Steve siedział tuż obok niego, jakby ta cholerna kanapa nie była dość szeroka, aby zmieściły się na niej cztery dorosłe osoby. Możliwe, że po prostu łatwiej było im pochylać się nad jedną kopią dokumentów, ale w zasadzie mogli się podzielić kartkami. Nie miał nic przeciwko.
Tymczasem czuł, że McGarrett zabierał mu całą przestrzeń.
Pomimo otwartych okien i braku słońca, w pomieszczeniu wciąż było gorąco. Albo to za sprawą alfy się pocił, bo Steve lepił się do niego tak, jakby nie pojmował nic a nic na temat przestrzeni osobistej. A to przeważnie Danny był tym, który dostawał po łapach od Dennisa za ciągłe dotykanie, aż Barat przyzwyczaił się tak bardzo, że niekiedy uważano ich za parę.
Karen uwielbiała te momenty, podczas gdy Rachel nie bawiły one w ogóle.
- Od czego mielibyśmy zacząć? – zainteresował się Steve, spoglądając na zdjęcia z miejsca zbrodni.
Danny starał się skupić na wynikach ekspertyz, ale czuł na sobie intensywny wzrok McGarretta. Może z odległości kilku metrów po jego skórze nie przechodziłyby dreszcze, ale siedzieli o wiele zbyt blisko.
- Musimy zajrzeć na miejsce zbrodni i rozejrzeć się, aby wiedzieć, jak to wszystko wygląda – odparł Danny, starając się brzmieć spokojnie.
- Zgadzam się. Chyba najważniejsze dla nas to wiedzieć, jak weszli – zdecydował Steve. – To siódme włamanie, ale pierwsze morderstwo.
- U nas nazywamy to eskalacją. Jeśli mamy szczęście, to przypadek – poinformował go Danny.
Nie chciał więcej trupów niż to konieczne. Turyści musieli czuć się bezpiecznie w miejscu swoich wakacji. Gdyby rozniosło się, że na przyjezdnych polowała szajka rabusiów, zapewne Oahu miałoby poważne kłopoty. Gubernator oczywiście chciała tego uniknąć, ale policja miała związane ręce. Steve nie musiał się jednak martwić ograniczeniami.
McGarrett wydawał się całkiem zaabsorbowany sprawą i może Danny patrzył się na niego o kilka minut za długo, bo Steve w końcu podniósł oczy znad akt i spojrzał na niego tymi swoimi odrobinę zbyt wielkimi oczami. On też musiał być kiedyś haole – zdał sobie sprawę Danny. Nie miał charakterystycznych dla mieszkańców wyspy rysów twarz. Podobnie zresztą jak John.
- Robimy się późno – powiedział Danny, spoglądając na swój zegarek tylko po to, aby uciec wzrokiem od Steve'a,
- Zapomniałem, że nie powinieneś się przepracowywać – rzucił pospiesznie alfa i wyglądał na naprawdę zaniepokojonego.
- To drugi miesiąc. Nie urodzę, bo posiedzę nad sprawą kilka godzin dłużej – prychnął, nie udając nawet, że go to nie bawi.
Steve uśmiechnął się lekko i może to była gra świateł, ale jego oczy wydawały się błyszczeć. Albo taka po prostu była moc McGarretta. Były przecież powody, dla których jednak zaprosił mężczyznę do siebie pewnej nocy w New Jersey.
- Nie masz ochoty czegoś zjeść? – zaproponował Steve pospiesznie. – Nie mam zbyt wiele w lodówce, ale na pewno uda mi się przyrządzić coś lekkiego.
- Jestem prosto po kolacji – przyznał, ale nie dodał, że urwał się Rachel spod skrzydeł.
Była zaskakująco wyrozumiała jak na nią. I jakoś pierwszy raz w życiu nie sądził, aby miał to odpokutować.
Steve wydawał się zmieszany, jakby nie wiedział, jak zatrzymać go u siebie dłużej. I Danny niemal od razu pomyślał o tym, że nigdy tak naprawdę nie mieli czasu porozmawiać. Albo mieli robotę, albo nie byli sami. Samochód zresztą nie wydawał się odpowiednim miejscem do takich tematów.
