Powinien był się spodziewać, że znajomym Steve'a również będzie alfa. Czuł, jakby całą skórę przegrzał na słońcu. Piekła, ale jednocześnie wiedział, że nic z tym nie zrobi. I nie wiedział, jak Steve mógł znosić coś podobnego w wojsku. O ile dobrze się orientował – oddział SEAL składał się głównie z alf, więc musieli znosić swoje towarzystwo przez cały czas. On już prawie przyzwyczaił się do McGarretta, ale drugi alfa zaburzał tę delikatną równowagę, którą wypracował.
Mężczyzna siedział na ganku swojego domu, gdy podjechali. Nie wyszedł, aby ich przywitać, ale Steve najwyraźniej go znał, bo obyło się bez krzyków na temat wtargnięcia.
- Więc to jest ta omega – stwierdził mężczyzna, nie podnosząc się ze swojego leżaka.
Danny zacisnął dłonie w pięści. Ostatni raz tym zaimkiem potraktował go gówniarz w piaskownicy i Danny wybił mu to z głowy. Podejrzewał, że z tym mężczyzną nie pójdzie łatwo, ale to nie oznaczało, że nie spróbuje. Facet był od nich starszy i na pewno nie był stąd. Jego jasne włosy i nabyta opalenizna zdradzały go równie mocno, co brak charakterystycznych rysów twarzy.
- Słuchaj, och wielmożny alfo – warknął Danny. – Kiedy ostatni raz sprawdzałem, ledwo wyczołgaliśmy się z lat pięćdziesiąt, w których najwyraźniej zostałeś… - zaczął, a mężczyzna odłożył spokojnie piwo i wstał z leżaka, zerkając na niego z wyraźnym zainteresowaniem.
- Ma gadane, Steve – stwierdził krótko mężczyzna.
I najwyraźniej taki miał właśnie styl. Stwierdzanie oczywistości. Danny już go uwielbiał. Miał nadzieję, że stworzą szczęśliwy oddział, przez który zapewne wydrapie sobie dziurę w skórze.
Steve wzruszył ramionami.
- Przyszliśmy po informacje – powiedział po prostu McGarrett, jakby nie było oczywistym, że nie jest to wizyta towarzyska.
Nikt zresztą nie zaproponował im herbaty ani kawy. Ani piwa. A pistolet w kaburze zaczynał swędzieć Danny'ego bardziej niż skóra na całym ciebie. Nigdy nie był za strzelaniem do informatorów, ale w tym facecie było coś, co go irytowało. Przede wszystkim za bardzo mu się przyglądał. Jakby Danny faktycznie niezdrowo go interesował i nawet Steve musiał to zauważyć, bo McGarrett stanął między nimi, jakby spodziewał się już niedługo bójki.
Danny był jak najbardziej za. Mógł już podwinąć rękawy. Żeby tylko koleś przestał patrzeć w niego w ten sposób, jakby już wszystko o nim wiedział i nic mu się nie podobało.
- Tato – zaczął Steve i tego Danny się nie spodziewał.
Słowa 'to jest twój ojciec' utknęły mu na końcu języka. Mógł stwierdzić oczywistość, ale to nie było w jego stylu. Kolejna myśl, że Steve jest nie tylko alfą, ale alfą w drugim pokoleniu nie była miła. Tak silne geny to nie jest coś. czego spodziewał się dla swojego dziecka. A sama świadomość, że facet przed nim jest nominalnie dziadkiem tego dziecka i pewnie mieli się jeszcze kiedyś zobaczyć, sprawiła, że momentalnie pożałował początku ich znajomości.
Jego ramiona same się rozluźniły, kiedy próbował udać, że się uśmiecha.
- Więc to jest pan McGarrett – powiedział po prostu, z nadzieją, że ktoś to pociągnie w jakiś cywilizowany sposób i facet przestanie patrzeć na niego jak na tą złą gałąź mutacji.
Niektórzy twierdzili, że omegi wyginą, gdy tylko nadarzy się taka okazja, jakby były pomyłką Pana Boga. Jednak omeg przybywało – podobnie jak alf. Nie było odpowiednich ludzi – mutacja po prostu miała dwa różne oblicza i nie wstydził się tego, kim był. Jeśli McGarrett miał z tym problem – no cóż – to był jego problem.
