przypominam, że całość betowała McDanno_Rulz,która jest cudowna :*


Może był tchórzem, ale Dennis faktycznie towarzyszył mu podczas spotkania z Rachel. Kobieta wyglądała o wiele lepiej, więc zapewne faktycznie zaczynała wypoczywać. Kolejna z jej letnich sukienek powiewała, unoszona lekkim wiatrem. Nie znali wyspy zbyt dobrze, wiec nie było sensu oddalać się zbytnio od hotelu. Zapewne Kono znała kilka miłych przytulnych restauracji, ale dziewczyna przez cały dzień rzucała mu dziwne spojrzenia. Nie znał jej – podobnie jak pozostałych – i rozpoczęcie ich znajomości od tego, że robiłaby mu przysługi – wydawało mu się mocno nie na miejscu.

Poza tym wiedział, że to ona dostała się do jego malasadas.

Dennis podwinął rękawy swojej koszuli i rozluźnił krawat, gdy zorientował się, że co prawda restauracja miała swoją renomę, ale klientela składała się głównie z turystów, którzy, nieprzystosowani do tutejszego klimatu, nałożyli na siebie co cieńsze ubrania. Danny nawet po trzech prysznicach nie czuł się świeżo, a huśtawki hormonalne nie pomagały.

- Zdążyłaś się dzisiaj poopalać? – spytał, podsuwając Rachel krzesło.

Uśmiechnęła się do niego miękko.

- Nie mogłam pozwolić, żeby Dennis dostał palpitacji na widok dziewcząt w bikini. Karen raczej nie byłaby zadowolona – odparła Rachel, puszczając oczko do Barata.

- To będzie nasz mały sekret – powiedział całkiem poważnie jego przyjaciel.

- Nie minęła doba, a już macie przede mną tajemnice? Nawet nie będę udawał, że nie jestem urażony – prychnął Danny.

Uśmiech Rachel się nie zmniejszył, gdy skierowała całą swoją uwagę na niego.

- Dennis był zaskakująco popularny wśród tutejszej obsługi. Chyba stał się swego rodzaju ciekawostką – zaczęła, wyraźnie dokuczając Dennisowi.

- Cóż mogę powiedzieć. Chyba lubią okrągłych mężczyzn… dobrze odżywionych – odparł Barat.

Danny nie mógł nie parsknąć, widząc jego samozadowolenie. W turystycznych miejscowościach było całkiem normalnym, że rozwijała się seksturystyka. Było coś takiego w wakacjach, co pozwalało się ludziom rozluźnić na więcej niż jednym podłożu. Może chodziło o sam fakt, że nie spodziewali się więcej spotkać swoich jednonocnych wybranków, gdy wrócą do domu po skończonym urlopie. Danny był doskonałym przykładem na to, że nawet takiego niezobowiązującego pieprzenia nie można było dobrze zaplanować i przewidzieć w skutkach.

Rachel wzięła do rąk kartę win i Danny wymienił z Dennisem spojrzenia. Barat odchrząknął.

- Pójdę sprawdzić, czy ta palma jest prawdziwa – rzucił.

- Nie wygłupiaj się. To Hawaje – powiedziała Rachel, naciskając na ostatnie słowo sugestywnie.

Danny nawet stąd widział, że drzewo nie było plastikowe, ale Barat nigdy nie był najbardziej subtelnym z ludzi. Dennis oddalił się czym prędzej od ich stolika i Danny zaczął nerwowo bębnić palcami w stół. Pewnie nie powinien był robić tego publicznie, ale w zasadzie nigdy nie było dobrej pory na taką rozmowę.

- Coś ukrywasz – stwierdziła Rachel z westchnieniem i odłożyła kartę na stół. - Teraz cię wcielą do wojska? – spytała wprost i między jej brwiami pojawiła się poprzeczna zmarszczka. – Wiem, że nigdy nie chciałeś podwójnego obywatelstwa, ale jeśli pobralibyśmy się ponownie i złożyłbyś wniosek, w przypadkach takich jak ten ambasada by zareagowała – poinformowała go Rachel i mówiła całkiem poważnie.

Nie mógł się nie roześmiać.

- Jestem… - zaczął, ale słowa nie chciały przejść mu przez usta. – Jestem poruszony twoją troską – zakpił w końcu i wziął głębszy wdech. – Wiesz, że jestem omegą i zdajesz sobie sprawę, z czym się to wiąże, prawda? – podjął, przyglądając się jej uważnie.

