Danny nie bardzo pamiętał, jak znaleźli się na kanapie, ale całkiem możliwe, że chcieli obejrzeć jakiś film. W końcu dwóch gliniarzy w dzień wolny mogło zrobić dwie rzeczy: upić się albo wyspać. Ze względów oczywistych wybrał to drugie i po kilku godzinach obudził się wtulony w większe ciało. Steve nie spał, był tego pewien, ale mężczyzna obejmował go w pasie, upewniając się, że Danny nie spadnie z kanapy, gdyby przypadkowo obrócił się na drugi bok.

Nie mógł powiedzieć, że było mu niewygodnie. Wręcz przeciwnie i to tym bardziej sprawiło, iż się spiął. Dotykali się często i pamiętał każde z tych małych muśnięć, ale teraz cała wielka dłoń Steve'a obejmowała jego biodro, przytrzymując go w miejscu. Jego plecy opierały się o klatkę piersiową mężczyzny i może naprawdę powinien był porozmawiać z Kono i Chinem na temat ich aranżacji kanapowych, bo kuzyni od czasu pierwszej filmowej nocy zawsze siadali koło siebie, wymuszając na nim i McGarretcie zajmowanie fatalnie małej przestrzeni. I to pewnie przez to, że Danny ciągle i tak siedział na Stevie – jego ciało uznało zapewne, że mu wolno. W czym się cholernie bardzo myliło, bo pozycja, w której się teraz znajdowali, miała tylko jedną nazwę – intymna – i Danny nie chciał tego słowa w swoim spaczonym instynktem umyśle.

- Przepraszam – powiedział, wysuwając się z objęć Steve'a. – Dawno zasnąłem? – spytał jeszcze, przecierając twarz dłońmi tylko po to, aby dać sobie kilka sekund.

McGarrett jednak wyglądał na nieporuszonego – jak zawsze.

- Film i tak był kiepski – odparł Steve.

- Jest ranek, czego się spodziewałeś po telewizjach śniadaniowych? I tak powinniśmy się cieszyć, że nie było kreskówek – prychnął Danny i zdał sobie sprawę, że niedługo i tak będzie oglądał bajki.

Zamarł i Steve popatrzył na niego z pewną obawą w oczach.

- Nic się nie stało – powiedział pospiesznie, zanim McGarrett złapałby za broń albo ukryte nie wiadomo gdzie granaty. – Po prostu… - urwał, nie wiedząc, co tak naprawdę powinien powiedzieć.

Że cały czas myśli o tym, jak będzie siedział z ich córką na kanapie i oglądał bajki? To na pewno nie było normalne. A jednak takie cholernie prawidłowe. Nie wstydził się swoich uczuć, ale werbalizowanie ich przy Stevie to była całkiem inna para kaloszy. Specjalnie nie zaczynał zbyt często tematu dziecka, żeby McGarrett nie czuł się do niczego zmuszony. Jednak skutkiem tego nie rozmawiali o niczym innym, tylko o sprawach, które prowadzili. I może to wyjaśniało wszystkie kwestie, ale Danny jeszcze nie załapał.

Steve w końcu zasugerował raz, że ich córka nie będzie jego jedynym dzieckiem, więc z Cath musieli mieć konkretne plany. Zastanawiał się, czy jego dziecko będzie chciało widywać przyrodnie rodzeństwo. Jak to wszystko skleją w całość. A jeśli nawet będzie tylko od czasu do czasu wysyłał Steve'owi pocztówki z Jersey – czy to na pewno tędy droga.

Jego ojciec nalegał, aby Danny zerwał wszelkie kontakty z alfą. Jako komandos miał całkiem inne pojęcie o zawodzie, który Steve wykonywał, i cały czas mówił o zespole stresu pourazowego. I Danny'ego bawiłoby to, gdyby nie fakt, że z ich dwójki to on był tym niestabilnym. To on się budził w środku nocy, a nie Steve. Tego jednak ojcu powiedzieć nie chciał. I nie mógł. Znowu miałby ich na karku, a wyrósł z nadzoru rodzicielskiego.

