Kończymy przygodę z tym opowiadaniem, ale powstała do tego universum jeszcze czteropartówka. Może uda się ją nawet dzisiaj wrzucić. Dziękuję za wsparcie i wszystkie komentarze.


Danny obudził się, czując pocałunki wokół lewej kostki. To raczej nie było coś, czego się spodziewał o poranku i zerknął dół, na charakterystyczne wybrzuszenie pod kołdrą. Sypialnia Steve'a była rozświetlona słońcem i najwyraźniej alfa odpuścił sobie pływanie, w zamian poświęcając czas na molestowanie jego skóry. I Danny zastanawiałby się, skąd to nagłe zainteresowanie jego stopami, gdyby nie wspomnienie Hesse'a i wydrapanego nazwiska. Skóra wygoiła się, ale pozostała cienka blizna i litery McG były wyraźnie widoczne. Dlatego przeważnie starał się nie chodzić w spodenkach, chociaż klimat Hawajów do tego zachęcał.
Coś ciepłego wypełniło jego klatkę piersiową, gdy zdał sobie sprawę, że Steve trzyma usta bezpośrednio na numerze jego odznaki. Również teraz widocznym i niezapomnianym. Nigdy nie odnaleźli tamtej łodzi, ale ktokolwiek spojrzy na ściany, będzie wiedział, iż należy powiadomić policję.

Steve musiał wiedzieć, że Danny nie śpi, jednak nie przestał go całować i teraz wspiął się odrobinę wyżej – na jego łydkę. Nigdy nie był biegaczem, ale mógł się pochwalić tym, że jeśli był do tego zmuszony – poruszał się naprawdę szybko. Zadrżał, gdy Steve połaskotał go pod kolanem i nie sądził, że nogi są aż tak erogennymi strefami. Jego skóra zdawała się mrowić, a włoski stanęły dęba, gdy alfa zadrapał go lekko paznokciami wzdłuż napiętych mięśni.

Był nagi, ale nasienie – jego i Steve'a – nie zaschło na nim, więc zapewne McGarrett starł je, gdy on sam padł wyczerpany. Na samo wspomnienie tego, co robili – jego penis drgał z zainteresowaniem. Zamarł jednak, gdy zdał sobie sprawę, że nadal nie wie, na czym stoją. Nie było jak w Jersey, ale jednak wszystko znowu się powtarzało. Nie miał pojęcia, co siedzi w głowie Steve'a. Mężczyzna zapewne planował powrót do swojej jednostki, a tego Danny sobie nie wyobrażał. Podobnie jak związku na odległość. A Steve nie chciał mieszkać w Jersey. I planował rodzinę. Wszystko było źle i nie tak.

Nie trudno było odgadnąć, że alfa z całym tym dotykaniem leciał na niego. Steve wydawał się uważać te ich słowne utarczki za rodzaj gry wstępnej. W końcu niewielu przeciwstawiało się McGarrettom. To musiało być pociągające dla alfy. Albo przynajmniej intrygujące. A Danny był dobry w pokazywaniu, jak bardzo jest tajemniczy. To dlatego Rachel w ogóle zwróciła na niego uwagę. Jednak w związku chodziło o coś więcej i Danny wiedział, że to nie będzie już tak łatwe. I nie może walczyć całe życie ze Stevem tylko po to, aby alfa nie uznał, że ktoś inny będzie dla niego lepszym partnerem – pokazując siłę i niezależność dokładnie tak jak Danny przez ostatnie tygodnie.

Seks był dobry, ale coś zaczęło wzbierać w jego gardle i Steve musiał to wyczuć, bo zamarł na centymetry od jego brzucha. Mężczyzna spojrzał w górę, więc Danny starał się pozbierać, bo to musiało być to, o czym mówił Carol. Wahania nastrojów związane z polityką hormonalną jego organizmu. Teraz, kiedy słońce oświetlało sypialnię, pojęcia nie miał, dlaczego w ogóle pocałował McGarretta. Bo tak – to on zainicjował ten kontakt jak ostatni idiota. Zapewne wiedziony instynktem porzuconej omegi w ciąży albo jeszcze czymś gorszym – samotnością, do której nie zamierzał się przyznawać nawet przed samym sobą. Teraz, kiedy spoglądał na nowy dzień i nerwy spowodowane włamaniem zniknęły, wszystko stawało w innym świetle.

