Rachel nie potrafiła się uspokoić i chociaż przestała płakać jakiś czas wcześniej, nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Dennis przyniósł jej szklankę wody, gdy Danny zdał sobie sprawę, że nie ma takiej możliwości, aby ruszył się chociaż o centymetr. Kobieta skutecznie przytrzymywała go na krześle obok siebie. I naprawdę nie podejrzewał jej o tak wiele siły w tych szczupłych dłoniach.

Ilekroć próbował wstać, spoglądała na niego tak, jakby się bała, że zaraz zniknie. I Danny zaczynał się coraz mocniej zastanawiać, czy spokojna rozmowa, którą przeprowadził z rodzicami, nie była tylko efektem tego, że Dennis uspokoił ich już wcześniej. Rachel była bowiem w opłakanym stanie.

- Danny – powiedziała jeszcze raz tak miękko i cicho, że prawie wydawało mu się, że się przesłyszał.

I było w tym wszystkim coś dziwnego, bo przeważnie nazywała go pełnym imieniem, lubiąc, gdy naprawdę mocno było słychać jej brytyjski akcent. Lubiła wyróżniać się z tłumu, a ta wymięta letnia sukienka jakoś do niej nie pasowała.

- Przywiozłam twoje rzeczy – poinformowała go nagle. – Mam twoje koszule i krawaty. Zastanawiałam się nad koszulkami, ale wiem, że pomimo ciepła nie zrezygnujesz… - ciągnęła dalej, mówiąc coraz szybciej.

- Spokojnie, Rach – wszedł jej w słowo, zaciskając dłoń mocniej, aby czuła, że faktycznie jest tutaj. – Niepotrzebnie się kłopotałaś. Wszystko jest w porządku. Zajmujemy się teraz śledztwem. Jesteśmy blisko ujęcia tych ludzi – skłamał, uśmiechając się lekko.

Rachel spojrzała na niego i zesztywniała. Kono starała się im nie przyglądać, ale siedzieli we wspólnym pomieszczeniu. Jeszcze nie przygotowali biur i pokoje ziały pustką, a jakoś wydawało mu się nieodpowiednie zabierać Rachel to tego pokoju przesłuchań, w którym nadal znajdował się Sang Min.

Steve wpatrywał się tępo w przestrzeń przed sobą i gdyby nie fakt, że ramiona alfy napinały się i rozluźniały, jakby z sobą walczył, Danny mógłby go wziąć za posąg.

- Nie okłamuj mnie – poprosiła Rachel. – Wiem, kiedy kłamiesz, Danielu – dodała i wzięła głębszy wdech, a potem spojrzał na Kono i Steva'a. – Ja… - zaczęła. – Bardzo was przepraszam – powiedziała w końcu, chyba orientując się, że przez ten cały czas nie byli sami.

Nie należała do najbardziej emocjonalnych kobiet i nie lubiła, aby ktokolwiek widział ją taką, więc Danny nie był nawet zdziwiony, gdy zobaczył rumieniec zawstydzenia na jej twarzy.

- Gdzie się zatrzymałaś? Jesteś wyczerpana – powiedział pospiesznie, planując już w głowie, że odwiezie ją do hotelu.

Obecność Rachel komplikowała wszystko. Nie wiedział, jak bardzo Hesse chciał dorwać ich oboje, ale nie mógł jednocześnie prowadzić tej sprawy i mieć jej na oku. Spojrzał na Dennisa i jego przyjaciel po prostu skinął głową, pojmując wszystko w lot. Skoro policja w Honolulu nie potrzebowała Barata, mógł w wolnym czasie pilnować Rachel, gdy Danny nie był w stanie. Nie wiedział, na jak długo przyjechała, ale dwa czy trzy dni nie mogły być problemem.
Rachel wstała w końcu i rozprostowała fałdy na materiale sukienki. Danny nie mógł jej nie obserwować, oczarowany tym, jak szybko zaczynała panować nad sobą, gdy zachodziła taka konieczność. Jeszcze do niedawna nienawidził tego, że ich kłótnie kończyły się właśnie w ten sam sposób. Rachel poprawiała się i wychodziła, pozornie niewzruszona. Nie wiedział, jak mógł nie zauważać przez cały czas, że była to tylko jedna z jej masek.

- Jestem Rachel Williams – przedstawiła się w końcu. – Chyba powinnam była od tego zacząć – dodała, próbując się uśmiechnąć.

