Rachel bardzo szybko się opaliła, chociaż to była raczej zasługa jej delikatnej cery niż hawajskiego słońca. Danny nie chciał też komentować faktu, że oboje z Dennisem ubrali się w coś, co było pogwałceniem wszelkich zasad. Koszula w palmy i sukienka w hibiskusy – tego w zasadzie powinien był się spodziewać po tej dwójce.

Jego była żona dopilnowała, aby szedł w samym środku tego pstrokatego piekła, wyglądając tak bardzo nie na miejscu, jak się czuł. Całe szczęście, że Steve wraz z pozostałymi wyglądał przyzwoicie.

- Nie rób takie miny – ofuknęła go Rachel, gdy tylko zajęli miejsca przy stoliku.

- Ranisz moje oczy – odparł całkiem poważnie.

Uśmiechnęła się lekko, jakby nic sobie z tego nie robiła. Albo po prostu wiedziała, że dogryza jej, bo może. To Dennis wyglądał jak idiota. Wątpił, aby Rachel w czymkolwiek nie było do twarzy. Nie miała zaczerwienień po całym dniu na słońcu i przyjemny brąz na policzkach sprawiał, że wyglądała o wiele zdrowiej niż na początku. Już nawet nie chodziło o jej delikatną urodę, ale o sam fakt, że ponadtygodniowe nerwy mocno się na niej odcisnęły.
Steve przyglądał im się bez słowa z drugiej strony stołu, sącząc piwo. Nie było już po nim widać tej łagodności, która pojawiła się na jego twarzy, gdy oglądali na monitorze dziecko. Alfa pytał, czy na badania zamierzał zabrać Rachel i pewnie kiedyś kobieta będzie mu towarzyszyć na wizycie, ale zostawiał to na czas, gdy wróci do New Jersey. Na razie Rachel starała się zachowywać jak jego kumpel – tak bardzo, bardzo męsko i po prostu nie mogło go to nie bawić. Należała do tych efemerycznych kobiet, których nadgarstki wyglądają na niezwykle łamliwe, a wyszukany język nie oszuka nikogo. Jego ojciec nazywał ją 'jedną z tych z wyższych sfer' i pewnie miał rację.

- Ściągnij ten krawat - powiedziała w pewnej chwili, odstawiając swojego drinka.

Jej drobne palce znalazły się na węźle, który zawiązał niecałą godzinę temu.

- Odgryzę ci rękę – ostrzegł ją lojalnie, a potem trzepnął w jej nadgarstek.

- Nie żartuje z krawatem – dorzucił swoje Dennis i Danny po prostu wiedział, że to zmierza w jak najgorszym kierunku.

- Nawet nie próbuj – poprosił przyjaciela, ale Barat wyszczerzył się szeroko.

- Naprawdę kogoś ugryzł? – spytała Kono i to było naprawdę urocze z jej strony.

Danny westchnął i sięgnął po szklankę tylko po to, aby Rachel złapała go w tej samej chwili za nadgarstek.

- Ten jest twój – powiedziała kobieta, podsuwając mu niższą szklankę.

Nawet w tak ciepłą noc miała zimne palce, więc zawinął je w dłoń półświadomie, chcąc ją trochę ogrzać. I chyba naprawdę powoli wracali do dobrego punktu w ich życiu – tego jeszcze sprzed małżeństwa, bo nie odtrąciła go.

Wyciśnięty sok z owoców smakował świetnie, ale cierpki zapach piwa wabił go do siebie od kilku dni.

- Więc to chyba było w czasie jednej z naszych pierwszych spraw. Nie wiedziałem wtedy, że jesteś taki drażliwy – zaczął Dennis.

- Nie byłem drażliwy – zaznaczył Danny, unosząc do góry wyciągnięty palec. – Nie byłem drażliwy – dodał, ale Kono już miała uśmiech na ustach.

Było oczywistym, że nikt mu nie uwierzył.

- Och, proszę cię – prychnął Dennis. – Gdybym nie widział tego na własne oczy, pewnie bym nie uwierzył. Przesłuchiwaliśmy jakiegoś dupka….

- To była sprawa Javiera – wtrącił usłużnie.

- Więc ten dupek dotknął krawata Danny'ego…

- Popchnął mnie – uściślił.

- Musnął twój krawat – poprawił go Dennis.

