Danny obudził się z mniejszym ciałem obok siebie. Rachel wciąż miała zamknięte oczy, ale coś mu mówiło, że jego była żona nie śpi. Zawsze był dobry w rozgryzaniu, czy jest przytomna i kombinuje, aby przetrzymać go dłużej w łóżku – czy chodzi o coś innego. Czuł, jak napięte były jej mięśnie, gdy z całych sił starała się nie poruszyć, więc po prostu cmoknął ją w czoło.

Rana na jego ramieniu została obandażowana taką ilością różnych rzeczy, że wątpił, aby skóra miała jakiekolwiek szanse na kolejne naddarcie. Rachel ewidentnie robiła to pierwszy raz, ale nie miał serca powiedzieć jej, że nie potrzebował aż trzech warstw gazy. Była zbyt zaabsorbowana faktem, że rana na jego ramieniu jest cała zaczerwieniona i otwierała się kilkukrotnie podczas ostatnich dni.

- Danny – powiedziała, podpierając się na łokciach.

Spojrzał na nią przelotnie, gdy zapinał koszulę. Spodziewał się kolejnych wymówek i po prostu zbił usta w wąską kreskę, czekając na to, co miało przyjść.

- Zadzwoń do mnie, gdy skończycie. Moglibyśmy wyjść z Dennisem na kolację – zaproponowała Rachel cicho.

Danny przełknął gulę, która pojawiła się w jego gardle.

- Nie mam normowanych godzin pracy – przyznał, ostrożnie badając jej reakcję. – Nie wiem, kiedy skończymy na dzisiaj – dodał, aby to było jasne.

- Tyle sama się domyśliłam, ale przecież świat czeka na zbawienie – powiedziała z krzywym uśmieszkiem, który jej kompletnie nie pasował.

Coś gorzkiego było w jej głosie, ale szybko się zmitygowała.

- Wzięłam dwutygodniowy urlop – poinformowała go spokojnie. – Chcę pobyć trochę z tobą, jeśli nie będzie ci to przeszkadzało. Wiem, że to między nami nie skończyło się tak, jak powinno, ale wiedz, że jestem przy tobie, choćby nie wiem co – dodała i spojrzała na niego z mieszanką emocji na twarzy.

Nie chciał nawet odgadywać, co widzi. Niedawny strach nie brał już góry, a na wszystko inne mogło być za wcześnie.

- Kiedy mówiłem Dennisowi, że jeszcze wszyscy będziemy się śmiać z tego rozwodu, nie wierzył. Jesteś świetną kobietą, Rachel – przyznał, uśmiechając się do niej ostrożnie. – Nie wiem tylko, czy wakacje tutaj to dobry pomysł.

- Jeśli ci ludzie mi zagrażają, to mogą mnie równie dobrze dopaść w New Jersey – odparła Rachel. – Tutaj przynajmniej możesz mnie pilnować – dodała.

Danny oblizał spierzchnięte wargi i wziął w dłonie niemiłosiernie zmięty krawat. Mógł go nie rzucać byle jak na podłogę poprzedniego dnia, ale nie sądził, że będzie tutaj spał. Rozmawiali jednak z Rachel do późna i po prostu nie mógł jej zostawić, gdy znowu zaczęła płakać. Była w Stanach sama i coraz mocniej uderzało go, że część ich dawnych znajomych z posterunku faktycznie się od niej odcięło, całkiem źle rozumiejąc ich rozstanie. Nie miał jednak ochoty się im zwierzać – to nie był ich interes.

- Bardzo spokojnie to przyjmujesz – zauważył, po prostu nie wierząc w to, że Rachel, która uwielbiała perfekcję, a gdy coś nie dorastało do jej oczekiwań, dostawała szału albo jeszcze gorzej - popadała w milczenie - tak po prostu rozmawia z nim o tym, iż istnieje możliwość, że grozi jej niebezpieczeństwo.

- Miałam czas na to, żeby przewartościować swoje życie – odparła, wzruszając ramionami. – I chcę cię w moim życiu, w jakimkolwiek aspekcie mogę cię mieć – powiedziała, ostrożnie obserwując zmiany na jego twarzy. – Jeśli mamy się przyjaźnić, piszę się na to. Po prostu rozmawiajmy, Danny.