Steve zaprosił go do zamieszkania z sobą, a on mu się oddał jak najgorszy stereotyp pragnącej uczucia omegi. Nigdy nie lgnął do ludzi w ten sposób i McGarrett nie był najlepszym pierwszym wyborem, gdyby kiedykolwiek miał zacząć. A jednak jego ciało znowu go zdradzało i gorzki smak zaczął się pojawiać w jego ustach. Nie mógł tak żyć. Nie mógł sypiać ze Stevem, nawet jeśli facet naprawdę nie miał aż takiego zatwardzenia emocjonalnego, jak Danny sądził początkowo. Mieli mieć razem dziecko i co zabawniejsze – a raczej żałosne – dalej nie wiedział, co McGarrett o tym myśli.

Zakrył dłonią twarz, nie chcąc patrzeć na alfę i momentalnie poczuł, jak Steve całuje go po policzkach, zapewne kompletnie nie rozumiejąc, o co chodzi.

- Na czym stoimy? – spytał Danny wprost, nie odrywając dłoni od twarzy.

Nie chciał widzieć wyrazu twarzy Steve'a. Ten jeden raz chciał słów, a nie doczytywania się, co alfa chce mu przekazać. Zresztą McGarrett zesztywniał nad nim tak bardzo, że Danny uznał, że ma już swoją odpowiedź i westchnął po prostu. Wszystko, co stało się w Jersey, miało zostać w Jersey, ale najwyraźniej cokolwiek się działo na Hawajach podległo dokładnie tym samym zasadom i naprawdę nie miał z tym problemu. Był już dorosły, do jasnej cholery. Nie było to przyjemne, ale z pełną świadomością wszedł w tę sytuację i nawet ją zainicjował. I dlaczego McGarrett miał nie skorzystać? Nie dziwił się facetowi. Sam pewnie nie postąpiłby w ten sposób, ale omegi zawsze działały na innych zasadach i nie zamierzał się za to nienawidzić.

- Danny – zaczął Steve i jego zachrypnięty głos brzmiałby zapewne seksownie, gdyby nie fakt, że fiutem Danny'ego najwyraźniej sterowała jednak głowa, bo jego penis leżał bez życia na jego biodrze i po wcześniejszej erekcji nie pozostało nawet śladu.

Nie chciał nawet wiedzieć, czy Steve nie zastanawia się nad tym, czy do łóżka nie został zaciągnięty specjalnie. W końcu Danny najpierw pozwolił mu na wszystko, a już następnego ranka pytał, czy będą razem, jak jakaś licealistka, którą nie był. To nie tak miało zabrzmieć, ale też nie zamierzał się z tego wycofywać.

Steve złapał go za nadgarstek i próbował odciągnąć jego dłoń od twarzy, więc się nie wzbraniał, wiedząc, że alfa i tak jest silniejszy. I po chwili patrzył na McGarretta, który marszczył brwi w nieprzyjemny sposób. Steve otworzył usta, ale zamknął je, jakby nie wiedział, jakich słów użyć i Danny miał ochotę się roześmiać. W głowie miał już siedem gotowych scenariuszy i nie chciał być częścią żadnego z nich.

I wtedy zadzwonił telefon, ratując ich obu. Steve zsunął się z niego pospiesznie i Danny nie mógł mieć mu tego za złe. Obwinął się tylko prześcieradłem, korzystając z tego, że McGarrett jest do niego tyłem i ruszył w stronę swojego pokoju. Możliwe, że spędził pod prysznicem odrobinę za dużo czasu, zabierając alfie ciepłą wodę, ale kiedy wyszedł z łazienki, Steve czekał przed drzwiami już ubrany. A jego włosy były mokre, więc możliwe, że skorzystał z natrysków na lanai, które służyły mu do spłukiwania soli morskiej po porannym pływaniu.
McGarrett na siłę próbował nawiązać z nim kontakt wzrokowy, więc Danny spojrzał mu prosto w oczy i uśmiechnął się.

- Koniec urlopu, żeglarzu – powiedział tylko, starając się brzmieć żartobliwie.

- Hesse odnalazł Mary Ann i zaatakował ją w Rio – poinformował go McGarrett kompletnie go szokując. – Ojciec jest w jednostce i podaje szczegóły Kono – dodał i Danny nie marnował czasu.

Sięgnął do szuflady, zabierając broń i upewnił się, czy ma pełen magazynek.

- Nic jej nie jest? – spytał, nie odwracając się nawet.

Czuł, że alfa jest tuż za nim i jego ciało samo reagowało.

- To Mary Ann, trudno odgadnąć – powiedział Steve i nagle Danny usłyszał ciężkie westchnienie. – Porozmawiamy z moim ojcem, a potem zabiorę cię na lunch. Chciałbym porozmawiać o tym, co się stało… i… - urwał alfa i Danny po prostu wiedział, że to nie będzie miłe spotkanie.

Miał ochotę nawet zażartować, że nie mają o czym rozmawiać, ale to byłoby kłamstwo. I nie chciał za kilka lat powiedzieć swojej córce, że jej drugi ojciec nie wysyła jej nawet kartek na urodziny, bo on coś schrzanił przez swoją głupią dumę. Należała się jej chociaż szansa. A jeśli to potoczy się źle – no cóż, przynajmniej próbował.

- Jasne – powiedział krótko, zabierając z półki swój zegarek.

ooo

John McGarrett wpatrywał się w niego w sposób, który Danny'emu nie odpowiadał. Napięcie w sali konferencyjnej sięgało zenitu i Kono starała się stać jak najdalej od mężczyzny, jakby jego negatywne fluidy źle na nią wpływały. Kompletnie się z nią zgadzał. John wydawał się nienawidzić omeg i to było po prostu łatwe do wyczucia, gdy wpatrywał się w ich dwójkę z niesmakiem.

- Mary Ann zadzwoniła do mnie dzisiaj rano. Hesse przydybał ją na obrzeżach dżungli. Zwiedzała ze znajomymi jakiś park krajobrazowy i nagle wyczuła, że coś jest nie tak – zaczął John i Danny starał się nie pokazać po sobie, że facet naprawdę powinien przejść do rzeczy. – Trafiłeś go podczas akcji tutaj. Utykał. Dogoniła go kilka kilometrów dalej.

- Jak to, dogoniła go? – spytał Danny z niedowierzaniem.

Nigdy nie poznał Mary Ann, ale jednak żył w przeświadczeniu, że kobieta nie miała wyszkolenia Steve'a. Podobno nienawidziła wojska. Nie wyobrażał sobie zatem, że ruszyłaby w pogoń za terrorystą, który dybał na jej życie. Nie w środku chrzanionej dżungli.

- Mary Ann łatwo nie odpuszcza – westchnął Steve. – Doszły nas słuchy, że jej grupa znajomych… - urwał Steve i odchrząknął.

Danny nagle zdał sobie sprawę, że nigdy nie słyszał o parkach krajobrazowych w dżunglach Brazylii. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zapędzałby się zresztą do Ameryki Środkowej, gdyby nie miał konkretnego celu, a ten oznaczał przeważnie narkotyki. Sylwester bowiem dawno minął. Steve wspominał o tym, że Mary Ann to wolna dusza, ale kiedy połączył wszystkie fakty, jakoś nie potrafił w to uwierzyć.

- Twoja siostra współpracuje z kartelem? – spytał z niedowierzaniem i poczuł lekką satysfakcję, widząc minę Johna.

Był w końcu detektywem. Łączył takie rzeczy w ciągu sekund i wyciągał wnioski. Na policzkach Steve'a pojawił się rumieniec.

- Sądzimy, że jest wtyką CIA – westchnął John i zmarszczył brwi. – Nieważne. Ściśle tajne.

- Oczywiście – prychnął Danny. – Co się stało z Hessem?

- Dostał cztery kule. Mary Ann twierdzi, że jeden z jej znajomych pochował go na swojej posesji – wyjaśnił McGarrett senior.

Danny dopowiedział sobie w myślach, że cały czas mówią o plantacji marihuany, a nie ananasów. O Hessie zapewne świat miał zapomnieć. I trochę nawet bawiło go, że Victor nie miał kompletnych informacji o Mary Ann McGarrett i jak ostatni idiota ruszył w sam środek zapewne jakiejś walki gangów. One trwały w Ameryce Środkowej nieustannie.

Nie rozumiał co prawda, dlaczego John nie mógł im tego przekazać przez telefon, ale Steve nie odprężył się nawet trochę.