Kono rzuciła mu jedno z tych swoich pytających spojrzeń. Ale on sam był zaskoczony, że Rachel została przy jego nazwisku. Możliwe, że ten szczegół umknął mu w natłoku innych spraw.

- To jest Kono – powiedział i omega ruszyła, aby uścisnąć Rachel. – Oraz…

- Komandor porucznik McGarrett – wszedł mu w słowo Steve, budząc się z tego swojego dziwnego letargu.

Może alfa nie sypiał, a jedynie ładował baterie słoneczne.

- Miło mi poznać, komandorze poruczniku – odparła Rachel i nawet gdyby nie był omegą, wyczułby napięcie między nimi.

Steve emanował czymś dominującym nawet wśród zwykłych śmiertelników, których mutacja ominęła. Rachel jednak musiała wiedzieć, że wojskowy oznaczał tylko kłopoty, bo spięła się wyraźnie i cofnęła odrobinę do tyłu, aż poczuła jego klatkę piersiową.

- Odwiozę cię do hotelu – poinformował ją Danny.

Rachel skinęła głową, chyba nie mając siły na kłótnie.

- Wynajęłam większy pokój. Nie wiem, gdzie zameldowaliście się z Dennisem, ale… - zaczęła.

- Detektyw Williams jest zameldowany w Hiltonie – przerwał jej Steve. – Detektyw Barat odwiezie panią do hotelu – dodał.

- Chyba żartujesz – prychnął Danny.

Steve jednak spojrzał na niego kompletnie obojętnie.

- Frachtowiec – powiedział tylko alfa i Danny nagle zrozumiał, że mieli statek do dogonienia, bo jeśli Sang Min sądził, że jego informacje nie zostaną zweryfikowane, grubo się mylił.

Danny wątpił jednak, aby Steve spełnił swoje groźby.

- Frachtowiec – westchnął zatem i ścisnął łokieć Rachel. – Dennis cię odwiezie, ale obiecuję, że porozmawiamy dzisiaj wieczorem – dodał.

- Na pewno musisz jechać? – upewniła się Rachel, rzucając podejrzliwe spojrzenie w stronę Steve'a.

Jeśli sądziła, że jest zakładnikiem McGarretta, wiele się nie myliła. Nie zamierzał jednak jej tego wyjaśniać. A przynajmniej nie przy alfie.

- Im wcześniej to skończymy, tym wcześniej wrócę do domu – powiedział zamiast tego i uśmiechnął się do niej pocieszająco.

Skinęła tylko głową, przyjmując jego słowa bez komentarza, co zwykle się jej nie zdarzało. Dennis miał już jej walizkę w dłoni i Danny podejrzewał, że to nie był jej jedyny bagaż. Rachel spojrzała na niego z mieszaniną lęku i nadziei, której nigdy nie potrafił znieść i pochyliła się, żeby pocałować go w policzek.

- Paniolo, to jest nazwa hotelu – powiedziała. – Uważaj na siebie – rzuciła, oglądając się przez ramię , gdy Dennis poprowadził ją w stronę wyjścia.

ooo

Steve nie miał planu, ale przynajmniej cała jednostka SWAT czekała na nich przy wyjściu z ich nowej siedziby. I pewnie nawet chłopaki przydaliby się do czegoś, gdyby alfa nie prowadził jak wariat ulicami Honolulu. Sportowe Camaro szybko zgubiło na wąskich ścieżkach ciężkie samochody opancerzone i w ciągu kilku minut dotarli do portu.

- Zamierzasz wjechać samochodem do oceanu? W armii nie uczyli cię, że nie dogonisz łódki samochodem? – prychnął Danny, widząc, że Steve zaczyna kluczyć między dokami.

- W marynarce – poprawił go McGarrett i to było jedno z niewielu słów, które mężczyzna powiedział do niego, od kiedy Rachel pojawiła się w ich siedzibie.

I może to naprawdę miało coś wspólnego z jego byłą żoną, bo alfa wydawał się spięty bardziej niż zwykle, a to wiele mówiło, bo Steve był jedną wielką kupką napiętych mięśni. Może McGarrett, widząc jego dość przyjacielskie stosunki z byłą, przestał wierzyć w rozwód, który się odbył. A Danny naprawdę nie był już z Rachel, gdy spotkali się w tym przeklętym barze, więc pasywna agresja Steve'a nie miała sensu. Nie zdradzał. Nigdy by jej nie zdradził.

