Czuł na sobie wzrok Kono, odkąd oboje pochylili się nad plikami, które Steve zdobył nie wiadomo gdzie. Nie wiedział nic na temat Hesse'a, prócz tych szczątkowych informacji, które McGarrett przekazał mu niechętnie poprzedniego dnia i chociaż akta były niekompletne – zaczynał się zastanawiać, jakim cudem wyszedł z tego bez szwanku. Oczywiście nadal nie czuł się pewnie, nawet w ich tymczasowej bazie z SEALem pod ręką oraz dwoma wytrenowanymi policjantami, podczas gdy sam miał broń – a to o czymś świadczyło. Jednak jego wyniki nie odstawały wiele od normy. Zarówno tej ludzkiej, jak i przygotowanej specjalnie dla mutantów. Doktor Lokelani miał do czynienia głównie z żeńskimi omegami, ale po kilku telefonach dostał potrzebne dane. Carol nigdy nie szczędził czasu na swoich pacjentów i dlatego Danny tak go uwielbiał.

- Czy to dla ciebie inne niż dla mnie? – spytała Kono w końcu.

Danny westchnął, wiedząc, że nie chodzi o ciążę.

- Mutacja? – upewnił się, chcąc zyskać na czasie. – Wiesz, że uważam was za dzikusów. Gen nigdy nie był związany z płcią – prychnął.

Kono uśmiechnęła się lekko.

- Istnieje legenda, że Ku, bóg walki i talentu, widząc, jak wielkich wojowników wydała ta ziemia, wybrał jednego ukochanego, najzdolniejszego i próbował wynieść go na swoje podobieństwo. Chciał nagrodzić jego męstwo i to, że mężczyzna tak wiele osiągnął, chociaż ziemia pod jego stopami płonęła, a otoczony wodą ląd nie był tak żyzny jak kontynent. Mówiono, że mężczyzna przyjął dar, ale nie chciał opuszczać wioski, która była zależna od tego, co przyniósł tego dnia z łowów. Był żywicielem nie tylko swojej rodziny, ale również wszystkich wokół. Polegali na nim, a on uczył kolejne pokolenia, aby przetrwali na tak trudnym lądzie. Ku po raz kolejny ścisnęło się serce, wiedząc, że mężczyzna poświęca się dla ludzi i stworzył na jego podobieństwo niewiastę, która nie ustępowała mu kroku. Potrafiła kochać jak nikt inny i widziała, gdy czyjeś serce wypełniał smutek. Potrafiła przejrzeć maski – ciągnęła Kono i Danny słuchał jej dłuższą chwilę, zastanawiając się, do czego to zmierza. – Rodziła mu również dzieci, które miały w sobie dar – dodała dziewczyna, a on zakrztusił się powietrzem, nie chcąc już wiedzieć nic więcej.

Kono zerknęła na niego, chyba oczekując jakiejś reakcji, więc uśmiechnął się wrednie.

- Cały świat walczy z seksizmem, a ty sprzedajesz mi historię o tym, że kobiety powinny siedzieć w domu, ocierać cudze łzy i bawić gromadkę dzieci. Jakoś nie widzę ciebie w tej roli – prychnął, nie mogąc się powstrzymać.

Kono wzruszyła ramionami i udała, że ponownie czyta plik przed sobą.

- Plotkowano, że Steve jest mężczyzną z opowieści. Musisz przyznać, że opis wyjątkowo pasuje – podjęła dziewczyna niby od niechcenia.

- Mój ojciec też mi raz opowiedział historię. O głupim komandosie, który nie wiedział, że nie jest nieśmiertelny. Chcesz wiedzieć, jak się kończy? – spytał, zaplatając dłonie na piersi.

- Jeśli to jedna z tych historii, która ma mi podprogowo przekazać, że wzywamy od tej pory wsparcie, nie zamierzam się ponownie powtarzać. Zrozumiałem to za pierwszym razem – wtrącił McGarrett, wchodząc do pomieszczenia.