- Jakich dokładnie? – spytał mężczyzna i Danny'emu nie umknęło, że Steve go nie przedstawił.
To nie było przyjemne, ale przynajmniej dało całkiem jasny i klarowny sygnał.
- Kto tutaj przemyca ludzi? Kto miałby na tyle środków, aby zaaranżować porwanie w New Jersey i przewieźć kogoś na statku aż tutaj? – spytał Steve.
Starszy McGarrett nawet nie mrugnął, gdy wzrokiem objął całą jego sylwetkę, jakby chciał powiedzieć 'wiem kogo tak przetransportowano'. Danny wytrzymał i tym razem jego spojrzenie, starając się nie pogarszać już i tak napiętej sytuacji.
- Sang Min – odparł krótko mężczyzna. – Nigdy jednak nie znaleźliśmy na niego dosyć dowodów, aby go zamknąć – ciągnął dalej. – Chin dalej pracuje? – spytał ciekawie.
- Detektyw Kelly zajmował się tą sprawą – wtrącił Danny, zadowolony, że w końcu może coś powiedzieć.
Facet przyprawiał go o gęsią skórkę.
- Chin lubi pracę w terenie – zasugerował McGarrett, ignorując go kompletnie i Danny zaczął się zastanawiać, czy na tej cholernej wyspie mają jakieś omegi.
Może obie rezydujące alfy miał właśnie przed sobą i dlatego cała policja Honolulu zachowywała się w stosunku do Steve'a z taką rezerwą. Nie zakwestionowali żadnego z jego rozkazów, jakby był faktycznie ich szefem. Mutacja nie czyniła go jednak lepszym dowódcą per se – nie wszystkie alfy miały poukładane w głowie. Zdolności przywódcze faktycznie częściej się u nich ujawniały, ale ludzie wiele od nich nie odstawali.
- Dzięki, tato – powiedział Steve po prostu.
- Poczekam w samochodzie – rzucił Danny, chcąc dać im chwilę, bo McGarrett przeniósł wzrok na swojego syna i teraz to jego torturował tym intensywnym spojrzeniem.
Z każdym krokiem czuł się coraz lepiej i prawie nawet odetchnął z ulgą, gdy już z przyzwyczajenia zajął miejsce pasażera. Steve pojawił się obok w ciągu paru sekund, zatem pożegnanie z ojcem nie było długie.
Milczeli kilka chwil podczas jazdy, ale Danny nigdy nie potrafił długo trzymać języka za zębami.
- Jesteś alfą w drugim pokoleniu – powiedział, bo pytanie o to wydawało się nie na miejscu.
Steve nie oderwał nawet wzroku od jezdni, za co Danny był mu wdzięczny, bo tutejsze drogi potrafiły normalnie przyprawić o zawał.
Był tutaj zaledwie dobę, a już nienawidził turystów, którzy łazili, jak im się żywnie podobało.
- Sądzimy, że w trzecim – odparł alfa spokojnie i zerknął na niego, jakby chciał sprawdzić, czy robi to na Dannym wrażenie.
Nie drgnął nawet, ale na jego rękach pojawiła się gęsia skórka. Znał przynajmniej trzy kobiety, które pobiłyby się, aby zajść ze Stevem w ciążę. Mutacja gwarantowała bowiem piękne, zdrowe, inteligentne dzieci. Nagle bardzo chciał, aby jego córka była omegą. I nie wiedział nawet, jak to się pojawiło w jego głowie, ale podobnie jak myśl o ciąży wydawało mu się to po prostu prawidłowe. Musiał zadzwonić do Carola. Nie miał aż tak rozległej wiedzy o alfach, a superżołnierz okazał się super-super-superżołnierzem, co komplikowało mu życie. I chyba nie potrzebował badania na potwierdzenie płci dziecka. Z dokumentów, które zdążył przejrzeć w domu, wynikało, że tamten omega miał przeczucie co do tego, że będzie miał syna, ale Danny miał pewność. I to było coś nowego.
- Mój dziadek zginął na "Arizonie" podczas ataków na Pearl Harbor – wyjaśnił Steve. – Nie wiemy na pewno, bo wtedy genetyka kulała, ale mówiono, że potrafił podnieść więcej niż inni i wyczuwał, jaki obiad przygotowuje kuk w mesie – wyjaśnił alfa.