- Znam podstawy – odparła ostrożnie i zmrużyła oczy.

Przygryzł wargę i uśmiechnął się sztucznie.

- Tak się składa, że jedna z tych podstaw się stała i nie będę dzisiaj pił wina do kolacji – powiedział całkiem szczerze i czekał, aż Rachel załapie.

Nie minęła nawet sekunda, gdy jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Dennis w oddali tłumaczył kelnerce, dlaczego maca ich palmę, a jego była żona próbowała spojrzeć na jego brzuch, chociaż zasłaniał go stół, a i tak fizycznie nie było widać żadnych zmian. Spoglądał na siebie prawie codziennie, oczekując, że pewnego dnia to się po prostu stanie.

- Jesteś… - zaczęła i urwała. – Jak? – wyrwało się jej szeptem, gdy pochyliła się nisko nad stolikiem. – Nie odpowiadaj. To głupie pytanie, ale Danny… - powiedziała.

Wzruszył ramionami, nie wiedząc, co jeszcze powinien dodać.

- Planowałeś… - urwała i rozejrzała się ponownie.

Przynajmniej rozumiała cały sens zachowywania tajemnicy.

Potrząsnął przecząco głową.

Rachel milczała przez dłuższą chwilę, jakby przyjmowała wszystko do wiadomości. Dennis nie wracał, ale przyglądał im się uważnie. I Danny był mu wdzięczny za kilka minut prywatności.

- Kto jest ojcem? – spytała w końcu Rachel. – Jeśli oczywiście mogę wiedzieć. Wiem, że to twoja sprawa i jesteśmy po rozwodzie, więc… - zamotała się, więc uspokajająco położył jej rękę na dłoni.

- Nie mam nikogo. To był po prostu łut szczęścia, jeśli mogę to tak nazwać – odparł Danny i wziął kolejny większy wdech.

Rachel zmarszczyła brwi i wyprostowała się nagle na swoim krześle. Niemal widział. jak jej szare komórki pracują.

- To ten komandor, prawda? – spytała w końcu cicho. – To logiczne. Twój ojciec miał jego zdjęcie i sądził, że to on jest odpowiedzialny za twoje zniknięcie. Nie sądzili pewnie, że słyszę, ale rozmawiali przy mnie wiele razy – poinformowała go Rachel. – Zawsze mi się wydawało, że w twoim porwaniu jest coś dziwnego i to faktycznie nie dotyczyło sprawy, którą prowadziliście z Dennisem.

Danny nie wiedział, co ma odpowiedzieć. To była jedna z tych rzeczy, których nie lubił w Rachel. Kiedy nie dawała się ponosić emocjom – przechodziła do biznesowego tonu. Nie musiał nawet potwierdzać ojcostwa Steve'a. To zresztą nie było ważne. Rachel przyglądała mu się w milczeniu, jakby zastanawiała się nad tym, co teraz powiedzieć.

- Cieszę się twoim szczęściem – odparła w końcu.

- Wiem, że kłamiesz – poinformował ją spokojnie.

Nie mrugnęła nawet okiem.

- To naprawdę dużo – przyznała. – Ale ciąża to dobrze, prawda? Planujecie coś? – zmieniła szybko temat.

- Nie jesteśmy razem – powtórzył tylko Danny.

ooo

Kiedy pojawił się następnego dnia w ich siedzibie, Steve spojrzał na niego tylko przelotnie, gdy podał mu do rąk spory pojemnik jakiegoś podejrzanie wyglądającego soku.

- Co to jest? – spytał Danny, wąchając zawartość.

Pachniało cytrusami. Mógł wyczuć pomarańcze i banany – i dziwną świeżość. Sok musiał być wyciskany jeszcze dzisiaj.

- To napój pobudzający. Widziałem, jak wczoraj patrzyłeś na kawę – poinformował go Steve. – Wyglądałeś tak, jakbyś chciał detektywowi Baratowi odgryźć rękę, a nie był nawet blisko twoich malasadas – zakpił alfa.

