Z Cath współpracowało się tak świetnie, że czasami zapominał, iż normalnie nie są kolegami. W zasadzie wpasowała się tak doskonale, że nie mogło mu umknąć, iż Kono miała rację. Pasował tam jak pięść do nosa i nie chciał się dopasować. Zdecydował zatem, że cały ten haole vibe będzie już jego stałą częścią image'u i najwyższy czas przestać się irytować o to, że traktują go jak obcego. W końcu nie był miejscowym.

Jeździł nie takim samochodem i zapewne nie w ten sposób, w który powinien. Nie witał się z nikim 'aloha' i nie wciskał w zdania 'mahalo', jakby faktycznie wiedział, co to oznacza. Owszem, posiadał nawet całkiem przyjemne majtki do pływania, ale nie zamierzał paradować półnago. Nie, gdy Steve i Cath zdawali się nie przejmować całą tą golizną wokół. Bo jeśli czegoś się przez ten tydzień dowiedział o alfach – to tego, że człowiek nigdy nie mógł być pewien, kiedy ta dwójka ściągnie z siebie ubranie. Nie wiedział nawet, co było gorsze – fakt, że nie mógł oderwać wzroku od torsu McGarretta, czy to, że dokładnie ten sam problem miał z Cath i jej całkiem przyjemnie wyglądającymi plecami.

Hormony musiały mieszać mu w głowie i czuł się źle. Nie pomagały malasadas i słowa Carola wracały niechciane, jakby lekarz nie wiedział, jak trudno omedze płci męskiej znaleźć partnera. A w stanie, w którym się znajdował, Bóg zapewne nie błogosławił mu tak, jak powinien.

Zaczęło się w zasadzie od tego, że dostrzegł Cath na swoim zwyczajowym miejscu w srebrnym Camaro Steve'a. Nie zastanawiał się wcześniej, jak kobieta dojeżdża do pracy, ale odkąd się dowiedział – nie potrafiło wyjść mu to z głowy. I fakt, że się nie kłócili. Siedziała po prostu, ufając McGarrettowi, że ten nie zabije ich za kolejnym zbyt ostro wziętym zakrętem. Możliwe, że alfa nie prowadził wcześniej czegoś tak delikatnego jak samochód sportowy, ale to wciąż zakrawało na idiotyzm, że Steve uważał za konieczne przyspieszanie na każdej prostej po to tylko, aby byli te kilka ułamków sekund przed SWAT.

Cath pasowała do tego samochodu. Cath pasowała do Steve'a i chyba po raz pierwszy Danny'ego uderzyło to tak mocno, że prawie upuścił pudło z aktami, które zamierzał zwrócić do jednostkowego archiwum.

Dzień zaczął się fatalnie. Nie wiedział, gdzie usiąść, bo w zasadzie Cath zajęła już jego jedno miejsce. Nie wiedział, że tak bardzo był przywiązany do fotela pasażera w Camaro, dopóki nie zdał sobie sprawy, jak wiele wspomnień się z tym wiąże. Teraz jednak Steve miał Cath, która nie wrzeszczała na niego, wyzywając go od idiotów. Nie krzyczała, że ich zaraz zabije, a wtedy ona wstanie z grobu i upewni się, aby zginął w męczarniach po raz kolejny. Nie podważała jego decyzji, przyzwyczajona do łańcucha dowodzenia.

I Danny niby wiedział, że on i Steve nigdy nie będą razem. Oraz że Cath musiała jakoś dojeżdżać do pracy, ale jednak widzieć ją na własne oczy – wysiadającą od jego strony, to była całkiem inna para kaloszy. Albo klapek, skoro byli na Hawajach. Widok ten wybił go z rytmu na cały dzień i w południe prawie padał na twarz, gdy Kono pokazywała mu nagranie z ostatniego zuchwałego napadu na konwój wojskowego sprzętu.

