Rachel przyglądała mu się uważnie i z niepokojem, o którym starał się zapomnieć. Sałatka nie była czymś, co wybrałby sam, ale podwójna porcja kurczaka jakoś osłodziła mu lunch.

- Powiesz mi, co się dzieje tym razem? – spytała Rachel całkiem poważnie.

- Nic. To naprawdę było nic – odparł od razu.

Rachel westchnęła, grzebiąc widelcem we własnym jedzeniu, jakby nagle straciło cały smak. Może to po prostu te zielone części zniechęcały nie-wegetarian albo nie-wróżki. Danny nie był bytem magicznym i nie wierzył w potęgę ziemi. Znał natomiast znaczenie łańcucha troficznego w przyrodzie i żądał mięsa.

- Wiem, że jeśli policjanci zajmują się takimi sprawami jak ta Cannona, często są przekupywani. W końcu z jakiegoś powodu nie złapaliście go przez tyle lat – podjęła Rachel cicho. – Wiem, że nie wziąłbyś pieniędzy, Danny, ale jeśli chcą cię zdegradować albo szukają czegokolwiek? – spytała, spoglądając na niego naprawdę wystraszona.

Prychnął, ponieważ jego była żona nigdy nie była bardziej daleka od prawdy.

- Moje konta są czyste. Są tak czyste, że aż lśnią – poinformował ją. – Słuchaj, to się wiąże z ojcem Steve'a. Chyba za mną nie przepada.

- I kazał sprawdzić twoje konta? – spytała z niedowierzaniem, a potem na jej twarzy pojawił się wyraz zrozumienia. – To kwestia władzy, prawda? Mówiłeś, że alfy są bardziej terytorialne, ale ja nigdy nie wierzyłam. Kiedy kupowaliśmy mieszkanie, przez tydzień dziwnie się zachowywałeś… - urwała.

- Omegi też są trochę terytorialne – przyznał cierpko. – I tak, to trochę taka walka nad wyspą. Jakbym ją chciał, poważnie – prychnął.

Rachel uśmiechnęła się lekko i jej dłoń zacisnęła się na jego palcach. Siedzieli przez kilka minut, rozkoszując się kojącym dźwiękiem fal uderzających o klify. Brzeg nie był aż tak daleko i – musiał przyznać – te restauracje naprawdę miały piękne widoki.

- Wszystko będzie dobrze – powiedziała nagle Rachel, chociaż to przeważnie była jego kwestia.

- Wiem – odparł, ponieważ tego jednego był pewien.

ooo

Steve przyniósł mu następnego dnia sok i Danny z całych sił starał się nie sięgnąć po butelkę. Wiedział, że był dziecinnie uparty, ale na samą myśl, że miałby przyjąć cokolwiek od McGarrettów – nawet cholerny napój z kofeiną – robiło mu się niedobrze. Dennis obserwował go spode łba i chyba jego przyjacielowi przestawała się podobać ilość nocy, które spędzał sam. Danny jednak namierzył już ciekawe mieszkanie, które – chociaż miało jeden pokój – znajdowało się tak blisko pracy, że nie miałby problemu z dotarciem do niej każdego ranka.

Ceny tego miejsca były na tyle przystępne, że nie zastanawiał się nad naruszeniem swojego ubezpieczenia zdrowotnego, a chociaż dla omeg było ono cholernie niskie – wiedział, że dziecko dość poważnie nadweręży jego konto. Carol nadal twierdził, że nie musiał się niczym martwić. Każdy szpital chciał się cieszyć renomą – gdyby urodził w placówce swojego doktora, na pewno zapewniłby mu klientów na wiele lat. I zastanawiał się, czy nie jest to nie najgorszy pomysł.

Steve rzucał mu spojrzenia pełne niepewności i było w tym coś naprawdę zabawnego. Bo każde odejście od jakiejś wypracowanej przez nich normy wprowadzało faceta w nerwowość. Jakby cholerny granat w kieszeni się nie liczył. I może McGarrett miał rację w kwestii Kono, bo dziewczyna faktycznie wydawała się równie zirytowana co on. Może omegi w grupie automatycznie obierały jakąś solidarną wpółświadomą drogę wsparcia. Nie był pewien – nigdy z żadną nie przebywał tak długo.

- Rachel długo zostaje? – spytała dziewczyna ciekawie.

Danny wzruszył ramionami. Jakoś go to nie zastanowiło. Przywiozła kilka walizek ubrań, więc spodziewał się pełnych dwutygodniowych wakacji.

- Jak długo będzie czuła potrzebę – odparł Dennis, chociaż pytanie nie było skierowane w jego stronę. – Wiecie, jakie kontakty mają te brytyjskie rodziny. Mówiłeś, że która jest w kolejce do tronu? – spytał ciekawie Barat.

Danny czuł, że się czerwieni.

- Jej ojciec jest biznesmenem, a nie lordem – prychnął, chcąc, żeby brzmiało to lekko, ale to nigdy nie był dobry temat.

Jej rodzice nie byli zadowoleni, że ich córka poślubiła zwykłego policjanta z Newark. A tym bardziej, że nie pozwolił im wyprawić wesela. Rachel zawsze lubiła się pokazać, ale to bardziej wypływało z jej przyzwyczajeń. W Londynie bywała na przyjęciach i wystawach. Nie chciała w Nowym Jorku zmieniać trybu życia.

Pojęcia nie miał, dlaczego Barat w ogóle zaczął ten temat. Przeważnie dogryzali sobie, ale jego przyjaciel tym razem nie żartował. Po prostu przytoczył fakt z jego życia, który akurat powinien wypłynąć jako ostatni. Najlepiej nigdy. Cholerny McGarrett senior już sądził, że jakaś pieprzona omega z kontynentu poluje na pieniądze jego syna. Wiedział, że jego konta nie wyglądają spektakularnie, ale naprawdę nie miał dość czasu, aby wszystko uregulować.

- Jasne – odparł Dennis. – Pamiętam, jak raz pokazała im, gdzie pracujemy. Przecież jej matka cały czas trzymała ręce przy sobie, jakby się bała, że jeśli dotknie czegokolwiek, to się zarazi.

- I to według ciebie determinuje jej królewskie pochodzenie – zakpił.

- Och, wchodzimy na wielkie słowa – zaśmiał się Barat.

- Oczywiście, że wchodzimy na wielkie słowa, bo pojęcia nie mam, co jest z tobą i komentowaniem mojego życia! – wyrwało mu się może odrobinę za głośno, bo o ile Steve wcześniej wydawał się ich ignorować, teraz przyglądał im się z uprzejmą ciekawością.

Co generalnie wyglądało po prostu jak jego zwyczajna obojętna maska w połączeniu z tak mocno zaciśniętą szczęką, że jego mięśnie poruszały się w tikach.

Zdał sobie sprawę, że nigdy nie nawrzeszczałby na Dennisa, gdyby nie fakt, że McGarrettowie wyprowadzali go z równowagi . Zanim jednak zdążył przeprosić, Barat klepnął go w plecy.

- Chciałem zrobić intro do tego, co zaraz ci powiem – powiedział jego przyjaciel z błyskiem w oku. – Po prostu kiedy wjechała w twój samochód, to nie było całkiem przypadkowe.

Danny spojrzał na niego lekko zaskoczony. Pamiętał ich pierwsze spotkanie. I faktycznie zaczęło się od stłuczki, a potem z drugiego samochodu – winowajcy – wyszła roztrzęsiona Brytyjka i nie miał serca na nią krzyczeć. Zresztą wjechała w niego pod komisariatem. Często się z tego śmiali.

- Kiedy kobiety czegoś chcą, mają sposoby, żeby to zdobyć – poinformował go Dennis, jakby to była jakaś ogromna prawda życiowa.

- To twoja metoda, żeby mi powiedzieć, że Kono zjada moje malasadas? Bo jeśli tak, to jestem tego całkiem świadom – odparł, a Barat spojrzał na niego tak, jakby wiedział, że Danny próbuje po prostu zająć czymś usta.

ooo

Nie wiedział, czy powinien zapytać Rachel. Z drugiej jednak strony to naprawdę nie miało znaczenia. Ten rozdział w ich życiu był zakończony definitywnie i każdego dnia się o tym przekonywał. Jako przyjaciele dogadywali się o wiele lepiej. Może byłaby nawet genialną ciotką dla jego córki, gdyby czas był bardziej sprzyjający.

Pozwolił się namówić na spacer po plaży, chociaż piasek między palcami stóp po prostu go drażnił. Szum wody też był w stanie przetrzymać przez kilka pierwszych minut, a później, zirytowany, starał się jakoś zająć myśli czymś innym.

- Rozmawiałam dzisiaj z Karen. Wasz szef próbuje ściągnąć Dennisa z powrotem do Newark. Nie wiem, jak będzie w twoim przypadku – powiedziała całkiem szczerze.

- I tak nie mam wyboru. Musimy dorwać Hesse'a, gdy tylko nadarzy się okazja – odparł po prostu. – Długo zostajesz?

Rachel wzruszyła ramionami.

- Zastanawiam się. To zależy od kilku czynników – odparła. – Chociaż wykorzystuję urlop zaległy od naszego ślubu – dodała.

Wiedział, że patrzy na nią zszokowany. Nie był nawet świadom, że nigdy nie wyjechali wspólnie na urlop. Mógł sobie przypomnieć pomniejsze wycieczki poza miasto oraz kiepski – pewnie w jej mniemaniu – miesiąc miodowy, ale nigdy nie uderzyło go to tak jak dzisiaj.

Machnęła dłonią, jakby to nie miało znaczenia, ale chciał ją przeprosić, gdy nagle zdał sobie sprawę, że słyszy nasilający się dźwięk, który był niczym innym jak dzwonkiem jego komórki.

- Williams – odebrał, nie patrząc nawet na wyświetlacz.

- Wpadłbyś do mnie popracować nad sprawą? Mam nowe informacje – rzucił McGarrett i Danny zacisnął usta w wąską kreskę, przypominając sobie, jak było ostatnim razem.

Spojrzał na Rachel odwróconą twarzą do oceanu. Praca bywała ważna – i cholernie chciał się dobrać po raz kolejny do akt. Dlatego kopię trzymał u Dennisa. Planował pracować dzisiaj w nocy, gdy wróciłby ze spaceru.

- Nie mogę. Jestem z Rachel – powiedział krótko.

W słuchawce zapanowała głucha cisza.

- Weź ją z sobą – odparł krótko Steve.

- To chyba nie jest dobry pomysł – powiedział z pewnością w głosie Danny.

Rachel należało trzymać jak najdalej od takich spraw.

- To nie może czekać. Moje źródło informacji zostaje do jutrzejszego ranka – wyjaśnił Steve z naciskiem. – Weź Rachel. Na lanai mam leżaki. Może się poopalać parę minut, a my dołączymy do niej później.

Rachel spojrzała na niego pytająco, jakby wyczuła, że coś jest nie tak.

- Dobra – zdecydował w końcu.

ooo

Kiedy tylko znalazł się pod domem Steve'a, mrowienie na jego karku zaalarmowało go. Wiedział, że to żaden z McGarrettów, więc wyciągnął broń, ciesząc się, że nie zdążył się przebrać przed spacerem, i przyłożył palec do ust, nakazując Rachel zachowanie ciszy.
Kobieta schowała się za nim instynktownie i sprawiło mu to jakąś niewielką satysfakcję. Wszedł na palcach do salonu, zastanawiając się, gdzie jest Steve. McGarrett nie wyglądał na człowieka, który pozwoliłby się wziąć żywcem, a dom wyglądał na nienaruszony.

- Ręce do góry – warknął, gdy dostrzegł ruch po swojej lewej.

Wysoka brunetka przestała wycierać włosy i spojrzała na niego w szoku. Sporej wielkości t-shirt musiał należeć do Steve'a, a spod niego wystawały przykrótkie spodenki. Niedawno się kąpała. Danny nawet z daleka czuł słodkawy szampon, którego używała. Normalnie opuściłby dłoń, ale istniała pewna ograniczona liczba alf na tej wyspie. I coś mu mówiło, że albo opowiadali się po stronie Hesse'a, albo Steve'a.

- Co do jasnej cholery? – spytał McGarrett, pojawiając się tuż za nim, więc Danny opuścił broń.

- Mógłbyś poinformować człowieka, że będziesz miał w domu obcą alfę – warknął, nie mogąc się powstrzymać.

- Cath nie jest obca – odparł Steve, a potem jego usta utworzyły spore 'o'. – Och – wyrwało się mężczyźnie. – W zasadzie masz rację.

- Dziękuję – powiedział Danny. – I wybacz – dodał w stronę kobiety, która przygląda im się ciekawie.

- Nic się nie stało – odparła Cath.

W salonie zrobiło się nieprzyjemnie cicho.

- A ja jestem Rachel – odezwała się nagle jego była żona i Danny nie mógł się nie roześmiać.

Cath niemal natychmiast wyciągnęła w jej stronę rękę i nagle patrzył na najbardziej niezręczne powitanie świata. Było oczywistym, że przeszkodzili im swoim przedwczesnym najściem. Danny jednak nie zauważył nawet, że byli tak blisko domu Steve'a.

- Chcecie coś do picia? – spytała kobieta, rzucając ręcznik na oparcie kanapy.

Trudno było się nie przyglądać jej długim nogom. Cechą wszystkich alf musiała być nietuzinkowa uroda. Cath nie była wiele wyższa od niego, ale nawet z tej odległości czuł różnicę między nimi. Byli z Rachel jak niziołki w krainie gigantów i ona również musiała czuć się przytłoczona, bo przylgnęła do jego boku.

- Mogę zrobić nam, dziewczynom, świetne drinki – zaproponowała Cath i widać było, że nie jest w kuchni Steve'a pierwszy raz.

Danny jakoś nigdy nie pomyślał o tym, że McGarrett może mieć kogoś na stałe. I jeśli faktycznie zdradził tę przemiłą dziewczynę, to spotkanie robiło się tylko coraz dziwniejsze. Steve plus jego ciężarny kochanek, nie ciężarna dziewczyna Steve'a oraz była żona kochanka odpoczywają na lanai. Ciekawe, co z tego wyniknie.

Cath podała Rachel szklankę z ciepłym uśmiechem na ustach.

- Jesteś fatalnym gospodarzem – poinformowała Steve'a. – Przejdziemy dalej? – spytała, wskazując im dłonią taras. – Steve ma niesamowite hibiskusy za domem – powiedziała, jakby faktycznie ją to fascynowało.

Danny został krok z tyłu za nimi i nie wiedział w zasadzie, od czego zacząć.

- Te włamania to robota zawodowców – poinformował go Steve. – Cath mówiła, że wywalili z Pearl trzech ludzi za niesubordynację. Żaden z nich nie jest alfą, ale jednak są uzbrojeni i niebezpieczni. Zabiją, jeśli muszą, ale pewnie nie chcieli wzbudzać zainteresowania policji i dlatego tak organizowali włamania, aby nikt nie został ranny – wyjaśnił McGarrett.

- Armia? – spytał Danny, spoglądając na stojącą obok jego byłej żony kobietę.

- Wywiad Marynarki Wojennej – przyznał Steve.

Najwyraźniej nie zamierzał podawać mu więcej informacji, więc Danny zbił usta w wąską kreskę. W zasadzie, jeśli Steve zdradzał swoją dziewczynę, to nie była to jego sprawa. On był w porządku. Nie miał pojęcia o jej istnieniu.

- Widujemy się, gdy przypływa do Pearl. W zasadzie pierwszy raz zostanie dłużej, więc będzie mogła pomóc – wyjaśnił Steve.

- Jasne – odparł Danny, uśmiechając się sztucznie. – Cudownie.

Steve spojrzał na niego z niepokojem.

- Wiem, że nie lubisz alf, ale ona ma dojścia do informacji, do których ja już nie mam dostępu. Bez dossier tych ludzi nie znajdziemy ich, a oni nie przestaną, dopóki nie zostaną powstrzymani – wyjaśnił Steve.

- Złapani – poprawił go Danny.

Steve polizał wargi.

- Powstrzymani – powiedział tylko alfa.

Danny czuł, że czekają ich jeszcze kłopoty.

ooo

Czuł się naprawdę dziwnie. Cath cały czas zagadywała go, jakby mieli zostać najlepszymi przyjaciółmi. Przy milczącym zwykle Stevie to była nawet miła odmiana, chociaż nie był przyzwyczajony do pełnych empatii alf. Możliwe, że płeć naprawdę robiła różnicę. Nie umknęło mu, że Steve również pachniał tym samym słodkawym szamponem i to jakoś wywoływało u niego mdłości. Może szampon zawierał ananasowy aromat.

Dłoń Rachel, początkowo błądząca po jego nadgarstku, zatrzymała się na jego brzuchu, gdy kobieta przysnęła. Możliwe, że powinien uprzedzić ją, iż picie z alfami nie skończy się dobrze. Poruszył nią ostrożnie i kobieta otworzyła oczy, nie całkiem chyba świadoma, gdzie się znajduje.

- Danny? – spytała Rachel.

- Nie zasypiaj – powiedział jej.

Uniosła się na łokciach.

- Nie śpię. Tutaj jest po prostu tak spokojnie – odparła jego była żona i spojrzała na Steve'a, który w ciszy sączył piwo. – Dziwię się, komandorze, że kiedykolwiek chciałeś opuszczać to miejsce.

- Już nie – odparł krótko Steve. – Przeniosłem się do Rezerwy. Zostaję tutaj na stałe.

- Najlepsza decyzja w życiu – wtrąciła Cath. – Jeszcze tylko doprowadź dom do porządku – dodała.

Steve skrzywił się lekko.

- Jedno malowanie – rzucił alfa. – Może trzeba zabezpieczyć wszystko przed wodą, ale Chin mówił, że zna fachowca.

- Fachowcy China to zawsze ktoś od niego z rodziny. Twój ojciec się wkurzy. Zawsze mówił, że powinieneś sam dbać o dom – przypomniała mu Cath i Danny spiął się na samo wspomnienie Johna.

Kobieta Steve'a jednak nie wydawała się nie lubić faceta, co tylko potwierdzało, jak bardzo popieprzona była cała ta sytuacja. McGarrett nie dotykał Cath, a przynajmniej nie specjalnie. Dostrzegał jednak między nimi pewne zrozumienie, do którego mieli dostęp tylko ludzie, którzy z sobą sypiali. Wiedział, że ona też rozgryza ten anewryzm na twarzy i obojętną maskę. I nie daje się zwieść.

Może nawet go to trochę irytowało, ale nie potrafił nie czuć się oszukanym.

- Będę zbierała się do jednostki, jeśli chcecie, żeby was podrzucić do hotelu – powiedziała nagle Cath i Danny zdał sobie sprawę, że przegapił sporą część rozmowy.

Nie mógł się jednak nie przyglądać tej dwójce. Naprawdę do siebie pasowali. I zapewne mieli te same zapatrywania dotyczące wojska.

- Przejdziemy się po plaży w drodze powrotnej – odparła Rachel. – Zachód słońca musi być tutaj cudowny – dodała, nie kryjąc nawet rozmarzenia.

- I będziemy się starali, żebyś wytrzeźwiała – dogryzł jej.

- Dupek – prychnęła i aż zaniemówił.

- Rachel Dorotheo Williams, użyłaś słowa dupek – odparł całkiem zszokowany. – Wystarczyło tylko sześć drinków. Tajemnica mojego życia została rozwiązana – zażartował.

- Dupek – powtórzyła i przewróciła oczami.

Steve odchrząknął, zwracając na siebie ich uwagę.

- Nie wiem, czy to rozsądne, żebyście szli tak daleko wzdłuż wody – powiedział McGarrett, patrząc na niego sugestywnie. – Cath was odwiezie – dodał.

- Nie potrzebuję ochroniarza – odparł Danny, bo Hesse był daleko i najgorsze już i tak się stało.

Wtedy myślał tylko o Cannonie, teraz wiedział, kim jest wróg i był przygotowany na wszelką ewentualność.

- Więc potraktuj to w ten sposób: dwóch ochroniarzy dla Rachel – odparł Steve całkiem poważnie i to faktycznie zmieniało postać rzeczy.

ooo

Rachel zasnęła tak szybko, że był zaskoczony, że w ogóle udało się jej wrócić do hotelu. Sam wyciągnął się na balkonie, starając się jakoś skupić myśli. Cath miała następnego dnia pojawić się w ich siedzibie z dokumentami. Oczywiście większa część miała zostać utajniona, ale i tak czuł znajomy dreszczyk na samą myśl, że faktycznie mieli ich w garści.

Normalnie w takich wypadkach jego ciało odprężało się i zasypiał. Dennis nazywał to Snem Sprawiedliwego i może miał w tym rację. Jednak nie tej nocy. Coś ciężkiego wypełniało jego klatkę piersiową, więc po prostu przyłożył dłonie do swojego brzucha, starając sobie przypomnieć, jak wyglądała jego córka na ostatnim USG.