- Popchnął mnie, bo myślał, że mnie tak nastraszy – wyjaśnił i szukał jakiegoś wsparcia, ale Rachel wpatrywała się w niego z dziwną fascynacją.

Tej historii nigdy nie słyszała, ale jakoś nie lubił chwalić się tym, co faktycznie robił w pracy.

- I co zrobił Danny? – spytała ciekawie Kono.

- Wtedy nic – odparł Dennis. – Nie minęło pół roku, a mieliśmy kolesia z powrotem na dołku. Tym razem był winny jak jasna cholera i wiedzieliśmy, że się nie wywinie. I on też o tym wiedział, więc jak tylko się zorientował, że jakiś świeżak z patrolu kiepsko go skuł, nawiał. Na środku posterunku w cholernym Newark urwał się nam podejrzany – powiedział Barat podkreślając każde słowo. – Wiecie jak jest na piętrze. Setki przypadkowych ludzi, przesłuchiwani, detektywi, krawężniki, zamieszanie jak jasna cholera. Nie ma jak oddać strzału, zapomnijcie o pogoni, bo koleś wywrócił regał, odcinając swoją eskortę – ciągnął dalej Dennis. – I wtedy pojawił się Danny.

- Wysiadałem z windy – wtrącił.

- Ciii, psujesz całą opowieść – zganił go Dennis.

- Która zaczyna zajmować mniej więcej tyle, co indyjskie eposy – zauważył cierpko.

Barat zignorował go jak zawsze.

- W jednej chwili widzę eskortę, jak wywracają się na tej cholernej szafie z dokumentami, a w drugiej słyszę 'dupku od krawata', wykrzyczane przez Danny'ego – podjął Dennis.

- Stój, bo strzelam – poprawił go niemal od razu.

- A tak, dupkiem od krawata nazwałeś go zaraz po tym, jak walnąłeś go krzesłem – Dennis udał, że faktycznie dopiero teraz sobie przypomniał.

- Był ode mnie wyższy o jakieś dwie głowy. O tuszy nie wspomnę. Dziwię się, że w ogóle poczuł to krzesło – zapewnił Rachel, która wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.

Warga Kono drgała niekontrolowanie i nie musieli czekać długo, aż usłyszeli jej czysty, głośny śmiech. Nawet wargi Steve'a wykrzywiły się w lekkim uśmiechu.

- I to było zgodne z protokołem? – spytał McGarrett niby bez związku.

Danny zmrużył oczy.

- Protokół nie zabranie używania krzeseł przez policjantów – odparł, a Chin się zakrztusił. – No dobra. Nie ma tam ani jednego słowa, że nie mogę uderzyć faceta krzesłem, jeśli jest prawie trzykrotnie cięższy ode mnie – dodał, może odrobinę głośniej niż powinien.

Trzeźwość była do kitu. Dopiero poniewczasie zorientował się, że w najlepsze z niego kpią. Wyszczerzył się więc, próbując udawać, że naprawdę ma to w nosie. Dłoń Rachel znowu zatrzymała się na jego krawacie i spojrzał w dół, nie wiedząc, co ma z tym fantem zrobić.

- Mnie też uderzysz krzesłem? – zażartowała jego była żona.

- Tobie wyjątkowo wolno dotykać moich krawatów – poinformował ją, starając się brzmieć całkiem poważnie.

- I dobrze, to ja w większości je wybierałam – przypomniała mu, a potem poluzowała węzeł, który faktycznie być może był trochę za ciasny.

Guzik kołnierzyka rozpiął sam, czując się odrobinę lepiej, gdy do otwartego lokalu dotarły świeże powiewy powietrza znad oceanu. Jak na Hawaje, miejsce było zaskakująco spokojne. Danny widział niewielu turystów i naprawdę go to cieszyło. Wszędobylska hołota zdążyła go już zirytować, gdy czekali na Lokelaniego prawie dwadzieścia minut, bo zszywał jakąś niewielką ranę na stopie dziewczyny, która wdepnęła w rozgwiazdę.

- Jest taki klub na plaży – podjęła Kono i zorientował się, że musiała go ominąć część rozmowy.

Dziewczyna urwała zresztą w połowie i spojrzała na nich niepewnie.