Danny wiedział, że w końcu się złamie. Starał się nie zerkać na zamkniętych za szklanymi drzwiami Steve'a i Cath, ale siedzieli z Kono w sali konferencyjnej i po prostu miał na nich doskonały widok. Co gorsza potrzebował kawy. I to natychmiast. Czuł, jak jego ciało rozpada się, zwalnia, popada w marazm i tylko cudowna dawka kofeiny mogła postawić go na nogi, ale jedyną rzecz, którą miał od Steve'a – cholerny sok – zaprzepaścił głupią dumą. Teraz nawet miał w nosie, że cholerny alfa John pomyślałby, że Steve go karmi. I dba o niego. Chciał swój cholerny sok i to by w zasadzie wystarczyło. Stracił już jedną z nielicznych stałych w swoim życiu – cholerne miejsce w samochodzie, o którym nie wiedział, jak wiele dla niego znaczyło, dopóki nie dostrzegł tam Cath. Zawsze był terytorialny, a nie mogąc zawłaszczyć na tej wyspie nikogo, przekierował część instynktu w jedyną przestrzeń, którą okupował w stałych odstępach czasu. I przeliczył się i od rana czuł, jakby się rozpadał.
Połykając resztki dumy, zastanawiał się, co będzie bardziej żałosne – poproszenie Steve'a o cholerny sok czy rozmowa z Kono. Jednak z dwojga złego przy niej mógł się powołać na nieistniejący pakt omeg.

- Nie wiesz, gdzie Steve kupował ten sok, który przynosił? – spytał, starając się nie podnosić głowy znad komputera.

Nie chciał patrzeć jej w oczy. Kono zbyt cieszyły te drobiazgi.

- Sok? – spytała niewinnie i po prostu wiedział, że ona wie doskonale, o co chodzi, ale chce, aby powiedział to na głos.

Zacisnął więc zęby i zmusił się do uśmiechu, starając się myśleć wyłącznie o cudownym nektarze, który jeszcze do niedawna rozlewał się w jego ustach. Warto było.

- Ten sok, który Steve przynosił dla mnie – wyjaśnił Danny i spojrzał na nią w końcu.

Kono uśmiechnęła się krzywo.

- Sam go wyciskał co rano. Niczego takiego nie kupisz – odparła omega z pewną satysfakcją w głosie.

I nie, to nie było coś, czego Danny się spodziewał. Chciał adresu sklepu czy stoiska, na widok którego by go zemdliło, bo na Hawajach zasady higieny zdawały się nie obowiązywać. Nie sądził, że jego mały świat rozpadnie się z powodu jednego miejsca w samochodzie i cholernej szklanki soku. Wątpił, aby ktokolwiek zrozumiał, jakie to dla niego ważne, bo w odróżnieniu od niego – każdy był w domu. I nie musiał znosić na bieżąco ojca Steve'a. Nie chciał być nigdy na łasce McGarrettów i skutecznie udawało mu się tego uniknąć aż do tej chwili. I najwyraźniej miał już do końca życia pozostać bez tego soku, bo jakoś nie wyobrażał sobie rozmowy ze Stevem. Był pewien, że alfa wypławiłby się najpierw w samozadowoleniu, w satysfakcji, że Danny ma faktyczną prośbę do niego. I pewnie dostałby swój cholerny sok, ale cena nagle wzrosła za wysoko, więc zagryzł wargi i przypomniał sobie, dlaczego na samym początku przestał się upajać tym świetnym nektarem.

Zamrugał, bo Kono wpatrywała się w niego z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy. I nagle druga omega była już całkiem poważna i emanował od niej spokój. Położyła na jego przedramieniu swoją małą dłoń i ścisnęła go nie tak całkiem delikatnie w geście dziwnego poparcia, którego nie pojmował do końca. Może nawet sama Kono nie wiedziała do końca, o co chodzi.

- Steve przyjdzie tutaj za chwilę – poinformował go dziewczyna. – Mogę powiedzieć, że pewnie przydałaby ci się kawa i szkoda, że nie możesz wypić żadnej – dodała.

