Danny wszedł do budynku jednostki w odrobinę lepszym humorze. Poranna rozmowa z Carolem go uspokoiła. Lokelani nie chciał niczego więcej, tylko przejąć go jako swojego pacjenta. A skoro chodziło tylko o to – Danny'emu kamień spadł z serca.
Rachel nawet się nie obudziła, gdy wysunął się z łóżka tego ranka, zostawiając tylko notkę, że idzie do pracy. Jeszcze tego dnia planował zabrać się za szukanie własnego mieszkania. Pojedynczy pokój nie był zbyt sensowny. Hotele kosztowały zbyt wiele i coś mu się wydawało, że odkąd nie został oddelegowany przez własny posterunek, gubernator nie będzie taka skora do zwracania mu kosztów mieszkania. Rachel nie miała nic przeciwko temu, że spędzali razem noce, nawet jeśli oznaczało to tylko platoniczne dzielenie łóżka. Tak w zasadzie wyglądały ostatnie tygodnie ich małżeństwa, zanim oficjalnie nie znaleźli się w separacji.
Kono uśmiechnęła się na jego widok, a potem pomiędzy jej brwiami pojawiła się nieprzyjemna zmarszczka.
- Cześć wszystkim – powiedział, zostawiając na stole pudełko z malasadas.
- Aloha, Danny – odparła Kono. – Nie ma dzisiaj z tobą Dennisa? – zainteresowała się, chociaż ewidentnie znała odpowiedź na to pytanie.
Nie dała mu zresztą zbyt wiele czasu na wyjaśnienia.
- Chyba między tobą a Rachel robi się coraz lepiej – ciągnęła dalej z radością, której się po niej nie spodziewał.
Kono należała do tych wiecznie uśmiechniętych, ale obecna energia, która od niej biła, to już była przesada.
- Chyba zaczynamy wychodzić na prostą. Jak na razie nie skoczyliśmy sobie do oczu, więc… - urwał i wzruszył ramionami.
Steve przesunął cały słup pudeł z aktami, które zapewne też zostały uprowadzone z archiwum policji. Nic dziwnego, że tak ich nie lubili. Multimedialne tablice musiały sporo kosztować i zapewne policja w Honolulu marzyła o takim wyposażeniu. W Newark posiadali tylko trzy takie, dla jednostek antyterrorystycznych. Palce Kono sunęły po ekranie ze sprawnością kogoś, kto robił to już wielokrotnie. Jak oczarowany spoglądał na kolejne teczki, które wirtualnie otwierały się przed nim, gdy dziewczyna nawigowała.
Trochę się wystraszył, gdy Steve podszedł bliżej i położył przed nim całkiem znajomy pojemnik z sokiem.
- O Boże – powiedział, biorąc do ust pierwszy łyk. – To jest chyba najlepsza rzecz na Hawajach – dodał, rozkoszując się świeżym smakiem.
- Nie, najlepsza wciąż jest plaża – odparła Kono, nie odwracając wzroku od monitora. – I surfowanie.
- To – upierał się Danny, nie wiedząc, jak nazwać ten przepyszny sok.
Nie wiedział nawet, że brakowało mu kofeiny, zanim ponownie nie spróbował tego napoju. Steve uśmiechał się, jakby doskonale wiedział, co ten sok z nim robił. I może cholerny troglodyta poił się właśnie tym zamiast kawą. Danny w zasadzie nigdy nie widział go nawet z kubkiem bezkofeinowej.
- Nie pijasz kawy, prawda? Wyglądasz na taki typ, który żywi się trawą – zdecydował Danny, spoglądając na dość mocno opinającą mięśnie Steve'a koszulkę. – To jak długo dzisiaj pływałeś? – spytał i miało to zabrzmieć jak kpina, ale McGarrett nie miał chyba poczucia humoru.
- Godzinę. Zawsze pływam godzinę – odparł alfa.
- Aha – skwitował Danny, starając się zrobić mądrą minę.
Nie wyobrażał sobie spędzenia godziny w wodzie dla przyjemności. Możliwe, że cholerny sok był uzależniający, bo wypił ponad połowę, zanim Dennis w ogóle pojawił się w jednostce.
- Policja w Honolulu zgarnęła resztę organizacji Sang Mina – poinformował ich Barat. – Są dostępni na komisariacie – dorzucił.
