Danny musiał przyznać, że śniadanie nie było najgorsze. To byłby nawet dobry wstęp do przeprosin, gdyby nie fakt, że jego komórka zaczęła wygrywać nieznany mu sygnał, a na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko Steve'a. I nie pamiętał, aby kiedykolwiek wprowadzał numer alfy do swojego telefonu czy dzielił się własnym, co oznaczało, że McGarrett jednak zajmował się stalkingiem przez cały ten czas.

Jeśli Dennis zauważył jego podenerwowanie, nie powiedział ani słowa. Telefon leżał porzucony na poduszce, aż Danny skończył pić pierwszą szklankę soku.

- Nie będziesz miał problemów przez to, że jesteś spóźniony? – spytał niepewnie.

Sam został oddelegowany do specjalnej jednostki i miał w nosie, czy Steve wymagał punktualności. Jednak Dennis wciąż przebywał pod kuratelą miejscowego szefa policji, co nie wróżyło niczego dobrego. Kelly mógł rozumieć sytuację i nawet ich popierać, ale jednak w jednostce wciąż panowały pewne zasady.

- Znasz naszego szefa – westchnął Barat. – Powiedział, że sprawa mu śmierdzi i żebyśmy się zbierali do domu i to w jednym kawałku. Jeśli miejscowi mają ze mną problem, mogą mnie oddać New Jersey. Karen chciała tutaj przyjechać na wakacje, a nie na całe życie. Przetransferowano mnie bez mojej zgody i nie ma takiej siły, która by mnie tutaj zatrzymała – dodał.

Danny skinął głową, czując, że jednak mu trochę ulżyło. Szef generalnie nie bywał zbyt wylewny, poza tymi nielicznymi razami, gdy mówił, iż sam ich pozabija, jeśli jeszcze raz przekroczą swoje uprawnienia. Po cichu mógł się zgadzać z ich metodami, ale oficjalnie nie mógł temu przyklasnąć. Barat najwyraźniej nie martwił się tym, że jego kariera w policji w Honolulu nie będzie możliwa. Sam jakoś też nie potrafił czuć żalu z tego powodu. Żaden z tych uzbrojonych po uszy dupków mu wczoraj nie pomógł. A na pewno istniała regulacja, zabraniająca dwumetrowym alfom znęcania się nad swoimi rannymi partnerami.

Miał tylko nadzieję, że Steve'a nadal bolała szczęka.

- Musisz w końcu odebrać – powiedział Dennis, zerkając wymownie na jego telefon, który zaczynał poruszać się na poduszce, wydając charakterystyczny dźwięk.

Danny zbił wargi w wąską kreskę i nacisnął słuchawkę tylko po to, aby usłyszeć jednie:

- Jestem pod hotelem, wyjdź.

Steve rozłączył się od razu i Danny w szoku wpatrywał się w swój telefon. W zasadzie przez całą noc wyobrażał sobie rozmowę, która miała się odbyć i jakoś nie spieszyło mu się, aby spotkać się z McGarrettem. Nie chciał odpowiadać na takie upokarzające pytania jak to, czy dziecko na pewno należy do Steve'a. Danny w końcu spał z nim raz i ewidentnie zgodzili się, że nie miało to mieć dalszego ciągu. Dziecko wydawało się łamać tę niepisaną umowę. I Danny naprawdę nie chciał, aby to wyglądało tak, jakby potrzebował Steve'a. Bo go nie potrzebował. Jak do tej pory – prócz porwania i postrzału – radził sobie znakomicie. A te dwa incydenty były bezpośrednio związane z McGarrettem.

I nie wiedział, co w związku z tym zrobić, bo jak rozmawiać z człowiekiem, którego nie znał? Który miał w nosie, jakie jest w ogóle jego zdanie? Który nie zatrzymywał się na pięć minut, aby go wysłuchać, chyba że nie miał innego wyjścia?

Spodziewał się wymówek i wściekłości. Zaprzeczenia i może nawet paru zarzutów, że jest jednak trochę puszczalski. Wręcz czekał na pełen agresywnej neutralności wzrok Steve'a, którego nie będzie potrafił rozgryźć, a który go i tak zirytuje. I czuł nadciągającą kłótnię. Jednak McGarrett rozłączający się ot tak – nie przyszedł mu do głowy.