- Nie wiem, czy powinnam… - zaczęła niepewnie omega. – Jesteście długo po rozwodzie? Przepraszam, jeśli to drażliwy temat, ale pomyślałam, że wyszliście dzisiaj, ale może nie chcecie…

Już miał odpowiedzieć, gdy Rachel go ubiegła.

- Prawie dwa miesiące – odparła spokojnie. - I między nami wszystko w porządku – dodała z pewnością w głosie. – A Danny nie lubi plaży.

I oczywiście tego powinien był się spodziewać, bo skoro Dennis był dupkiem i jego przyjacielem, Rachel zapewne błędnie sądziła, że outowanie go jest jej świętym obowiązkiem. Już widział we wzroku Steve'a coś niepokojącego. I po prostu wiedział, że trafią na cholerną plażę przy pierwszej sposobności.

- Jak możesz nie lubić plaży? Miałam nadzieję, że nauczę cię surfować – powiedziała Kono pełnym zawodu tonem.

- Pewnie przez piasek. I czekaj… piasek. Oraz te śmieszne galaretowate stworzenia, które są w stanie poparzyć cię na śmierć. Nie zapominajmy też o wodzie, która jest przeważnie tam, gdzie plaża – poinformował ją spokojnie.

- No i piasek – dopowiedziała Rachel, sprawiając, że Dennis parsknął śmiechem i sądząc po głośności, jego partner miał na dzisiaj dość.

Co prawda mieli przed sobą weekend – do tego niezaplanowany - ale jakoś wątpił, aby udało im się spać do późna.

- Jak można nie kochać plaży? – spytała Kono z niedowierzaniem.

Wzruszył ramionami.

- Nie lubię też ananasów – dodał, ponieważ jeśli już podpadać u miejscowych aborygenów, to po całości.

Steve prychnął, jakby w to nie wierzył. I może Danny trochę przesadzał, ale jednak od pierwszego dnia miał awersję do ananasów i nie wyglądało na to, że ona szybko przejdzie.
Rachel wtuliła się w jego ramię, więc ścisnął jej dłoń, orientując się, że trzymał ją przez cały czas.

- Wezwę taksówkę – poinformował ją. – Dennis? – spytał Barata, który jednak już podnosił się ze swojego miejsca.

- Dzięki za miły wieczór – rzucił jego przyjaciel i lekko chwiejnym krokiem zaczął kierować się do wyjścia.

- On chyba nie wie, że nie jesteśmy w New Jersey – stwierdziła Rachel i nagle zaczęła się śmiać. – Wyobrażasz sobie jego minę, jak się zorientuje, że tutaj nie ma całej linii taksówek, czekającej na skinięcie? – parsknęła.

- Ty go będziesz szukać, jak pójdzie nie w tę stronę – zagroził jej, gdy się podnosili.

Steve wstał również, jakby szykował się do odprowadzenia ich, ale w ostatniej chwili się zawahał i po prostu wyciągnął w jego stronę swoją dłoń.

Danny uścisnął ją, spoglądając na alfę z wyczekiwaniem.

- Dzięki, że przyszliście – rzucił w końcu McGarrett.

- Dzięki za zaproszenie – odparł.

ooo

Rachel obudziła się z lekkim kacem, który wcale go nie zaskoczył. Dennis pojawił się w jej hotelu dopiero, gdy udało im się do niego dodzwonić. Obsługa nawet okiem nie mrugnęła, widząc, że zameldowała się jedna osoba, a śniadanie zamawiano na trzy. Barat był w stanie cokolwiek przełknąć dopiero późnym przedpołudniem, a i to tylko dlatego, że Rachel wmusiła w niego tosty.

Danny dziękował Bogu, że zostały mu oszczędzone poranne mdłości. Wystarczyło, aby z rana wrzucił coś porządnego na ząb i mógł znieść wszystkie ananasy tej wyspy.

- Zastanawiałam się, co moglibyśmy dzisiaj zwiedzić, ale chyba nie jestem w stanie – przyznała Rachel. – Nie piłam tak od czasów studenckich – dodała, poprawiając przeciwsłoneczne okulary.

- Nie piłem tak nigdy. Moja religia chyba zabrania alkoholu, no nie? – spytał Dennis.

- Jesteś katolikiem z New Jersey – uświadomił go bezlitośnie Danny.