Danny musiał nawyknąć do jego obecności, bo nic go nie ostrzegło, że alfa nadchodzi. Znajome mrowienie zostało zastąpione przez pewną dozę przyzwyczajenia. Już nawet Kono wydawała się bardziej obcym dodatkiem do jego środowiska, a zawsze reagował pozytywnie na omegi. Szczególnie te, które były kobietami.

Cięta riposta zamarła na jego ustach, gdy McGarrett położył przed nimi kolejne pudło z dokumentami. Nie był najgorszy w robieniu notatek, ale potrzebowali tygodni, aby się przez to przedrzeć.

- Co to jest? – spytał z nadzieją, że Steve powie, iż to jego prywatne rzeczy.

Albo hasła do krzyżówek. Skorowidz miejscowych rzezimieszków.

- Akta Hesse'a – powiedział jednak alfa i to było bezlitosne.

Danny zaczął poważnie przypuszczać, że nie nie tak szybko zostawi za sobą tę wyspę. Dennis zresztą pojawił się z Chinem oraz dobrze mu znaną aluminiową walizką, w której były dowody w sprawie jego porwania z Jersey. Zdjęcia jego tymczasowego mieszkania pewnie znajdowały się w środku i o ile nie przeszkadzało mu to kilka miesięcy temu, teraz nie bardzo chciał przypominać Steve'owi o niezbyt dobrych warunkach, w których sypiał. To był okres, gdy pracował od rana do nocy. Nie zamierzał w tym miejscu wychowywać ich dziecka. Jego córka zasługiwała na o wiele więcej, nawet jeśli miałby się wprowadzić z powrotem do rodziców, aby jego Ma mogła pilnować małej, gdy on zamykałby przestępców.

- Na kiedy uda się wam wraz z Kono to przejrzeć? – spytał Steve, stawiając przed nim pudło i Danny zagryzł wargi w wąską linię.

- Ach tak… - zaczął. – Zostawiamy omegi w odwodzie, żeby wybraniec pieprzonego bóstwa Ku mógł spokojnie wykazać się męstwem? – prychnął zirytowany.

I zdał sobie sprawę, że Steve wpatruje się w niego z najgłupszym wyrazem twarzy, jaki Danny widział kiedykolwiek. Dennis zamarł z walizką w dłoni i podejrzany uśmieszek pojawił się na jego ustach.

- Uhm, detektyw Barat spojrzał na moje raporty i powiedział, że unikniemy rękoczynów, jeśli oddamy pisanie w twoje ręce – powiedział ostrożnie Steve, zerkając na Dennisa, jakby szukał ratunku.

- Jest tak, jak mówił komandor McGarrett – potwierdził jego przyjaciel, nie mrugnąwszy nawet okiem. – I co to, do cholery, jest bóstwo Ku? Czy właśnie zapoznajesz się z obcą kulturą, żeby odegrać się za nazywanie nas haole? – zainteresował się.

Danny w zasadzie nie wiedział nawet, dlaczego bajki Kono wytrąciły go z równowagi, ale było po prostu coś nie tak w tym wszystkim, co mówiła. Steve nie był wyjątkowy. Chyba że był wyjątkowym dupkiem albo wariatem. Steve był po prostu nierozważny i nawet rzekomo boskie pochodzenie nie mogło tego tłumaczyć. Oczywiście alfy w trzecim pokoleniu stanowiły rzadkość. Mutację odkryto dopiero niedawno. Steve wyprzedzał ich wszystkich o całe dekady i pewnie niejeden naukowiec z przyjemnością położyłby na nim swoje ręce.

Jednak to nie czyniło go mniej człowiekiem.

A mutacja nie czyniła Danny'ego kobietą. Nie wiedział, co sugerowała Kono, bo to, że tutaj nie pasował – już odgadł. Jeśli omega chciała mu zainsynuować, że całe chrzanione Oahu z bogiem Ku na czele wyobrażało sobie inną przyszłość dla Steve'a – być może z uroczą wyspiarką - nie miał nic do tego.

- Może gdybyście się trochę dopasowali, cała reszta w końcu by zapomniała, że jesteście obcy – podsunął McGarrett.

- Wyjaśnijmy sobie jedno – powiedział Danny. – Kiedy trafiłem na wyspę, byłem nieprzytomny, więc to nie tak, że ja zacząłem.