- Tak bardzo skopię mu dupę – westchnął Danny.

- Zaraz skończę i zejdę z tobą – powiedział Dennis, ale obaj wiedzieli, że to było coś, co musiał zrobić sam.

Doceniał pomoc przyjaciela, ale nie był dzieckiem. Spodziewał się dziecka i to była ogromna różnica. Rzucił na stolik zmiętą serwetkę i spojrzał w lustro, poprawiając krawat. Jego koszula, czysta i wyprasowana, jeszcze nie opinała go na brzuchu, ale spodziewał się, że Carol mógł nie mieć do końca racji – biorąc pod uwagę jego nagłą miłość do malasadas, pewnie miał przybrać na wadze wcześniej niż wynikało to z szacunków lekarza.

- Nie ma sensu, żebyś to oglądał – odparł, patrząc prosto w lustro.

Nie wyglądał zbyt dobrze, ale z drugiej strony nie mógł uwierzyć, że minęła ledwie doba, odkąd obudził się w szpitalu. Miał zgłosić się dzisiaj na kolejne badania i sprawdzić, czy Lokelani miał wszystkie potrzebne informacje. Carol wydawał się ufać miejscowemu lekarzowi, ale kwestia dyskrecji wydawała się teraz drugorzędna, odkąd pewnie już cały posterunek plotkował o jego stanie. Może dlatego Dennis nie spieszył się tak bardzo do pracy.

- Skopię mu dupę – powtórzył Danny, chyba próbując bardziej przekonać samego siebie do tego pomysłu.

Wspomnienie tego, z jaką łatwością Steve unieruchomił go wczoraj, nie było miłe. Wszystko się w nim wiło i tłamsiło, jakby za wszelką cenę chciał się pozbyć takich myśli.

- Nie będziesz miał problemu z dojazdem do pracy w pojedynkę w razie czego? – spytał, nie wiedząc, czy pokłócą się ze Stevem pod hotelem, czy wybiorą jakieś przyjemniejsze miejsce.

Może mężczyzna chciał się tylko upewnić, że Danny nie będzie go gnębił o swoje dziecko. W końcu to śniadanie musiało coś znaczyć. A skoro Steve kupował ludziom samochody za porwania, posiłek to naprawdę nie była taka wygórowana cena.

Wyszedł z pokoju, wkładając koszulę do spodni. Przyjemny ciężar broni uspokajał go, ale z każdym krokiem robiło mu się coraz goręcej, dlatego kiedy wyszedł na zewnątrz, miał już podwinięte rękawy. Steve nie wysiadł nawet z samochodu, który wyróżniał się na parkingu taniego hotelu tak bardzo, jak tylko mógł. Kilka przyczep kempingowych, jakaś ciężarówka – turyści ewidentnie tutaj nie sypiali. A jeśli – to nie ci z górnej półki. Nie zwolnił, podchodząc, ale w zasadzie miał cholerną ochotę kupić sobie jakoś trochę czasu. Steve jednak nawet na niego nie spojrzał, gdy Danny zajął miejsce pasażera. W chwilę potem na jego kolanach wylądowało całkiem spore znajome pudło. Słodki zapach pączków wypełniał przestrzeń i prawie się nim odurzył, i pewnie dlatego późno załapał, że Camaro bardzo cicho ruszyło do przodu.

Spiął się lekko i spojrzał na siedzącego obok mężczyznę, który wpatrywał się tępo w przestrzeń przed sobą. Steve'a oczywiście nie zdradzało nawet drgnięcie mięśni. Na pewno mieli z tego zajęcia w tej szkole dla poronionych komandosów – cała reszta społeczeństwa bowiem jakoś wyrażała fizycznie swoje uczucia.

- Więc tak zamierzasz to rozegrać? – spytał po chwili wkurzony, orientując się, że Steve naprawdę nie zamierza rozmawiać.

Mężczyzna spiął się po raz pierwszy – a przynajmniej tak by się wydawało.

- O czym mam z tobą rozmawiać? – spytał nagle alfa. – Nie chciałeś mi powiedzieć o dziecku – dodał przez zęby i to było coś nowego, bo jego dłonie zacisnęły się mocno na kierownicy.