- Dowód na to, że eksplozja jądrowa nie zastartowała mutacji – wtrącił Danny, nie wiedząc, co powinien teraz powiedzieć. – Twoja matka była omegą? – zainteresował się. – W zasadzie dlaczego oni wszyscy na mnie tak patrzą? Nie macie omeg na wyspie? – warknął, nagle zirytowany.
Oczywiście McGarrett musiał być potomkiem jakiegoś cholernego bohatera wojennego. Cześć, którą go tu obdarzano – nagle nabrała sensu. Podobnie jak dobra wola gubernator. Zapewne chciała się popisać tym, że współpracuje z miejscowym alfą, który ma tak bogatą przeszłość. Ludzie uwielbiali takie historie.
- Na Oahu jest w zasadzie sporo omeg. To wyspa, więc różnorodność genetyczna jest ważna, jak zapewne się spodziewasz – wyjaśnił Steve nagle zirytowany. – Jednak wszystkie są kobietami. Nie wiem czemu. Po prostu… - urwał.
- O Boże – jęknął Danny. – Dlatego tak mi się przyglądałeś w pubie – odgadł. – Nigdy nie widziałeś omegi faceta, prawda?
Steve poruszył się nerwowo na swoim siedzeniu, co było tylko potwierdzeniem najgorszego. Danny miał rację i po raz kolejny ktoś potraktował go jak ciekawostkę genetyczną. Nie czuł się jak odszczepieniec od bardzo długiego czasu. Prawie zapomniał, że wtedy gorycz wypełnia usta i człowiek ma ochotę tylko splunąć. Albo zwymiotować.
I naprawdę miał nadzieję, że to nie początki porannych mdłości, bo było już dobrze po południu.
- Musimy coś zjeść – powiedział w końcu, orientując się nagle, że nie pamiętał ostatniego posiłku.
I to nie mogło być dobre.
- Odwiedzimy China i… - zaczął McGarrett.
- Nie, musimy coś zjeść, bo się porzygam – powiedział szczerze Danny. – Nie wiem, kiedy ostatni raz jadłem – przyznał. – Lekarz mówił coś o dożylnych odżywianiu, ale… - urwał, gdy Steve zawrócił bez ostrzeżenia.
- Zwariowałeś?! – krzyknął, gdy świat zawirował mu przed oczami.
Steve zacisnął dłonie na kierownicy, gdy wyprowadził samochód na prostą i rzucił mu jeden z tych swoich zbyt szerokich uśmiechów, przez który jego serce zaczynało bić szybciej. Był naprawdę zadowolony, że prawie dostał zawału, bo to na pewno pokryło wszelkie inne reakcje jego ciała.
- Nie byłeś pierwszym omegą, którego widziałem – odezwał się nagle Steve. – Kuwejt, Kapsztad, Seul – wymienił krótko i nie dodał nic więcej, jakby to musiało mu wystarczyć.
Danny rozumiał, że gdy tylko spyta, usłyszy, że wszystko inne jest ściśle tajne. Próbował się uśmiechnąć.
- Ciekawe życie, czyż nie? Niczym marynarz, w każdym porcie inny omega – zażartował, ale nawet w jego uszach zabrzmiało to słabo.
Steve zaparkował pod niepozornie wyglądającym budynkiem i spojrzał na niego, marszcząc brwi.
- Powiedziałem ci już, że to nie w moim stylu – przypomniał mu alfa tonem tak neutralnym, że Danny zaczął się zastanawiać, czy Steve zawsze tak ukrywał swoje emocje.
W armii nie mogło mu być łatwo, a biorąc pod uwagę jego ojca, to nawet nie był zaskoczony, że Steve wyszedł odrobinę uszkodzony z domu. Nie sądził, aby stary McGarrett używał słowa przepraszam. Nic dziwnego, że Steve nie potrafił dopasować tego wyrażenia do konkretnej sytuacji.
- W twoim stylu jest tylko pozwalanie, żeby ktoś te jednonocne przygody porywał? – spytał Danny.