- Chyba spada mi ciśnienie – stwierdził i to nie było kłamstwo.

Po prostu dzień ciągnął się w nieskończoność, a on czuł się słabo z niewyspania i nerwów. Nie był jednak w stanie spędzić w pozycji leżącej pełnych dwudziestu czterech godzin.

- Zrobię ci… - zaczął Steve i urwał, zapewne na końcu języka mając propozycję kawy.

Danny wykorzystał sytuację.

- Soku – dokończył za mężczyznę.

I Steve skinął głową. Nie wiedział, dlaczego między nimi ponownie jest tak sztywno, ale to mu się nie podobało. Nie chciał się czuć tak skrępowanym.

- Mówiłeś wczoraj, że to dom rodzinny – rzucił Danny, nie wiedząc za bardzo, o czym mógłby porozmawiać ze Stevem.

Nie chciał poruszać tematu pracy – ten jeden raz. I zamierzał zostawić Hesse'a za sobą.

- W zasadzie poprzednim razem zrozumiałem, że po prostu kupiłeś jakiś przypadkowy dom na wyspie, ale skoro mieszkaliście tutaj… - urwał sugestywnie, patrząc na porozwieszane wszędzie zdjęcia rodziny McGarrett.

Steve właśnie odwracał się, trzymając w dłoniach owoce. Blender znowu pojawił się na ladzie i Danny zaczął się zastanawiać, czy chce wiedzieć, z czego jest jego magiczny napój. Alfa trzymał jednak w dłoniach same normalne rzeczy. Żadnych traw i wodorostów. Ani nawet ananasa.

- Kupiłem go od ojca – przyznał McGarrett. – To taki zwyczaj. Kiedy syn jest na tyle dorosły, na tyle odpowiedzialny, aby założyć rodzinę, kupuje dom od swojego ojca. Dzięki temu ziemia przechodzi z pokolenia na pokolenie i to jest trochę tak, jakby… - Steve urwał. – Sygnał, że jesteś dorosły i nie mogą się wtrącać. Na wyspie mamy specjalne domy dla starszego pokolenia. Przenoszą się tam, żeby mieć wygodniej. Z tym, że ja kupiłem ten dom, gdy byłem w jednostce, kiedy byłem dość młody…

- Dość młody? – spytał Danny.

Steve zmarszczył brwi i podrapał się po szczęce.

- Miałem dwadzieścia lat – przyznał w końcu alfa.

Danny nie wiedział, czy McGarrett nie chciał się przed nim przyznać, że od dobrych kilku lat czekał, aż założy rodzinę, czy to była delikatna sugestia, że miał pieniądze. Sam nie przypominał sobie, aby dysponował gotówką, która kiedykolwiek umożliwiłaby mu zakup domu. A jakoś John McGarrett nie wyglądał mu na kochającego ojca, który pozwoliłby synowi na zaciągnięcie u siebie kredytu.

Steve wpatrywał się w niego, jakby oczekiwał jakiegoś komentarza, więc Danny uśmiechnął się lekko.

- Cath na pewno się podoba – odparł. – Oboje macie tendencje do zbyt aktywnego życia – dodał i mrugnął do niego porozumiewawczo.

Kobieta zawsze ćwiczyła ze Stevem, gdy tylko jej łódka zawijała do portu. Kono widziała ich kilka razy biegających wieczorami. To na pewno nie było normalne, aby ktokolwiek wstawał o piątej, aby popływać, a potem biegał wieczorem dla rozrywki. Patrząc jednak na mięśnie McGarretta, zdawał sobie sprawę, że nie powstały z niczego. Możliwe, że gdyby sam miał podobne ambicje – byłby w stanie doprowadzić swoje ciało do porządku, ale nie chciał być 'tym typem'. Ani tym bardziej nie pasowało to do jego stylu życia. Uwielbiał się obżerać i jeśli to oznaczało, że zostanie samotnym ojcem – no cóż…

Steve zamrugał, patrząc na niego jakoś dziwnie.