Gdyby Danny znał go lepiej – może potrafiłby zidentyfikować emocję, która przebiegła po jego twarzy. Jednak na razie wszystko wyglądało tak samo – jak złość. Od biedy wściekłość.

- A nie chcesz wiedzieć, czy to w ogóle twoje dziecko? – prychnął, nie mogąc się powstrzymać.

Ta rozmowa nie przebiegała po jego myśli. To on miał być tym wkurzonym, a nie Steve.

- A czyje miałoby być? Jakoś nie wyobrażam sobie ciebie sypiającego z kim popadnie. Ja tak nie robię i wiem, że ty też taki nie jesteś – powiedział Steve z pewnością, którą pewnie powinien odebrać jako komplement.

Z jakichś względów uważano omegi za niestałe uczuciowo, podczas gdy właśnie było odwrotnie. Dlatego nadal odchorowywał Rachel i z tego samego powodu pamiętał dotyk dłoni Steve'a na swoim ciele.

Między nimi zapadło po raz kolejny nieprzyjemne milczenie. I nawet malasadas w pudełku nie cieszyły go tak bardzo.

- Nie miałem twojego numeru ani nazwiska – podjął w końcu Danny, decydując, że musi być tym bardziej dorosłym z nich dwóch.

- Twojemu ojcu jakoś to nie przeszkodziło w zdobyciu moich danych osobowych. Jesteś policjantem, Danny, gdybyś chciał…

- Dobra, kurwa! - warknął w końcu. – Masz rację. Gdybym chciał, ale nie chciałem – powiedział całkiem szczerze, wpatrując się w mężczyznę. – Nie chciałem, bo nie jesteśmy razem, Steve, i nie wiem o tobie nic prócz tego, że masz fiuta, który jest całkiem interesujący. A ponieważ to nie jest Animal Planet, do wychowania dziecka jest ci potrzebne coś więcej niż świadomość, iż, owszem, twój partner jest cię w stanie zapłodnić, gdy pieprzycie się jak chrzanione króliki! – warknął, ignorując fakt, że Steve wpatruje się w niego w oszołomieniu.

- Animal Planet? – spytał McGarrett. – Króliki?

- Och, pieprz się. Tak bardzo się pieprz. Doskonale wiesz, o co mi chodzi – powiedział Danny, nie pozwalając zbić się z tropu.

Steve przygryzł wargę i potarł dłonią szczękę.

- Dobra, masz rację – powiedział w końcu. – Patrząc z twojego punktu widzenia, masz rację – przyznał po chwili. – A potem, wczoraj… - uściślił Steve. – Nie było kiedy rozmawiać… - dodał, jakby próbował to sobie wytłumaczyć i cały czas kiwał głową, co nagle dość mocno rozbawiło Danny'ego.

Wyglądał jak sporej wielkości pies, który starał się coś sobie przyswoić.

Kiedy cisza zapadła między nimi po raz kolejny, Danny nie czuł już tego napięcia co wcześniej. Steve wydawał się bardziej zrezygnowany niż wściekły, co nie było do końca naturalne.

- Gdzie tak w zasadzie jedziemy? – spytał w końcu, nie poznając za bardzo okolicy.

Steve spiął się niemal od razu, jakby wiedział, że zrobił coś naprawdę złego.

- McGarrett – westchnął Danny, czując, że nie ma sił nawet się denerwować. – Gdzie jedziemy? – powtórzył.

- Wczoraj zgarnęliśmy Sang Mina – przyznał mężczyzna w końcu.

- Wczoraj zastrzeliłem Sang Mina – przypomniał mu Danny sucho, przypominając sobie wyraźnie, co stało się później. – To nie był Sang Min – odgadł, czując, że jego dłonie same zaciskając się w pięści.

Steve uciekł wzrokiem.

- Gdybyś poczekał chwilę, dowiedziałbyś się od mojego ojca, że jedynym sposobem na dotarcie do Sang Mina jest rozmowa z Fredem Duranem – wyjaśnił alfa.

- I nie powiedziałeś mi, że jedziemy do tego Durana, bo...? – spytał Danny, nie mogąc nawet zrozumieć, o co właściwie chodzi.

- Nie wydawało mi się to konieczne – przyznał McGarrett.