Steve wydawał się nawet mniej niż zainteresowany, co Danny'ego zaczynało niepokoić. Jeszcze do niedawna alfa wydawał się skupiony jedynie na postaci Hesse'a, ale brak nowych informacji zostawiał ich w martwym punkcie. Nie mogli nie robić niczego, dopóki nie wypłynie coś nowego lub ktoś nowy. O swoją rodzinę się nie martwił. Ojciec potrafił nawet lepiej niż dobrze zadbać o Ma i jego rodzeństwo. I był pewien, że miał oko również na Karen, gdy Dennis był oddelegowany do innego stanu. Rachel znajdowała się na miejscu pod jego pieczą – więc o nią też był spokojny. Hotelowa ochrona zdawała się całkiem rozsądna.
McGarrett wyciągnął przed siebie nogi i Danny po prostu był pewien, że w chociaż jednej z tych kieszeni trzymał granat. Z jakichś chorych powodów to po prostu pasowało do Steve'a. Chin starał się segregować raporty, ale każdy policjant miał jakieś granice tolerowania biurokracji. Kono już sprawdzała, czy stół interaktywny nadawał się do gier.
- Steven – westchnął Danny, odrywając się od swojego kubka.
Jeśli McGarrett sądził, że pudełko malasadas oraz pyszny sok uciszą go chociaż na chwilę, mylił się.
Alfa spojrzał na niego, unosząc jedną brew do góry, jakby zapraszał go do kontynuowania.
- Jesteśmy jednostką do zwalczania przestępczości – zaczął Danny cierpliwie. – I co robimy teraz?
McGarrett zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał, o co chodzi.
- Hesse jest poza zasięgiem – stwierdził Danny i nikt mu nie zaprzeczył. – Nie powinniśmy zwalczać przestępczości? – spytał wprost.
- Czekamy na przydział – odparł Steve i najwyraźniej dla wojskowego to było całkiem logiczne.
- A kto przydziela nam sprawy? – spytał Danny wprost, ponieważ najwyraźniej tymi małymi kroczkami faktycznie do czegoś dochodzili.
Kono parsknęła, jakby nie mogła się już powstrzymać i Steve spojrzał na nią zirytowany, podnosząc się na nogi.
- Myślałem, że doceniasz, że nikt do ciebie nie strzela – prychnął alfa.
- Tak samo jak doceniam widok na ocean z okna pokoju Rachel – odparł Danny. – Poza tym, myślisz, że ten miły człowiek, którego spotkaliśmy ostatnio, zrobiłby mi kolejną rybę na śniadanie?
ooo
W zasadzie przez cały weekend starał się zapomnieć o ojcu Steve'a, ale facet wracał jak zły omen. Alfa zapewnił go, że już rozmawiał z Johnem, ale było coś takiego w jego głosie, co tylko bardziej zaalarmowało Danny'ego. Możliwe, że nie chciano go na tej wyspie o wiele bardziej niż sądził. I chociaż Steve okazał się odrobinę bardziej empatyczny niż początkowo przypuszczał, nadal chciał się stąd wynieść.
Kamekona – jego ulubiony jak do tej pory kucharz, przyniósł mu kolejną rybę. I może Danny faktycznie powinien zacząć się stołować w jego niewielkiej budzie, bo facet czynił cuda. Ryba nie była wysuszona ani tym bardziej surowa, ale można było wyczuć smak świeżego mięsa. Nie był pewien, czy rozwijające się w nim dziecko domagało się więcej podobnych tłuszczów, ale nie zamierzał się wzbraniać.
- Chcesz, żebyśmy wzięli jakąś sprawę? – spytał Steve wprost.
- Sądziłem, że twoja jurysdykcja sięga daleko – odparł Danny, a widząc wątpliwość w jego oczach, dodał: - Raczej nie mamy wyboru. Jeśli nie będziemy działać jako drużyna, nie zgramy się. Bezczynność sprawia, że ludzie stają się leniwi.
- Teraz będziesz mnie uczył o budowaniu ducha drużyny? – zakpił McGarrett.
- Ktoś musi – odparł Danny i wyszczerzył się w jego kierunku. – W końcu najwyraźniej jestem twoją sekretarką.
