Jak każdy dom na tej cholernej wyspie – i ten wyglądał, jakby miał się za chwilę wywrócić. Nieuporządkowane podwórko, walające się wszędzie kartonowe pudła. Danny szybko zorientował się, że nie są już w części dla turystów.
- Kiedy będzie wsparcie? – spytał, widząc, że Steve sprawdza magazynek swojego pistoletu.
Alfa jednak otworzył drzwi samochodu i wyszedł bezceremonialnie na zewnątrz, rzucając jedynie:
- Ty jesteś wsparciem.
Danny zaklął tak szpetnie, że pewnie jego matka kazałaby mu wymyć usta. Nie przeklinał zbyt często, ale Steve miał wyjątkowy talent do wyprowadzania go z równowagi.
- Wsparcie, Steve – syknął cicho, skradając się za mężczyzną.
Wiedział, że alfa słyszy go doskonale i podobnie jak McGarrett, przywarł do ściany domu. Alfa zdawał się nasłuchiwać, więc zamarł na chwilę, starając się wychwycić, co dzieje się w środku. Mężczyzna i kobieta kłócili się w najlepsze. Nie wyczuwał innych mutantów, więc z ulgą założył, że mogą liczyć na efekt zaskoczenia, co było jednym z jego wielu popełnionych błędów.
Kobieta wychodziła, więc w każdej chwili mogła zaalarmować swojego partnera i Danny nie wątpił, że chociaż wyzywała go fatalnie – zapewne kochała go równie mocno. Naoglądał się dostatecznie wielu podobnych par w New Jersey i wiedział, że klimat mógł być różny, ale ludzie pozostawali tacy sami.
Odbił się od ściany i minął Steve'a, a potem zaciągnął kobietę na drugą stronę budynku, uciszając ją dłonią. Steve pokazał mu wyciągnięty do góry kciuk i przemknął w stronę otwartych drzwi. Potem wszystko potoczyło się szybko. Poczuł jak dziewczyna kręci się w jego uścisku i chyba próbowała uderzyć go w brzuch, więc instynktownie puścił ją, aby chronić odsłoniętą część ciała. I może dlatego ciężarni dostawali tak cudownie długie urlopy.
Jeden krzyk podążył za drugim, a potem Danny usłyszał charakterystyczny dźwięk odbezpieczanego karabinu i zdążył jedynie odrobinę uskoczyć, ale siła wystrzału i tak zepchnęła go z niewielkiego ganku. Niebo nad nim było cudownie niebieskie i już go nienawidził, podobnie jak całego tego cholernego piasku, który znalazł się nagle w powietrzu.
- Danny! – krzyknął Steve.
- Idź! – rozkazał mu, łapiąc się za lewe ramię, które zaczynało już trochę krwawić.
Rana nie była wielka, ale wraz z kolejnymi urazami, których doznał w tak krótkim czasie, miała się długo goić. Ciepło Hawajów pewnie nie sprzyjało również sterylności. Tego był pewien. Kolejne strzały nie nastrajały go optymistycznie, więc zsunął się w końcu z maski samochodu, przeklinając dziewczynę, która leżała nieopodal. Rana w jej piersi świadczyła o tym, że jednak źle wybrała partnera. On sam przeklinał dzień, w którym poznał Steve'a McGarretta, więc naprawdę potrafiłby jej współczuć, gdyby nie zginęła z powodu własnej głupoty.
Wiedział, że obu mężczyzn wypadło z budynku, więc wyszedł na ulicę z bronią w ręku i to musiało być tutaj całkiem normalne, bo nikt nawet nie zareagował. Nie słyszał, co mówił Steve, ale nie wyglądało to na negocjacje. A pod zakładniczką zaczynały uginać się kolana. Wziął głęboki wdech i strzelił, wiedząc doskonale, że Steve raczej nie pogratuluje mu tej taktycznej decyzji.
ooo
- Zabiłeś mojego świadka – warknął McGarrett.
Danny pozwolił medykowi na opatrzenie swojego ramienia. Antyseptyki już nawet przestawały drażnić jego nos. Dennis i Chin pojawili się wraz z całą drużyną SWAT, gdy sąsiedztwo zawiadomiło ich o strzelaninie, a teraz zbierano dowody. I to, co zostało z domu, przez który przeszedł huragan McGarrett we własnej osobie.