- Myślałem, że skoro przeprosiłem, faktycznie jesteśmy na etapie twojego wybaczania – odparł Steve i spojrzał na niego jakoś dziwnie.
- Wybaczania tak, ale to nie znaczy, że zapomnę i nie będę ci tego wypominał do końca życia – uświadomił go Danny. – Seks z tobą bywa zaskakująco niebezpieczny. Czuję się w obowiązku poinformować tak wiele osób, ile jestem w stanie – dodał.
Steve zmarszczył brwi i zdawał się to rozważać, co było podejrzane, bo Danny żartował. Nie do końca na temat wypominania tego porwania, ale jednak gdzieś tam miała błądzić nutka humoru. SuperSEAL zdawał się jednak tego nie pojmować. Może nie mieli z tego zajęć na krótkim kursie jak zostać ninja.
- Dobrze – powiedział w końcu McGarrett.
- Dobrze w sensie: 'dobrze Danny, możesz utyskiwać na mnie, ile chcesz', czy dobrze... co? – spytał, czując, że zgubił wątek.
- Po prostu dobrze. Informuj o tym, że spaliśmy razem, każdą napotkaną osobę – uzupełnił McGarrett i uśmiechnął się tak niewinnie, że Danny po prostu wiedział, że dał się złapać w pułapkę.
Miał ochotę odgryźć się, ale brakowało mu amunicji. Barat zapewne by w to nie uwierzył, gdyby Danny przyznał się do tego, że po raz pierwszy zabrakło mu słów. Instynkt podpowiadał mu, że McGarrettów znano na wyspie. Co przecież nie powinno go zaskoczyć, skoro liczba ludności była mocno ograniczona terenem, a do tego Steve wywodził się z rodziny alf-bohaterów i oczywiście stał się również kolejnym nazwiskiem na liście osób, które gubernator Hawajów chciała pozyskać dla siebie.
Danny mógł go sobie wyobrazić w szkole średniej jako jednego z najlepszych sportowców w szkole. Steve miał do tego warunki. Jak silna była zmiana w jego DNA, zapewne wiedział tylko jego lekarz oraz dowództwo. Pewnie piął się na szczyt bez najmniejszego problemu.
Kilka osób minęło ich, wchodząc do baru. Musieli wyglądać podejrzanie. Szczególnie on. Nie miał wątpliwości, że policja w Honolulu rozpuściła kilka plotek – choćby o powrocie ich bohatera na wyspę. A teraz siedzieli pod jakąś spelunką w całkiem nowym Camaro, które błyszczało w wiecznym słońcu.
- Nie byłeś aż tak dobry – odparł Danny, wysiadając z samochodu.
Nie odwrócił się nawet, gdy Steve zaczął się śmiać, doskonale wiedząc, że było to nieudolne kłamstwo. Ostatnie słowo jednak musiało należeć do niego.
ooo
Dzikusy jadały pizzę z ananasem i jakby tego było mało, najwyraźniej nie potrafili dobrze przyrządzić żadnego z sosów. Z oczywistych względów nie mógł sobie pozwolić na nic ostrego i skończył, przeglądając menu w poszukiwaniu czegoś znajomego, co nie zawierałoby ryb, których nie znał oraz ananasów, od których zapachu zaczynało go mdlić.
Steve zajadał się swoją pizzą i zerkał na niego raz po raz z wyraźnym rozbawieniem.
- Musisz wiedzieć, że Hesse'a nie ma na wyspie, skoro nie pojechaliśmy bezpośrednio od twojego ojca do tego handlarza ludźmi – powiedział Danny, nie odrywając się nawet od o wiele zbyt ubogiej karty. – Macie tutaj kontrole w knajpkach, no nie? – upewnił się.
- To najlepszy bar w mieście. Nie zabrałbym cię tam, gdzie mógłbyś się zatruć. Poza tym… nie zachorowałbyś – przypomniał mu niepotrzebnie Steve.
Był odporny naprawdę na wszystko, ale ciąża nadal stanowiła dla niego nowość. Nie wiedział, na ile może sobie pozwolić, a zatrucie pokarmowe mogło uderzyć w nienarodzone dziecko, które jeszcze nie wykształciło żadnego systemu ochronnego. Istniała też niewielka szansa, że jego córka będzie człowiekiem. Carol przekonywał go, że to niewielki procent, ale Danny'emu było wszystko jedno. Nie uważał, aby ktokolwiek był lepszy od innych.