- Nie jesteś aż tak subtelny, jak sądzisz – zakpił, odkładając teczkę na stolik.
Steve przez krótką sekundę wyglądał jak jeleń oślepiony światłami samochodu, ale szybko się opanował.
- Naprawdę? – spytał i coś zadziornego błądziło w jego uśmieszku.
- Naprawdę – odparł Danny. – Pewnie masz setkę pytań i w zasadzie nie dziwię ci się. Jeśli chcesz wiedzieć coś o dziecku, mogę cię wprowadzić – zaproponował, starając się nie naciskać.
Steve spoglądał na niego przez chwilę, jakby nie wiedział. Jakby nie był pewien nawet, od czego zacząć. I Danny nie zamierzał tego kroku podejmować za niego. To wciąż pozostawał otwarty temat. Był wdzięczny za to, że McGarrett starał się okazać mu troskę. W końcu nie był idiotą i wiedział, że sok oraz śniadania miały go tylko udobruchać po postrzale i dość szorstkim traktowaniu. Jednak nie robili wspólnych planów. I Rachel pod jednym względem miała rację. Zwróciła mu uwagę na to, jak bardz Johno go nie znosił. Pewnie ta niechęć dotyczyła każdego, kto się zbliżał do Steve'a. Mutanci czasami stosowali naprawdę bolesne podziały, a brak tolerancji we własnym środowisku zawsze Danny'ego zastanawiał. I może trochę dlatego trzymał się z dala od alf, które zapewne miały wiele do powiedzenia na temat jego genów i płci, które nie do końca tworzyły logiczną całość. A jednak – wątpił, aby jakakolwiek kobieta poradziła sobie podczas kilkunastu godzin, które spędził w wodzie, gdy udało mu się uciec z łodzi. Dziecko nie przetrwałoby – włącznie z nią. Jednak on i jego córka żyli i to było najważniejsze w tej chwili.
Jeśli Steve chciał jakoś odkupić swoje winy – zamierzał mu pozwolić. Podobnie jak czekał spokojnie na to, aż McGarrett wymyśli również sposób, aby mu delikatnie zasugerować, że nie jest zbyt ojcowską figurą.
Nic, czego Danny nie wiedziałby wcześniej, chociaż instynkt podpowiadał mu, że z tym całym pamiętaniem o soku dla niego oraz śniadaniem – Steve nie byłby jednak taki zły. W końcu chodziło wyłącznie o myślenie o drugiej osobie – resztę podsuwały podręczniki.
- Jak my właściwie… - zaczął Steve i urwał.
Danny spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Poważnie zmuszasz mnie do tego, żebym ci to przeliterował? – spytał może lekko podniesionym głosem.
- Nie mam dziur w pamięci, a zawsze miałem… - urwał Steve.
- Kondom, prezerwatywę, zabezpieczenie – uzupełnił za niego Danny, zirytowany kolejnym niedopowiedzeniem. – Poza tym ostatnim razem, gdy wepchnąłeś we mnie swoje cholerne paluchy i najwyraźniej miałeś na nich jeszcze całkiem sprawnie poruszających się pływaków. Więc piątka z plusem, panie SEAL – prychnął.
Steve wpatrywał się w niego z niedowierzaniem, a potem zmarszczył brwi.
- Chryste – powiedział alfa, gdy tylko sobie przypomniał, o co Danny'emu chodziło.
Na szczęście nie zadawał kolejnych głupich pytań.
- Jak będziesz rodził? – zainteresował się McGarrett.
Danny spojrzał wymownie na swój brzuch.
- Zostanie spora blizna, ale to będzie cesarka. Carol, mój lekarz z Jersey, mówił, że to standardowa procedura. Dojdę do siebie o wiele wcześniej niż pacjentki, które w ten sposób rodzą, więc same plusy – odparł, udając wesołość.
Steve skinął głową i milczał przez dłuższą chwilę.
- Mam pokój gościnny, chcesz zostać na noc? – spytał alfa.
Danny zamrugał, jakby nie rozumiał, jak przeszli z tematu dziecka do tego. Jednak najwyraźniej to jakoś się wiązało w głowie Steve'a w faktyczną całość.