- Nie musisz dziękować, Steve, naprawdę – powiedział Danny, spoglądając na Dennisa, który za linią z żółtej taśmy starał się wykonywać swoje obowiązki.
Jego partner nie raz i nie dwa zerkał na McGarretta, jakby chciał go jednak pozbawić jądra. I Danny kibicował temu z całych sił. Ramię piekło go jak diabli. I nie chodziło nawet o to, że upadł na plecy z wysokości dwóch metrów. Czuł, że ma na sobie piasek, koszula lepiła się nieprzyjemnie do jego ciała, a McGarrett jęczał o swojego świadka, który wziął pieprzonego zakładnika i naprawdę zamierzał skrzywdzić tamtą dziewczynę.
Danny nie wiedział nawet, kiedy się podniósł, odsuwając od siebie medyka, który i tak wydawał się już kończyć.
- Naprawdę, Steven? – warknął, ruszając w stronę zirytowanego mężczyzny.
Był całkiem świadom tego, że pewnie połowa policji w Honolulu obserwowała ich z miejsca zbrodni.
Wycelował palec prosto w szeroką klatkę piersiową mężczyzny i dźgnął go na tyle mocno, aby poczuć to w barku.
- Kiedy idziesz na akcję – warknął, uderzając ponownie palcem w Steve'a. – Wzywasz wsparcie – dokończył. – Tak się robi, Steven, gdy jest się dobrym policjantem i nie chce się, aby twój partner skończył martwy – ciągnął dalej, skupiony na tym, aby wbijać palec w ten jeden cholerny punkt, bo McGarrett wpatrywał się w niego, jakby nie wierzył w to, co słyszy.
- Nie celuj we mnie palcem - warknął alfa, ale Danny po prostu podkreślał każde słowo i naprawdę musieli się zrozumieć.
- Jeśli nie wzywasz wsparcia, twój partner kończy z raną postrzałową! – warknął Danny.
- Ostrzegam cię, zabierz ten palec – poradził mu McGarrett i jeśli sądził, że trochę warczenia go przestraszy, to się grubo mylił.
W ciągu niecałych dwóch tygodni dotarło do niego, że jest w ciąży, porwano go i przewieziono przez cały kraj. A teraz w jego ramieniu ziała dziura. Takie rzeczy były nie do pomyślenia w jego świecie. I jego instynkt wariował, najwyraźniej nie wierząc, że Danny w swojej głupocie do czegoś takiego dopuścił .
- A jeśli ktoś zostaje przez ciebie postrzelony, przepraszasz – poinformował mężczyznę i zamierzał ostatni raz uderzyć palcem w tę zmutowaną klatkę piersiową, ale nagle jego nadgarstek został boleśnie wykręcony.
Próbował jakoś ratować się przed upadkiem, ale spotkał się twarzą z maską samochodu. Szwy na jego ramieniu puściły, czuł to wyraźnie. Krew spływała mu pod rękawem i może nawet moczyła pobrudzony, potargany materiał. Nie to jednak zwracało jego uwagę. Uderzył brzuchem w zderzak tak mocno, że jedyne, na czym potrafił się skupić, to szum własnej krwi w uszach i ciągły sygnał wychodzący z mózgu, że natychmiast musi coś z tym zrobić.
Steve trzymał go jednak pewnie i mocno.
- Mówiłem ci, żebyś nie celował we mnie palcem – warknął alfa i Danny miał ochotę na zgryźliwy komentarz, ale usłyszał charakterystyczny dźwięk odbezpieczanego pistoletu.
- Puść go natychmiast, dupku, i ręce do góry – krzyknął Dennis i jego partner jak zawsze był tuż przy nim.
Nawet okrążył samochód, żeby Danny mógł go widzieć, co było nawet całkiem pocieszające, gdyby nie fakt, że cholerny alfa właśnie go upokarzał. A za Baratem połowa posterunku celowała nie w tę stronę, w którą powinna. Obaj byli tutaj obcy i policja z Honolulu wybrała już po czyjej stronie stoją.
- Nie żartuję – warknął Dennis.
- Jest cholernym omegą – odparł Steve, jakby to miało cokolwiek z tym wspólnego. – Może mnie nie lubić, ale musimy dorwać Hesse'a – poinformował wszystkich McGarrett.