Może faktycznie tęsknił za kawą. Ostrożnie upił kilka łyków i z zaskoczeniem zauważył, że ta dziwna mieszanka naprawdę działa orzeźwiająco. Jego ciśnienie nie podskoczyło jak przy czarnej ambrozji, ale jednak jego oczy otworzyły się o wiele szerzej. Nie wiedział nawet, że tego potrzebował, dopóki cała ta naturalna słodycz nie zalała wnętrza jego ust. Nie oderwał się od butelki, dopóki Kono nie zaczęła ewidentnie się z niego śmiać.

- Gdzie jest Dennis? – spytał Chin, pojawiając się znikąd z całkiem sporym pudłem w dłoniach.

Insygnia policji w Honolulu były aż nazbyt czytelne. Pudła na dowody nie powinny znajdować się u nich i aż skręcało to tę jego wewnętrzną potrzebę obowiązku, której nabył w akademii. Steve gwałcił wszelkie prawa i przepisy.

- Powinien zaraz przyjechać - powiedział Danny, wycierając kąciki ust.

- Nie przyjechaliście razem? – zdziwił się Kelly i Steve rzucił się na trzymane przez niego pudło z dowodami.

- Spokojnie, ty prymitywne zwierzę. Nikt ci tego nie zabierze – ofuknął go Danny. – I wszystko jest w raportach, więc naprawdę…

- Musimy sprawdzić jeszcze raz siedzibę Sang Mina. Wydaje mi się, że coś przeoczyliśmy – poinformował go Steve.

- Myślisz o tej siedzibie, w której nigdy nie byłem? Wiedziałem, że coś schrzanisz – westchnął Danny. – Wysłałeś tam chociaż techników, żeby zebrali ślady? Była na miejscu policja?

- Był Chin i Kono. To jest policja – odparł Steve.

Danny zaśmiał się teatralnie.

- Tak, jakby któreś z nich było w stanie nad tobą zapanować – wyrwało mu się i Chin spojrzał na niego, marszcząc brwi. – Bez urazy, ale huragan McGarrett jest nie do powstrzymania nawet przeze mnie.

- Huragan McGarrett? – podchwycił Steve z lekkim uśmieszkiem.

Kono parsknęła.

- Podoba ci się? Kogo ja oszukuje? Oczywiście, że ci się podoba – prychnął Danny i wyciągnął z tylnej kieszeni spodni zapasową parę lateksowych rękawiczek. – Zrób coś dla mnie i jeśli zamierzasz grzebać w pudle z dowodami, to załóż je – dodał, wciskając rękawiczki w ręce McGarretta.

Steve oczywiście musiał przełożyć je do jednej ze swoich zbyt wielu kieszeni.

- Najpierw Sang Min – poinformował go alfa.

ooo

Hawaje nie były najgorsze. Na pewno widoki były sprzyjające, biorąc pod uwagę, że wszędzie dostrzegał kobiety w bikini. Gdyby nie upał, piach i Steve, pewnie nawet by się tutaj przeprowadził. Kiedy powiedział o tym alfie, ten wydał z siebie dziwni dźwięk.

- Cały czas podkreślasz, jak mnie nie cierpisz, ale to nie prawda – odparł Steve, patrząc cały czas przed siebie.

- Wiesz, co lubię? Przepisy. Przestrzeganie przepisów i nakazów jest takie cudowne – powiedział Danny z udawanym podnieceniem. – I niewymięte krawaty. To też jest cudowne.

- Nigdy nie widziałem cię w wymiętym krawacie – zauważył Steve.

- Rachel wie, jak je składać. Gdyby to Dennis mnie pakował, rany boskie – powiedział tylko Danny na samą myśl o tym, jak wyglądałyby jego rzeczy.

Barata zawsze pakowała Karen, nie bez powodu zresztą.

Steve milczał przez chwilę i Danny był naprawdę zaskoczony, że magazyny Sang Mina znajdują się tak daleko od miasta. Może dlatego wybuchy i strzelanina nie przeszkadzały miejscowym.

- Podobają się jej Hawaje? – spytał Steve w końcu.

Danny wzruszył ramionami.

- Zawsze chciała tutaj przyjechać, ale… - urwał i wypuścił powietrze z płuc. – Zawsze pracowałem. Albo miałem w planach kupno mieszkania. Albo… albo cokolwiek. W zasadzie nie wiem, kiedy miałem urlop – stwierdził kwaśno. – I chyba jej urlop się jej nie spodoba, bo powiedziałem, że nie wolno jej opuszczać hotelu. Mają tam jako taką ochronę, a Dennis zagląda do niej w ciągu dnia.