Miał w końcu do czynienia z dorosłymi ludźmi, którzy powinni być odpowiedzialni za swoje czyny.

- Ta Kono jest całkiem miła – przyznała Rachel po chwili.

- Jest omegą – odparł Danny spokojnie.

- A komandor alfą – dodała Rachel. – To ma jakieś znaczenie? Kim jest Chin?

- Chin miał pecha w losowaniu – odparł Dennis. – I to czyni go moim człowiekiem. Mutacja wszędzie, a nas dwóch przeciwko światu.

- Chin chyba tego tak nie widzi – uświadomił go Danny. – A Kono to jego kuzynka. Zanim powiesz coś na jej temat, wiedz, że ma posturę kogoś, kto walczy.

Dennis uniósł jedną powiekę i spojrzał na niego zainteresowany.

- Poważnie, walczy – powtórzył Danny.

- Okej – powiedział Dennis. – Będziecie źli, jeśli wrócę do siebie i zobaczymy się dopiero w poniedziałek? – spytał szczerze. – Mógłbym udać, że mam coś do zrobienia, ale… - urwał i skrzywił się.

Danny podejrzewał, że to te soki owoce załatwiły dwójkę jego przyjaciół. W New Jersey nie piło się też w takim cieple. Alkohol inaczej rozkładał się w czasie.

Rachel wyłożyła się wygodnie na swoim leżaku, więc podwinął rękawy koszuli, starając się zrelaksować.

ooo

Nie bardzo miał ochotę na zakupy, ale spora część jego rzeczy została w New Jersey i chociaż oddał do pralni wszystko, co musiał – nawet z ubraniami, które Rachel zebrała z ich starego mieszkania – jego garderoba przedstawiała się nader ubogo. Sklepy z pamiątkami ominęli w pierwszej kolejności, nie wiedząc nawet, kogo mogliby spytać o drogę do tej części miasta dla miejscowych, którzy nie chcieli chodzić w tych śmiesznych koszulach. Turyści skutecznie utrudniali im poruszanie się i w końcu z rezygnacją, wyciągnął komórkę.

- McGarrett – powiedział krótko dobrze znany mu głos.

- Gdzie macie normalne sklepy? – spytał, żeby nie przedłużać.

Odpowiedziała mu cisza.

- Normalne sklepy z ubraniami – uściślił. – Wyobraź sobie, jak wyglądam na co dzień i zastanów się, gdzie mógłbym to dostać – dodał.

Rachel spoglądała na niego z mieszaniną niepewności i rozbawienia. Pasowali do siebie jak pięść do nosa. Wyglądała jak turystka, a on… No cóż. On tutaj po prostu nie pasował. Zastanawiał się nawet, czy nie kupić koszulek podobnych do tych, w których normalnie pokazywał się Steve. One jednak aż za bardzo opinały górną część ciała. Jeszcze kilka tygodni temu może chwaliłby się nie najgorszą muskulaturą, ale teraz nie chciał się afiszować z dodatkowymi kilogramami, które miały nadciągnąć lada chwila.

Steve podał mu nazwę ulicy, która oczywiście musiała się składać z prawie samych samogłosek. Byli na Hawajach, a ci ludzie mieli swoje własne poglądy na nazewnictwo. I nawet najkrótsze zaułki musiały mieć nazwy. Jakimś jednak cudem dotarli do czegoś, co przypominało centrum handlowe. Danny zerknął na ceny krzyczące do niego z witryn i westchnął. Miał szczerą nadzieję, że w ciągu tego miesiąca Steve znajdzie Hesse'a albo po prostu się podda. Z każdą ewentualnością czułby się dobrze.

ooo

Rachel kończyła swoją latte, gdy poczuł mrowienie na karku. Przestał reagować tak na Steve'a, więc instynktownie sięgnął po broń, której nie miał, bo to był cholerny weekend. Odwrócił się, aby wyłuskać z tłumu alfę, który zmierzał w jego stronę i z zaskoczeniem dostrzegł Johna McGarretta.

Ojciec Steve'a musiał go zauważyć, ale nie spoglądał w jego stronę, zbyt zajęty rozmową z kimś, kogo Danny mgliście pamiętał z posterunku. Meka, były partner China. McGarrett w końcu przestał mówić i spojrzał wprost na niego swoim rozwodnionym wzrokiem, w którym nie kryły się żadne przyjemne emocje.