- Cath mówiła, że sądzisz, że jesteśmy razem – powiedział w końcu McGarrett i westchnął. – Nie jesteśmy – poinformował go spokojnie. – Mówiła też, żebym to z tobą wyprostował. Krępuje cię jej obecność – stwierdził alfa.

- Och – wyrwało się z ust Danny'ego.

I cóż – Danny nawet nie zamierzał udawać, że mu nie ulżyło. Przeczesał palcami nieposklejane żelem włosy i wzruszył ramionami.

- Jestem w ciąży z twoim dzieckiem. Sądziłeś, że nie będę się czuł głupio przy kobiecie, którą uważałem za twoją dziewczynę? – prychnął. – Szczególnie, że Cath jest świetna. Miła, inteligentna…

- Jest moją przyjaciółką – wszedł mu w słowo Steve. – Znamy się o wiele za długo, żeby… - urwał i spojrzał na niego chmurnie. – Powiedziałem ci wtedy w barze, że normalnie tego nie robię. I chociaż teraz znamy się o wiele lepiej, zasady pozostały te same. Nie okłamałbym cię. Nie mam nikogo. To byłoby nie fair, skoro ty jesteś… w ciąży – powiedział w końcu McGarrett i chyba kosztowało go to cholernie dużo.

Danny wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, nie wiedząc za bardzo, co powinien powiedzieć. Słyszał, że jego serce zaczyna bić o wiele szybciej i to nie było normalne. Jego dłonie zaczęły mrowić, pewnie dlatego, że zaciskał palce na oparciu krzesła tak bardzo, że bielały mu kostki. Steve wpatrywał się w niego jakoś dziwnie. Albo może to on był dziwny, bo czuł wzrok McGarretta na całym swoim ciele, a był pewien, że nie oderwali od siebie oczu od dobrych kilku chwil.

Nie do końca wiedział, co alfa chciał mu przekazać, ale nagle wydawało mu się to cholernie dobre. Nie cieszył go celibat Steve'a ani fakt, że nie byli razem z Cath, ale było mu jakoś lepiej z tą myślą. Nie musiał się już zastanawiać, jak powinien zachowywać się względem tej kobiety. A naprawdę ją lubił, co wcale niczego nie ułatwiało.

- Nie podoba mi się okolica, w której mieszkasz – powiedział nagle Steve z wyzwaniem w głosie.

- Co? – spytał Danny, nie bardzo pojmując, skąd ta nagła zmiana tematu.

- Nie podoba mi się okolica, w której mieszkasz – powtórzył uparcie Steve, a potem zacisnął usta w wąską kreskę. – Wiem, że się wkurzasz, gdy sądzisz, że się rządzę, ale Kono…

- Co Kono? – spytał Danny, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi.

- Dogadujecie się z Kono. Pomyślałem, że ona przemówi ci do rozsądku, ale powiedziała jakieś bzdury o tym, że omegi trzymają się razem i nie chce naruszyć jakiegoś dziwnego paktu – odparł Steve i zmarszczył brwi, jakby nie wierzył w ani jedno słowo. – Nie lubię twojej okolicy. Prostytutki, dilerzy, kradzieże, naloty policji, przypadkowe kule – wymienił jednym tchem Steve. – Nie powiesz mi, że to jest dobre dla dziecka.

Teraz to Danny zamrugał, nie wiedząc nawet, skąd to się w ogóle wzięło. Steve jednak nie skończył.

- Wiem, że się wkurzasz, gdy tobą rządzę, ale wysłuchaj mnie – poprosił Steve. – To jest zła okolica. Nie podoba mi się i jestem pewien, że nie podoba się również tobie. I to mieszkanie jest małe. I nie jest dobrze zabezpieczone. To jest twoje ciało i twoje życie, ale to dziecko jest też moje i mam… - urwał Steve biorąc głębszy wdech. – Mam pewne prawa.

Danny nie wiedział, dlaczego Steve nagle zrobił mu taki wykład, ale McGarrett patrzył na niego tak, jakby właśnie rozmawiali na jakiś cholernie ważny temat. Niedotyczący tylko jego cholernych sąsiadów.

- Wierz mi, że gdybym miał wybór, mieszkałbym gdzie indziej, ale na tej cholernej wyspie nie ma ani jednego domu… - zaczął Danny.

- Jest – wszedł mu w słowo Steve. – Mam pokój gościnny i pokój Mary Ann. Wybierz któryś – powiedział McGarrett i Danny zamarł, bo mężczyzna użył takiego tonu, jakby wydawał rozkaz.

I miał cholerną ochotę się zbuntować, bo to była jedyna prawidłowa reakcja na coś podobnego. Problem leżał jednak w tym, że znał Steve'a na tyle długo, aby wiedzieć, że alfa nie potrafi po prostu porozumiewać się z ludźmi. Dowodem na to była ta niewielka przemowa, z której Danny wnioskował, iż Steve próbował namówić Kono na rozmowę z nim. I dziewczyna go pogoniła, co wcale go nie dziwiło. Kono nie była rozjemcą. Ani posłańcem. I może w kwestii soku Danny trochę jednak postawił ją pomiędzy sobą a Stevem jako bufor, którym odgradzał się od alfy. To nie było całkiem fair w stosunku do Kono.

- Chcesz, żebym z tobą zamieszkał – powiedział więc spokojnie Danny.

Steve dalej spoglądał na niego swoimi szeroko otwartymi oczami. I to było niesprawiedliwe, że nawet z takim lekkim wytrzeszczem jego twarz nie traciła na przystojności. Kono mogła mieć rację w kwestii bogów wyspy. I Danny naprawdę nie chciał, aby jego myśli błądziły tym torem, ale nie potrafił się skupić, gdy Steve stał przed nim i czekał na decyzję, która tak naprawdę została dawno przez Danny'ego podjęta.

- Tak – odparł spokojnie i Steve zamrugał, jakby nagle nie wiedział, o co chodzi.

I Danny zaczerwienił się, gdy zdał sobie sprawę, że ostatni raz 'tak' tym tonem powiedział na swoim ślubie. Miało w sobie ten sam fatalizm i zdecydowanie. Tę samą wagę. I cholera jeśli wtedy nie był nawet mniej zdenerwowany. Z Rachel wszystko na początku było łatwe. A teraz czuł, że pcha się tylko w coraz większe kłopoty, bo McGarrett miał tendencje do przejmowania kontroli nad wszystkim. I może chciał go po prostu mieć pod ręką. Ale nawet jeśli chodziło tylko i wyłącznie o instynkty Steve'a – wszystko było w porządku, bo z jego instynktami też nie było całkiem w porządku. Mieszały mu w głowie i cholera, ale Carolowi na pewno ulży, gdy usłyszy, że Danny faktycznie wszystko załatwił. Chociaż konieczny był do tego włam do jego mieszkania. Tego szczegółu jednak oszczędzi lekarzowi.

I Danny miał ochotę się uśmiechnąć, widząc, jak napięte ramiona Steve'a w końcu się rozluźniają, gdy jego wzrok padł na uśmiechniętą twarz Johna McGarretta. Przełknął mimowolnie, przypominając sobie wszystkie poprzednie spotkania z tym mężczyzną i znowu zacisnął dłoń na poręczy krzesła. Ostatnim, czego chciał, to ojciec Steve'a rzucający niewybrednymi komentarzami, więc odchrząknął, gdy alfa wrócił do przygotowywania mu soku.

- Twój tata chyba nie pomyśli sobie czegoś głupiego, mam nadzieję? – spytał, starając się brzmieć pewnie.

- Mój ojciec? – zdziwił się Steve. – Nie wiem, co miałby sobie pomyśleć?

Danny wzruszył ramionami, robiąc mentalną listę wszystkiego, co mogłoby pójść źle.

ooo

Kono wpadła zebrać od niego zeznania i przytuliła go mocno, jakby chciała się upewnić, że był w jednym kawałku. Umówili się jeszcze tego samego wieczoru na mecz i Danny nawet nie mrugnął okiem, siadając koło Steve'a. Mężczyzna uniósł ramię, aby zrobić mu więcej miejsca, więc przywarł do jego boku, udając, że nie widzi radosnego uśmiechu Kono. Dziewczynie sprawiało o wiele za dużo satysfakcji ustawianie ich tak, aby byli blisko siebie. Danny miał do czynienia z kilkoma swatkami – szczególnie po rozwodzie z Rachel – ale Kono nie była nawet subtelna, co w tym zawodzie naprawdę było potrzebne. Danny, nie wiedząc nawet o tym, był na kilku randkach, gdzie sądził, iż towarzyszył siostrom matki, a okazywało się, że miały mu one do przedstawienia całkiem urocze córki swoich koleżanek.
Nigdy nie reagował pozytywnie na podobne akcje. Kono jednak w pewnym sensie bawiła go i nie zauważył nawet kiedy zasnął.

Poczuł coś ciepłego na czole i to w zasadzie go obudziło. Otworzył oczy lekko wystraszony, nie wiedząc, co się dzieje, ani gdzie się znajduje. Z bliska zobaczył tylko twarz Steve'a, który wpatrywał się w niego zaskoczony, jakby nie sądził, że Danny się obudzi i… I co? Właściwie nie wiedział, dlaczego serce mężczyzny zaczęło bić tak szybko, ale wyraźnie to czuł. Tak jak przed południem, Steve trzymał dłoń na jego biodrze, zabezpieczając go przed możliwym upadkiem. Telewizor był nadal włączony, ale Kono i Chin musieli dawno wrócić do siebie.
Danny nagle zdał sobie sprawę, że McGarrett musiał obserwować go, gdy spał. I był nad nim pochylony, bo wdychał jego zapach. Teraz wydawało się to takie oczywiste. Widział to w lekko rozszerzonych źrenicach Steve'a, jakby czytał z otwartej księgi. Alfa miał lekko rozchylone usta, a to miejsce na czole Danny'ego mrowiło. Prawie jakby ktoś go wcześniej pocałował i to tylko miało sens. Nie bardzo wiedział, co się dzieje, ale Steve wciąż wpatrywał się w jego oczy, jakby był całkiem zagubiony. I też nie wiedział kompletnie niczego. I może to było całkiem dobre.

Byli przynajmniej na tej samej stronie. Z tym że kciuk Steve'a zaczął zataczać niewielkie kółka na jego biodrze, aż w końcu wsunął się pod brzeg jego koszulki i dotknął nagiej skóry pod spodem. Steve nie odrywał od niego oczu, a jego dłoń przesunęła się w ślimaczym tempie na brzuch Danny'ego i już tam została. Gorąca, ciężka i taka prawidłowa.

Steve nigdy nie dotykał jego brzucha podczas wszystkich tych badań, ale Danny widział go gapiącego się od czasu do czasu. I to napięcie było nie do zniesienia.

- Trochę się zaokrągliłem – powiedział, starając się, aby to brzmiało lekko.

Nie chciał, aby Steve zauważył dodatkowy centymetr czy dwa i sam to skomentował, ale McGarrett poruszył lekko dłonią w górę i w dół, jakby badał wypukłość.

- Jest idealny – wyszeptał alfa tonem, którego Danny nie rozgryzał.

I Steve nadal na niego patrzył, jakby nic innego się nie liczyło. Jakby widział tylko jego. I było mu cholernie ciepło i wygodnie. Pierwszy raz od tygodni jego głowa była cudownie pusta i nie musiał się o nic martwić. Usta Steve'a były zaledwie o centymetry od niego i Danny uniósł lekko głowę, chociaż kąt był cholernie zły i to było niewygodne. McGarrett pochylił się jednak, przekręcając swoją szyję tak, aby on nie musiał skręcać sobie karku. I spotkali się w połowie drogi.