Danny nie był do końca świadom, jak wiele czasu spędzał z Rachel, dopóki nie przesiedział sam całego weekendu. Jednopokojowe mieszkanie nie dostarczało mu zbyt wielkiej przestrzeni do ruchu i chociaż próbował sam przed sobą udawać, że lekarz zalecałby mu pozostanie w łóżku – czuł się samotny. Jego sąsiedzi na pewno nie byli ludźmi z wyższej półki, ale ciągłe kłótnie przynajmniej umilały mu dzień, który trącił monotonią. Nie wiedział, czy na Hawajach zaczynała się pora deszczowa, ale lało jak z cebra, jakby pogoda postanowiła się dostosować do jego niezbyt przyjemnego nastroju.

Dennis powiadomił go, że odwiózł Rachel do domu. I dostał od niej pojedynczego smsa, aby skontaktował się z nią, gdy będzie w stanie. Nie był jednak w humorze na niezbyt przyjemne rozmowy. Nadal bolała go głowa i nie chciał plątać się po nieznanej okolicy. Nie miał czasu zwiedzić wyspy, a wszystkie te miejsca, w których już był – na pewno nie nadawały się do spacerów.

Dzięki uprzejmości China – od lat zajmującego się mafią – znał zaskakującą ilość gangsterskich kryjówek i wiedział dokładnie, jak wielu członków miała na wyspie Yakuza.

Miał jedynie nadzieję, że Steve w wolnym czasie nie poświęci się ściganiu chińskich gangsterów, bo coś mówiło mu, że zapewne SEAL poszedłby w ślady jego ojca i po prostu skrócił ich o głowę, gdy sytuacja by na to pozwalała. Może nawet nie odnaleziono by ciał.
W zasadzie kiedy nadszedł poniedziałek, powitał go z ulgą. Zaczynał dostawać depresji od samego patrzenia na lekko teraz wilgotne ściany. Najemca nie wspomniał o tym, że w czasie deszczu zmieniały kolor, ale nie powinno było go to dziwić. Był prawie pewien, że babcia na parterze jest alfonsem.

Jego telefon odezwał się akurat, gdy jadł śniadanie i z zaskoczeniem dostrzegł numer Stevena.

- Williams – powiedział krótko, starając się połknąć resztkę płatków.

Jeśli McGarrett dzwonił, musiało się stać coś poważnego.

- Jestem pod twoim mieszkaniem – poinformował go alfa.

- Mamy sprawę? – upewnił się Danny.

- Na plaży w Waikiki znaleziono ciało – odparł mężczyzna i to w zasadzie była jedyna odpowiedź, na którą czekał.

- Daj mi dwie minuty – powiedział tylko, sięgając po krawat, który zostawił na łóżku.

ooo

W zasadzie mieli utarty schemat dni. Danny wstawał rano, przeglądał aktualną sprawę, a potem słuchał krótkiego raportu Kono, która zajmowała się wyszukiwaniem informacji o ofiarach. Ciało z jednego rozmnożyło się w przeciągu tygodnia do trzech, a telewizja trąbiła o seryjnym mordercy. Jednostka, którą powołała gubernator, dorobiła się całkiem nowego przydomka, chociaż Danny wzdychał, ilekroć go słyszał. Hawaii Five – Oh. Wszystko oczywiście musiało mieć milion samogłosek. I co gorsza był to przydomek Steve'a z czasów, gdy był miejscową gwiazdą sportu, a na jego plecach widniała wielka pięćdziesiątka.

Pozostałym wydawało się to nie przeszkadzać, ale Danny lubił być własną marką i dostrzegł dopiero teraz, jak bardzo nieprzyjazne były Hawaje. Jako Barat i Williams w Newark budzili respekt. Tutaj był tylko podejrzaną męską omegą. Jeszcze większym wybrykiem natury niż ustawa przewidywała. I chociaż na wyspie dziwnie czczono mutantów – zapewne jego wygląd mocno odrzucał tych, którzy sądzili, że każda omega powinna być miła i ładna jak Kono.

