dobrze. Odpowiem na tyle, na ile mogę – obiecał McGarrett.
Danny chciał z niego wydusić wszystko.
- Jesteśmy na wyspie – stwierdził i Steve pokiwał głową. – Czy za Hessem został wysłany list gończy? – spytał ciekawie.
- Międzynarodowy. Jest terrorystą – powiedział McGarrett i tej części Danny się akurat spodziewał.
Wojsko nie zajmowało się byle kim.
- Zatem nie ma takiej możliwości, aby skorzystał z oficjalnego transportu jak wynajem łodzi czy samolot – ciągnął dalej Danny. – Jak zatem się tutaj dostał? Czyja była tamta łódź? – spytał.
Steve wbił w niego wzrok, jakby sądził, że Danny sam odpowie na te pytania. A jeśli tak sądził, naprawdę był idiotą.
- Policja w Honolulu zapewne ma podejrzenia, kto zajmuje się przemytem ludzi, ale teraz nam nie powiedzą, bo musiałeś zgrywać ważniaka – poinformował go Danny spokojnie.
Steve zmarszczył brwi i zacisnął usta w wąską kreskę.
- Wiem, kto nam powie – odparł alfa i zapalił silnik, zapewne uważając tę rozmowę za zakończoną.
