Cath pojawiła się kolejny raz dopiero po trzech tygodniach. W tym czasie Danny był na trzech następnych USG, które były totalnie niepotrzebne, ale i tak nie zrezygnowałby z żadnego z tych badań, ponieważ serce jego córki biło coraz głośniej, coraz silniej – i jeśli to nie był najpiękniejszy dźwięk na świecie, nie wiedział, co innego mogłoby go przebić. Możliwe, że Steve dalej kochał wybuchy swoich granatów, ale Danny miał ochotę nagrać to delikatne bicie serca i puszczać sobie przed snem.

Wyczuł alfę o wiele wcześniej niż ją zauważył, ale tym razem w pełni zdawał sobie sprawę z tego, że jest bezpieczny. Steve skoczył do swojej sypialni po szkło powiększające, bo nawet ich wzrok nie był w stanie wychwycić szczegółów na źle wykonanych przez techników zdjęciach.

Kobieta pojawiła się w progu domu bez ostrzeżenia czy pukania i Danny zdał sobie sprawę, że pewnie posiadała klucze. Albo McGarrett nigdy nie zamykał drzwi, co było równie prawdopodobne.

- Cześć, Cath – przywitał się z nią, nie odrywając się nawet od dokumentów.

Ta sprawa była inna od wszystkich i pierwszy raz chyba trafili na mafijne porachunki. Chciał znać tutejsze zwyczaje – jakkolwiek fatalnie by to nie brzmiało, ale każdy zabijał inaczej. Jeśli odnaleźliby coś specyficznego na miejscach zbrodni lub ciałach, mogliby to 'swoje' morderstwo połączyć z innymi. A Danny był pewien, że jeśli ktoś zabija z taką precyzją, nie jest to jego pierwszy raz.

- Danny – powiedziała kobieta, podchodząc bliżej.

W zasadzie nie wiedział, jak powinien się zachowywać w jej obecności. I starał się jak mógł udawać mocno zaczytanego, przynajmniej dopóki Steve nie wróci do swojego cholernego salonu. Miał trochę ochotę wyjaśnić jej, co tutaj robi o tej porze – mocno po godzinach pracy, ale tłumaczyli się tylko winni. A obaj ze Stevem pracowali i chociaż wokół stołu nadal leżały pudełka po jedzeniu na wynos – nie była to romantyczna kolacja. Musiał coś zjeść po pracy, a po prostu nie miał kiedy. To też nie tak, że siedzieli tutaj, omawiając prywatne sprawy.

Nie mieli prywatnych spraw. Steve towarzyszył mu podczas badań, ale nigdy nie powiedział ani słowa, gdy Danny wspominał o swoim powrocie do New Jersey. Posada nadal na niego czekała, podobnie jak rodzice. I może skoro Dennis nie był im potrzebny – Danny przy Cath stanie się równie zbędny. Alfa z wywiadu marynarki to zawsze kilka pięter lepiej niż ciężarny omega, który zaczyna przybierać na wadze. A jego cholerne koszule na pewno nie skurczyły się w praniu – tego był pewien.

Ciężkie kroki obwieściły im, że Steve schodzi na dół. I McGarrett stanął lekko zaskoczony w progu swojego salonu, zapewne nie spodziewając się Cath o tej porze. A może po prostu dzisiaj. Steve jednak uśmiechnął się do niej tak szeroko, że Danny nie mógł się nie skrzywić. Nigdy nie widział takiego wyrazu twarzy u McGarretta, ale możliwe, że po prostu był zarezerwowany. I Danny pewnie też się tak kiedyś uśmiechał do Rachel. Zanim wszystko wzięło w łeb.

I może też całowali się w policzek równie delikatnie, żeby nie wprawiać w zakłopotanie swoich gości. Danny jednak naprawdę nie chciał wyobrażać sobie ciągu dalszego tego wieczoru.

- Słuchaj, może zabiorę to wszystko i przejrzę po prostu u siebie… - zaproponował, wzruszając ramionami.

Steve spojrzał na niego kompletnie zaskoczony, jakby nie takiej reakcji się spodziewał. A może przypomniał sobie dopiero, że zostawił Danny'ego samego na swojej kanapie.