Zdawał sobie sprawę, że jego wygląd nie powalał. Kanon męskiej urody zakładał, że powinien być wysoki i umięśniony. Proporcjonalny. Tymczasem jego szczęka była mocno zarysowana, nadając mu toporny wyraz. Nigdy nie wiedział, co zrobić z włosami, bo na tym wietrze uniemożliwiały mu oddanie czystego strzału, więc trzymał je na uwięzi przy pomocy żelu. Pewnie ubierał się też zbyt porządnie, zbyt sztywno. Jak stróż prawa, którym był, a nie surfer, którym – pomimo licznych prób Kono – nigdy się nie stanie.

Może powinien był wybrać się na plażę, gdy omega zapraszała go w kółko. Przynajmniej teraz, póki do wszystkich tych nieszczęść nie doszły dodatkowe kilogramy, ale nie potrafił się do tego przekonać. Szczególnie gdy Steve zdejmował koszulkę przy każdej okazji, jakby spodziewał się, że kiedy tylko ich stopy stanął na piasku, jakiś podejrzany w desperacji rzuci się do oceanu. A przecież to spodnie z granatami w kieszeniach najmocniej utrudniały mu ruch.

- Znowu się rozbierasz – rzucił Danny, widząc, że McGarrett otworzył bagażnik Camaro i tym razem zmieniał koszulkę na taką, która w zasadzie miała już dziurę po kuli. – Oczywiście, że się rozbierasz – powtórzył. – Nie ma się na co gapić, drogie panie – dodał, widząc turystki przechodzące nieopodal.

Nie dziwił się im, że nie mogły oderwać wzroku od Steve'a. Czarne linie tatuaży tylko jeszcze bardziej podkreślały jego muskulaturę i sugerowały, że mężczyzna dba o formę od wielu lat, bo atrament nie rozlał się i nie zmienił kształtu, a to było najtrudniejsze przy utrzymaniu tatuażu.

- Mam ochotę cię zamknąć za publiczne roznegliżowanie – poinformował McGarretta. – Te dziewczyny mogłyby być twoimi dziećmi – dodał.

Steve spojrzał na niego przelotnie, nie zwracając uwagi na typowy żeński tłumek, który tworzył się, ilekroć podjeżdżali pod plażę. Danny nienawidził piasku. I to był kolejny powód, aby nienawidzić plaż. Te kobiety poruszały charakterystycznie biodrami, poprawiały włosy – wszystko po to, aby pokazać, jak bardzo są dostępne.

Ten świat nie bardzo należał do niego. Rachel zawsze była bardziej subtelna i tylko mocniej ją za to szanował.

- Na razie mam tylko jedno dziecko – powiedział Steve tylko, sugestywnie wpatrując się na jego brzuch.

'Na razie' obiło się o uszy Danny'ego szerokim echem.

ooo

Kiedy zadzwoniła do niego Kono, początkowo był zaskoczony, ale nie odmówił jej. Dziewczyna zresztą pojawiła się z Chinem pod ramieniem i prezentem powitalnym – a przynajmniej tak rozumiał tę bujającą się w tylko sobie znanym rytmie tancerkę hula. Najwyraźniej uznali, że fakt, iż wynajął mieszkanie, czynił go jednym z nich. Mieszkańców. Danny jednak wiedział, że haole będzie go ścigać jeszcze długo, bo pomimo wszelkich zapewnień Kono, iż jest ich człowiekiem – Chin patrzył na niego z wyraźną rezerwą.

W końcu zapytał członka jego rodziny, czy jest jedyną osobą w okolicy mówiącą po angielsku. Wpadki się zdarzały, szczególnie gdy wyławiano cię nieprzytomnego z oceanu.
Tak naprawdę nie spodziewał się Steve'a, który wsunął się do jego mieszkania ze sporym kubłem popcornu, rzucając Kono długie, pełne dezaprobaty spojrzenie.

- Mówiła, że zaprosiłeś nas dzisiaj wieczorem – przyznał McGarrett.

- Oczywiście, że nas zaprosił. Może nie do końca o tym wiedział, ale to szczegół – rzuciła dziewczyna, rozsiadając się na jego kanapie.

Danny westchnął, nie spodziewając się niczego innego i zaczął zastanawiać się, jak w czwórkę pomieszczą się na tak małej przestrzeni, gdy Steve zajął drugi róg kanapy i podniósł sugestywnie rękę, zapewne spodziewając się, że Danny wpasuje się w tę niewielką przestrzeń.