- Powiem Kono, żeby miała na nią oko. Detektyw nie rozpozna alfy, nawet gdyby na niego wpadł – odparł Steve.

- Dennis jest znakomitym detektywem – poinformował go z mocą Danny.

- Nie twierdzę, że nie. Nie jest jednak jednym z nas, co czyni go słabszym – uświadomił go Steve.

Danny spojrzał na niego, nie wiedząc za bardzo, jak powinien to rozumieć.

- To jest zawoalowany komplement dla mnie, że jednak uważasz mnie za równego sobie? Czy po prostu mówisz, że Dennis leży dużo, dużo poniżej nas? – zainteresował się.

- Nigdy nie twierdziłem, że jesteś słabszy – powiedział po prostu Steve, wzruszając ramionami.

Danny zmarszczył brwi i spoglądał przez chwilę na McGarretta, zastanawiając się, skąd to nagłe zawieszenie broni. Gdyby nie znał Steve'a, powiedziałby, że mężczyzna stara się zachowywać przy nim spokojniej niż zwykle. W ciągu ostatniej doby nie został przecież wciągnięty w żadną strzelaninę, a to naprawdę było wiele.

Rozmawiając z Rachel o dziecku poprzedniego wieczoru, zdał sobie sprawę, że w zasadzie Steve nie powiedział mu o swoich planach względem ich córki. Nie wiedział nawet, czy McGarrett zamierzał uznać dziecko, a takie tematy jak wspólne wychowanie czy to, co zrobi Steve, gdy Danny wróci do New Jersey, po prostu nie wypłynęły. Poza sporadycznymi uwagami, Steve wydawał się wyjątkowo milczący w tej kwestii, a Danny wolałby konkretnych decyzji. Jakichkolwiek w zasadzie.

Alfa chciał iść z nim na badania, ale może to był po prostu jego sposób na oswojenie się z sytuacją. Chciał zobaczyć dziecko chociaż na monitorze, zanim zdecyduje, czy będzie go w ogóle interesowało.

- Po południu mam spotkanie z lekarzem – powiedział, biorąc głębszy wdech i nie patrząc na Steve'a, chociaż kątem oka widział, jak mężczyzna spiął się za kierownicą. – Chcesz iść ze mną? – spytał wprost, zastanawiając się, czy nie będzie tego żałował.

ooo

Magazyn Sang Mina był prawie pusty, nie licząc gruzu, którego technicy nie uprzątnęli. Z jakichś powodów Steve staranował drzwi sporej wielkości wojskowym jeepem, ale skoro jednostka wypożyczała mu sprzęt – musiała się liczyć z tym, że McGarrett go nie zwróci lub wszystko będzie w takim stanie, że nie będą tego chcieli z powrotem. Przeszukali wszystkie ściany, obstukując je delikatnie, bo najwyraźniej Steve uważał, że znajduje się w nich skrytka. Nadaremno – cokolwiek przetrwało nie tak całkiem mały pożar, który alfa wywołał, pewnie zostało zabrane później. Dlatego na miejsca zbrodni pospiesznie wpuszczano techników i pilnowano ich tyłów.

Telefon Danny'ego zawibrował, więc wyjął komórkę dwoma palcami, wcale nie zaskoczony, że na wyświetlaczu pojawiła się twarz Rachel.

Jego była żona zaczęła trajkotać na temat świetnego ciasta, które dostała na obiad, więc prychnął, bo to było surrealistyczne. Odymione miejsce zbrodni, on w przepoconej koszuli i smugami na twarzy oraz Rachel opowiadająca mu o atrakcjach swojego hotelu. Może w ten sposób powinni byli odbyć podróż poślubną, której zawsze chciała. Wszyscy byliby zadowoleni.

- Zobaczymy się wieczorem – obiecał jej. – Dennis szukał jakiejś normalnej restauracji w okolicy – dodał i spojrzał na Steve'a, który odchrząknął.

- Wybieramy się dzisiaj z Chinem i Kono do baru, moglibyście dołączyć – zaproponował alfa i to w zasadzie nie był najgorszy pomysł.