I tak, to może by przeszło. W końcu dokładnie po takiej samej, niby luźnej uwadze sok pojawił się w jego życiu. Ale chodziło o zasady i Danny po prostu by wiedział. Był gotów objechać całą wyspę w poszukiwaniu soku, ale teraz napój nagle znajdował się o wiele dalej.

- Nie, dzięki – powiedział więc tylko, wzruszając ramionami.

Od biedy jeśli przeliczył koszty swojego ulubionego napoju, John McGarrett zawsze przechylał szalę.

ooo

Ludzie, którzy napadli na konwój wojskowy, byli doskonale zorganizowani, ale nie przeszli typowego dla armii szkolenia. Udawali takowych, ale jednak brakowało im podstaw – tak orzekła Cath i Danny jej wierzył. Nie chciał zresztą oglądać kolejny raz ze zbliżeniem tych filmów. Coś w nim się przełączało za każdym razem, gdy zaczynały się strzały i jego instynkt nakazywał mu się skryć, uciekać. I mówiono mu w akademii, że jeśli to jego pierwsza myśl – powinien zrezygnować z tej pracy. Świadomość, że to jego dziecko czyni go takim – nie była przyjemna. Starał się jednak trzymać mocno stołu i nie zrobić z siebie idioty. Steve i tak obserwował go o wiele za uważnie, jakby podejrzewał, że coś jest nie tak. Cała jednostka zrobiła się nerwowa.

- Znam jednego z nich – powiedział w końcu Chin i brzmiało to tak ostatecznie, jakby przyznawał się do cholernego grzechu.

A Kelly był chodzącym spokojem. Ludzie tacy jak on nie łamali prawa. A znajomość z jednym z bandziorów nie czyniła go złym. Chin musiał o tym wiedzieć.

- To mój były partner z HPD – przyznał mężczyzna. – Wmieszał się w sprawy z dilerami i kryłem go, ale i tak go wyrzucili – dodał i westchnął.

I tak, to jest historia, która bardziej pasowała do China. Wiecznie lojalny.

- Wiemy, jakie są ich kolejne plany – odparła Cath.

- Wiemy? – zdziwił się Danny.

I nie, jego głos wcale nie był o kilka oktaw wyższy. Chciał dzisiaj wrócić do domu i patrzeć przez kilka godzin w ścianę, żeby wziąć się w garść, ale najwyraźniej Bóg jednak go nienawidził. Ten dzień z każdą minutą stawał się gorszy. Jego wyobraźnia nawet nie ogarniała, jak teraz ma wziąć kamizelkę kuloodporną i wybrać się wraz ze Stevem na polowanie na ludzi, którzy bez mrugnięcia okiem zabili czterech konwojentów. Nie, nie byli wyszkoleni, ale byli cholernie dobrze zorganizowani i teraz mieli jeszcze lepszy sprzęt.

Granaty Steve'a wyglądały przy tym jak zabawki.

Żołądek podszedł mu do gardła i zastanawiał się, czy jeśli się porzyga, uznają go za tak zbędnego, jak był.

- Wiem, skąd mają informacje o kolejnych transportach i dzisiaj wieczorem możemy zrobić zasadzkę – wyjaśniła Cath.

- Chcę być przy tym obecny – poinformował ich Chin.

- Jesteś pewien? – spytał Steve.

Chin podniósł głowę znad ekranu i spojrzał na nich zdecydowanym wzrokiem, a potem zagryzł usta.

- Tym razem chcę zrobić coś prawidłowo – przyznał mężczyzna i Danny nie był zdziwiony.

- Będę koordynować akcję stąd – powiedziała Cath niemal natychmiast i spojrzała na niego i Steve'a, jakby ustanawiała ich jako jedną drużynę.

I faktycznie jeszcze niedawno tak było, ale Danny nie czuł tego już tak mocno.