- Chodzi o Rachel? – spytał wprost. – Jesteśmy po rozwodzie – przypomniał mu. – Zostawiła sobie moje nazwisko, ale w zasadzie jest tyle problemów ze zmianą dokumentów.

- Nie chodzi o Rachel – odparł Steve i zacisnął mocniej ręce na kierownicy. – Chin sprawdził doki i żaden chiński frachtowiec nie wypłynął stąd od czterdziestu ośmiu godzin. Zatrzymano natomiast jeden, który próbował, ze względu na niekompletną dokumentację. Stoi tam – rzucił alfa i spojrzał przed siebie.

Ludzie kręcili się po po platformie, więc Danny czym prędzej sprawdził, czy kamizelka kuloodporna jest dobrze zapięta, a magazynek jego broni pełny. Do tej pory oddał tylko pojedynczy strzał w głowę Durana, ale należało się zawsze upewnić. Założył skórzane rękawiczki, aby pistolet nie ślizgał mu się w mokrej od potu dłoni i wyszedł z samochodu, gdy tylko Steve zaparkował. Jednostka SWAT dopiero podjeżdżała, ale rozumiał, dlaczego Steve tym razem nie liczył na efekt zaskoczenia. Frachtowiec stał w takim miejscu, że trudno byłoby podejść niezauważonym, co oznaczało, że alfa zrobił wcześniej rekonesans, co wcale go jakoś nie zaskoczyło.

- Masz nakaz? – spytał Danny, chociaż z góry wiedział, jaką odpowiedź dostanie.

- O co chodziło w tej opowieści twojego ojca o tym komandosie? – spytał w zamian Steve i to było naprawdę bez sensu.

- Poważnie? – prychnął Danny.

Steve spojrzał na niego, uśmiechając się lekko.

- Niezniszczalni komandosi to raczej mój temat – odparł alfa. – Gdyby byli jeszcze SEAL, to byłoby idealnie.

Danny przewrócił oczami, ale widząc, że ludzie z platformy wbiegli do wnętrza statku, zaczął podejrzewać najgorsze.

- Historia się kończy tak, że ten głupi komandos wrócił do domu, do swojej rodziny i zaczął chwalić się żonie swoim męstwem, a ona zdzieliła go w łeb i powiedziała, że brawura nie jest jej potrzebna. Nie jest jej też potrzebny bohater. Zawsze chciała tylko ojca dla swoich dzieci – odparł Danny.

Steve spojrzał na niego zaskoczony i coś dziwnego przemknęło przez jego twarz.

- To głupia historia – oznajmił mu alfa i Danny nie mógł nie prychnąć.

- Jeśli coś nie dotyczy zabijania, jest bezsensowne, prawda? Bardzo jestem ciekaw, jak załatwiłbyś kwestię negocjacji z porywaczami albo napadem na bank. Albo wiesz co? Nie mów mi. Nie chcę wiedzieć, że już opracowujesz, jak w pojedynkę rozbić każdy miejscowy gang – warknął Danny i poczuł nagle szarpnięcie.

Wylądował za całkiem sporą beczką, a kula świsnęła koło jego głowy.

- Kurwa – powiedział tylko i od razu usłyszał głos swojej matki, która nienawidziła przekleństw.

Historia może nie należała do tych całkiem porywających, ale była cholernie prawdziwa i gdy widział Steve'a na czele jednostki SWAT, ostrzeliwującego ludzi na pokładzie, doskonale wiedział, dlaczego przyszła mu na myśl, gdy Kono wychwalała McGarretta pod niebiosa. Oczywiście na wyspie czczono Steve'a, skoro nawet trafił do legend, ale im bardziej Danny był tego świadom, tym większą wściekłość odczuwał.

Wyprostował się i dostrzegłszy ruch po swojej lewej, strzelił prosto w stopę człowiekowi, który próbował ich obejść.. Sporej wielkości karabin upadł na ziemię, a gnojek starał się odczołgać jak najdalej.

- Nie ruszaj się – krzyknął do niego Danny. – Chcesz, żebym jeszcze raz cię postrzelił? – spytał retorycznie i westchnął, widząc, że tamten nie odpuszcza.