- Nie wygłupiaj się – prychnęła Cath.

- To naprawdę nie będzie problem, a pewnie macie do pogadania – dodał pospiesznie.

Steve wyglądał nagle na spanikowanego i Danny zaczął się zastanawiać, czy nie powiedział czegoś niestosownego.

- Nie – powiedział szybko alfa. – Nie mam szkła powiększającego, więc jutro Kono po prostu powiększy to komputerowo – ciągnął dalej. – Nie musimy dzisiaj już nic robić – dodał McGarrett i brzmiał trochę jak wariat.

W sumie Danny to właśnie sugerował, więc podniósł się z kanapy i sięgnął po akta rozłożone nadal na stole.

- W zasadzie dawno się z wami nie widziałam – podjęła Cath. – Jesteście bardzo zmęczeni, czy film w moim towarzystwie będzie wam odpowiadał? – spytała. – Obiecałam Kono, że się spotkamy, a jutro niestety chyba wypływam… Wiesz, jak jest z rozkazami – powiedziała alfa, uśmiechając się przepraszająco w stronę Steve'a.

- Zadzwonię do Kono – obiecał McGarrett i oboje spojrzeli w jego kierunku, jakby czekali na jego decyzję.

Danny wzruszył ramionami.

- Jasne, ale powiedz, że to nie będzie komedia romantyczna – zażartował, a Cath uśmiechnęła się w jego stronę.

ooo

Czuł się naprawdę dziwnie, gdy we dwójkę przygotowywali popcorn, a Steve składał akta z powrotem do pudeł. Cisza, która zapadła w kuchni, wcale nie była przyjemna i czuł, że kobieta ma ochotę o coś spytać, ale coś ją mocno powstrzymywało. I gdyby nie miał do czynienia z dobrze wyszkoloną alfą, pewnie by się mniej przejmował tym napięciem, które między nimi panowało. Cholerna mutacja sprawiała, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, gdzie obie alfy się znajdowały. I fakt, że oboje byli mocno spięci, nie pomagał. Początkowo czuł się jak intruz w domu Steve'a i potrzebne mu było dobre kilka dni, aby oswoić się z nową przestrzenią. A teraz to uczucie wróciło – i to w dwa razy silniejszej formie. Musiał się dwa razy mocniej zastanawiać, zanim otworzył lodówkę czy podał Cath miskę. Pojęcia nie miał, po cholerę chcieli, aby został, skoro ewidentnie im zawadzał.
Kono i Chin pojawili się prawie dwadzieścia minut później i z westchnieniem ulgi zabrał pierwszą przygotowaną porcję popcornu, zostawiając Cath w kuchni. Jednak już w progu zdał sobie sprawę, że jego koledzy z jednostki usiedli na kanapie dokładnie tak samo jak każdego wieczoru, zostawiając jedynie niewielką przestrzeń między Stevem a Kono. Przestrzeń, którą normalnie zająłby on sam, ale w tej sytuacji nie mógł. Ona nie należała do niego i coś nieprzyjemnego znowu pojawiło się w jego żołądku. Tym razem jednak nie mógł tego zrzucić na ananasy. Steve nie miał u siebie ani jednego, chociaż dalej twierdził, że Danny wymiotował na ich widok tylko, gdy miał pusty żołądek.

I ta teoria mogła mieć swoje naukowe poparcie.

Danny wyprostował się lekko, obejmując mocniej miskę z popcornem i usiadł na jednym z dwóch foteli, których nigdy nie używali. Steve spojrzał na niego, jakby nie rozumiał nawet, co Danny tam robi, ale odpowiedź była bardzo prosta. A wszystko się wyklarowało, gdy Cath pojawiła się z kolejnymi dwoma porcjami prażonej kukurydzy.

- Nie byłoby ci wygodniej na kanapie? – spytała alfa ciekawie.

Danny uśmiechnął się – miał nadzieję, że szczerze.

- Nie wygłupiaj się – powiedział. – Cały fotel i popcorn dla mnie – dodał, starając się nie patrzeć na Kono, która przewiercała w jego głowie dziury.