Przyglądał się jej dłuższą chwilę, nie wierząc nawet w to, co słyszy. Nutki desperacji w jej głosie były aż nazbyt dobrze słyszalne, ale może sam tak brzmiał, gdy mówił Dennisowi, że nie jest gotowy, aby ucięli kontakty definitywnie. Rachel była zbyt dobrą przyjaciółką, aby marnować tę znajomość i najwyraźniej jego była żona myślała o tym samym. Znali się tak dobrze – i może wbrew pozorom to doprowadziło do ich rozwodu.

Nie musieli rozmawiać o tym, czy się zmieni i ograniczy swoją pracę. Wiedziała, że tej batalii nie wygra i odeszła. A teraz wracała, przyjmując go takim, jakim był.

Uśmiechnął się lekko, gdy pochylał się nad nią, całując ją w czoło.

- Nie wychodź poza kompleks hotelowy. Poproszę Dennisa, żeby zajrzał do ciebie w ciągu dnia. Jeśli będziesz się nudzić, zadzwoń. Na pewno skontaktuję się z tobą, gdy tylko będę mógł – obiecał, odrywając się od łóżka.

Kiedy wychodził z hotelu, wciąż czuł zapach jej delikatnych perfum.

ooo

Steve rzucił mu jedno z tych długich spojrzeń, które zapewne zmuszały do zeznań co gorszych podejrzanych. Danny jednak uniósł brew, prowokując go, aby cokolwiek powiedział. Alfa podjechał po niego przed pracą, ale nie spotkali się. Danny uznał, że w zasadzie i tak musi trzymać trochę ubrań w ich tymczasowe siedzibie, więc przebrał się, zanim Kono dotarła do biura. Omega zresztą zobaczyła kawałek jego nowego opatrunku i spojrzała na niego zawiedziona, jakby sam dokonał tej masakry na zasadach pierwszej pomocy.

Nie zamierzał jednak uczyć Rachel zakładania szwów, bo nie straszy się ludzi, gdy przyjaźń jest tak niepewna.

Dennis przez cały ranek chodził szczęśliwy jak diabli z aktami w dłoniach i szczerzył się jak głupi za każdym razem, gdy ich spojrzenia się spotykały. Tylko Chin zdawał się zachowywać normalnie, ale to może była kwestia tego, że nie czuł żadnego napięcia związanego z nie całkiem spodziewaną dynamiką ich grupy. Zaczynał się nawet zastanawiać, czy to nie on nie powoduje nieumyślnie połowy samczych wyskoków Steve'a. Alfa pewnie nigdy nie spotkał równie dominującej omegi co on, ale to raczej było związane z faktem, że obaj posiadali penisy, a nie z mutacją.

- Zdziwiłam się, że byłeś tutaj tuż przede mną. Nie wiedziałam, że jesteś takim rannym ptaszkiem – zagaiła Kono i nie było to aż tak subtelne, jak powinno.

- Rozmawiałem do późna z Rachel – przyznał bez ogródek.

Był przyzwyczajony do tego, że ktoś wtrącał się w jego życie prywatne. O ile pytania o rozwód naprawdę nie pomagały, teraz naprawdę czuł się dobrze, bo wszystko miało się wyprostować. Gdyby ktoś zdjął z niego ten ciężar wcześniej, zapewne zaoszczędziłby mu parę lat życia. Był całkiem świadom, że między nimi stało się tak wiele, że jeszcze długo będą odczuwali wzajemne wyrzuty sumienia, ale to wszystko było do pokonania. Mogli się odzyskać przynajmniej odrobinę, a to w tej chwili było najważniejsze.

- Jadłeś śniadanie? – spytał Steve, pojawiając się tuż za nim.

Danny wzdrygnął się, kompletnie zaskoczony.

- Chcesz dzwonek na szyję? Przysięgam, że kupię ci taki z obrożą, jeśli jeszcze raz się tak podkradniesz. Tak nie robią normalni ludzie, Steven – poinformował mężczyznę, może trochę podniesionym tonem. – I co to za anewryzm na twojej twarzy? – spytał jeszcze, sięgając po pączka, który cudownym zrządzeniem losu pojawił się przed nim.

Steve jednak uderzył go w rękę, zabierając całe pudełko.