Steve wraz z całą jednostką przedarli się już na pokład, więc wyciągnął kajdanki i przypiął nimi faceta do sporej rurki. Wykopał karabin do wody, żeby tamtemu nie przyszło nic głupiego do głowy. I wtedy dostrzegł Steve'a na jednym ze sporej wielkości kontenerów, który gonił dobrze znaną mu postać. Victor Hesse najwyraźniej popełnił błąd. SWAT zabezpieczało dolny pokład, gdy McGarrett oddał kilka strzałów w kierunku mężczyzny, o dziwo chybiając. Tamten krzyknął coś jeszcze i ku zaskoczeniu Danny'ego, rzucił się do oceanu. Steve podbiegł do krawędzi kontenera i przystanął. Danny sądził, że alfa też zaraz zniknie w falach, ale McGarrett wyprostował się nagle i spojrzał w jego kierunku, jakby wiedział, że jest obserwowany.

ooo

Policja w Honolulu zapakowała do radiowozów wszystkich podejrzanych. Danny zdał sobie sprawę, że Steve nie strzelał celnie, bo jego oko, opuchnięte od ciosu, mogło być poważnie uszkodzone. Zapewne następnego dnia siatkówka miała być już w lepszym stanie, ale w tej chwili wyglądało to fatalnie. Mężczyzna musiał dostać co najmniej kolbą od karabinu.

- Hesse uciekł – powiedział, ponieważ McGarrett siedział w karetce, wyglądając tak, jakby miał zaraz odgryźć dłonie pielęgniarce, która poświęcała mu zbyt wiele uwagi.

Nawet Danny zauważył, że dziewczyna była strasznie dotykalska, jakby SWAT nie miało swoich rannych w o wiele poważniejszym stanie.

Sądził, że Steve się zirytuje, ale alfa spojrzał na niego i wzruszył ramionami.

- Złapię go następnym razem – powiedział tylko McGarrett.

Danny jakoś nie mógł uwierzyć, że widział na własne oczy moment zawahania u alfy. Steve biegł w stronę krawędzi kontenera ze szczerymi intencjami skoku. Widział to w tym, jak pracowały jego mięśnie, jak spiął się na sekundę przed tym, gdy powinien był się wybić. I normalnie podejrzewałby Steve'a o rozsądek, ale to byłoby za wiele. Do McGarretta nie dotarło jeszcze, że nie wyprzedza się wsparcia, korzystając ze swojego sportowego auta. Cały sens w SWAT był taki, aby przyjechać równo z nimi i puścić ich przodem. Mieli o wiele lepsze kamizelki kuloodporne.

- Zaskakujące stwierdzenie jak na ciebie. Sądziłem, że każdy gnojek ma u ciebie termin ważności. Hesse jakieś pięć minut, odkąd wiedziałeś, że jest na wyspie. Duran nie miał nawet takiego szczęścia – zakpił Danny.

- Ty zastrzeliłeś Durana – przypomniał mu Steve. – Gdyby to zależało ode mnie, nadal by żył.

- O, proszę cię. Sam się gotowałeś do zdjęcia go, ale miałeś zakładnika na linii strzału – powiedział Danny, nie przejmując się faktem, że dziewczyna zauważyła krew na jego koszuli i próbowała się dostać do starej rany.

Machnął na nią ręką jak na natrętnego owada i rzuciła mu naprawdę zirytowane spojrzenie.

- Powinieneś dać to obejrzeć – powiedział Steve, zerkając na niewielką plamę na jego lewym ramieniu.

- Dennis to opatrzył. Będzie się otwierać, a szycie co dwa dni to naprawdę nie moje marzenie – poinformował go Danny. – W tym pełnym ananasów piekle nic się nie będzie goić normalnie.

- Mogę cię przydzielić za biurko, ale wydawało mi się, że ostatnio za samą sugestię skoczyłeś mi do gardła - przypomniał mu Steve.

Danny spojrzał na niego zirytowany.

- Mój stan nie oznacza, że jestem chory czy… niezdolny do służby, Steve – warknął bardzo cicho. – I jestem pewien, że doskoczyłbym wyżej niż do gardła – dodał.

- Mówiłeś, że to nie Animal Planet – przypomniał mu McGarrett, ale w tych słowach tkwiło coś zbliżone do humoru.