Niedopowiedziane 'bo inaczej terrorysta dalej będzie szukał swojej zemsty' nieprzyjemnie zawisło w powietrzu.
- Puszczaj – warknął Danny, odzyskując z końcu trochę panowanie nad sobą.
- Musisz zrozumieć… - zaczął Steve.
- Puść go, do jasnej cholery! – krzyknął Dennis i chyba jego partner zaczynał tracić cierpliwość.
Albo wszystko, co działo się przez ostatnie dni naprawdę wyprowadziło go z równowagi, bo kolejnym, co powiedział, było:
- Jest cholernym omegą i jest w ciąży. Nie jest, kurwa, niezniszczalny, ty cholerny psychopato! – krzyknął Barat i to zrobiło naprawdę spore wrażenie na Stevie, bo dłoń, która go przytrzymywała, znikła tak szybko, jak się pojawiła.
I Danny odbił się od maski samochodu, robiąc głębszy wdech. Był całkiem świadom ciszy, która zamarła wokół, chociaż słuchało ich dobre dziesięć osób. I nie miał ochoty właśnie teraz się z tym mierzyć.
- Masz rację – powiedział Danny, odwracając się do Steve'a. – Nie muszę cię lubić – zakończył, uderzając mężczyznę z całej siły w szczękę.
ooo
Dennis zawiózł go do hotelu i zdawało się, że nikt za nimi nie podążał. Wymknęli się bardzo szybko, jeszcze zanim Steve podniósł się na nogi. I Danny musiał naprawdę podziękować Chinowi, który wymusił na swoich kolegach zachowanie całkowitego milczenia dla dobra sprawy. Jednak wiadomość o tym, że na tak małej wyspie znajduje się ciężarny omega, miała na pewno obiec wszystkich w ciągu kilku kolejnych dni. Miał nadzieję, że do tego czasu będzie bezpieczny w samolocie do New Jersey.
- Przepraszam – powiedział w końcu Dennis i chociaż siedzieli naprzeciwko siebie, mężczyzna nie patrzył mu w oczy.
Danny wiedział, że powinien być wściekły, ale jakoś nie potrafił. Sam był bliski paniki, gdy twardy metal uniemożliwiał mu ruch. Jego instynkty szalały. Może powinien być wdzięczny Dennisowi za to, że nie zastrzelił McGarretta w tej samej chwili, w której sięgnął po broń.
Nie rozmawiali o tym nigdy, ale obaj byli w stosunku do siebie bardzo opiekuńczy. Początkowo stanowili w pewnym sensie parę detektywów-wyrzutków. Nikt nie chciał pracować z Baratem, który nie miał całkiem czystych amerykańskich korzeni. Mutacja Danny'ego wcale nie pomogła mu w znalezieniu kolegów. Traktowano go jak kobietę i w zasadzie nawet one go nie tolerowały, ponieważ do cholery – był jednak facetem.
- Nie mogę powiedzieć, że nic się nie stało – przyznał Danny spokojnie. – Jednak stało się i wiem, że chciałeś mnie bronić – odparł i wzruszył ramionami. – Cóż mogę powiedzieć. Może gdzieś tam nad Indusem, twoi przodkowie robili za miejscową nagłośnię – dodał i zerknął na Dennisa, który odprężył się odrobinę.
- Trafiłeś z rzeką – powiedział Barat.
- Miałem sporo czasu, aby przejrzeć atlas – skłamał i obaj o tym wiedzieli.
Kolejne minuty ciszy wcale nie były przyjemniejsze.
- Kelly nie jest najgorszy – rzucił nagle Barat, jakby to miało związek z czymkolwiek. – Jak na kolesia, który cały czas nazywa mnie haole i to chyba kolejna próba wyobcowania mnie. Zastanawia mnie, czy jeśli pracowałby w Indiach, wszyscy byliby dupkami, bo mówię po angielsku – dodał.
- Wszyscy byliby dupkami, ponieważ ludzie są dupkami – odparł Danny. – I nie lubisz ananasów, więc to oznacza, że nie pasujesz. Jakby to paskudztwo w ogóle nadawało się do spożywania o każdej porze dnia i nocy…
Dennis skrzywił się nieznacznie i Danny doskonale znał to spojrzenie.
