Zdał sobie sprawę, że wymiotowałby, gdyby miał cokolwiek w żołądku. Jednak pozostał mu nadal odruch, który sprawia, że żółć napływa mu do ust, co wcale nie jest dobre. Czuł, że na jego czole pojawiły się pierwsze krople potu, a jego koszula zaczynała nieprzyjemnie lepić mu się do ciała.

Zamknięte drzwi kabinki uwierały go w tyłek, bo w tej małej knajpce nawet toaleta miała mikrorozmiary. A sądził, że zmieści się wszędzie. Nie po raz pierwszy przeklinał dzień, w którym poznał McGarretta, chociaż tym razem pierwsze skrzypce grał tutaj ananas, na którego samo wspomnienie jego żołądek się ponownie buntował. Jego mała dziewczynka najwyraźniej nie cierpiała tego owocu na pizzy równie mocno co on i nie potrafił się z nią nie zgodzić.

Drzwi toalety skrzypnęły, gdy ktoś wślizgnął się do środka. Danny z przyzwyczajenia sięgnął po broń, ale mrowienie na karku uświadomiło go, że musiał spędzić tutaj odrobinę za dużo czasu. Alfa oczywiście się zniecierpliwił. Znał Steve'a na tyle długo, aby wiedzieć, że mężczyzna nie lubił czekać.

- Wszystko w porządku? – spytał McGarrett i o dziwo brzmiał na faktycznie zmartwionego. – Czy Hesse… - zaczął i urwał, jakby nie wiedział, czy może pytać.

Danny miał tylko nadzieję, że Steve'owi nie chodzą po głowie jakieś wizje o nim – bezbronnym i branym wbrew jego woli. Nie był damą w opałach. Gdyby ktokolwiek podszedł do niego na długość ramienia z podejrzanymi ciągotami, Danny odgryzły mu fiuta. Jak każdy w jego sytuacji. Był omegą, ale ludzie nie powinni zakładać molestowania seksualnego jako jedynego powodu jego złego samopoczucia. Dupki z łodzi nie wiedzieli nawet o mutacji.

- Może powinien zbadać cię lekarz? – zaproponował w końcu Steve. – Nie wiem, czy Hesse kiedykolwiek miał w rękach broń biologiczną, ale zawsze mógł zmienić obszar zainteresowań.

- O Boże, zamknij się – jęknął Danny, czując kolejny przypływ mdłości. – To twoja pieprzona wina – wyjęczał w przypływie wściekłości, zanim zdążył ugryźć się w język.

Niemal czuł, jak Steve zesztywniał po drugiej stronie cienkich drzwi kabinki.

- Wiem, że to porwanie… - zaczął McGarrett, ale on tak bardzo nie chciał słuchać słów, które miały zaraz paść.

- Twój cholerny ananas – warknął Danny, przerywając mu bezceremonialnie.

To skutecznie zatrzymało McGarretta. Zza drzwi nie dochodziły kolejne dźwięki i Danny mógł się skupić na bólu żołądka, który przyszedł, gdy tylko jego ciało zorientowało się, że nie może nic z siebie wyrzucić. Nie wiedział, czy nie dziękować Bogu, bo ostatnim, czego chciał, to aby Steve towarzyszył mu w wymiotowaniu. Były pewne granice, których przekraczać nie powinni pomimo tego, że McGarrett miał już fiuta w jego tyłku. I język też. Oraz cholerne palce. I dziecko. Nie zapominajmy o tym ostatnim.

McGarrett włożył w niego dziecko, a potem jadł przy nim cholerne ananasy, jakby to było całkiem okej. I Danny wiedział, że ze strony alfy to musiała być czysta złośliwość.

- Nie możesz mieć uczulenia, jesteś omegą – stwierdził Steve z lekkim niedowierzaniem w głosie.

- Jaka znakomita dedukcja, Sherlocku. Z pomocą twojego cudownego umysłu raz-dwa znajdziemy Hesse'a – warknął Danny.

- Wiesz, że nie musisz być taki zgryźliwy – rzucił Steve spokojnie. – Jeśli zaczniemy współpracować, na pewno pójdzie nam szybciej.

- Ty nie chcesz współpracy. Chcesz, abym cię słuchał i wykonywał twoje rozkazy – mruknął Danny.