Danny nie mógł pić, więc w ramach solidarności Dennis i Rachel nie zamawiali wina, a widział, że oboje mieli ochotę nawet na coś mocniejszego. W większej grupie na pewno bawiliby się lepiej. Poza tym czuł, że zostaną na tej wyspie na tyle długo, że trzeba zaznajomić się z miejscowymi. Nawet jeśli to oznaczało ananasowe piekło. Nie powiedział Steve'owi, że kiedy nie był głodny, ten cholerny owoc nie wywoływał u niego mdłości.

- Słuchaj, Rach – powiedział do słuchawki. – Zmiana planów. Co byś powiedziała na wyjście w towarzystwie jedynej na wyspie jednostki specjalnej? – spytał, starając się nadać swoim słowom ekscytujące brzmienie.

ooo

Doktor Lokelani wpatrywał się w nich z czystym szokiem i Danny wiedział po prostu, że zabranie Steve'a tutaj było błędem. Jego lekarz najwyraźniej szybko dodał dwa do dwóch. Omegi mogły zajść w ciążę z kimkolwiek płci męskiej, ale miejscowy główny alfa to najwyraźniej było za wiele dla jego doktora. I dołączył to do całej listy rzeczy 'Dlaczego tęsknił za Carolem'.

- Uhm – wyrwało się lekarzowi.

- Rozmawiał pan z doktorem Carolem? – spytał Danny.

- Tak, oczywiście – powiedział pospiesznie Lokelani, wziąwszy głębszy oddech. – Rozumiem, że doktor Carol przekazał panu sporo materiałów o podobnych przypadkach. Czy ma pan jakieś pytania, zanim zaczniemy?

Danny wzruszył ramionami.

- Kiedy zacznie być cokolwiek widać? – zainteresował się.

Miał w planach ukrywanie się, jak najdłużej mógł. Wiedział, że szef da mu tak długi urlop, jak to będzie konieczne i nie zamierzał wychodzić z domu przez cały ostatni miesiąc. Dennis wspomniał, że wymeldowali go z mieszkania i zabrali jego rzeczy do rodziców i to było najlepsze wyjście. Jego ojciec pewnie i tak nie chciał go spuścić z oka.

- W zasadzie… - zaczął i urwał Lokelani. – Ma pan dość specyficzną budowę ciała. Istnieje spora szansa, że jeśli pan nie przytyje zbyt wiele, znajomi wezmą to za tak zwany 'mięsień piwny'.

Danny skinął głową, przypominając sobie, jak Barat wyglądał bez koszulki. Oczekiwał żartów na temat swojej wagi, ale to naprawdę nie był najgorszy pomysł na wytłumaczenie dodatkowych kilogramów.

- A jeśli nie? – spytał Steve.

- Ostatni trymestr będzie decydujący – odparł lekarz.

Danny zaczął nerwowo stukać o brzeg łóżka, na którym usiadł. Lokelani był naprawdę fatalny. Nie czuł się przy nim ani dobrze, ani tym bardziej bezpiecznie. Facet zdawał się nie wiedzieć, co robi, a jednocześnie wpatrywał się w Steve'a z dziwną fascynacją.

- Zabiję cię, jeśli ktokolwiek się dowie – powiedział Danny, instynktownie wyczuwając nadchodzące kłopoty.

Lokelani spojrzał na niego i zbladł odrobinę.

- Tajemnica lekarska – przypomniał mu Danny. – Nie masz prawa nikomu powiedzieć ani słowa. A jeśli to zrobisz, będę wiedział. A skoro będę wiedział, spodziewaj się, że każde cholerne centrum, które zajmuje się omegami, będzie na twoim tropie – zagroził mu.

Steve patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, a potem zmarszczył brwi i zaplótł dłonie na piersi, kierując swoją uwagę na lekarza, który nawet pod ich narodową opalenizną wydawał się zbyt blady.

- Oczywiście, tajemnica lekarska jest święta – powiedział Lokelani, ciężko przełykając ślinę.

Danny nie przepadał za grożeniem ludziom, ale coś podpowiadało mu, że z lekarzem nie wszystko gra. W dobie polowania na Hesse'a wolał się upewnić, że mają wszystko wyjaśnione. Zaczął rozpinać swoją koszulę, gdy lekarz wyciągnął dobrze już znajomy mu żel.

Steve wpatrywał się z fascynacją w jego brzuch, jakby był w stanie cokolwiek zobaczyć przez warstwy skóry i Danny zaczął żałować, że jednak nie wydepilował klatki piersiowej.