- Co? – spytał wprost.
- Byłem dzisiaj na pizzy z ananasem. W zasadzie nie jest najgorsza – rzucił mężczyzna niezobowiązująco.
- Bluźnisz – warknął Danny, a potem westchnął. – Rzygam na sam zapach ananasa – przyznał w końcu szczerze.
Dennis otworzył usta, ale nic elokwentnego się z nich nie wydostało.
- Okej – powiedział krótko jego partner, przyjmując to do wiadomości. I dlatego właśnie uwielbiał pracować razem z nim.
ooo
Dannył w zasadzie nie wierzy w to, że ukryją się przed Stevem. Nie rozmawiał z alfą o ciąży. W zasadzie szok był jedyną reakcją, którą zobaczył na twarzy mężczyzny, gdy odchodził wraz z Dennisem u boku. Nie pozwolił medykom opatrzyć się ponownie, bo to nie miało sensu. Szwy nie wytrzymałyby wzmożonej pracy jego mięśni, a nie zanosiło się na spokojny tydzień. Barat zdezynfekował ranę zawartością pożyczonej od obsługi hotelu apteczki i tyle na razie musiało mu wystarczyć.
Cały czas wydawało mu się, że alfa za nim podąży. Zresztą Dennis musiał się bać tego samego, bo obracał się nie raz i nie dwa w pożyczonym radiowozie, który zabrali z miejsca zbrodni za zgodą China. Zaparkowali go zresztą z tyłu hotelu, aby nie wzbudzał niezdrowych sensacji wśród gości.
Minął jednak jego pierwszy szok i za oknem było całkiem ciemno, a wkurzony Steve nie pukał do drzwi ich pokoju, żądając wyjaśnień, a właśnie tego spodziewał się od dupka, przez którego został postrzelony.
McGarrett nie przepraszał i może to tak naprawdę irytowało go w tym mężczyźnie.
- Powinieneś przyjąć ten samochód – powiedział po chwili Dennis i Danny'emu wydawało się, że się przesłyszał. – Powinieneś przyjąć ten samochód, bo jeśli masz wychować to dziecko w pojedynkę, będzie cię to drogo kosztować. Dzieci kosztują, a znam cię na tyle, że wiem, że nie pozwolisz sobie pomóc rodzicom.
- Naprawdę robimy to teraz? – spytał Danny z niedowierzaniem.
Barat spojrzał na niego i oblizał nerwowo wargi.
- Chcę podjąć tam, gdzie przerwaliśmy, więc… - zaczął i urwał. – Stary, naprawdę cieszę się z tego, że będziesz miał dziecko, bo będziesz świetnym ojcem, a raczej chyba matką, no nie? – spytał i zmrużył wrednie oczy.
- Jeszcze raz spróbuj nazwać mnie matką, a zepchnę cię z jakiegoś klifu – zagroził Danny.
- Mają tutaj klify? – zdziwił się Barat.
- To wyspa. Muszą mieć klify. A jak nie mają klifów, mają rekiny. Oddam cię rekinom na pożarcie i znając twoje szczęście, reinkarnujesz się jako kamień albo drzewo – ciągnął dalej Danny, niezrażony faktem, że może trochę bredzi.
Barat jednak wydawał się usatysfakcjonowany jego reakcją, więc naprawdę wracali do normy. A naprawdę potrzebował teraz odskoczni. Czegoś znajomego i swojskiego.
- Więc powinieneś przyjąć samochód. Dupek jest ci winien chociaż tyle – odparł Dennis i chyba uważał, że postawił na swoim.
- Nic od niego nie chcę – poinformował go Danny i taka była prawda.
Po dzisiejszym dniu nie miał nawet ochoty rozmawiać ze Stevem. Mężczyzna miał poważne problemy. Był fundamentalnie uszkodzony. Jego empatia ameby kompletnie nie odpowiadała Danny'emu, bo jak można pozwolić, aby kogoś postrzelono i nawet nie przeprosić.