Zza drzwi odpowiedziała mu całkiem wymowna cisza.

- Możemy współpracować. Możesz zacząć od tego, co ci jest – zaproponował w końcu Steve i wydawało się, że wiele go to kosztowało.

I Danny doceniłby to, gdyby nie trzymał głowy nad nie wiadomo kiedy mytym sedesem.

- Nie lubię zapachu ananasa – odparł w końcu przez zęby.

- I to tyle? – upewnił się Steve.

- Tyle, ale jeśli będziesz go, dupku, dalej jadł, to się powtórzy – uświadomił go Danny.

- Mogłeś powiedzieć wcześniej – odparł McGarrett i brzmiał na zirytowanego.

Danny odczekał kilka chwil, a kiedy upewnił się, że nie dostanie kolejnego bolesnego skurczu, wyprostował się i spuścił wodę w kiblu. Poprawił koszulę, która wyszła mu ze spodni i starał się jakoś zaczesać włosy, aby wyglądać w miarę godnie, gdy znowu będzie zmuszony stawić czoła McGarrettowi. Nie wątpił, że na jego policzkach wykwitły nieprzyjemne rumieńce, które wcale nie dodawały mu uroku. Rachel go o tym uświadomiła, gdy pierwszy raz zobaczyła go po tym, jak walczył z kacem. Nie wiedział, dlaczego mutacja nie zwalczała efektów spożycia zbyt wielkich ilości alkoholu, ale to zawsze uważał za chichot losu.

Otworzył drzwi i wyszedł z wciąż podwiniętymi rękawami, i pierwszym, co zobaczył, były o wiele zbyt zmartwione oczy Steve'a. Nie potrzebował wcale troski dupka, przez którego spędził prawie dwadzieścia minut w kiblu.

- Mamy tutaj hamburgery bez ananasa. Kazałem przyrządzić dla ciebie dwa i przynieść malasadas – powiedział Steve.

I Danny był pewien, że alfa nie opuścił łazienki ani na chwilę, odkąd wszedł, więc to zamówienie musiało być dokonane wcześniej. Uniósł więc wyżej głowę, zadzierając może odrobinę podbródek i spojrzał na mężczyznę przed nim. Zmrużył oczy, szukając podstępu, ale w twarzy Steve'a dostrzegł tylko rozbrajającą szczerość. Najchętniej byłby dalej wściekły, ale samo wspomnienie o jedzeniu sprawiło, że zaburczało mu w żołądku.

- Co to jest to malasadas? – spytał na wszelki wypadek.

- Pączki – odparł krótko Steve. – Takie hawajskie pączki, ale bez ananasa – wyjaśnił mu McGarrett. – Wiem, że lubisz pączki – dodał jeszcze i brzmiało to tak bardzo prymitywnie, jakby Danny miał przed sobą cholernego tubylca, który dopiero uczył się angielskiego.

- Tak. Ja Danny, ja lubieć pączki – prychnął, podchodząc do umywalki.

Nie było cienia szansy, aby dotknął jedzenia tutaj, zanim umyje sobie ręce.

W lustrze dostrzegł, że Steve spogląda na niego coraz mniej pewnie. Mężczyzna nawet zerknął w dół, na swoje buty, a to była naprawdę imponująca odległość.

- Jeśli jeszcze raz zjesz przy mnie ananasa, skręcę ci kark – powiedział Danny spokojnie.
Nie była to obietnica. Ani groźba. Stwierdzał fakt. Steve spojrzał na niego, jakby chciał rzucić coś zgryźliwego, ale próbował się powstrzymać.

- To się tyczy tylko mnie, czy całego Honolulu? – spytał w końcu mężczyzna. –Bo oficjalnie jesteś członkiem jednostki do zadań specjalnych pani gubernator. Nie wiem, czy jako twój dowódca mogę pozwolić, abyś zabijał wszystkich w zasięgu twojego wzroku…

- Jesteś moim dowódcą wyłącznie we własnych snach – uświadomił go Danny.

- Mam całkiem niezłą wyobraźnie – rzucił Steve.