Danny nie wiedział nawet, czy Steve wspomniał mężczyźnie o dziecku. Możliwe, że McGarrett junior nie pochwalił się wpadką. Dla mężczyzny takiego jak John to musiałby być zawód. Nie bardzo wiedział, dlaczego w ogóle obchodził go ten facet, ale pewnie jedna z teorii, że dla mutantów więzy krwi były ważne – właśnie znajdowała potwierdzenie.

- Danny? Wszystko w porządku? – spytała Rachel, rozglądając się nerwowo wokół.

- W jak najlepszym – odparł, siadając z powrotem twarzą do niej. – To ojciec Steve'a. Jest alfą, więc mnie to zaalarmowało – wyjaśnił i starał się uśmiechnąć, ale nie do końca mu to wyszło.

Mężczyzna go nie lubił, ale w zasadzie Danny wątpił, aby facet lubił kogokolwiek. Ich pierwsze spotkanie wyglądało tak, że nie zorientował się nawet, że pomiędzy Johnem a Stevem jest jakaś więź krwi.

Sądził, że tamten odejdzie wraz z Meką, ale wręcz czuł, że McGarrett zbliża się w ich kierunku. Nie musiał czekać długo, gdy mężczyzna stanął przy ich stoliku.

- Słyszałem, że Hesse zbiegł – powiedział alfa, nie witając się nawet.

Kolejne krótkie zdanie. Przynajmniej nie wydawał komend.

- Najwyraźniej jednak trochę tutaj zostanę – odparł Danny, starając się brzmieć na rozentuzjazmowanego.

Zastanawiał się, czy powinien zgodnie z zasadami kultury przedstawić Rachel, ale McGarrett spojrzał na torby, które leżały na podłodze.

- Kolejne zakupy – stwierdził mężczyzna i zacisnął usta w wąską kreskę.

- Moje ubrania zostały w New Jersey – poinformował go sztywno Danny.

Oczywiście facet mógł mieć coś również do jego koszul, ale lubił wyglądać profesjonalnie, co stawiało go jednak o stopień wyżej od tych wszystkich oficerów w podkoszulkach. Jeśli chciało się być szanowanym, należało odpowiednio wyglądać. Normalnie nie wydawał na ubrania dużo, ale to była sytuacja awaryjna. I może wydał połowę swoich oszczędności, ale gubernator nie płaciła najgorzej. Przez miesiąc czy dwa nie musiał się niczym martwić.
Czuł, jak spięta jest Rachel i jak gęstnieje atmosfera, ale nie wiedział, jak pozbyć się alfy. W końcu mężczyzna skrzywił się i westchnął.

- Powiedz Steve'owi, żeby zadzwonił do mnie, gdy znajdzie chwilę. Mam dla niego informacje – powiedział McGarrett i odszedł, zanim Danny zdążył spytać, o co chodzi.
Równie dobrze alfa mógł powiedzieć wszystko jemu. To śledztwo dotyczyło też jego osoby i brał w nim udział. Całkiem czynny, sądząc po ranie postrzałowej. Rachel po pijaku próbowała znowu zmienić mu opatrunek i naprawdę była urocza, gdy determinacja pojawiała się na jej twarzy.

- Nie jest zbyt przyjemny – stwierdziła ostrożnie jego była żona.

Danny patrzył w ślad za alfą, dopóki ten nie znikł za zakrętem. Nie wiedział, jak dobrze słyszą, ale wolał być pewny.

- Powiedziałbym, że facet nie miałby defektu, gdyby nie był takim szowinistą – poinformował ją. – Ma problem z omegami – dodał, widząc jej zaskoczoną minę.

- Nie dziwię się zatem, że komandor nie przyprowadził nikogo do domu – odparła jego żona i to on tym razem spojrzał na nią zaskoczony. – No co? Steven jest w twoim wieku, a nie był nigdy żonaty. Nie sądzę, żeby szukał kogoś faktycznie na stałe – poinformowała go spokojnie i to faktycznie miało sens.

McGarrett senior był w stosunku do niego bardziej niż chłodny. Jakby sądził, że jakiś cholerny omega zakręci w głowie Steve'owi. W połączeniu z szowinizmem Johna to naprawdę nie dawało dobrej kombinacji.