- Mogę cię odwieźć do hotelu, ale nigdy się nie zameldowałeś w Hiltonie – odparł McGarrett i na jego twarzy znowu pojawiło się coś dziwnego.
- Znowu masz ten anewryzm – odparł Danny.
- Po prostu wiem, że będziesz chciał sam dostać się do hotelu, kiedy najnormalniej w świecie obok stoi wolne łóżko – stwierdził Steve. – A potem będziesz cały ranek narzekał, że się nie wyspałeś, bo podróż do hotelu zajęła ci godzinę i musiałeś wcześnie wstać. Więc Kono będzie wściekła, bo ona jakimś cudem odbiera twoje emocje, a kiedy Kono jest zła, Chin jest jeszcze bardziej milczący niż przeważnie. A potem patrzy na mnie, jakbym to ja był winien cierpienia jego kuzynki – poinformował go Steve.
I cholera, ale może miał trochę racji. Danny otworzył usta, żeby mu powiedzieć, że chyba jednak woli hotel. W zasadzie jednak nie było przeciwwskazań, żeby spędził tutaj noc. Sypiał z Dennisem przez kilka pierwszych nocy, na Boga, i nie widzieli w tym problemu.
- Jeśli obudzisz mnie o piątej, zrobię z twojego życia piekło – zapewnił go Danny.
ooo
Jego telefon wygrywał dobrze znaną mu melodię, więc walnął w wyświetlacz, starając się rozłączyć rozmówcę. Jeśli Steve sądził, że to zabawne, grubo się mylił. I Danny zamierzał się zemścić.
- Co? – warknął, zerkając ze zdumieniem na to, że z komórki uśmiecha się do niego twarz Rachel.
- Danny? – spytała zaskoczona. – Śpisz?
- Już nie – odparł. – Czy to zemsta za to, że zostawiłem cię wczoraj samą? – spytał szczerze.
- Chyba żartujesz – ofuknęła go. – Dzwonił mój znajomy z banku – zaczęła i jej ton stał się całkiem poważny. – Normalnie nie przekazujemy takich informacji, ale wiedział, że się rozwodzimy. Tylko najwyraźniej nie wiedział, że to już po rozprawie…
- Do rzeczy, Rach – jęknął, naciągając na siebie kołdrę.
Przez okno zaglądało o wiele zbyt wielkie słońce. Nie wyczuwał, aby Steve był w domu, więc mężczyzna zapewne pływał. Musiało być między piątą a szóstą. I nienawidził każdej minuty, w której nie spał.
- Danny, ktoś sprawdzał twoje konta – poinformowała go Rachel. – Christian sądził, że chciałam się dowiedzieć, czy czegoś przede mną nie ukrywasz, ale to nie ja, Danny. Ktoś przejrzał twoje lokaty oraz stan hipoteki domu. To trochę zaalarmowało Christiana – przyznała.
Danny usiadł na łóżku, odrobinę zszokowany. Takie informacje Hesse'owi nie były do niczego potrzebne. Chyba że próbowałby go porwać dla okupu, ale wtedy raczej powinien przeglądać konta jego rodziców. To nie miało sensu.
- Jest jeszcze coś – dodała Rachel. – Możesz rozmawiać? – spytała wprost.
- Jestem sam – przyznał.
- Christian nie miał pewności, ale wyglądało to na rządową robotę – odparła jego była żona. – Pogrzebał głębiej i po prostu… My wiemy, jak to wygląda. Jeśli nie robi tego firma detektywistyczna czy prawnik, to jednak rząd – powiedziała.
Nie chciał się nawet wdawać w szczegóły. John McGarrett pytający, czy Danny znowu wyszedł na zakupy, stanął mu przed oczami w całkiem innym świetle. Jeśli dołączyć do tego srebrne Camaro, pewnie nawet nie powinien się dziwić facetowi, ale jednak w jego ustach pozostał niesmak. Malasadas, sok, cholerne śniadania.
- Danny? – spytała Rachel. – Sądzisz, że to przez sprawę Cannona? – W jej głosie słyszał wyraźny niepokój.