- Mój ojciec… - zaczął Steve i urwał.
- Jest trudnym człowiekiem – dopowiedział za niego Danny. – Wierz mi na słowo, zauważyłem.
McGarrett spoglądał na niego przez krótką chwilę, jakby nie wiedział, czy może o coś zapytać. Danny nie wiedział, co było gorsze. Gdy Steve miał minę, z której można było wyczytać wszystko, czy wtedy, gdy starał się za wszelką cenę nie pokazać swoich emocji, więc jednocześnie ujawniał je tym bardziej. A może Danny po prostu w międzyczasie przeszedł przyspieszony kurs z 'mcgarrettowania'. Kiedy raz widziało się twarz osoby, która dochodziła dzięki tobie – odbijało się to na całej znajomości.
- Meka mówił, że byłeś na zakupach – powiedział w końcu Steve. – Znalazłeś centrum bez problemów?
- Rachel była przeszczęśliwa – odparł, starając się udawać, że jest niezadowolony.
Prawda była jednak taka, że przypomniał sobie, jak wiele radości mogli mieć ze wspólnego wybierania ubrań. Rachel co prawda nie wzięła zbyt wiele dla siebie i w odróżnieniu od wszystkich pozostałych okazji płacili oddzielnie – jednak miło było spędzić z nią czas poza salą sądową.
Steve skinął głową, jakby przyjmował to do wiadomości. Znowu zapadała między nimi ta niewygodna cisza, której nienawidził.
- Jeśli chodzi o jednostkę… - podjął Danny. – Pomyśl o tym szerzej, Steven. Chyba nie sądziłeś, że Chin zostawił policję tylko po to, żeby sobie wyciąć kilka tygodni z życiorysu, złapać Hesse'a i wrócić na stare śmieci. Gliniarze tacy jak on przeważnie doczekują się awansów – poinformował McGarretta. – Co będzie, gdy schwytamy Hesse'a? – spytał wprost.
Steve wzruszył ramionami, dokładnie tak jak Danny się tego spodziewał.
- Och, no tak. Wrócisz pewnie do swojej dżungli – podjął, wycierając dłonie o serwetkę. – Armia pewnie za tobą tęskni.
- Marynarka – poprawił go Steve.
I Danny mógłby odpuścić sobie ten żart z armią, ale był o wiele zbyt dobry. I Steve zawsze na niego reagował.
- No to będziesz sobie dalej pływał ze swoimi kolegami – odparł. – Nieważne…
Steve westchnął.
- Nie zajmujemy się pływaniem. A przynajmniej nie tylko – dodał pospiesznie McGarrett, gdy Danny rzucił mu pełne powątpiewania spojrzenie. – Jestem wyszkolony do prowadzenia dowolnych pojazdów, włącznie z tymi latającymi…
- I z twojej woli Chin dzisiaj, zamiast prowadzić jakieś ciekawe śledztwo, porządkował nie swoje akta – wtrącił Danny. – Z mojego punktu widzenia albo zaczynamy coś robić, albo nie ma sensu trzymać China z dala od roboty, a Dennisa z dala od żony. My mamy życia poza Honolulu, wiesz? – spytał Danny retorycznie.
- Wiem – odparł Steve, zaciskając usta w wąską kreskę.
ooo
Danny nie spodziewał się, że po krótkiej przejażdżce ze Stevem spotkają Rachel w ich siedzibie. Kobieta była w trakcie plotkowania z Kono i omega wydawała się naprawdę zainteresowana operacjami bankowymi. Albo genialnie udawała. Danny nie potrafił tego ostatniego i to pewnie był kolejny powód, dla którego lepiej układało im się jako przyjaciołom. Rachel na jego widok zsunęła się z wysokiego stołka i naprawdę był wdzięczny za to, że nie tylko on był sporo poniżej normy wzrostowej na tej cholernej wyspie. Co nie zmieniało faktu, że jego była żona nadal miała nad nim kilka centymetrów przewagi.
- Danny, komandorze – przywitała się z uśmiechem.
Nie mógł nie dostrzec dość charakterystycznej torby na jej ramieniu.