Danny odprężył się odrobinę, bo Steve najwyraźniej niczego nie kombinował. Mężczyzna wyglądał zresztą na naprawdę wyczerpanego, jakby intensywne dwa dni wpłynęły na niego równie mocno, co na Danny'ego.

- Wyśpij się. Bierzemy do jutra wolne – poinformował go alfa, spinając się ponownie. – Dam znać Chinowi i Kono – dodał, a potem wyciągnął z kieszeni kluczyki samochodu.

- Wezmę taksówkę albo zabiorę się z chłopakami z posterunku. Dennis powinien się jeszcze gdzieś tutaj kręcić – powiedział jednak Danny i spojrzał na Steve'a raz jeszcze, nie wiedząc za bardzo, co mu tutaj nie pasuje.

Jednak to wrażenie go nie opuszczało, gdy oddalał się od doków w towarzystwie Dennisa.

ooo

Pokój Rachel był naprawdę ładny. Nie spodziewał się jednak po niej niczego innego. Wciąż miała na sobie tę samą sukienkę co rano i uniosła brew, gdy dostrzegła, że się przebrał. Jego włosy, nadal mokre po prysznicu, nie układały się tak, jak powinny i teraz, gdy stał przed nią, nie wiedział tak naprawdę, o czym mieliby porozmawiać. Wydawało mu się logicznym, że nie powinien jej zostawiać samej, tak zdenerwowanej i roztrzęsionej, ale wspomnienia z okresu rozwodu wróciły z całą mocą, gdy Dennis wezwał mu taksówkę.

- Ja zacznę – powiedziała szybko Rachel, siadając na łóżku. – Wiem, że pewnie powinnam była zadzwonić, ale nie potrafiłam… Nie mówili mi niczego, nie zrozumiesz, jak to jest czekać, gdy nie mówią ci niczego – powtórzyła bezsilnie.

- Dennis mówił, że byłaś u moich rodziców – wtrącił ostrożnie Danny.

- Spotkałam twojego ojca na posterunku, gdy próbowałam się dowiedzieć o postępach w poszukiwaniach. Zabrał mnie do siebie, jakby, wiesz… Jakby nic się nie stało. Powiedzieli mi wszystko, co wiedzieli i jeździłam z twoją matką do kostnicy. Ian przeprasza, tak przy okazji. Nie powiedział, za co i upewniał się chyba, że każde ciało, które nam pokazywał, nie należy do ciebie, co było dziwne – podjęła. – Wiem, że ostatnio nie było z nami dobrze, ale, wiesz… Po prostu, wiesz… - zająknęła się, patrząc na niego sfrustrowana.

I wiedział. Nie mogli ze sobą żyć, ale to nie znaczyło, że się nie kochali. I pewnie sam zareagowałby podobnie, gdyby cokolwiek stało się Rachel. Nie sądził, że przeleci dla niego całe Stany, ale czuł wstyd, że do niej nie zadzwonił. A może po prostu wiedział, jak wiele ta rozmowa będzie kosztować.

Rachel wstała i ostrożnie podeszła do niego, jakby nie była pewna, czy wolno jej go dotknąć.

Wyciągnął więc ramiona i przyciągnął ją do siebie.

- Już dobrze, Rach – powiedział, starając się brzmieć uspokajająco. – Wszystko będzie dobrze.

- Nic nie będzie dobrze, Danny – wyłkała. – Bałam się, że kiedyś cię skrzywdzą i jak głupia myślałam, że jeśli się od ciebie odetnę, to mnie nie uderzy. Ale Danny… Danny… Oni mogli… Oni mogli…

- Nie chcieli mnie zabić – skłamał szybko i poczuł, że Rachel uderza dłońmi zwiniętymi w pięści o jego klatkę piersiową.

- Nigdy mnie nie okłamuj, rozumiesz? Jestem twardsza niż sądzisz – powiedziała uparcie i jej oczy zrobiły się nagle większe, gdy dostrzegła formującą się czerwoną plamę na jego rękawie. – Jesteś ranny. Dlaczego tego nie opatrzyłeś? – spytała szybko, odsuwając się od niego.

Sądził, że chciała uciec od krwi, ale ona sięgnęła do hotelowej apteczki i wyciągnęła bandaże.

- Ściągnij koszulę, Danielu – poprosiła go, prostując się lekko na łóżku i poklepała miejsce obok siebie.

Uśmiechnął się lekko, siadając obok niej.