W końcu nie był wielkości słonia.

I Kono przylgnęła do niego niemal od razu, więc mimowolnie starał się od niej odsunąć, co nie było łatwe, gdy niemal całym prawym bokiem przylegał do Steve'a. Przynajmniej McGarrett był tym, który trzymał popcorn, więc Danny miał stały dostęp do kukurydzy.

- I jesteś mi winien wyjście na plażę – dodała Kono.

- Zapomnij – odparł krótko.

- Jeden raz, Danny. I jeśli nie spodoba ci się surfowanie, dam ci spokój – upierała się Kono.

Długie westchnienie wydostało się z jego ust.

- Nie wiem, czy dostałaś memo, ale nie pływam, nie lubię plaży i nie przepadam za rekinami – przypomniał jej.

- W ogóle nie pływasz? – zainteresował się Steve i w jego głosie wyraźnie było słychać wątpliwość.

- Pływam, Steven, ale żeby przeżyć, a nie dla przyjemności – poinformował mężczyznę. – Spodziewasz się, że unosiłem się w wodzie w bezruchu, dopóki fale nie wyniosły mnie na brzeg? – zakpił.

Niemal od razu pożałował tych słów, bo McGarrett spiął się wyraźnie. I o ile wcześniej było mu niewygodnie, bo nie wpasowywali się zbyt dobrze, teraz Danny czuł się tak, jakby siedział oparty o kamienną rzeźbę. Nawet lekko przerzucona przez jego ramię ręka alfy zaczynała ważyć tonę. W pomieszczeniu zrobiło się nieprzyjemnie cicho i Danny słyszał jedynie wyjątkowo kiepskiego komentatora przypadkowo włączonego meczu.

- Fale nie wyrzuciły cię na brzeg, ale mój kuzyn cię wyłowił. Ten, który zna angielski – przypomniał mu Chin tonem, który trudno było odczytać.

Danny jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że gdzieś tam czają się nutki humoru, więc prychnął, a Kono mu zawtórowała.

- Gdybyście okryli, że samogłoski nie są jedynymi godnymi uwagi literami, na pewno wielu ludzi byłoby wam wdzięcznych – rzucił.

I Kono jak zawsze nie połknęła haczyka.

- A wiesz, co mnie uczyniłoby wdzięczną? Jeden dzień z tobą na plaży – powiedziała omega.

Danny wziął głębszy wdech, a potem zabrał pudełko popcornu z kolan Steve'a, ponieważ miał dość sięgania tak daleko. McGarrett nawet nie zareagował.

ooo

Kiedy kolejny raz spotkał Johna, to znowu było przez przypadek. Zdecydował się w końcu wynająć samochód, ponieważ kolejny z kuzynów China miał mu dać jakąś ekstrazniżkę. A chcąc nie chcąc poruszanie się bez auta po Oahu nie było możliwe. Oczywiście setka turystów nie miała z tym problemów, ale on pracował jako policjant i nie miał ochoty oglądać z bliska cholernych kwiatów hibiskusa.

Wyjął swój nowo wyrobiony dowód i przekazał go facetowi, który spisywał jego dane osobowe. Nie bardzo wiedział, po jaką cholerę zabiera się jego dokumenty do gabinetu kierownika, ale szybko poczuł obecność alfy w pomieszczeniu, gdy tylko John McGarrett wszedł do salonu. Spiął się mimowolnie i chociaż wiedział, że mężczyzna się mu przygląda, zignorował go.

Alfa zniknął za tymi samymi drzwiami, gdzie uprowadzono jego dokumenty. Widział już wcześniej wyraz zaskoczenia na twarzy pracownika salonu, gdy dostrzegł koło charakterystycznego 'm' oznaczającego mutację literę 'o', która nie pozostawiała nic do wyobraźni. Danny nigdy nie wiedział, dlaczego znakowało się ich w ten sposób, ale podejrzewał, że lekarzom pierwszego kontaktu czy pogotowiu mówiło to najwięcej. Może policjantom, którzy zatrzymywali wyjęte spod prawa omegi i alfy, chociaż na szczęście nie było ich zbyt wiele.