- Kolejne zakupy? – zdziwił się. – Powiedz mi tylko, że nie kupiłaś niczego pstrokatego. Twoja matka zniesie co najwyżej ten kapelusz, który kupiłaś dla niej jako prezent. Swoją drogą, nigdy nie wpadłem na to, że można się tak na niej mścić. A wy Brytyjczycy zawsze jesteście tacy uprzejmi. Musiałaby mi jeszcze dziękować.
Rachel przewróciła oczami, jakby nie spodziewała się niczego innego.
- Nie wygłupiaj się – ofuknęła go. – Przyznaję, że znowu się trochę nudziłam, ale przypadkowo natrafiłam na to – powiedziała, wciskając mu torbę do rąk. – Widziałam krawaty, które nosisz – dodała z niesmakiem, jakby to cokolwiek tłumaczyło.
Zerknął do środka, nie do końca pewien, czy chce wiedzieć, co znajduje się w torbie.
- Daj mi znać, czy ci się podoba. Niestety muszę lecieć. Nie zamierzałam czekać na ciebie, ale Kono była taka miła! – powiedziała Rachel, dotykając ramienia omegi tak, jakby już były najlepszymi przyjaciółkami. – Nadal jesteśmy umówieni na dzisiaj? – spytała.
- Jasne – odparł krótko. – Kolacja jest na mój koszt – dodał, sugestywnie spoglądając na trzymaną w rękach torbę.
- Nigdy nie umiałeś po prostu podziękować za prezent – prychnęła Rachel i podeszła, żeby cmoknąć go w policzek na do widzenia. – Komandorze, Kono – powiedziała machając do pozostałych.
- Cześć, Rach – rzucił jeszcze, patrząc za oddalającą się kobietą.
ooo
Jego była żona nie należała do najbardziej energicznych. Danny lubił myśleć o niej jak o standardowej Brytyjce – nie wolnej od kompleksów, ale też trochę sztywnej. To miało swoje uroki i dlatego cały czas miał wrażenie, że Rachel na siłę stara się być jego kumplem. Dennis spędził wieczór na rozmowie z Karen i odmówił, gdy zaprosili go na kolację. I Danny zorientował się nagle, że siedzą przy stoliku na dwie osoby, co nie było dla niego całkiem normalne.
Rachel wyglądała pięknie jak zwykle. Jej oczy błyszczały w świetle świec, a jedyne, o czym potrafił myśleć, to nowe akta, które Steve położył przed nim po południu. Chin wyglądał, jakby nie wiedział, czy wolno mu okazywać radość. Sprawa dotyczyła w końcu zabójstw, ale Danny odczuwał dawno zapomniane już podniecenie, ponieważ to miało być jedno z tych skomplikowanych śledztw.
- Nie ma cię tu – zgadła Rachel.
- Wybacz – odparł.
- Nowe ślady? – spytała, biorąc łyk wina.
- Nowa sprawa – odparł krótko, nie wiedząc nawet, jak wiele może jej powiedzieć.
Wydawało się, że chciała zapytać, ale przechodzili to już wcześniej. Nie chciał jej opowiadać o tym, jak świat potrafił być brudny. To ona mobilizowała go do pracy. Chciał, aby jej życie nie stało się gorsze przez napad rabunkowy albo jakiegoś psychopatę. Chciał, aby była szczęśliwa. I może tego nie rozumiała, ale to nie było ważne.
Sądził, że kłótnia wisi na włosku, ale ona uśmiechnęła się cierpko, odstawiając wino.
- Co powiesz na to, żebyśmy to przełożyli? – zaproponowała, wzruszając ramionami.
- Poważnie? – spytał z niedowierzaniem.
- Powiedziałam, że chcę cię takiego, jakiego mogę cię mieć, ale ciebie tutaj nie ma. Zmieniam trochę reguły gry – przyznała i jej uśmiech stał się trochę prawdziwszy.
Machnęła na niego ręką, dolewając sobie wina do kieliszka, więc wstał i cmoknął ją w policzek.
ooo
W zasadzie nie wiedział dlaczego, ale całkiem logicznym wydawało mu się, że ze wszystkich ludzi to Steve będzie wolny. Alfa odebrał telefon już po pierwszym dzwonku, zaskakując go odrobinę.
- Masz ochotę przejrzeć te akta jeszcze raz? – spytał Danny.
- Gdzie jesteś? – zainteresował się Steve niemal od razu.