Gdyby jej wzrok mógł faktycznie go uszkodzić, zapewne eksplodowałby od samej jego intensywności. I czuł, jak wszyscy w pomieszczeniu spięli się, więc pewnie nie powinien był się w ogóle odzywać. Albo zostawać. Nadal pojęcia nie miał, co robił na tym dziwnym wieczorku filmowym.

ooo

Nie mieli informacji o Hessie. Wydawać by się mogło, że mężczyzna rozpłynął się w powietrzu i Danny czułby się wspaniale, gdyby istniała taka możliwość. Jednak mocno w to wątpił. Hesse jako alfa w świecie przestępczym był ewenementem i na pewno każdy chciał nieść mu pomoc. Fakt, że jego ciało nie wypłynęło na żadną z plaż – tylko to potwierdzał.

Ograniczyli się jedynie do spraw, które miały charakterystyczny element wspólny – śladowe ilości substancji, które wytwarzała jedna z tutejszych ryb. Zabójca musiał bowiem pracować w porcie lub taką drogą dostawać się na wyspę, aby wykonać zlecenie. Danny nie widział dla nich zbyt świetlanej przyszłości. Kono powiększała zdjęcia z poprzednich miejsc zbrodni, których nie mogli obejrzeć. Każde morderstwo, do którego doszło na całym archipelagu, przechodziło przez nich, a laboratoria wykonywały odpowiednie testy, aby sprawdzić, czy ta substancja faktycznie znajduje się na którymś z ciał.

Na razie mieli takich dziesięć i Danny częściej niż rzadziej orientował się, że siedzą ze Stevem pochyleni nad aktami w domu McGarretta. Jego mieszkanie nie było zbyt zapraszające, ale czuł, że jednak nadużywa gościnności alfy. Szczególnie że każde kolejne spotkanie z Cath było czysto przypadkowe. I kobieta zawsze znajdowała go na kanapie swojego chłopaka, otoczonego pojemnikami po jedzeniu. Czuł się trochę winny, chociaż nie miał powodu. Nie robili niczego złego, a jednocześnie dręczyło go, że nie porozmawiali o tym wszystkim.

Wydawało mu się, że ilekroć Steve wychodzi z nim do lekarza, jakoś podgryza Cath, a nie chciał tego, bo kobieta była cudowna. Może nie słodka i urocza jak Kono, ale inteligentna i niezależna. Należał się jej szacunek za to, w jaki sposób poradziła sobie z tym wszystkim. I zawsze dobrze go traktowała, chociaż miała wszelkie prawo do bycia suką. Nawet nie miałby jej tego bardzo za złe.

Steve wydawał się nieporuszony tym, że Cath widzi ich takich. I Danny zaczynał się zastanawiać, czy McGarrett nie ma czasem zakutego łba. Jednak każdego wieczoru, gdy Cath pojawiała się w domu Steve'a, Danny wychodził, kierując się do swojego małego mieszkania, a ona zostawała bez słowa skargi i chyba to za każdym razem faktycznie miało znaczenie.

ooo

Przesłuchiwanie świadków na Hawajach nigdy nie było takie, jak człowiek mógł się spodziewać. Kono raz prawie została rozjechana przez rozpędzony samochód, a China próbowano otruć w chińskiej restauracji. Steve przytrzymywał ludzi nad przepaściami albo wyciągał pistolet i ostentacyjnie sprawdzał, ile nabojów ma w magazynku. Danny sądził, że granaty w kieszeniach spodni robiłyby większe wrażenie, ale mógł się mylić. Wyspiarze byli dziwni.

Nie rozumiał też za bardzo, dlaczego wymienienie imienia Wo Fata skończyło się tym, że dwóch gnojków zerwało się do biegu i to w dwie różne strony. Steve rzucił się tropem tego bliższego sobie, a Danny ze zdumieniem odkrył, że jego stopy nie chcą się oderwać od ziemi. 'Jego' zbieg był coraz dalej, a wszystkie jego instynkty krzyczały, aby odwrócił się na pięcie i odszedł.