- Hej! To jest twoja nowa metoda zamęczania mnie? Najpierw pytasz, czy jadłem, a potem zabierasz jedzenie? – spytał zszokowany Danny.

Steve wziął głębszy wdech i przewrócił oczami.

- Nie możesz obżerać się słodyczami na pusty żołądek. To jest dostatecznie niezdrowe, gdy faktycznie wcześniej zjesz coś bogatego w witaminy i mikroelementy. Zabieram cię na normalne śniadanie, a malasadas dostaniesz później, o ile detektyw Barat nie dorwie ich jako pierwszy – poinformował go alfa.

- Komandorze McGarrett – powiedział Dennis, rozbawiony, unosząc swój kubek z kawą.

Danny miałby podobny, gdyby nie fakt, że kofeina szkodziła dziecku. I jedzenie czego popadnie też nie mogło być lepsze. Steve miał rację i to irytowało go tym bardziej.

- Przynajmniej wiem, dlaczego wiecznie jesteś taki skwaszony. Jedzenie niezdrowego żarcia daje radość. Nie widziałem jeszcze nikogo na diecie, kto byłby szczęśliwy – poinformował Steve'a, który stawał na palcach, aby położyć jego pączki na najwyższej z szaf.

Barat musiałby się wspinać, aby je zjeść i to go trochę uspokoiło. Z drugiej jednak strony Dennis chyba nie objadałby ciężarnego kolegi.

Zerknął na przyjaciela podejrzliwie, ale ten ukrył się za kubkiem z kawą.

ooo

Podjechali do tej samej knajpki, co dwa dni wcześniej i Danny miał nieprzyjemne deja vu, gdy dostrzegł na stoliku obok pizzę z ananasem. Steve podstawił mu pod nos doniczkę z hibiskusem, rozpraszając znienawidzony przez niego zapach.

- Musisz nad tym zapanować. Tutaj wszędzie są ananasy – poinformował go alfa.

- Zdążyłem zauważyć – odparł i skrzywił się, widząc burgera, z którego wystawało nic innego, tylko znienawidzony przez niego owoc. – W jaki sposób to jest lepsze od moich pączków? – zastanowił się i zamarł, gdy sporej wielkości mężczyzna położył przed nim talerz. – Jeszcze nic nie zamawiałem – dodał.

- Steve powiedział, że powinienem przyrządzić coś specjalnego. Nie podoba ci się? – spytał mężczyzna i dziwna prostota, która biła od niego, była prawie ujmująca.

- Zignoruj tego faceta i wracaj do siebie. Zje rybę – wtrącił się Steve pospiesznie, podsuwając talerz Danny'emu.

Danny spojrzał podejrzliwie na kucharza, który robił w jego stronę wielkie błagające oczy szczeniaczka. Ostatni raz takich numerów próbowała na nim Lucy, ale mężczyzna wydawał się mieć po prostu naturalnie taki wyraz twarzy, co oznaczało kłopoty. Bo Danny nie potrafił odmawiać.

- Wygląda przepysznie – skłamał, a Steve wyszczerzył się, wiedząc zapewne, że wygrał.

Twarz kucharza rozświetlił uśmiech i mężczyzna wrócił do siebie.

Danny zerknął niepewnie na kawałki ryby, które wyglądały na surowe.

- Jest lekko grillowana – poinformował go Steve, widząc jego wahanie.

- A ty nie jesz? – zainteresował się.

Nie miałby nic przeciwko podzieleniu się swoją porcją. W końcu musiał się upewnić, że Steve nie chce go otruć. Wiedział, że zachowuje się trochę dziecinnie, ale na tej wyspie po prostu nie było jedzenia i jego instynkty wariowały. Potrzebował dobrego domowego żarcia i to najlepiej w tym tygodniu. Jedzenie owoców było irytujące samo w sobie. Spalał zbyt wiele kalorii jako omega, a fakt, że wciąż był w ruchu, sprawiał, że musiał się ratować cukrem.

- Zwykle jadam śniadania, gdy kończę pływać – odparł Steve.

Danny zerknął na zegarek, który wskazywał punkt ósmą.

- Wiedziesz takie nieszczęśliwe życie – zadrżał z obrzydzenia. – To o której wstajesz? – spytał.

- O piątej – odparł szczerze alfa.