Kompletnie tego nie rozumiał i nie chciał nawet wiedzieć, ile razy Steve wymieniał partnerów. Albo całe nawet jednostki. Znał takich jak McGarrett – niezniszczalnych. Sam taki nie był. Mutacja uczyniła go silniejszym, ale nie był na tyle głupi, aby uważać się za nieśmiertelnego. Może wojsko skrzywiło McGarretta, ale z nim było wszystko w porządku. I nawet nie twierdził, że Steve się głupio zabije. Po prostu alfa mógł doprowadzić do jego śmierci w czasie krótszym niż Danny by tego chciał. A miał apetyt na życie, odkąd chciał zobaczyć, jak jego córka się rozwija.
- Gdybyś miał mnie ochraniać i ktoś by mnie postrzelił, przeprosiłbyś, prawda? – upewnił się Danny.
Podejrzenie, że był drażliwy przez hormony, odeszło w niepamięć, gdy zobaczył minę Dennisa.
- Nie pozwoliłbym cię postrzelić. Zawsze pilnuję twoich tyłów, stary – poinformował go Barat z dziwną emocją w głosie.
ooo
Danny obudził się rano i całe jego ciało bolało jak diabli, co oznaczało, że jednak żył. Nie mógł uwierzyć, że to był w zasadzie pierwszy poranek od czasu porwania, gdy otwierał samodzielnie oczy, niepodłączony do żadnych podejrzanych szpitalnych urządzeń. Dennis, leżący kilka centymetrów od niego, próbował skopać resztki kołdry. Nie pierwszy raz spali w jednym łóżku, ale raz w życiu Barat nie ukradł mu pościeli. Teraz walka toczyła się o to, kto ją dostanie, gdy na zewnątrz panowały piekielne temperatury.
Danny początkowo nie wiedział, co go obudziło, ale pukanie do drzwi nie ustawało. Zegarek na jego ręce wskazywał ósmą rano, więc Dennis spóźnił się do pracy. On sam nie wiedział nawet, czy jeszcze taką ma. Szef wyraźnie zaznaczył, że jego transfer z powrotem do New Jersey nie był możliwy, dopóki gubernator nie powie inaczej. A czuł, że wszystko kręciło się wokół tego, co powie Steve.
Nie wiedział, czy bardziej chciał ze strony mężczyzny jednoznacznego milczenia w kwestii dziecka, czy oficjalnej rozmowy na ten temat. Nie wyobrażał sobie Steve'a jako zaangażowanego, przeprowadzającego się nagle do Jersey, ojca. Nie dopuszczał do siebie myśli, że alfa spróbuje odebrać mu dziecko, uznając, że będzie superbohaterem w czwartym pokoleniu. Na to musiały być paragrafy, a jeśli nie było – Danny zamierzał pokonać drogę do Jersey wpław i wiedział, że Dennis będzie ubezpieczał jego tyły, jeśli zajdzie taka sytuacja.
Jego ramię piekło i to go nie zaskoczyło. Barat nie zabrał mu żadnej piżamy, ale w zasadzie zwykła koszulka przy tym upale to już było za wiele i w bokserkach podszedł od hotelowych drzwi z bronią w ręku. Jego kark nie swędział, ale wolał był ubezpieczonym niż potem żałować.
- Kto tam? – spytał zachrypniętym głosem.
Dennis, jak to bohater, dopiero drgnął na łóżku.
- Obsługa hotelowa. Dostarczam śniadanie – odparł męski głos i faktycznie przez wizjer dostrzegał boya.
- Nie zamawiałem śniadania do pokoju – ostrzegł go Barat, więc Danny odbezpieczył pistolet, wpuszczając chłopaka do środka.
- Kto to przysłał? – spytał wprost, a dzieciak podskoczył na widok broni, której jednak całkiem w jego stronę nie wycelował.
Boy mrugał powiekami, jakby powstrzymywał napływające do oczu łzy.
- Pan McGarrett – powiedział pospiesznie chłopak. – Mogę zabrać – dodał, ale Barat przyblokował wózek i dał dzieciakowi dwudziestkę.
- Ani słowa więcej – odparł jego partner, jakby naprawdę bawiło go, że są uważani za swego rodzaju mafiozów.
Dzieciak wybiegł z ich pokoju, prawie się przewracając i nie zwolnił nawet na końcu korytarza.
- Więc przysłał śniadanie – powiedział Dennis i pokiwał głową, jakby aprobował ten krok.