Musiał użyć całej siły woli, aby podnieść jeden z orzechów kokosowych, który upadł na chodnik, gdy te dupki potrąciły stragan. Rzucił nim przed siebie, wiedząc, że za kilka sekund mężczyzna z jękiem upadnie na ziemię. Kilku przechodniów spoglądało na niego zszokowanych, ale on udał, że to normalka i wyciągnął z kieszeni kajdanki, idąc spokojnie spacerkiem w stronę już nie świadka, ale podejrzanego.

Steve akurat wracał ze swoim zbiegiem i spoglądał na niego lekko wstrząśnięty . Może nawet obserwował całe zajście. Danny nie był pewien, w tamtej chwili skupiał się tylko na tym, że zamarł, a to mu się nigdy nie zdarzało. Słyszał za sobą szepty i nieśmiałe brawa, i kiedy w końcu uklęknął przy ogłuszonym gnojku, zakładając mu kajdanki – odetchnął z ulgą. Miał kolana jak z waty i nawet nie wyciągnął broni.

Kiedy dotargał chłopaka w stronę samochodu Steve'a, McGarrett był już otoczony kobietami – jak zawsze, gdy znajdowali się bliżej plaży. Tym razem jednak i on dostał numer czy dwa – czym był tym bardziej zaskoczony.

- Co to było? – spytał później Steve, przyglądając mu się podejrzliwie.

Danny nie potrafił tego wyjaśnić. Był w trzecim miesiącu. Czuł to całkiem wyraźnie. Jego chód nie zmienił się całkiem i nie przybrał wiele na wadze, ale jego ciało zaczynało się zmieniać. I miał taki pozostać przez kilka kolejnych miesięcy. Miało być tylko gorzej. A jego instynkty szalały już wcześniej – choćby wtedy, gdy Steve rzucił go na maskę samochodu, wykręcając mu boleśnie rękę. Nie miał ataku paniki, ale coś bardzo bliskiego, gdy metal wciskał mu się w brzuch.

Podczas podróży statkiem, gdy siedział w małej drewnianej klatce, jego zmysły były wyostrzone jak nigdy. Myślał klarowniej niż kiedykolwiek w życiu, układając plany ucieczki, które nie miały sensu, więc poddawał się stagnacji, a potem jego ciało się buntowało i zmuszało go do większego wysiłku. Wiedział, że musiał się uwolnić i dlatego był gotowy, gdy tylko nadarzyła się okazja.

Teraz jednak sam decydował o tym, kiedy znaleźć się w niebezpieczeństwie, a kiedy nie. I jego cała istota się buntowała. Gdyby wierzył teorii, że w jego ciele było ich dwoje – Danny-człowiek i Danny-omega – powiedziałby, że instynkty tego drugiego przejęły nad nim kontrolę. Nie był całkiem racjonalny, gdy jego stopy nie chciały się poruszyć. Jednak opanował niebezpieczeństwo i zakucie w kajdanki nieprzytomnego nie stanowiło już problemu. Nie dla instynktu, który nakazywał mu za wszelką cenę chronić dziecko i siebie. I to w tej kolejności, a nie innej. Czuł to wyraźnie.

Steve wpatrywał się w niego, czekając na jednoznaczną odpowiedź, której Danny po prostu nie miał. Bo nie wiedział, co się tam tak właściwie stało. Zaczynały go przerażać te wszystkie zmiany, którym zostawał poddany, ale nie miał wyboru. To nie tak, że kiedykolwiek miał wybór.

- Jak ktoś nie ma w głowie, to ma w nogach – powiedział tylko, ponieważ była to odpowiednia mieszanka sarkazmu i odrobiny prawdy.

Steve nie wyglądał jednak, jakby mu uwierzył.

ooo

Zadzwonił do doktora Carola jeszcze tego samego wieczoru, czując się jak tchórz i idiota. Żadna z książek, które przeczytał, nie wspominała o czymś podobnym, więc z bijącym mocno sercem zaczął wyjaśniać lekarzowi złożoność problemu.

- Danny – wszedł mu pospiesznie w słowo Carol. – Zastanów się, czy to jest w twojej głowie, czy to jest faktycznie… że tak powiem, fizyczne. Jesteś pewien, że to nie…

- Urojenia – dokończył za niego Danny, wiedząc, że lekarz zapewne chciał użyć jakiegoś eufemizmu.