Danny zadrżał z obrzydzenia i na wpółświadomie włożył sobie kawałek ryby do ust. Nie smakowała najgorzej. W zasadzie w połączeniu z warzywami była całkiem dobra. Bardziej przydymiona niż przypieczona, ale na pewno nie surowa, jak się początkowo obawiał. Steve obserwował go uważnie z drugiej strony stołu, czekając zapewne na jakiś komentarz.

- Jest dobra – przyznał, wskazując widelcem na swój posiłek.

McGarrett uśmiechnął się szeroko, jakby to faktycznie sprawiło mu radość.

- Nie możesz jeść surowych ryb. Sprawdziłem wczoraj. Nie zamówiłbym dla ciebie jedzenia, którego nie powinieneś jeść – poinformował go alfa i to brzmiało tak łopatologicznie, że Danny zastanawiał się, czy nie wracają czasem do etapu, gdzie Steve porozumiewał się z nim pojedynczymi zdaniami jak pieprzony neandertalczyk, którym faktycznie był.

Coś ciepłego jednak rozeszło się po jego klatce piersiowej, gdy zdał sobie sprawę, o czym mówił alfa. Steve czytał o niczym innym, tylko o ciąży. I specjalnie dla niego zmusił tego śmiesznego człowieczka do zrobienia mu zdrowego śniadania. W zasadzie sam nie wybrałby ryby na poranny posiłek, ale było w niej coś orzeźwiającego i lekkiego.

- Jak się czujesz? – spytał Steve wprost, gdy cisza między nimi przedłużała się.

Danny po prostu nie wiedział, jak zareagować na tę kompletnie różną od poprzednich sytuację. Przeważnie wrzeszczał na Steve'a, a ten odpowiadał mniej lub bardziej agresywnie. Chociaż facet był raczej specjalistą od pasywnej agresji i zobojętniania na siłę swojej twarzy, przez co wyglądał jak komandos z zatwardzeniem. Może z tego też mieli specjalne zajęcia.
Danny żuł kęs ryby dłużej niż powinien i rozejrzał się wokół, nie wyczuwając jednak nikogo, kto z takiej odległości mógłby ich usłyszeć.

- Całkiem dobrze – odparł zgodnie z prawdą. – Nie jestem zmęczony, jeśli o to pytasz.

- Pytam, jak się czujesz – powtórzył Steve. – Powinieneś niedługo przejść badania. Czy mógłbym… - zaczął i urwał.

- Chcesz pójść ze mną? – zdziwił się Danny. – To rutynowa kontrola.

- Badania krwi robi się na czczo. Niejedzenie w ciąży jest niebezpieczne. Powoduje omdlenia. Ktoś powinien z tobą być – poinformował go Steve i Danny widział, że mężczyzna stara się nie naciskać.

Udawanie, że jest się logicznym i racjonalnym, ewidentnie również nie wychodziło McGarrettowi.

- Tak, u ludzkich kobiet – prychnął Danny.

- Jesteś człowiekiem – odgryzł się Steve.

- Wiesz, o co mi chodzi – powiedział spokojnie. – Jestem mutantem. Nie zemdleję, bo nie zjadłem śniadania i pobiorą mi krew – odparł rozbawiony.

- Nie, będziesz tylko wymiotował za każdym razem, gdy poczujesz w powietrzu zapach ananasa. Widziałem, jak się krzywisz, gdy je czujesz. Nie próbowałeś tego zablokować? – spytał Steve.

Danny zamrugał oczami.

- Zablokować? Jak zablokować? – zainteresował się.

- Zmysł powonienia jest jak każdy inny zmysł. Jesteś omegą. Masz większe panowanie nad swoim ciałem. A przynajmniej powinieneś mieć. Mógłbyś przytłumić zmysł węchu na kilka kolejnych miesięcy. To znana technika – poinformował go McGarrett.

- Chyba w armii – prychnął Danny.

- W marynarce – poprawił go Steve i przygryzł wargę. – Mógłbym ci to pokazać – zaproponował po sporej pauzie.

- Czy to zakłada medytacje? – spytał wprost Danny, a McGarrett zaczął kręcić głową, niezdecydowany. – Zapomnij. Nie będę się kontaktował z moim wewnętrznym omegą. Ostatnim razem, gdy słyszałem te idiotyzmy, moja nawiedzona profesorka od wychowania fizycznego w szkole średniej próbowała udowodnić, że jestem kobietą, żeby mnie wcielić do drużyny koszykarek. Na męską drużynę byłem za niski, a nie chciała marnować potencjału.
Steve spojrzał na niego przerażony.