- Nie. Nie masz się czym martwić – powiedział tylko, wstając z łóżka.
Jego ubranie nadal leżało na krześle, więc wsunął na siebie koszulę i spodnie, nie przejmując się faktem, że opatrunek na jego ramieniu się odgiął. Wsadził krawat do kieszeni marynarki, której wczoraj nie miał na sobie zbyt długo i ruszył w stronę drzwi. Poczuł go, zanim go dostrzegł. Steve wycierał mokre włosy ręcznikiem na progu swojego domu. W oddali szumiał ocean.
Mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony, zapewne nie spodziewając się, że zastanie go na nogach. Może wtedy założyłby coś więcej niż ociekające wodą szorty. W New Jersey Steve nie był blady, ale na pewno jego skóra nie miała tak przyjemnego karmelowego odcienia, którego nabrała dopiero przy hawajskim słońcu.
- Coś się stało? – spytał natychmiast alfa.
Danny miał na to jakieś dziesiątki odpowiedzi. Począwszy od faktu, że nie – nie kupiłby sobie cholernego Camaro. Nie dlatego, że nie było go stać, ale przez to, że jest uwięziony na pieprzonej wyspie, której ceny noclegu pożarłyby jego pensję w ciągu trzech tygodni. A miesiąc miał cztery. I musiał myśleć o czymś więcej niż swoje nowo zdobyte po wielkich trudach kawalerskie życie. Może i Rachel nie była jedną z tych wrednych suk, które zabierały facetowi ostatni grosz, ale jednak podzielili swój majątek. I oddał jej cholerne mieszkanie.
Nie był bankrutem. Owszem, mógł się nim stać, ale to była norma dla każdego rozwodnika, który utrzymywał się z państwowej pensji i nie był cholernym SEAL superalfą.
- Muszę się przebrać – powiedział jednak, ponieważ był dorosły.
I jakoś nie zdziwiło go, że John McGarrett był jednak dupkiem do potęgi. Steve w końcu nie powiedział mu ani jednego słowa. Przynajmniej nie w kwestii jego niezależności finansowej.
- Myślałem, że zdążymy zjeść razem śniadanie – rzucił jeszcze alfa, robiąc te swoje o wiele za wielkie oczy.
Niejeden szczeniak w schronisku oddałby mu swoją miskę.
- Naprawdę muszę lecieć. Zjemy razem przy innej okazji – obiecał mu, planując już następne dwa tygodnie.
- Odwiozę cię – powiedział szybko Steve, odrzucając ręcznik na swoją cholerną kanapę.
- Zamówiłem już taksówkę – odparł Danny. – Dzięki za przenocowanie mnie. Zobaczymy się w pracy – dodał jeszcze, kierując się w stronę drzwi.
ooo
Dennis, jeśli był zaskoczony porannym wtargnięciem, nie powiedział ani słowa. W zasadzie nawet nie ruszył się z łóżka. Spojrzał tylko wymownie na jego ramię, które zaczęło krwawić.
- Plastry są w łazience. Jeśli przyniesiesz apteczkę, opatrzę cię – poinformował go spokojnie jego przyjaciel.
- Nie wiem, czy jest sens. Rana jest mniejsza – odparł Danny, przyglądając przedartej skórze.
Możliwe, że przez swoją irytację wykonywał bardziej gwałtowne ruchy niż powinien.
Zapomniał o ranie, bo Rachel przeważnie zużywała na nią trzy bandaże i nie mógł nawet normalnie ruszać ręką. Jednak wszystko się obsunęło podczas snu i nie miał mu kto poprawić opatrunku. Kolejny powód, dla którego nie powinien był się przyzwyczajać do myśli, że nie jest sam na tej wyspie.
- Wszystko w porządku? – spytał Barat, marszcząc brwi.
- W jak najlepszym – odparł. – Mamy nową sprawę – dodał, aby zmienić temat, ale Dennis uniósł się na łokciach.
- Wiesz, że wiem, kiedy kłamiesz – poinformował go Dennis.