Bracia Hesse byli ewenementem i Danny nie zdziwiłby się, gdyby cała jednostka Steve'a składała się z wyszkolonych alf. Ludzi tego pokroju co Victor należało szybko zatrzymać.
John McGarrett nie wyszedł z gabinetu, ale facet z jego dokumentami i owszem. I miał nawet przyjemnie wyglądające kluczyki. Danny zamierzał wrzucić częściowo koszty wynajmu samochodu jako budżet operacyjny. I tak z auta korzystał tylko podczas akcji. To nie tak, że Steve czy Kono robili inaczej.

- Mogę panu już wynająć samochód – powiadomił go przyjaźnie wyglądający mężczyzna.
Danny'ego jednak nie zwiódł.

- Może pan? – spytał zdziwiony, wiedząc, że to mogła być tylko freudowska pomyłka.

Jakoś jednak dziwnie zgrywała się z obecnością Johna w salonie. Alfa zresztą wyszedł w końcu z drugiego pomieszczenia i zatrzymał się. I Danny odwrócił się, spoglądając na mężczyznę z wyzwaniem w oczach.

- Naprawdę może mi pan już wynająć samochód? – zdziwił się Danny odrobinę głośniej, patrząc wprost na ojca Steve'a. – Jakież to uprzejme z pana strony – dodał i zastanawiał się nawet, czy do tego całego sarkazmu nie pokazać McGarrettowi dobrego starego międzynarodowego znaku, który włączał w swe działania środkowy palec.

Bardziej już nie mogliby się porozumieć, jeśli jego pełen irytacji wzrok nie był aż nazbyt oczywisty. John McGarrett uśmiechnął się jednak krzywo, kompletnie go ignorując, a potem jak gdyby nigdy nic wyszedł z salonu. Co tylko powiedziało Danny'emu, że wcale nie miał sytuacji pod kontrolą.

ooo

Na mordercę tych dziewcząt wpadli w zasadzie przez przypadek. Kono w jednej chwili wychodziła z wody, a w drugiej ktoś zaatakował ją od tyłu. I tylko genialny refleks uchronił omegę przed poważnymi obrażeniami. Uderzyła napastnika deską, a potem na dodatek poprawiła prawym sierpowym, łamiąc część kości palców dłoni. Danny zapewne by jej współczuł, gdyby nie fakt, że nie musiała uderzać faceta tak mocno. Już po ciosie deską wypadł z gry, ale omega poruszała się tak szybko, że zdążyła go walnąć jeszcze raz zanim upadł.

Znajome szpitalne ściany raz w życiu oglądał z punktu widzenia gościa, a nie rezydenta. I naprawdę miał ochotę się zaśmiać, gdy Kono jeszcze tego samego dnia zażądała wypisania, co oczywiście próbowali jej wybić z głowy, bo chociaż omegi bywały twarde – prześwietlenie rano było aż nazbyt wskazane. Danny już raz musiał mieć łamaną rękę, ponieważ zrosła się w nieodpowiedni sposób. W przypadku omeg dłuższe pobyty w szpitalu były standardową procedurą – to ich organizmy w końcu odstawały od reszty i lekarze pozbawieni doświadczenia musieli być pewni swoich teorii. A te najlepiej sprawdzano poprzez obserwację.

- Mam to w nosie – powiedziała Kono. – To ja złapałam kolesia – dodała i Danny nie mógł nie przewrócić oczami.

- Upewnię się, że będzie obwiązany wstążką z odpowiednim imieniem, gdy policja Honolulu będzie go od nas jutro odbierać – obiecał jej cierpko. – Zdajesz sobie sprawę, że ci złapani to nie są nasze prywatne zabawki i nie mamy prawa ich zatrzymywać.

Nie wierzył, że Kono otworzy szeroko oczy i uda, że słyszy o tym pierwszy raz.

- Naprawdę? – spytała omega. – Czuję się taka oszukana.

- Pomyśl o tym w ten sposób. Miałaś szczęście, że nie uszkodziłaś deski. Co byłoby następnym razem? – spytał retorycznie Danny i dziewczyna uśmiechnęła się do niego szeroko.