- Nie wydawało ci się to konieczne – powtórzył po nim Danny, jakby rozsmakowywał te słowa w swoich ustach. – Nie wydawało ci się to konieczne – dodał jeszcze raz z niedowierzaniem. – Oczywiście, że nie wydawało ci się to konieczne – ciągnął dalej, chowając twarz w dłoniach.

Ostatni raz załamał się tak… niecałą dobę wcześniej. McGarrett miał dokonać tego, co nie udało się nawet Cannonowi – miał go kompletnie załamać. A co gorsza nie wiedział nawet, jak wyjaśnić mężczyźnie, w czym tkwił problem. Alfa wydawał się kompletnie nie przyjmować niczego do siebie. Co pewnie było jakąś naleciałością po wojsku.

I w głowie Danny'ego pojawiło się nagle całkiem mocne podejrzenie.

- I poszedłeś bez wsparcia do Sang Mina – powiedział, ponieważ nie musiał nawet pytać.

On był wsparciem alfy – tak twierdził Steve, gdy chcieli aresztować Durana. Jak się to skończyło – obaj wiedzieli doskonale. Steve był jednoosobową armią, ale to oznaczało, że świetnie dawał sobie radę na polu walki, a nie że sprytnie otaczał przeciwnika w celu pojmania go. Armia najwyraźniej nie brała jeńców.

- Nie bez wsparcia – powiedział Steve i zdawał się być dumny z tego, że Danny go jednak nie rozgryzł.

Spojrzał więc na alfę wyczekująco. Jakoś nie wyobrażał sobie Steve'a w towarzystwie SWAT. I nie pomylił się.

- Chin i Kono byli ze mną – przyznał alfa.

Danny policzył do dwudziestu i wziął kilka głębokich wdechów, otwierając pudełko z pączkami. Jeśli miał przeżyć ten dzień, potrzebował cukru, odkąd kawa znajdowała się poza jego zasięgiem.

- Dwie osoby to nie wsparcie – powiedział na tyle spokojnie, na ile go było stać.

- Poradziliśmy sobie – odparł Steve z czymś dziwnym w głosie, co brzmiało podejrzanie jak ośla upartość.

- Ile osób zostało postrzelonych? – spytał Danny wprost i z zaskoczeniem odkrył, że McGarrett zerka niepewnie na jego ramię, tam gdzie był założony niewielki opatrunek. – Nic mi nie jest – powiedział bardziej z przyzwyczajenia.

Steve jednak spiął się wyraźnie.

- Przepraszam – powiedział w końcu alfa.

- Och, to było takie trudne? – zakpił Danny, wgryzając się w pączka. – Jeśli minie doba i przez ciebie nie zginę, może nawet nauczysz się faktycznie wzywać wsparcie – dodał zgryźliwie, ponieważ nie był za bardzo przygotowany na falę emocji, która zalała go, gdy faktycznie dostał swoje szczere przeprosiny.

ooo

Kono była omegą – to była jedna z pierwszych rzeczy, które zauważył. Dziewczyna była za młoda, aby być policjantką i to sprawiło, że zaczął mieć podejrzenia co do sposobu, w jaki McGarrett zrekrutował tę dwójkę. Chin spoglądał na niego, jakby chciał coś powiedzieć, ale cały czas gryzł się w język. Jego wzrok kilka razy wędrował w okolice brzucha Danny'ego, jakby faktycznie spodziewał się zobaczyć tam coś nowego.

- Danny Williams – przedstawił się, wyciągając dłoń w kierunku dziewczyny, która wprowadzała coś na komputerze.

Jej palce tak szybko przelatywały po klawiaturze, że zaczynało go od tego mdlić. Albo od sześciu pączków, które wchłonął w samochodzie, chcąc czymś zająć usta, aby nie musieć rozmawiać ze Stevem.

- Kono Kalakaua – odparła omega.

Musiała czuć, że oboje są mutantami, ale nie powiedziała ani słowa. Jedynie uśmiechnęła się przyjaźnie.

- To moja kuzynka – dorzucił Chin, jakby to miało cokolwiek wyjaśniać.

- Miło mi poznać. Też pracujesz na posterunku? – spytał wprost, nawet nie próbując się wdawać w subtelności.