- Spytałeś jednego z moich kuzynów, czy tylko on mówi po angielsku – westchnął Chin, zaskakując go kompletnie. – To oni cię wyłowili i dlatego tak szybko został powiadomiony posterunek – wyjaśnił Kelly.

- Poważnie? – spytał Danny, nie mogąc sobie przypomnieć żadnej konwersacji, która przebiegałaby przed pobudką w szpitalu.

- Więc to nie tak, że my zaczęliśmy – dodał Kelly.

Dennis miał czelność się roześmiać.

ooo

Danny nie widział powodu, aby przetrzymywać Sang Mina zbyt długo, ale najwyraźniej była to jakaś metoda przesłuchań. Nie wiedział, czy naginają konwencję genewską, ale czuł, że przy Stevie będzie musiał sprawdzić niejedno. Alfa chodził w kółko pod zamkniętymi drzwiami pokoju przesłuchań od dobrych kilku minut.

- Może wejdziemy do środka? – zaproponował Danny, przeglądając jedną z większych teczek.

Uznali z Kono, że zrobią notatki i wymienią się nimi, gdy przejdą przez połowę akt. Dennis nawet obiecał pomóc, odkąd policja w Honolulu ewidentnie starała się go upchnąć z dala od siebie, ale zbyt dobrze znał jego charakter pisma. Raporty Steve'a, nawet te kompletne, były fatalne. Mógł je skwitować trzema słowami: przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. A całkiem spore liczby pod każdym z nich oznaczały straty nie tylko w ludziach, ale również w sprzęcie wojskowym, których wielkość przyprawiała go o palpitację.

Nie wiedział, czy gubernator miała świadomość, w co się pakowała, ale ten stan chyba nie obracał milionami, którymi można było ot tak rzucić, bo McGarrett zatopił statek lub dwa w imię dobrej sprawy.

- Jeszcze nie – odparł alfa.

- On nie jest gotowy, czy ty nie jesteś gotowy? – spytał szczerze Danny. – Jeśli nie wiesz, jak to zrobić, zostaw to mnie. Przesłuchiwałem dziesiątki…

- Nie wiem, jak wyciągnąć od niego odpowiedzi i zostawić go w dobrym stanie – poinformował go Steve, jakby to było całkiem oczywiste.

I Danny nie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, kto tak skrzywił tego człowieka. Wojsko samo w sobie nie mogło mieć na niego aż takiego wpływu, ponieważ Danny był w akademii policyjnej i mówiono im tam wiele. To jednak nigdy nie sprawiło, że zmienił się jako człowiek. Jego rodzice dobrze go wychowali.

- Trzeba go złamać psychicznie – podjął Danny, wzdychając. – Albo podejść. Jednak mamy przeciwko niemu dowody i nie potrzebujemy przyznania do winy. Potrzebujemy informacji, więc musimy dać coś w zamian. Pytanie, co będzie dla niego tyle warte, aby zdradzić takiego człowieka jak Victor Hesse – dodał, wzruszając ramionami.

Sam miał nadzieję, że coś pojawi się podczas rozmowy z więźniem. Najczęściej właśnie tak załatwiali wszystko z Dennisem. Podejrzani zawsze się zdradzali. Nerwowa sytuacja, zamknięcie, ciągłe oczekiwanie – to wszystko odpowiednio przygotowywało ich na szczere wyznania.

Coś błysnęło w oczach Steve'a i mężczyzna bez ostrzeżenia szarpnął za klamkę. Danny w ostatniej chwili rzucił teczkę na blat i podążył za nim, irytując się, że jak zawsze działają pod wpływem impulsu.

Sang Min siedział niewygodnie skuty na jedynym krześle w pomieszczeniu. I w zasadzie cały pokój wyglądał bardziej na miejsce do przetrzymywania ludzi przed egzekucją niż prawdziwą salę przesłuchań. Steve na pewno sam wybierał wystrój, sądząc po odrapanych ścianach. Mężczyzna wyglądał nawet nie najgorzej, nie licząc podejrzanych ran, które wyglądały na drzazgi. Danny nawet nie chciał się zastanawiać, czy Steve wysadził coś w nocy, bo jak zawsze mu się spieszyło, aby dorwać cel w swoje łapy.