- Zdziwiony, że nikt nie czci ziemi, po której stąpam? – prychnął Danny. – Spróbuj przetrwać akademię policyjną – dodał.

Steve zmarszczył brwi i Danny nie sądził, że dostanie na to jakąkolwiek odpowiedź.

Mężczyzna jednak poruszył niespokojnie szczęką, jak zawsze gdy coś przychodziło mu z trudem.

- Mój ojciec odesłał nas z domu, gdy miałem szesnaście lat. Alfy najczęściej zostają odesłane do szkół wojskowych, jeśli rodzice wyrażą na to swoją zgodę. Wiedziałem do jakiegoś czasu, że trafię do Annapolis, ale byłem zdziwiony, że moja siostra też jest alfą – odparł McGarrett, mocno go zaskakując.

Mężczyzna przez chwilę nie patrzył mu w oczy, a potem, kiedy podniósł w końcu wzrok, spojrzał wymownie na talerz.

- Dlaczego nie jesz? Nie mamy całego dnia – powiedział.

Danny dokończył rybę i sięgnął po portfel. Rachel dostarczyła jego karty kredytowe. Wciąż nie wypełnił dokumentów, które uniemożliwiały jej jakiekolwiek operacje na jego koncie, więc wykorzystała to, wyrabiając mu część nowych kart. Nie wiedział nawet, że miała takie możliwości, ale znając ją – pewnie pociągnęła za kilka sznurków. Nigdy nie rozumiał systemu, ale nie musiał, odkąd ona pracowała w jednym z największych banków w mieście.
Steve położył mu dłoń na nadgarstku, przytrzymując go.

- Zaprosiłem cię na śniadanie. Mam tutaj otwarty rachunek – poinformował go McGarrett.

- Okej. Zatem dzięki – odparł Danny.

Droga do samochodu nie była długa. Zapiął porządnie pasy, ignorując fakt, że na tylnym siedzeniu na pewno leży granat. Wydawało mu się, że zauważył jeden poprzedniego dnia, ale zwalił to na karb przegrzania. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie woziłby granatów w samochodzie. Mówili jednak o Stevie i tej ewentualności nie wziął po prostu pod uwagę.
Małżeństwo nauczyło go, aby czasem udawać, że czegoś nie widzi. Szczególnie gdy kolejna wojna, która miała wybuchnąć – była z góry przegrana. Tym razem jednak Steve naprawdę przeholował.

- Ustalam zasadę – powiedział, przecierając twarz. – Żadnych granatów w samochodzie.

Alfa spojrzał na niego zaskoczony, a potem prychnął.

- Kolejna zasada? – zakpił, a gdy Danny rzucił mu pytające spojrzenie, dodał: - Wzywamy wsparcie. A teraz żadnych granatów w samochodzie. A jeśli, teoretycznie, mam jeden w kieszeni spodni, to jest on, technicznie rzecz biorąc, w samochodzie, ale jednocześnie w mojej kieszeni – poinformował go Steve i wzrok Danny'ego automatycznie podążył do jednej z wielu skrytek, które mężczyzna miał przy spodniach.

Zaczynał nienawidzić bojówek. Wiedział, że te kieszenie po coś były McGarrettowi potrzebne, ale spodziewał się małego zestawu przetrwania. Noża, zapałek i nawet małego moździerza. Jednak granat? Granat to było za wiele. Doszło do niego, że Steve z niego kpi, gdy spojrzał ponownie na lekko uśmiechniętą twarz mężczyzny. Ten łagodny grymas jednak szybko zniknął, gdy McGarrett spojrzał przed siebie, włączając się do ruchu.

- Rachel pójdzie z tobą do lekarza? – zainteresował się mężczyzna i spytał tak cicho, że Danny zastanawiał się, czy się nie przesłyszał.

Jakoś nie przyszło mu do głowy, żeby włączać Rachel w swoją ciążę. I nagle zdał sobie również sprawę, że jego była żona po prostu nie wiedziała o jego stanie. Spędził z nią całe popołudnie, a ten temat po prostu nie wypłynął.