Nawet przez myśl mu nie przeszło, że może się stresować do tego stopnia, żeby jego własny umysł go zawiódł. I to wciąż wydawało mu się mało prawdopodobne. Wiedział w tamtym momencie, że musi złapać podejrzanego, ale ciało faktycznie stawiło mu opór. A jeśli dobrze pamiętał z lekcji biologii, to mózg powinien panować nad nerwami.

- Nie chciałem cię urazić – westchnął Carol, źle interpretując ciszę, która pojawiła się w słuchawce. – Niektóre matki wyobrażają sobie, jak będą wyglądać ich dzieci. Niektóre są w stanie podnieść cały samochód, aby uratować swoje dzieci. Ciąża po prostu robi z ludźmi różne rzeczy – wyjaśnił mu lekarz. – To mogła być jednorazowa sytuacja. Albo twój mózg przypomniał sobie wszystkie te przypadki, gdy podobny pościg przebiegł całkiem inaczej. Jesteś policjantem w czynnej służbie, to nie może być pierwszy raz, gdy musiałeś za kimś pobiec.

- Jestem detektywem – poprawił go Danny instynktownie i zdał sobie sprawę, że to nie jest nawet prawidłowa nazwa.

Byłby detektywem, gdyby był dalej w New Jersey. Detektywem sierżantem, więc nawet w ten sposób komandor porucznik McGarrett był jego chrzanionym przełożonym. Obecnie nie wiedział nawet, co tak dokładnie robi. Nie był w policji, ale pracował dla niej. Na pewno na rzecz obywateli.

Oczywiście kiedy ostatni raz biegł – porwano go. Pamiętał dokładnie ból, jaki towarzyszył uderzeniu, które otrzymał. Gdyby był całkiem człowiekiem, nie przeżyłby go. Jako omega cierpiał przez kilka kolejnych dni na ból głowy. Nie wiedział, czy uznać to za szczęście. Plan był całkiem inny, gdy wybiegał ze swojego bloku. Nigdy nie zastanawiał się, jak wiele niebezpieczeństw czyhało na ludzi, ale kiedy myślał o swojej córce – oddychającej i żyjącej już bez jego opieki – na świecie, zewnętrznym i okropnym, coś się w nim kurczyło. Hesse nadal gdzieś tam był i te sprawy, które teraz rozwiązywali, nie przybliżały ich do mężczyzny nawet na krok.

Carol mógł mieć rację. To mógł być ten jeden raz, kompletny przypadek. Skok adrenaliny. Sądził jednak, że to sięga o wiele głębiej. Jego podświadomość doskonale zdawała sobie sprawę, w jak gównianym położeniu się znajdował i że ściganie jakiejś płotki na dłuższą metę nie miało sensu. Było tylko podejmowaniem niepotrzebnego ryzyka, podczas gdy głównym cel znajdował się poza jego zasięgiem.

Dennis, a nawet Rachel dawali mu poczucie bezpieczeństwa, ale na wyspie, na którą go wywieziono bez jego zgody – nie miał już nikogo. A John McGarrett krążył wokół niego, jakby czekał, kiedy Danny da sobie spokój i odleci do domu. Może ojciec Steve'a chciał, aby Hesse zajął się łatwiejszym celem. Omega w ciąży byłaby idealna. Hesse zapewne wychynąłby ze swojej kryjówki i Steve mógłby go dorwać.

Sama ta myśl rozbawiła go i zaśmiał się do słuchawki, pewnie mocno zaskakując Carola.

- Danny? – spytał jego lekarz z niepokojem w głosie.

- Nic, doktorku. Chyba faktycznie mam paranoję – przyznał, wciąż rozbawiony własnymi myślami.

Hesse pojęcia nie miał o jego ciąży. Nerwy podszeptywały mu idiotyzmy i znał to doskonale. Przy sprawie Cannona niemal codziennie widział ludzi śledzących Karen czy Rachel. Paranoja spowodowana stresem, a do tego urojenia. Zaczynał uwielbiać koniec pierwszego trymestru.