- Ja mogę koordynować – zaoferował się, nawet się nad tym głębiej nie zastanawiając. – Masz wyszkolenie wojskowe i umiesz obchodzić się z tamtym sprzętem – spróbował jeszcze dodać, ale Steve już patrzył na niego, jakby nie rozumiał.

I Danny pomyślał, że Steve nigdy nie zrozumie.

Cath zmarszczyła brwi, ale skinęła głową.

ooo

Akcja wyszła świetnie. Każdy, kto miał – trafił za kratki. Danny nie pytał, czy Steve zrobił coś głupiego, bo jeśli nawet, nie widział tego. Nie miał zatem prawa do narzekania. Cath wróciła na swój statek, którego nie powinien nazywać łódką, ale nie mógł się powstrzymać, bo Steve poprawiał go równie upierdliwie jak wtedy, gdy alfę nazywał marynarzem. Albo człowiekiem z armii. Jego ojciec nie obrażał się o komandosa, ale najwyraźniej SEAL mieli swoją dumę i nie chcieli być myleni z kimkolwiek.

Kono przyniosła mu następnego dnia sok. Nie miał odpowiedniego koloru ani smaku. W zasadzie nie był aż tak energetyczny, ale i tak uściskał dziewczynę, gdy tylko nikt nie widział. Napój co prawda nie całkiem poprawił mu humor, ale mocno podniósł go na duchu. Nie wiedział za bardzo, jak nazywać emocje. Ktoś, kto słuchał go na bieżąco, zapewne uznałby, że Danny wiele mówi, ale to nigdy nie były konkrety. Nie tak naprawdę. Nie patrzył na Kono i nie mówił jej, że jest kolejną cudowną rzeczą, która spotkała go na wyspie, bo omega wiedziała, jak wiele znaczył ten gest.

Możliwe, że Carol miał rację i dostawał paranoi. To byłoby nawet dość prawdopodobne. Nie mówił, że nie. Wątpił nawet, że przeszedłby jakiekolwiek testy sprawnościowe czy psychologiczne. Jednak Five Oh tego nie potrzebowali, a to oznaczało, że będzie musiał poddać się z własnej woli. Przestać walczyć i zdecydować, że to już dość. Że jest nie tylko zagrożeniem dla siebie, ale również dla drużyny, która nie może na nim polegać.

Czuł zimny pot spływający mu po plecach, ilekroć przeglądał stare akta, które im podsuwano. Zastanawiał się, czy to jego podświadomość dzieli te dokumenty na sprawy wysokiego i niskiego ryzyka. Dokładnie przewidywał przyszłość – gwałciciele rzadko posuwali się do przemocy względem mężczyzn i bywali tchórzami. Ci, którzy już raz strzelali do ludzi, nie mieli problemu ze zrobieniem tego ponownie bez zastanowienia. A Danny potrzebował sekundy czy dwóch, aby zmusić się do naciśnięcia spustu. I odebrania komuś życia. Nosił w sobie jedno i wiedział, jak wielka jest jego wartość. I wiedział doskonale, że ludzie na strzelnicy policyjnej sądzili, że po prostu celował do tarczy i dlatego robił takie odstępy po każdym strzale, ale jego dłonie tak naprawdę nie chciały go słuchać. Prawda była taka, a nie inna. I nie był jeszcze gotowy, żeby oddać cholerną odznakę, a potem wracać do New Jersey niczym emocjonalny wrak, którym był. Z jednej strony byłoby to piękne udowodnienie wszystkim wokół, że tak – omegi są jednak słabsze i nic na to nie poradzi. Mógł cwaniakować do pewnego momentu – ale teraz był obwinięty wokół maluteńkiego palca swojego instynktu... albo swojego dziecka. To się mocno łączyło.

Z drugiej jednak strony policja to było całe jego życie.