Oczywiście najmniej martwiłby się o syna alfę, ale w czasie, gdy był przetrzymywany, zrewidował swoje poglądy na życie.
- To, że mogę, nie oznacza, że chcę – odparł spokojnie. – Czy tutaj podają coś bez ananasa? – spytał wprost.
- Zawsze możesz go ściągnąć – podsunął Steve.
- Ten okropny smak nadal zostanie i nie odpowiedziałeś na moje pytanie – przypomniał mu.
Steve odłożył kawałek pizzy z powrotem na talerz.
- Nie słyszałem żadnego pytania. Sądziłem, że już rozgryzłeś, że nie jesteśmy w aż takim pośpiechu – odparł alfa.
- Twoi ludzie sprawdzali wyspę. Powiedziałeś tak, gdy wychodziliśmy ze szpitala – podjął Danny. – Co to za ludzie?
Steve zacisnął usta w wąską kreskę.
- Chodzi o twój oddział? – Danny spróbował jeszcze raz.
Steve podniósł kawałek ananasa z pizzy i włożył go ostentacyjnie do ust.
Danny bohatersko powstrzymał odruch wymiotny.
- Tak zaczynamy naszą współpracę, Steve? Poważnie? – spytał, chcąc zająć czymś usta.
Steve przewrócił oczami i przestał bawić się swoim jedzeniem, za co był mu naprawdę wdzięczny. Zastanawiał się, czy doktor Lokelani nie byłby tak uprzejmy poczęstować go kolejną kroplówką – jedzenie na Hawajach mogło go wykończyć szybciej niż ludzie Hesse'a. Po nich przynajmniej wiedział, czego się spodziewać.
- Co porabiałeś, gdy wyjechałem? – spytał Steve zaskakując go totalnie. – Mówiłeś o sprawie, nad którą pracowałeś. Cannon – mgliście przypomniał sobie nazwisko.
- Sprawdziłeś go w waszych bazach? – spytał Danny podejrzliwie i czuł, że ma rację, ale twarz Steve'a niczego nie zdradzała. – Chcesz wiedzieć, co robiłem, gdy ciebie nie było i rozumiem, że dostanę coś w zamian… - upewnił się, ale nie dostał potwierdzenia.
Nie bardzo wiedział, od czego zacząć, ale wszystko zaczynało się i kończyło na tym, że odkrył, że był w ciąży. Nic bardziej znaczącego nie wydarzyło się w jego życiu i nie wiedział, czy to żałosne czy piękne.
- Prócz tego, że mnie porwano – zaczął zatem z wrednym uśmiechem. – Kilka morderstw. Parę ciał wyłowionych z Hudson, moja była żona odwiozła resztę moich rzeczy do mojej siostry – wymienił.
- Jest aż tak źle, że nie rozmawiacie? – spytał Steve ciekawie.
Danny zmarszczył brwi.
- Rozmawiamy – powiedział krótko i ostrożnie. – To nie był łatwy rozwód. Dajemy sobie czas, żeby ochłonąć i myślę, że zostaniemy przyjaciółmi – dodał, chociaż słowa Dennisa nadal tkwiły w jego podświadomości niczym gwóźdź.
Ani razu podczas tamtych ośmiu dni nie pomyślał o Rachel i chyba to go trochę przerażało. Dziecko zmieniło jego perspektywę i ten rozwód nagle nie miał już takiego znaczenia. Kolejny etap jego życia. Historia, którą kiedyś opowie i może nawet będą się przy tym dobrze bawili. Rachel, w odróżnieniu od niego, nie należała do osób, które długo chowały urazę. I wiedział, że im na sobie zależało. Dlatego nie był zdziwiony jej silną reakcją na jego zniknięcie. Ona jedna wiedziała jak niebezpieczną miał pracę.
Steve'owi chyba nie spodobało się jego milczenie, bo zdjął kolejny kawałek ananasa ze swojej pizzy. Tym razem jednak dla Danny'ego było tego za wiele.
- Gdzie jest łazienka? – rzucił tylko, wstając gwałtownie od stołu.