- Masz dziecko – powiedział McGarrett i brzmiało to jak oskarżenie.

Punkt zaczepienia był idealny i gdyby Steve dał mu to poprowadzić, pewnie udałoby im się wiele osiągnąć, ale alfa uniósł nie tak delikatnie podbródek mężczyzny do góry. Sang Min wpatrywał się w nich obu z wściekłością w oczach, ale Danny dostrzegł niewielkie wahanie, które kryło się gdzieś tam w tle.

- Jakoś nie umiem sobie wyobrazić, co pomyśli twoja żona, jeśli się dowie, że szmuglowałeś tych ludzi w nieludzkich warunkach. Pewnie nie wie. Kobiety nie są w stanie kochać aż tak bardzo. Szczególnie matki – powiedział z pewnością w głosie. – Jak wiele dzieci zginęło przez ciebie? Chcesz, żeby ktoś ją o tym uświadomił?

- To się raczej nie uda. Chyba że szepną jej słówko, gdy będzie deportowana – wtrącił Steve i Danny zrobił wszystko, aby nie okazać zdziwienia.

Nie wiedział nawet, że istniała taka możliwość, ale grał kartami, które mu rozdawano.

- A ktoś na pewno jej powie – ciągnął dalej alfa i urwał sugestywnie, a jego nozdrza poruszyły się, gdy wciągał do płuc więcej zapachów, które unosiły się w pomieszczeniu. – Wiesz, kim jestem? Ścigałem Hesse'a przez cztery kontynenty, a to było zanim sprawił, że stało się to naszą prywatną sprawą. Wziął coś mojego i próbował mi to odebrać. I za to spotka go kara. Wiesz, że nie spocznę, dopóki go nie dorwę i jeśli sądzisz, że ktokolwiek cię stąd uwolni… - Steve urwał sugestywnie. – To jest człowiek, którego twoi ludzie porwali w New Jersey. Znaleźliśmy jego, a on doprowadzi nas do łodzi. A potem do twojego domu i twojej rodziny – wyjaśnił spokojnie alfa i Danny nie musiał nawet spoglądać na Sang Mina, aby wiedzieć, że mężczyzna zaczyna się trząść. – Gdzie jest Victor Hesse? – spytał McGarrett wprost i chociaż powinien zaoferować coś w zamian, sama groźba najwyraźniej podziałała.

- Na chińskim frachtowcu, ale wypłynął, gdy tylko on trafił do morza. Nie chciał być na wyspie, gdy ciało… - urwał Sang Min, nie patrząc na niego.

Danny poczuł, że jego gardło zaciska się boleśnie. Steve wyprostował się, jakby był usatysfakcjonowany odpowiedzią.

- Który to frachtowiec? – spytał McGarrett wprost.

ooo

Danny wyszedł z pokoju przesłuchań, czując się naprawdę fatalnie. Ten dzień ciągnął się w nieskończoność, a on nie chciał słuchać, jak mówią o nim jak o zwłokach. Widział, że Steve spina się, ilekroć Sang Min wspomina, że mieli w stosunku do niego inne plany, ale nie doczekał końca rozmowy. Alfa zresztą zanotował chyba wszystko, na czym mu zależało. Podejrzewał jednak, że Hesse był całkiem świadom tego, że dotrą do przemytnika na wyspie i nakarmił go fałszywymi informacjami. Terrorysta mógł równie dobrze być już na kontynencie, skorzystawszy z jednego z wielu prywatnych lotnisk, do których dostęp miał Sang Min.

Kono zerknęła na niego niepewnie i uśmiechnęła się, jakby chciała go uspokoić. Pytanie z wcześniej, czy mutacja była dla niego inna niż dla niej – powróciło niechciane. Omegi znane były ze swojej empatii i doświadczył tego nieraz. Nie płakał na widok cudzego nieszczęścia, ale to sprawiało, że był naprawdę dobrym gliną, bo starał się z całych sił. Podejrzewał, że Kono wybrała ten zawód z tych samych powodów, co on – chcieli, aby świat stawał się lepszy.