I może trochę dawał sobie ostatnią szansę, gdy prawie wtulając się w ramię Steve'a – chłonąc obecność alfy, próbował uspokoić zmysły, okłamać je, że wszystko jest w porządku, bo McGarrett jest z nim – wybrał sprawę gwałciciela.

W zasadzie Kono uwielbiała takie. Ewidentnie chciała pokazać zwyrodnialcowi, co robią z takimi w miejscowym więzieniu. Próbował sobie wytłumaczyć, że nie ma spraw bardziej czy mniej ważnych. Jeśli zatrzymywali przestępcę – każda taka akcja była darem dla miejscowej społeczności. W końcu wyrywali chwast i o to w tej sprawie chodziło.

Jednak w duchu wiedział, że jest cholernym tchórzem i to wcale nie poprawiało mu humoru.

ooo

Właściwie czuł się dziwnie bezpieczny. I pewnie to powinno go zaniepokoić. W zasadzie na karb tego zwalał fakt, że zaczął zostawiać uchylone na noc okno i nie dławił się w normalnej – o wiele zbyt wysokiej – temperaturze. Już dawno zapomniał o nakryciach oraz koszulce, pozwalając sobie chociaż z mieszkaniu spoglądać na rosnący już brzuch. Wiedział, że to tylko kilka centymetrów i chyba każdy wziąłby to za normalne przybieranie na wadze u mężczyzny w jego wieku, ale sama świadomość, że jego dziecko rośnie – jednak trzymała go w dziwnym skrępowaniu. Dalej nie chciał, aby ktokolwiek wiedział. I nie zamierzał pokazywać się nago, więc w odróżnieniu od neandertalczyków pokroju McGarretta nie rozbierał się publicznie. W końcu w siedzibie Five Oh mieli z jakiegoś powodu łazienki.

Nie wiedział, co go obudziło. Tak przyzwyczaił się do krzyków i kłótni w nocy, ale spał jak dziecko. To bardziej cisza go płoszyła. Dziękował jednak wszystkim bogom, że jego instynkt tchórza zareagował, bo wyciągnął broń spod poduszki w chwili, gdy deska niedaleko jego uchylonego okna zaskrzypiała. Napastnik znajdował się cztery metry od niego i widział w ciemności jego sylwetkę. Niewielka ilość światła wpadająca przez okno nie dawała mu jednak możliwości rozpoznania twarzy.

Wiedział, że to człowiek i to uspokoiło go tylko trochę. Nie zdążył jednak nawet otworzyć ust, gdy sylwetka poruszyła się w ciemności i wyszła przez to samo okno, przez które weszła.

- Stój! – warknął, orientując się, że właśnie traci drania z oczu i chociaż miał broń w dłoni, nie potrafił zmusić się do pociągnięcia za spust.

Jego palce drżały coraz bardziej i mocniej starał się je zmusić do współpracy, i miał cholerną ochotę wrzasnąć z bezsilności, bo nawet jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie był w stanie wstać z własnego łóżka, dopóki kroki cholernego napastnika nie ucichły w ciemności. Opadł plecami na poduszkę, dawno nie czując się tak wyczerpanym, i przetarł twarz dłonią.
Wziął kilka głębokich wdechów, bo to po prostu nie miało sensu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien włamywać się do omegi i do tego oficera policji, ale najwyraźniej działanie było całkiem intencjonalne. I na szczęście nie zakładało zabicia go. W innym wypadku byłby martwy. Był tego niestety pewien i ta myśl posłała nieprzyjemne dreszcze wzdłuż jego ciała. Instynktownie sięgnął po telefon, aby powiadomić Dennisa i zdał sobie sprawę, że Barat ma inne życie w New Jersey i ponowne sprowadzanie go na Hawaje nie miało sensu.

Wybrał kolejny numer, czując się jak idiota.

- McGarrett – powiedział krótko, gdy usłyszał, że Steve odebrał. – Ktoś się do mnie włamał. Nie wiem kto, ale dzwonię po techników. Pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć.