Danny nie wiedział do końca, jakim cudem zwykła zasadzka przekształciła się w regularną wojnę, ale Steve musiał mieć z tym coś wspólnego.. To po prostu wina McGarretta. Kono ze swoim szerokim uśmiechem zapewne przekonałaby obwarowaną zorganizowaną grupę przestępczą o istocie poddania się. Chin miałby racjonalne argumenty, ale oczywiście to Steve prowadził rozmowy.
I po:
- Jeśli nie wyjdziecie, my tam wejdziemy.
Danny naprawdę nie spodziewał się zbyt wiele. Helikoptery prasowe krążyły nad miejscem strzelaniny, a on wymieniał magazynki, marudząc pod nosem, że jeszcze na ten temat porozmawiają. Drużyna SWAT była równie szczęśliwa co on i nawet w tym czasie chyba polubili się z ich dowódcą, bo facet spytał, czy McGarrett zawsze tak się zachowuje, a potem wyraził swoje współczucie. I Danny pierwszy raz nie strzelił nikogo w twarz za litość, którą został obdarzony. Wszyscy, którzy nosili broń i byli zależni od dupka w dowództwie, wiedzieli, że do wariatów należało strzelać najpierw.
Przede wszystkim, jeśli dowodzili akcją. Steve'a jednak nie było w jego zasięgu już w kilka sekund po pierwszym wystrzale i Danny zmartwiłby się, gdyby nie charakterystyczny wybuch granatu.
- Mają ciężki sprzęt! – krzyknął dowódca SWAT.
- To granaty Steve'a – poinformował jednostkę, oddając kilka strzałów w kierunku wystającego z okna karabinu.
Usłyszał całkiem wyraźny jęk, a potem drzwi budynku się otworzyły i gnojki wypadły na zewnątrz, jakby goniło ich stu diabłów. Najwyraźniej wystarczał jeden McGarrett, który akurat wychynął za nimi, gdy budynek zaczął się zawalać.
- Kurwa – powiedział dowódca SWAT. – Nie dzwońcie po nas więcej.
Danny wypuścił z ust niski warkot wściekłości i spojrzał na Steve'a, który skuwał ostatniego gnojka. Korzystając z tego, że alfa klęczał, zdzielił go ręką przez łeb, nie bardzo zastanawiając się, co robi. Steve spojrzał na niego tymi wielkimi oczami, jakby nie wiedział, za co dostał.
- Czekamy na wsparcie – przypomniał mu Danny.
- Przecież dojechali – odparł Steve.
Danny'ego świerzbiły ręce, ale skręcenie alfie karku przy świadkach nie było mądrym pomysłem.
- Wtedy wsparcie przejmuje dowodzenie – poinformował McGarretta, który zamrugał, wyraźnie zaskoczony.
Nie czekał na odpowiedź, po prostu obrócił się na pięcie i wtedy poczuł ból z tyłu głowy. Jego palce same podążyły do rany i oczywiście z jego szczęściem poraniły go jakieś cholerne drzazgi powstałe podczas strzelaniny. Medyk już na niego czekał, więc Danny z westchnieniem pozwolił się zaprowadzić do karetki, a potem odwieźć do szpitala, bo okazało się, że w jego ramieniu jest kolejna dziura, która bolała tak, jakby ta poprzednia się otworzyła, więc po prostu ją zignorował.
Steve siedział koło jego noszy, przez cały czas usilnie milcząc.
ooo
Rachel nie była pod wrażeniem jego wytłumaczenia, że to wszystko wina McGarretta. Możliwe, że cholerni lekarze zatrzymali go na obserwacji, bo w czasie opatrywania poranionego tyłu głowy okazało się, że ma tam też guza. A skoro w ferworze walki nie zauważył nawet, że w coś uderzył, nie mogło to świadczyć o niczym dobrym.
Steve i Rachel na zmianę pytali lekarza, czy wszystko w porządku, ale Lokelani wzruszał tylko ramionami, twierdząc, że mają do czynienia z omegą. Sprawdzał więc wyłącznie mechaniczne uszkodzenia, do których w jego przypadku mogło dojść. Mutacja zapewniła mu odporność, ale jednocześnie nie sprawiłaby, że odrosłaby mu któraś kończyna.
Z dzieckiem było w porządku. Gdyby było inaczej – żaden sąd nie skazałby go za zamordowanie McGarretta.
Cath wstąpiła na chwilę do szpitala, zapewne chcąc się dowiedzieć, jak przebiegła sprawa. W końcu to dzięki jej informacjom i temu, że Steve wystawił przesłuchiwanego świadka za okno, trzymając go za stopę, tak szybko znaleźli tamtych. Możliwe, że metody Steve'a były nie do końca regulaminowe, ale w zasadzie Chin nie mrugnął nawet okiem. Możliwe, że na tej cholernej wyspie tak właśnie traktowano przestępców i Danny też przestał się odzywać.
Cath nerwowo przestąpiła z nogi na nogę i spojrzała na zegarek. Nie wiedział, czy nie mają na Pearl ciszy nocnej dla przebywających poza jednostką. Nie był pewien nawet, na którym z lotniskowców kobieta służyła.
- Lećcie, ja posiedzę z Dannym – powiedziała Rachel, kładąc mu rękę na ramieniu akurat w chwili, w której Dennis wszedł do sali ze sporym pudełkiem malasadas. – Nie ma mowy, Dennisie Barat! Zdrowe jedzenie, czy to takie trudne do zrozumienia? – spytała jego była żona.
Cath spojrzała na Steve'a, jakby czekała na jego decyzję.
- Na pewno nie będziesz mnie tutaj potrzebował? – spytał alfa. – Zadzwoń, jeśli cokolwiek się stanie – dodał z dziwnym napięciem w głosie.
- Znowu anewryzm na twarzy – westchnął Danny. – Uderzyłem w coś głową. Nie przesadzajmy – prychnął. – Nie możesz przez to tracić wieczoru z Cath – dodał i kobieta uśmiechnęła się lekko.
Mógł spać ze Stevem, ale nie był dupkiem. Nie był jednym z tych niedojrzałych, którzy naznaczali terytorium, a potem ono dośmiertnie należało do nich.
Dennis kłócił się z Rachel nad jego łóżkiem, więc odwrócił się na bok i poprawił poduszkę.
- Jak skończycie, zgaście światło – poprosił tylko, zamykając oczy.
Nie wiedział nawet, że był tak zmęczony.
ooo
Kiedy rano otworzył oczy, Rachel nie było w zasięgu jego wzroku. Dennis natomiast stał przy jego łóżku z czymś, co podejrzanie wyglądało jak sok z tym cudownie zastępującym kofeinę składnikiem X. Danny sięgnął po prostu po butelkę, ponieważ potrzebował energii, a uparcie nie tykał tego, co przynosił mu Steve. I może to było trochę dziecinne, ale nie chciał być facetowi nic winien.
- Gdzie jest Rachel? Chyba nie spędziliście tutaj całej nocy? – spytał, orientując się nagle, że nie pamiętał, kiedy wychodzili.
- Ja byłem w hotelu, a potem w twojej jednostce – odparł Barat. – Więc schodzicie się z Rachel? – spytał nagle.
Danny zakrztusił się sokiem.
- Zwariowałeś? Jesteśmy przyjaciółmi – powiedział, starając się usiąść.
Dopiero teraz poczuł, jak zaczyna boleć go głowa. Możliwe, że adrenalina uniemożliwiła nerwom normalne działanie, ale teraz wszystko wracało do status quo ante bellum. I nienawidził tego.
- Sypiacie razem. W zasadzie nawet doszedłem do wniosku, że to będzie dla ciebie zdrowe, bo to takie popularne zamknięcie… - zaczął Dennis.
- Zwariowałeś?! – powtórzył Danny, ale kilka tonów głośniej. – Sypialiśmy w jednym pokoju hotelowym, a nie… - urwał.
Dennis przysunął krzesło i usiadł obok jego łóżka, zaplatając przed sobą dłonie.
- Czyli nie zamierzasz być z Rachel, tak? A ona o tym wie? – spytał Barat.
- Tak, rozmawialiśmy o tym wcześniej. Próbujemy przyjaźni i tak właśnie się traktujemy – odparł Danny.
- Yhym – wtrącił Dennis i jeśli przechodzili do tak krótkich odpowiedzi, to coś musiało być na rzeczy.
- Co znaczy twoje 'yhym'? – zainteresował się Danny niemal od razu.
Dennis wzruszył ramionami.
- Jesteśmy przyjaciółmi parę dobrych lat, ale Rachel nigdy nie zabierała mnie na zakupy i prawiła mi komplementów. Nie dotyka mnie w ten sposób, a wybacz, stary, ale jest jeszcze gorzej niż wtedy, gdy się pobraliście. Ona cały czas trzyma na tobie ręce albo mówi, że jej chłodno i ją obejmujesz – wyjaśnił Barat. – Przypomnij sobie kilka ostatnich dni - powiedział z naciskiem w głosie i Danny nagle poczuł się tak, jakby doznał oświecenia.
Rachel przynosząca mu prezenty do pracy i robiąca śniadanie. Rachel wyrozumiała - gatunek dla niego nieistniejący do tej pory.
- No i oczywiście to o niczym nie świadczy – podjął Dennis. – Ale ograniczyłeś ludzi do Rachel. Tylko Rachel ma prawo zabrać cię na lunch czy kupić ci prezent. Tylko Rachel robi wszystko prawidłowo. Wszyscy w jednostce myślą, że jesteście razem – powiedział.
Danny wziął kilka głębszych wdechów.
- Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy – poinformował Barata.
- Ja to wiem. Naprawdę znam cię, stary. I to, co ona robi, nie jest w porządku w stosunku do żadnego z was, ale musisz to wyprostować – powiedział mu Dennis całkiem niepotrzebnie.
Danny doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Chcesz tej przyjaźni? Wspaniale, ale postaw warunki. Ona przyblokuje każdego, kto się do ciebie zbliży, a odniosłem wrażenie, że nie chciałbyś umrzeć w samotności z byłą żoną u boku, która będzie straszyć potencjalnych partnerów – dodał jego przyjaciel.
- Rachel nie…
- Dziewczyna przy barze przyglądała ci się, gdy wyszliśmy ten jeden raz. To wtedy Rachel zaczęła dotykać twojego krawata. Nie widziałeś jej, bo byłeś do niej tyłem. Nie wspomnę o komandorze – westchnął Dennis.
- McGarrett nie…
- Daj mi dokończyć – wszedł mu w słowo Barat. – Facet ewidentnie od dłuższego czasu próbuje przeprosić. Przyznaję, że może samochód nie był trafiony, ale stara się pokazać, że troszczy się o ciebie. To trochę trudne, gdy cały czas go krytykujesz albo Rachel wchodzi mu w drogę. Nosisz w sobie dziecko tego faceta. Może i nie jesteście razem, ale wczoraj chciał zostać. Postaw się na chwilę w jego sytuacji - powiedział Dennis i wyglądał na cholernie zmęczonego. – Tym bardziej, że facet mi powiedział, że jeśli chcę, to on może cofnąć te rozkazy i wrócę do New Jersey. Nie może być skończonym dupkiem.
Danny polizał nagle suche wargi.
- Może masz rację – odparł.
- Robię ci przyspieszoną pogadankę, bo wieczorem mam samolot – powiedział Dennis. – I ja zawsze mam rację – dodał, wypinając pierś do przodu.
- Prócz tych wszystkich okazji, gdy przynosiłeś Danny'emu pączki – wtrąciła Rachel, wchodząc do sali. – Mam dla ciebie coś zdrowego i pożywnego – dodała i normalnie ucieszyłby się z jej troski, ale nagle widział w jej oczach coś więcej niż przyjaźń.
I te starania też wykraczały poza pewną dozwoloną granicę.
- Dennis, zostawisz nas samych na chwilę? – poprosił, a Barat podniósł się i zamknął za sobą drzwi, wychodząc.
ooo
- Moglibyśmy dalej być razem – powiedziała Rachel, nawet nie dając mu dojść do głosu. – Poczekaj, aż skończę – dodała pospiesznie, widząc, że otwierał usta. – Znam cię, a ty znasz mnie. Wiemy, jakie błędy popełniliśmy i teraz widzę, że moglibyśmy je po prostu naprawić. Ostatnie dni tego dowiodły. Nie kłóciliśmy się ani razu.
- Kłótnie to nie jest wyznacznik związku – powiedział z westchnieniem. – Rachel, ja cię kocham, ale już raz się zniszczyliśmy. Wiesz, że to nie ma sensu. I wiesz, że chciałem tylko przyjaźni. Pamiętasz tę rozmowę? – spytał wprost.
Kobieta polizała nerwowo usta.
- A pamiętasz, że powiedziałam, że chcę cię mieć takiego, jakiego mogę? Jak mogłam nie zaryzykować? – spytała wprost. – Jesteś w ciąży. Potrzebujesz opieki. A ja ci mogę to wszystko zapewnić. Może być tak jak wcześniej. Możemy mieć to dziecko razem. Przyznaję, że moja pierwsza reakcja nie była dobra, ale nie możesz mi się dziwić – dodała.
- Ależ ja nie jestem nawet urażony. Wiem, że to było dużo, ale to nie jest nasze dziecko. Jest moje. Moje i Steve'a – przypomniał jej Danny.
- Nie jesteście razem, a on ma tę długonogą Cath – wtrąciła Rachel. – Jeśli nie będziesz ze mną, to nie będziesz z nikim – dodała.
Spojrzał na nią ostro, podnosząc się na łóżku.
- Poważnie? Tak chcesz to rozegrać? Zamierzasz mnie straszyć samotnością, bo wiesz, że istnieje jakich cholerny biologiczny imperatyw? Informacja dla ciebie: potrzebowałem przyjaciela i wsparcia – warknął.
- Danny – zaczęła Rachel. – Nie chciałam…
- Chciałaś – powiedział krótko. – Masz rację. Znamy się. Znam cię. Chciałaś. Bo, cholera. może to i prawda. Z drugiej strony kto chciałby się umawiać z omegą z dzieckiem. Jakbym nie był już dostatecznie kłopotliwy. Jest jednak pewien problem, Rachel. Nie będę sam. Będę miał dziecko. I mam rodzinę, która jest wspaniała. Możesz być dalej częścią mojej rodziny, ale nie możesz… - urwał. – Nie będziemy razem. Nie chcę tego. Zdałem sobie z tego sprawę jakiś czas temu i mówiłem całkiem szczerze. Bądźmy przyjaciółmi, sprawdźmy, czy to wypali. Nie udawaj jednak wielce dobrej, czy dupka takiego jak Dennis, bo taka nie jesteś – poinformował ją i dostrzegł, że jej dłonie się trzęsą. – Pomyśl o tym – dodał.
Słyszał, jak ciężko oddychała i zastanawiał się, czy zaraz zacznie się krzyk. Dobra passa w przypadku kłótni została już naderwana.
- Chcesz, żebym wyszła? – spytała Rachel wprost.
Danny przełknął gulę, która pojawiła się w jego gardle. Wiedział, że pytała wprost, czy ma go zostawić samego w cholernym szpitalu. Nie miał tutaj znajomych, a Dennis wyjeżdżał.
- Tak – powiedział w końcu, a ona skinęła głową.
Spojrzała przez okno z wyrazem twarzy, którego nie potrafił zdefiniować.
- Spieprzyłam to – odparła tylko z westchnieniem. – Wylecę jutro, najprawdopodobniej. Przyjdę się pożegnać – dodała.
- Dennis leci wieczornym samolotem. Czułbym się lepiej, gdyby miał na ciebie oko – przyznał Danny, a Rachel skinęła tylko głową, przyjmując to do wiadomości.
ooo
Danny obudził się po południu, gdy usłyszał, że ktoś otwiera drzwi do jego sali. Wyczuł Kono, zanim tak naprawdę się pojawiła i z niedowierzaniem wpatrywał się w baloniki w jej dłoni. Chin niósł kolejną porcję malasadas.
- Poważnie? – spytał dziewczynę, gdy zdał sobie sprawę, że każdy z tych baloników przedstawia coś hawajskiego.
Od rozgwiazd po deski surfingowe.
- Oswajam cię ze środowiskiem – odparła Kono i zabrała się do przywiązywania baloników do rogu jego łóżka.
Nie miał szans ich przegapić. Nie spodziewał się, że Chin i Kono się pojawi, ale z drugiej strony zapewne żadne z nich nie chciało zostać sam na sam z McGarrettem. Lubił wyobrażać sobie, że jednak hamuje destrukcyjne zapędy alfy.
- Co u Steve'a? Wysadził coś znowu? – zakpił.
- Miał spotkanie z gubernator – wyjaśnił Chin, nie dając się złapać w pułapkę.
Kono jednak szczerzyła się jak głupia, a potem rozejrzała się ciekawie po sali w poszukiwaniu nie wiadomo czego.
- Rachel wyszła? – spytała omega.
Danny nagle zdał sobie sprawę, że te wszystkie pytania o jego byłą żonę nie były przypadkowe. I zaczynał się zastanawiać, jak mógł to przegapić. Zapewne był bardziej zajęty tym, aby ich przyjaźń faktycznie funkcjonowała i cały świat wokół nie miał znaczenia. Coś podobnego stworzyli z Dennisem i nie obchodziło ich, czy ktokolwiek uważał ich za dziwnych, gdy rzucali sobie wzajemnie niewybredne komentarze, za które obaj mogli być zawieszeni. Rasizm i seksizm – Danny uwielbiał fundamenty ich wzajemnych relacji.
Zaliczyli więcej psychoterapeutów niż wszyscy inni detektywi na ich posterunku razem wzięci.
- Moja była żona zdecydowała się wrócić do New Jersey. Dennis tęsknił za żoną. To był już ten czas – wyjaśnił Danny, rejestrując, że to naprawdę sprawiło przyjemność Kono. – Denerwowała cię, co?
Omegi zawsze dość specyficznie wyczuwały nieszczerość, a radosność Rachel była na wyrost. Sam łapał się na tym, że go to krępowało, ale zwalał to wszystko na to, że kobieta nie chciała pokazać, jak bardzo nadal denerwowała się jego porwaniem. Mylił się, ale z drugiej strony zawsze miał partnera, który pilnował jego pleców.
Danny spojrzał zaskoczony w stronę drzwi, gdy Steve pojawił się w nich z ogromnym koszem owoców. Widać było, że musiał się długo szarpać, aby wydrzeć ananasa z dobrze zapakowanego pudełka, bo kokardka była przekrzywiona. Chyba pierwszy raz, odkąd się poznali, mężczyzna nie miał na sobie t-shirtu. Z drugiej strony Danny nadal nie nazwałby go elegancko ubranym. Koszula z krótkim rękawem i nieodłączne bojówki nie stanowiły odpowiedniego stroju oficjalnego.
- Tak poszedłeś się zobaczyć z gubernator? – spytał z niedowierzaniem.
Dziwił się kobiecie, że w ogóle przekazywała im te fundusze. Musiała naprawdę bardzo chcieć przedstawić Steve'a w swojej kampanii wyborczej. Danny znał kilku polityków i jeden od drugiego miał większego świra na punkcie prezencji. W końcu przecież tym zarabiali – wmawianiem ludziom, że są inni niż w rzeczywistości.
- Nie – odparł krótko Steve. – Pojechałem do domu się przebrać – przyznał alfa.
Danny nawet stąd czuł lekki zapach żelu pod prysznic. Możliwe, że było to coś kokosowego. Steve nie wyglądał, jakby zamierzał dzisiaj pracować i nic dziwnego. Skończyli oficjalnie kilka godzin temu. Albo dzień wcześniej – zależy jak rozumieć ich pracę. Szajka przecież została złapana i dostarczona policji w Honolulu. Zastanawiał się, czy Kono planowała spędzić całe popołudnie na plaży. Widział pod jej koszulką ramiączko stroju kąpielowego.
Chin i Steve wyglądali zaskakująco porządnie. Obaj ogoleni, a McGarrett miał chyba nawet żel do włosów na głowie, chociaż jego wojskowe cięcie uniemożliwiało zrobienie z tej fryzury czegokolwiek sensownego. Nie, żeby źle wyglądał w tej chwili. Rękaw koszuli był na tyle wysoko, że odsłaniał charakterystyczny tatuaż na jego ramieniu.
I pewnie Cath to uwielbiała.
Steve krzyczał 'randka' każdym porem swojego ciała i Danny uśmiechnął się tylko, gdy słowa Rachel wróciły do niego niechciane jak bumerang.
- Lekarz powiedział, że możesz wyjść dzisiaj wieczorem. Podrzucę cię – poinformował go Steve, stawiając kosz na stoliku. – Myślałem, że potrzymają cię dłużej – przyznał i Danny nie wiedział, czy alfa jest niezadowolony z tego powodu.
- Myślałeś, że pozbędziesz się mnie tak łatwo? – zakpił więc, mrugając porozumiewawczo w stronę Kono.