- Wiemy coś? – spytała dziewczyna.

- Wiemy, gdzie Hesse'a nie ma – powiedział Danny, podchodząc do niej bliżej.

Steve wyszedł z pokoju przesłuchań, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Przekręcił nawet klucz, chociaż Sang Min nie miał szans na ucieczkę.

- Jestem niemal pewien, że jednak zaczekałby na wyspie, aby zobaczyć moją reakcję – powiedział Steve, stając tuż obok niego.

Mógł poczuć ciepło promieniujące od drugiego, sporo większego ciała. Nie wiedział, na czym się skupić. Jego ramię zaczynało piec. Podobnie jak kostka. Naciął skórę głębiej niż się spodziewał, a upał nie sprawiał, że rany goiły się szybciej.

Nie wiedział, jakim cudem Steve wyglądał tak świeżo w tym upale, ale podobnie jak Kono – wydawał się nieporuszony faktem, że nie mają jeszcze podłączonej klimatyzacji. Danny przetarł swoje spocone czoło, zastanawiając się, czy jego włosy już przylepiły się do czaszki czy jeszcze wygląda przyzwoicie i zamarł, gdy poczuł, jak McGarrett sztywnieje tuż obok niego. Dennis miał się pojawić u nich za kilka godzin, aby przetransportować Sang Mina do więzienia, ale poza tym nikt inny nie znał adresu, więc jego dłoń powędrowała do broni.
I wtedy ją zobaczył. Rachel stała w progu z walizką w dłoni, w towarzystwie mocno skonsternowanego Dennisa. Danny nawet nie pytał, bo jego była żona wyglądała naprawdę fatalnie. Musiała stracić kilka kilogramów i nie sypiała zbyt dobrze, bo jej zwykle blada cera – teraz zdawała się całkiem przezroczysta. Właśnie w tym stanie nie chciał jej zobaczyć już nigdy.

Jej obcasy wydawały charakterystyczny dźwięk w kontakcie z podłożem i szła coraz bardziej pewnie w jego kierunku, a potem zostawiła na środku korytarza walizkę i po prostu podbiegła do niego, zaczynając płakać nie wiadomo kiedy. I Danny nagle poczuł, że jej szczupłe ramiona obejmują go, więc ścisnął ją mocniej, czując, że Rachel płacze całą sobą. Wilgoć na jego ramieniu była niczym w porównaniu do spazmów, które szarpały jej całym ciałem.

- Ja… ja… - próbowała powiedzieć, ale słowa po prostu się nie układały i całkowicie to rozumiał.

Owinął wokół niej swoje ręce, pozwalając jej utonąć w swoich ramionach. Często żartowała, że ginęła w nich, ale dzisiaj wydawało się to jak najbardziej prawidłowe. Coś w jego klatce piersiowej ściskało się boleśnie, ale nie wiedział nawet, co ma z tym zrobić.

- Rachel – powiedział w końcu przerywając ciszę. – Jestem cały – zapewnił ją, a ona rozpłakała się jeszcze bardziej, ale chyba tym razem faktycznie zaczęła w to wierzyć, bo nawet oderwała twarz od jego ramienia.

- Nie chcieli… Nie chcieli mi nic powiedzieć – wyjąkała w końcu, łapiąc spazmatycznie powietrze. – Wiem, że my już nie..., ale Danny… - Głos się jej załamał przy jego imieniu. – Danny – dodała tak miękko, że prawie jej nie poznawał.

Jej zaczerwienione oczy wpatrywały się w niego, jakby był jakimś cholernym cudem, więc wytarł kciukami jej policzki i pocałował ją w czoło, przyciągając ją znowu bliżej do siebie. Chwilę kołysał ją w ramionach, aż zdał sobie sprawę, że nie są, do cholery, sami. Zerknął na Dennisa, który uśmiechał się lekko, a potem na Steve'a z jego obojętną maską na twarzy. Jedynie Kono wydawała się marszczyć brwi w niezadowoleniu, zapewne nieprzyzwyczajona do podobnych scen.

- Już dobrze – powiedział jeszcze raz, nie wiedząc, czy zapewnia ją czy siebie.