- Mogę być za dwadzieścia minut u nas – odparł Danny, nawet nie całkiem świadom tego, że ten spory budynek faktycznie stał się ich siedzibą.
Steve wyraźnie się wahał.
- Słuchaj, jeśli nie masz czasu… Nie mam nic nowego, po prostu… - zaczął Danny, nie wiedząc, jak to wyjaśnić.
- Mam akta u siebie. Kopię. I wygodną kanapę – rzucił Steve pospiesznie.
To brzmiało w zasadzie nie najgorzej.
- Podjadę po ciebie. Jesteś u Rachel, prawda? – spytał McGarrett i Danny nie zaprzeczył.
ooo
Okolica od razu wydała mu się znajoma i zesztywniał, gdy zdał sobie sprawę, że przypadkowo wpakował się w wieczór w towarzystwie dwóch alf. Steve zerknął na niego z siedzenia kierowcy, zaniepokojony zapewne ciszą, która zapadła.
- Jakoś nie przepadam za twoim ojcem – przyznał Danny.
Steve zamrugał.
- Nie ma go – odparł McGarrett.
- Ale wróci – odparł Danny, bo to było oczywiste.
Steve uniósł brew.
- To jest mój dom. Tata dogląda go, gdy mnie nie ma na wyspie. Przeważnie mieszka w ośrodku dla weteranów, o ile nie udziela konsultacji na kontynencie – poinformował go alfa.
- Och – wyrwało się Danny'emu i nie zamierzał przyznać, że mu ulżyło.
Wysiadł z samochodu od razu, czując się odrobinę lepiej, gdy dotarł do niego chłodniejszy powiew znad oceanu. Wciąż miał na sobie koszulę zapiętą na ostatni guzik. Wiedział, że Rachel będzie chciała kolacji w prawdziwej restauracji i nie pomylił się. Rozluźnił krawat, gdy tylko znaleźli się w salonie Steve'a i rozsiadł się na faktycznie dość nie najgorszej kanapie.
- Daj mi chwilę. Jeśli chcesz coś do picia, lodówka jest w tamtą stronę – powiedział alfa, wskazując mu palcem kuchnię.
Oczywiście był wspaniałym gospodarzem. Danny znalazł na ladzie coś obrzydliwie zielonego, co tylko potwierdzało, że Steve jest jednym z tych ekoświrów. Bezalkoholowe piwo trochę go zaskoczyło, ale nie zamierzał narzekać, gdy pociągał pierwszy łyk. I sam naprawdę powinien był wpaść na to wcześniej.
Steve zszedł do salonu w białej bokserce i schodzonych spodniach od dresu, które wyglądały na wygodne. Najwyraźniej nie wiedział też, że nie przyjmowało się gości w takim stroju albo fakt, że Danny miał w sobie jego fiuta, jednocześnie dawał mu prawo do oglądania McGarretta naprawdę odprężonego.
Widział już wcześniej tatuaże Steve'a, ale teraz w tym świetle naprawdę nie potrafił oderwać od nich wzroku. Hormony zaczynały mu poważnie dokuczać.
- To twoja siostra? – spytał Danny, spoglądając na jedno ze zdjęć.
- Mary Ann – odparł Steve, skinąwszy twierdząco głową.
- Armia? – spróbował strzelić.
Steve jednak roześmiał się tak głośno, że tylko cudem szklanki nie rezonowały. Wyglądał na faktycznie rozbawionego.
- Nienawidzi wojskowych – poinformował go McGarrett.
- Pewnie bym się z nią dogadał – stwierdził Danny.
- Nie sądzę. Ma całkiem sporą kartotekę w departamencie policji w Honolulu – odparł McGarrett, kompletnie go zaskakując. – Nie pytaj – rzucił jeszcze, patrząc sugestywnie na miejsce obok siebie na kanapie. – Przejrzałem tę sprawę, ale nie mam… - urwał alfa i Danny uśmiechnął się wrednie.
- Doświadczenia? Pojęcia? Wiedzy? – zarzucił go pytaniami, nie robiąc sobie nic z tego, że mężczyzna rzucił mu zirytowane spojrzenie, które jednak szybko zamieniło się w równie wredny uśmiech.
- Opinii mojej sekretarki – uzupełnił Steve.