- I wiesz, kiedy nie chcę o czymś rozmawiać – oznajmił mu, nie bawiąc się nawet w zawoalowane sugestie. – Masz ochotę na śniadanie? Zaczyna mnie mdlić – przyznał, starając się zrobić coś ze słodkawym zapachem, który docierał do jego nozdrzy.
- Sądziłem, że jadasz z komandorem – zaryzykował Dennis, ale Danny naprawdę nie miał ochoty na subtelności.
- Już nie – odparł tylko. – To chcesz to śniadanie? Czy wolisz cały dzień podjadać mi moje malasadas?
ooo
Kupił największe pudełko pączków, jakie znalazł. I nie zamierzał się wcale przejmować tym, co Kono mówiła o obżeraniu się w ciąży. Możliwe, że jego Ma wspominała, iż w jego rodzinie zajadali stres. Ale nawet jeśli – należało mu się. I w końcu sam za to zapłacił.
Steve spoglądał na niego niepewnie z drugiej strony stołu, jakby próbował rozwiązać zagadkę – co zmieniło się pomiędzy wieczorem a porankiem. I pewnie nic mu z tego nie wychodziło. McGarrett jednak nie wiedział, że Danny miał najlepszą byłą żonę pod słońcem, która zresztą i tego dnia zdecydowała się ich odwiedzić.
Pocałowały się nawet z Kono w policzki, co wyglądało zabawnie, bo Rachel przeważnie nie bywała wylewna.
- Zastanawiałam się, czy jadacie lunche – zaczęła jego była żona.
Żołądek Danny'ego wybrał ten moment, aby o sobie przypomnieć. I nie mógł tego zrozumieć. Przecież cały dzień zajadał się malasadas. I Dennis nawet nie ukradł mu wielu pączków. Kono zjadła co najwyżej jednego, a Steve przeważnie krzywił się na sam ich widok. Nigdy nie był pewien zamiarów China, ale Kelly na ogół znajdował się poza zasięgiem pudełka.
- Puste kalorie – powiedziała Kono, jakby czytała w jego myślach.
- Nie mów, że jadłeś to cały dzień – odparła Rachel z przerażeniem w głosie. – Danielu! – dodała może o ton za wysoko. – Ile razy o tym rozmawialiśmy? Wiem, że twoje cudowne geny nie parają się cukrzycą, ale to nie jest zdrowe.
- Jest szybkie, jest na miejscu i najbardziej smakuje Jersey. W tej chwili zatem wygrywa – odparł Danny.
Rachel przewróciła oczami, jakby nie spodziewała się niczego innego.
- Zrobię ci śniadanie do pracy, jeśli obiecasz, że nie oddasz go Dennisowi, zgoda? – spytała wprost. – Powinieneś się zdrowiej odżywiać – dodała ciszej i sugestywnie spojrzała na jego brzuch.
Pokręcił głową, jakby nie mógł się zdecydować. Jednak Rachel robiła cholernie dobre kanapki. I Dennis przeważnie mu je podjadał, gdy Danny uzupełniał raporty. Nie oddawał ich dobrowolnie i bez walki. Barat po prostu zawsze znajdował sposób, aby się do nich dobrać. Oczywiście nigdy nie powiedział tego Rachel, a ona odwiedzając go, niestety zawsze natrafiała na moment, gdy miał pączka w ustach, ale jednak fakty pozostawały faktami.
- I nawet nie będę pytała, czy idziesz na lunch – powiedziała z westchnieniem. - Po prostu nawet nie chcę słyszeć żadnej dyskusji na ten temat – dodała.
Dennis zmarszczył brwi, jakby do końca nie wiedział, jak to odebrać. Możliwe, że Rachel nie bywała aż tak zdecydowana wcześniej, gdy byli małżeństwem. Wiele zostawiała jego decyzji. Teraz jednak wiedziała doskonale, że jeśli chciała spędzić z nim czas, musiała powiedzieć to wprost. Sugestie w ich małżeństwie po prostu nie zadziałały i chyba nawet wytłumaczyli to sobie podczas jednej z wielu sesji u terapeuty.
- Czy ktoś chciałby coś? – spytał jeszcze Danny.
- Twoje kanapki – odparł Barat, uśmiechając się lekko.