- Mówisz do mnie najmilsze rzeczy – przyznała.

ooo

Nie chciał tego odczytywać inaczej niż jako to, czym było w rzeczywistości, ale jeszcze tego samego wieczoru Steve zaprosił go do siebie i mieli w planach wybrać kilka kolejnych spraw – tym razem starszych i nierozwiązanych. Teczki z dziesięciu, które poprzednio podsunął im Chin, rozrosły się do kilku pudeł i Danny ponownie znalazł się na tym razem stłoczonej kanapie.

Steve siedział tak blisko niego, że niemal czuł przez skórę puls mężczyzny. Normalnie też był do tego zdolny, ale potrafił odwracać swoją uwagę od takich szczegółów. Nie dzisiaj.
Steve pachniał inaczej. Przede wszystkim nie użył słodkawego żelu, który zapewne miał coś wspólnego z Cath. Spędzili też cały dzień w pracy, a alfa nie zdążył wziąć prysznica. I Danny znał ten zapach – ciężki i ostry. Już raz się w nim wykąpał, gdy spędzili z McGarrettem wyjątkowo intensywną noc.

Od czasu, gdy drużyna odwiedziła go w mieszkaniu, Steve dotykał go częściej. Jakby sądził, że dostał jakiegoś rodzaju pozwolenie, skoro Danny wpuścił ich w swoją tymczasową przestrzeń. Przecież siedzieli już przedtem tak blisko. Może nawet bliżej, bo wtedy Danny częściowo zajmował udo Steve'a i postanowił, że jak w prawdziwym partnerstwie nie będą o tym rozmawiać. O tym, jak kciuk Steve'a poruszał się przez cały mecz – pewnie współświadomie, gdy alfa nie miał gdzie położyć ręki, więc obejmował nią Danny'ego. O tym, jak Danny przestał oddychać na krótki ułamek sekundy, gdy Steve dotknął jego sutka przez cienki materiał koszuli.

Było całkiem sporo rzeczy, o których nie rozmawiali i zastanawiał się, kiedy Steve sięgnie po własną teczkę, bo alfa znowu położył swoją ciężką rękę na jego ramieniu i czytał, chociaż to nie była najbardziej wygodna pozycja. W końcu jednak otwarte pudła zajmowały sporą część kanapy.

W salonie McGarrettów było całkiem cicho i Danny słyszał wyraźnie ich miarowe oddechy. Steve wydawał się nieporuszony ich bliskością, ale Danny zaczynał się przyjemnie do niej przyzwyczajać. Zawsze miał problem z dotykaniem ludzi. Najpierw musiał się upewnić, czy jest gotowy wpuścić ich w swoją przestrzeń, a odpowiedź na to nie zawsze była twierdząca.
Ludzie pokroju Rachel i Dennisa wślizgiwali się w nią bez problemu. W końcu mutacja ich ominęła, więc nie wyczuwał ich na kilometr i nie sprawiali, że wszystkie jego instynkty się uaktywniały.

Ze Stevem sprawa miała się inaczej. Był cały czas świadom obecności alfy. Wiedział, gdzie McGarrett przebywa podczas strzelanin i wyczuwał, kiedy mężczyzna się poruszał, co często okazywało się przydatne. A jednak Steve nie sprawiał, że na jego rękach pojawiała się gęsia skórka. Chociaż – ona się pojawiała, ale w całkiem innym kontekście. Tak jak teraz, gdy Steve – pewnie znowu nieświadom tego, co robi – dotykał palcem miejsca, w którym jego kołnierzyk stykał się ze skórą.

Sam też zapominał się w obecności McGarretta i w pełni rozumiał, że ich znajomość nie jest normalna. Żyli w zbyt dużym zagrożeniu i wiedział, że dotyk jest w takich sytuacjach niemal wymogiem. Z Dennisem robili tak cały czas – potrącali się ramionami, gdy przechodzili obok siebie. Danny poprawiał jego krawat, a Barat uderzał go w tyłek, gdy chciał mu dogryźć. Granica przesuwała się coraz bardziej, im mocniej wystawieni byli na niebezpieczeństwo.
I był całkiem świadomy, że Steve nawet nie wie, co robi. Alfa był zbyt skupiony na aktach przed sobą. Równie dobrze mógłby się bawić kosmykiem włosów jak Rachel czy przygryzać ołówek jak Dennis.

Wiedział, że to nic nie znaczy, ale jednak to uczucie było naprawdę genialne.