- Więc śnij dalej.

ooo

Hamburger nie był najgorszy, ale to na pewno nie było odpowiednie jedzenie dla ciężarnej omegi. Dennis wysłał mu wiadomość, że chociaż Chin spoglądał na niego podejrzliwie, odebrał od doktora Lokelaniego witaminy dla niego. Wszystkie wyniki wydawały się być w normie, ale chciał i tak się upewnić.

Steve przyglądał mu się przez niemal cały czas. Ananasowa pizza została zebrana ze stołu, ale prawdę powiedziawszy, odkąd zapchał żołądek czymś konkretnym, mdliło go o wiele mniej. Mężczyzna zachowywał tak podejrzaną ciszę, że Danny zaczął się zastanawiać, czy to nie jest aż nazbyt podejrzane. Milczący Steve nie mógł bowiem oznaczać niczego dobrego.

Przynajmniej kiedy mężczyzna gadał, Danny miał jakieś szanse wybijać mu głupoty z głowy.

- No dobra, współpracuj – powiedział w końcu, wycierając usta serwetką.

Steve spojrzał na niego, jakby nie wiedział, co to właściwie znaczyło. I może faktycznie pojęcia nie miał.

- No, obiecałeś współpracować, więc mów – odparł Danny.

- Ale co mam mówić? – spytał Steve.

- Nie wiem – mruknął Danny, wzruszając ramionami. – Mnie pytałeś o to, co robiłem pomiędzy tym jak się spotkaliśmy a kiedy zostałem porwany – podsunął mu. – Co zatem robiłeś ty?

Steve uciekł wzrokiem, co nie mogło oznaczać nic dobrego.

- To ściśle tajne – odparł alfa i to brzmiało naprawdę źle. – Lepiej byłoby, gdybyś ty mi opowiedział o sobie. Ja nie mam zbyt wiele… - zaczął mężczyzna i urwał.

Danny miał ochotę zażartować, że jak każdy alfa, Steve zgrywał ważniaka, ale mężczyzna nadal nie patrzył mu w oczy.

- To opowiedz o swojej rodzinie. Wiem, że masz ojca. To całkiem logiczne, skoro ktoś musiał cię począć i nawet go spotkałem – podsunął mu Danny, zabierając się za pierwszego hawajskiego pączka.

Całkiem przyjemny smak rozpłynął mu się w ustach, co oznaczało, że jednak nie umrze z głodu w tym pełnym piasku i ananasów piekle.

- Mój ojciec ma na imię John – odparł Steve i znowu najwyraźniej wszedł w etap porozumiewania się krótkimi zdaniami, co zaczynało Danny'ego irytować.

- Możesz mi powiedzieć, gdzie się podziewa ten zabawny facet, który potrafił użyć na raz więcej niż ośmiu słów? – spytał wprost.

- To było przed – odparł Steve.

Danny westchnął.

- Przed tym, jak uprawialiśmy seks? – zainteresował się. – Pamiętam doskonale, że całkiem nie najgorzej rozmawiało nam się również w trakcie.

I gdyby tego nie zobaczył na własne oczy, nie uwierzyłby, ale Steve zdawał się faktycznie czerwienić. Nie wiedział, jak często wojskowi miewali urlopy, ale jego ojciec spłodził trójkę dzieci. Musieli uprawiać seks.

- Przed tym, jak cię porwano – poprawił go Steve.

Danny pokręcił nosem i odłożył malasadas na talerzyk. Zamierzał kupić sobie zapas na wieczór. Chciał nadrobić z Dennisem każdy jeden dzień, kiedy go nie było. Musiał wiedzieć, jak faktycznie trzymała się jego rodzina. Kłamali przez telefon – słyszał to wyraźnie. A Barat potwierdził tylko, że jego ojciec porządnie namieszał.

- Wybaczam ci – powiedział w końcu Danny. – I już, może być jak dawniej – dodał, chociaż nie mieli żadnego dawniej.

Chyba że dawniej oznaczało, że dzisiejszą noc też spędzą razem. A tam Danny nie chciał się nawet zapędzać.

Zabawnym było, że spanie ze Stevem, gdy nie wiedział o nim nic, było łatwiejsze niż uprawianie seksu z pełną świadomością tego, z kim to robi. Chore i dziwne. Jak cała ta sytuacja.

- Detektyw Barat będzie niepocieszony – rzucił alfa.

- Detektyw Barat najchętniej sprezentowałby twoje jaja mojemu ojcu – przyznał szczerze Danny. – Na twoim miejscu nie pokazywałbym się przez pewien czas w New Jersey.

Steve skrzywił się lekko.

- Nie wybieram się – przyznał alfa i to też trochę zabolało.

Umówili się nie tak dawno, że jednak zrobią to jeszcze raz, jeśli Steve będzie przejazdem. Zatem reguły gry zmieniły się aż tak bardzo.

ooo

Steve spoglądał na jego malasadas, jakby osobiście go obrażały, co sprawiało mu jeszcze większą frajdę, gdy wgryzał się w kolejnego pączka. Może to nie było normalne, że coś tak drobnego sprawiało mu radość, ale nie potrafił się nie szczerzyć , gdy tylko dostrzegał, jak spięty był alfa. Zemsta bywała słodka i w tym przypadku pokryta lukrem.

- To nie jest zdrowe jedzenie – powiedział w końcu Steve, najwyraźniej tracąc cierpliwość. – Powinieneś zjadać co najwyżej jednego na tydzień, a nie… - urwał sugestywnie, patrząc na prawie puste pudełko.

- Mam to w nosie. Są dobre i bez ananasów – odparł Danny, pakując kolejnego malasadas do ust. – Zazdrościsz, bo nie zostało dla ciebie – dodał tylko po to, aby wkurzyć mężczyznę.
Steve zacisnął zęby tak mocno, że Danny dostrzegł charakterystyczne poruszenie w okolicy jego szczęki.

- Poza tym, nie odmawiasz czegoś facetowi, któremu udało się przeżyć porwanie, czyż nie? – spytał radośnie.

Steve zacisnął dłonie na kierownicy. Znowu jechali zbyt szybko, ale póki miał pączki, mało go to obchodziło.

- Długo będziesz grał tą kartą? – spytał McGarrett.

Danny udał, że zastanawia się nad odpowiedzią, gdy żuł swoje malasadas.

- Co chcesz w zamian, żebyś przestał? – spytał Steve pospiesznie.

- Nie ma niczego takiego – przyznał szczerze i z wrednym uśmiechem.

Steve westchnął, jakby nie spodziewał się niczego innego.

- Zawsze kupujesz samochody zamiast przepraszać? – spytał ciekawie po chwil. – Bo wiesz… Dennisa bardzo uraziło, jak potraktowałeś go na lotnisku… Ale byłoby lepiej, gdybyś go uraził w New Jersey. Przetransportowanie samochodu przez prawie pół Stanów pewnie nie jest tanie, a rozumiesz, że z pensji policjanta…

- Pokryję koszty, jeśli będziesz chciał zabrać samochód ze sobą – oznajmił mu Steve i cholera, ale facet nie żartował.

Danny odłożył pączka z powrotem do pudełka.

- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie chcę tego auta? – spytał mniej pewnie. – W domu mam samochód, do którego jestem bardzo przywiązany i spełnia wszystkie moje potrzeby.

Nie ma jedynie miejsca na fotelik dla dziecka, ale tego nie zamierzał dodawać. Camaro zresztą też nie było samochodem rodzinnym.

- Jest twoje – powiedział Steve uparcie.

- Nie, jest twoje – odparł Danny spokojnie. – I jeśli nie chcesz, aby moje wielkoduszne wybaczenie zostało cofnięte, wsadzisz sobie to auto głęboko... – urwał sugestywnie.

- Czyli twoje wybaczenie może być cofnięte? – zainteresował się Steve. – Może być gorzej niż już jest?

Danny wzruszył ramionami.

- Zawsze może być gorzej – stwierdził i było w tym o wiele zbyt wiele prawdy, jak na tę porę dnia.

- Zawsze ktoś może nieświadomie jeść przy tobie ananasa – podjął Steve i Danny spodziewał się, że mężczyzna zacznie z niego kpić, ale McGarrett wydawał się faktycznie zatroskany. – Czasami tak jest. Zapach kojarzy ci się z jakimś wspomnieniem – podjął alfa i dziwnie było słuchać, gdy mówił o czymś osobistym. – To może wywoływać mdłości. Z czasem przestajesz sypiać, ale udajesz, że wszystko jest w porządku. Widziałem to podczas misji. Ludzie nie lubią mówić, ale czasami to…

- Pomaga – wszedł mu w słowo Danny, orientując się nagle, do czego zmierza mężczyzna. – Nie mam żadnego syndromu stresu pourazowego. W zasadzie czuję się urażony, że jedna noc z tobą i od razu przewożą mnie przez cały kraj, podczas gdy zachodziłem za skórę jednemu z większych mafiozów w dziejach New Jersey i nic. Nawet nie okradli mojego mieszkania, za co jestem w zasadzie wdzięczny, ale cholera. Moja duma zawodowa ucierpiała – uświadomił alfę. – Sądzisz, że trzeba kilku facetów z bronią, żeby mnie złamać? – spytał wprost.

- Nie, po prostu czasami wystarczy nawet mniej i możemy nie zdawać sobie z tego sprawy – odparł Steve i w samochodzie znowu zapadła niewygodna cisza.

Danny spoglądał przez chwilę na kolejnego pączka, ale rozmowa jakoś odebrała mu apetyt. Steve uświadomił mu kolejny uboczny efekt ciąży. Miał przytyć i to - sądząc po jego apetycie – dość sporo. Pamiętał, jak jego matka wyglądała w ciąży z Lucy i nie był to piękny widok. Zamierzał oszczędzić tego wszystkim, którym da radę. Dennis pewnie będzie miał pecha, ale z drugiej strony jego partner powinien przygotowywać się do powiększenia własnej rodziny.
Pasek jego spodni jeszcze nie zaciskał się zbyt mocno na jego brzuchu, ale to miało się zmienić. Jego koszule na razie były zbyt duże – zapewne stracił na wadze przez ośmiodniowy stres i nie tak znowu cudowne odżywianie. Gdyby cierpiał na syndrom stresu pourazowego, nienawidziłby ryb, co na Oahu też byłoby problemem. Woda okalała ich zewsząd.
Wyłowiono go blisko brzegu i dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak wielkie miał szczęście. Mógł nie dopłynąć nawet tak daleko. Brzeg był poza jego zasięgiem i gdyby nie rybacy, pewnie jakiś cholerny rekin urządziłby sobie z niego ucztę.

Słowa Steve'a wróciły niechciane i nie zastanawiał się dotąd, jak to odebrał alfa. Jak sam czułby się w podobnej sytuacji. Może powinien się na nim mniej wyżywać, ale nadal nie przeszedł nad tym do porządku dziennego.

Jedna myśl jednak zaczęła kołatać mu się po głowie.

- Dlatego przeszedłeś do Rezerwy? – spytał wprost. – Przeszedłeś do Rezerwy, bo mnie porwano?

Steve chwycił mocniej kierownicę i naprawdę nie trudno było czytać faceta, gdy się go dobrze obserwowało. Albo już się wiedziało, jak wygląda szczęśliwy i odprężony po seksie.

- Co chcesz ode mnie usłyszeć? – spytał w końcu alfa.

Danny prychnął i podrzucił ręce tak wysoko, na ile pozwalał mu dach samochodu.
Oczywiście, że powinien był się tego spodziewać.

- To też jest ściśle tajne? – zakpił. – Może... nie wiem… Zacznij od mówienia prawdy? Bo tylko ona mnie interesuje – dorzucił , wzruszając ramionami i przewracając oczami.

Steve wciągnął mocno powietrze do płuc. Danny nie wiedział, co alfa czuł w tak mocno klimatyzowanej przestrzeni, ale jakoś przestawało go to obchodzić. Steve ewidentnie grał na czas, a to go wkurzało.

- Nie pójdę z tobą do tego faceta przemycającego ludzi bez odpowiedzi – uprzedził mężczyznę.

Steve rzucił mu jedno z tych krótkich spojrzeń, które innych zapewne usadzały w szeregu. Danny nie był jednak w wojsku. Był na to za niski. Podobnie jak na wiele innych rzeczy.

- Nie wiedziałem, kogo porwano – powiedział Steve wcześniej. – To mógł być równie dobrze mój ojciec albo członek mojej jednostki. Ktokolwiek – powtórzył mężczyzna i Danny wpuścił wstrzymywane wcześniej w płucach powietrze.

- I to było takie trudne? – spytał, starając się brzmieć zgryźliwie.

Steve nie spojrzał jednak w jego stronę.