Wciągnął powietrze do płuc, gdy nieprzyjemnie chłodny żel trafił na jego podbrzusze.

- Nie wiedziałem, że USG robi się tak często. Czytałem, że to nie jest aż tak konieczne, gdy dziecko jest małe – powiedział Steve i Danny nie wiedział nawet, skąd McGarrett miał takie informacje.

Minął zbyt krótki czas, aby facet stał się specjalistą od ciąż.

- Rozmawiałem z doktorem Carolem – podjął Lokelani. – Nie mamy do czynienia z męskimi omegami, ale… Według badań to uspokaja… ojca – zakończył niezgrabnie.

Danny nie chciał być nazywany nosicielem, bo jego córka nie była pasożytem. A nawet jeśli trochę karmiła się jego ciałem, co czyniło ją ze względów biologicznych takowym – tylko on miał prawo ją tak nazywać. I Carol miał rację. Sam fakt, że widział tę niewielką kropkę na czarno białym monitorze, naprawdę wprawiał go w lepszy nastrój. W ciągu ostatnich tygodni przechodził od niedowierzania do skrajnej paniki, ale w gabinecie lekarskim jakoś zawsze łapał głębszy oddech i mógł ruszać dalej do przodu.

Steve wpatrywał się w ekran, jakby faktycznie cokolwiek dostrzegał. I to nawet go bawiło.

- Kiedy będzie można poznać płeć? - spytał McGarrett tak cicho, jakby się bał, że obudzi ich dziecko, co było śmieszne.

Zanim jednak Lokelani mógł odpowiedzieć, Danny westchnął.

- To dziewczynka – poinformował ich obu.

I Steve wraz z lekarzem spojrzeli na niego mocno zaskoczeni.

- Tak, jestem pewien – powiedział Danny. – I nie, nie wolno panu tego wykorzystać do badań. Tylko doktor Carol może się dorobić na publikowaniu tych głupot – dodał, aby było wszystko jasne.

- Dziewczynka – powtórzył Steve i wydawał głęboko zdumiony.

- Żałujesz, że twoja supersperma nie spłodziła syna? – zakpił Danny, a Lokelani poczerwieniał na twarzy.

Ten kolor o wiele lepiej mu pasował niż wcześniejsza śmiertelna bladość.

Steve spojrzał na niego dziwnie.

- Nie – powiedział krótko McGarrett.

To trochę go zdziwiło. Sądził, że Steve będzie chciał syna w czwartym pokoleniu, superalfę, który stanie się bogiem wyspy. Marzenia rodziców bywały różne.

Steve wpatrywał się w monitor z tak łagodnym wyrazem twarzy, że wyglądał na o wiele młodszego. Bardziej bezbronnego niż zwykle. Danny zdawał sobie sprawę, jakie to uczucie, bo kiedy pierwszy raz uderzyło go, jak bardzo jest to realne, przesiedział w ciemnej małej łazience swojego mieszkania kilka godzin, nie chcąc się stykać ze światem chociaż przez kilka chwil.

Zastanawiał się, czy Steve spróbuje się gdzieś ukryć i dlatego prawie spadł z łóżka, gdy poczuł, jak McGarrett łapie go nagle za rękę, gdy na ekranie pojawiła się ich mała wspólna kropka pod całkiem innym kątem.

Alfa chyba zrobił to całkiem nieświadomie, bo nawet nie patrzył na ich złączone ręce, a jego palce zaciskały się raz po raz na dłoni Danny'ego, gdy dostrzegł coś wyjątkowo interesującego.

Nie wiedział, jak długo trwało to badanie, ale czas nie bardzo miał znaczenie. Przychodził na badania, uspokajał się i jego dzień nagle stawał się lepszy.

- Potrafisz powiedzieć, czy to omega czy alfa? – spytał Steve po chwili.

Danny nie musiał się nawet bardzo zastanawiać nad odpowiedzią.

- Alfa – odparł krótko.

I zaskoczony obserwował, jak Steve kiwa głową, po prostu przyjmując to do wiadomości. Jakby jakakolwiek z tych możliwości była dobra. Oczywiście córka-alfa skopująca tyłki adoratorom była marzeniem Danny'ego, ale bycie omegą nie było do dupy znowuż tak mocno.