- Kończę akademię za kilka dni – powiedziała i wyprostowała się lekko, jakby wręcz go prosiła o komentarz w tej kwestii.

Cała jej sylwetka wydawała się promieniować siłą, której nie zauważył wcześniej, gdy pochylała się nad komputerem. Poznawał charakterystyczne linie mięśni, które zostały ukształtowane przez sport, a może i sztuki walki. Obserwowali się przez chwilę, jakby chcieli sprawdzić, czy to drugie jest wyzwaniem, konkurencją, ale przecież oboje grali do tej samej bramki, więc uśmiechnął się jeszcze raz, pokazując jej, że akceptuje jej pozycję w grupie.
Skłoniła lekko głowę w niemym podziękowaniu i zerknęła na jego brzuch, a potem prosto w jego oczy.

- Ile osób już wie? – spytał, może tylko odrobinę zimniej niż zamierzał, bo dziewczyna spłoszyła się niemal od razu.

- Nie chciałam, żeby tak to wyglądało. Chin mi powiedział, odkąd mamy razem pracować. Chciał, żebym na ciebie uważała… - wyjaśniła Kono pospiesznie.

Kelly nawet nie mrugnął okiem.

- Żeby było jasne – zaczął Danny. – Nie mówimy o tym – poinformował ich, ściskając mocniej pudełko z malasadas. – I jak to, pracujemy razem? – zainteresował się.

- Chin i Kono zostali przydzieleni do naszej jednostki – poinformował go McGarrett i nie umknęło jego uwadze, że jeszcze wczoraj ten samozwańczy dwuosobowy oddział należał w pełni do alfy.

Dzisiaj już mówił o wspólnocie, co pewnie powinno go zastanowić.

- Nie, znaczy, że ich przydzieliłeś tam, gdzie chciałeś – uściślił, a Steve nie zaprzeczył. – Czekaj, a co z Dennisem? Jeśli Chin jest tutaj, Dennis nie ma partnera – powiedział pospiesznie, czując, że to jego szansa.

McGarrett jednak pokręcił przecząco głową.

- Cztery osoby to wystarczająca liczba – poinformował go alfa. – Jesteśmy w parach, każde może pilnować pleców partnera. Pięć osób skomplikuje sprawę – dodał i to było tak kiepskie wyjaśnienie, że Chin przez chwilę spoglądał w sufit, unikając jego wzroku.

- To przez to, że wczoraj do ciebie celował? – spytał Danny wprost, a Steve znowu przybrał swoją neutralną maskę, dając mu jednocześnie odpowiedź. – Och, oczywiście, że to dlatego. I wiesz co? Pewnie by cię też zastrzelił bez mrugnięcia okiem – poinformował go Danny z pewną satysfakcją. – I taka śmieszna sprawa… Dennis spokojnie znalazłby tutaj partnera. Przypomnę ci, że pracowałem z nim przez lata, więc dogadywalibyśmy się idealnie. To ty wolisz pracować w pojedynkę – przypomniał mu Danny i już miał podnosić dłoń, aby wskazać palcem w pierś cholernego alfy, ale w ostatniej chwili się powstrzymał, czując się naprawdę cholernie bezsilnym.

- Skończyłeś? – spytał Steve spokojnie. – Jeśli tak, to powiem ci, że twój drogocenny Dennis jest naszym łącznikiem z policją, czyli będzie w naszej siedzibie częściej niż rzadziej, przynosząc nam wszystko, począwszy od wyników badań, a skończywszy na raportach ze śledztw – powiedział.

Danny otworzył usta, ale nie wiedział za bardzo, co powiedzieć.

- I zrozumiałem, co chciałeś mi wczoraj przekazać. Jestem w Rezerwie i musimy przeprowadzić śledztwo, co oznacza, że zrobimy to po twojemu. Po waszemu – powiedział Steve, patrząc na China, który tylko skinął głową, jakby przeprowadzili tę rozmowę już wcześniej. – Ze wsparciem – dodał Steve.

- I nakazami – wtrącił Danny, ale alfa uśmiechnął się krzywo.

- Nie potrzebujemy nakazów. Gubernator dała nam carte blanche, dopóki nie będzie incydentów międzynarodowych – poinformował go McGarrett i tego oczywiście Danny powinien był się spodziewać.