- To koniec, no nie? – spytała Kono wreszcie, zapewne też nie do końca nadążając za McGarrettami.

- Nie. Teraz można wyłapać ludzi z organizacji Hesse'ów, dopóki nie ma nowego kierownictwa i są w rozsypce – odparł John i spojrzał na syna wzrokiem, który się Danny'emu nie podobał.

Steve wziął głębszy wdech i zerknął na niego przelotnie.

- Mogą tutaj przyjechać, żeby pozbyć się głównego rywala Victora i udowodnić, że to do nich należy przywództwo. Swoistego rodzaju inicjacja – ciągnął dalej John. – Już najwyższy czas. Odeślij go – powiedział McGarrett senior i Danny zamarł, orientując się nagle, że zmienili temat na niego.

Kono otworzyła szerzej usta, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. I Danny nawet nie zdążył zareagować.

- Odeślij go – powtórzył McGarrett, jakby Danny był cholernym meblem z IKEI.

A on nie był niczyją zabawką, żeby przywozić go sobie z New Jersey, a potem – kiedy został już wykorzystany – odsyłać bez pytania go o zdanie. Miał ochotę palnąć faceta w łeb, ale jego ciało nie chciało drgnąć. W końcu stał naprzeciwko dorosłego alfy i jego instynkt krzyczał uciekajuciekajuciekajniebezpieczeństwo. I nienawidził tego.

Nigdy nie czuł się tak upokorzony. Jakby nie był w cholernej ciąży. Jakby fakt, że nosił dziecko Steve'a, się nie liczył. I może faktycznie coś w tym było, bo przecież jego alfa nigdy nie dał znać, że ciąża cokolwiek zmieniała. Nie byli razem, ale przecież Steve nie mógł go ot tak odesłać, pokazując mu tylko, jak wielką miał nad nim władzę. I jeśli sądził, że Danny nie powie w tej kwestii nawet słowa, grubo się mylił.

Ten chrzaniony staruszek nie miał prawa wchodzić tutaj i żądać nie wiadomo czego.

- Słuchaj, ty… - zaczął Danny, ale został zignorowany.

- Po cholerę jest ci potrzebny? – spytał John, wchodząc mu w słowo. – Będą na ciebie polowali, a on będzie ci tylko zawadzał.

Steve spojrzał na Danny'ego szeroko otwartymi oczami i Danny po prostu wiedział, że przegrał. Nawet pełna szoku mina Kono nie sprawiła mu radości. Omega zawsze wydawała się genialnie zorientowana w sytuacji, ale najwyraźniej alfy – bogowie tej wyspy – zaskoczyły ją skutecznie. I pewnie dopiero teraz do niej doszło, dlaczego Danny od samego początku bronił się przed nimi oboma. I jeden błąd, który popełnił wczorajszej nocy, nie przekreślał niczego.

Zacisnął usta w wąską kreskę, starając się chociaż rozluźnić pięści, bo najgorsze było to, że John miał rację. Danny był kompletnie zbędny SuperSEALowi. W tym stanie nie miał nawet pewności, czy sięgnie po broń w odpowiednim momencie i to bolało jeszcze bardziej, bo nie miał się jak bronić. Jeszcze w Jersey był genialnym gliną. Nie było na posterunku nikogo, kto nie wsparłby go w takiej sytuacji. Na Hawajach był nikim. Zaciążoną omegą. Jednak nawet w tak gównianej sytuacji nadal chciał mieć panowanie nad swoim życiem, więc wziął głębszy wdech.

- Składam rezygnację – powiedział spokojnie, unosząc głowę odrobinę wyżej, chcąc odzyskać chociaż odrobinę godności osobistej.

- Danny, nie! – krzyknęła Kono, a potem chyba próbowała do niego podejść, ale uniósł do góry rękę.

Steve zresztą wpatrywał się w niego w czystym szoku, jakby dopiero teraz ruszyło go cokolwiek.

- Pieprz się – powiedział spokojnie do uśmiechającego się Johna. – I ty też się pieprz – dodał, spoglądając na Steve'a, który teraz patrzył na niego wystraszony.

- Nie, nie – powiedział alfa pospiesznie, robiąc krok do przodu, a potem się zatrzymując, gdy ręka ojca obwinęła się wokół jego nadgarstka.

- Daj mu odejść – odparł John.

Steve zacisnął dłonie w pięści, ale Danny nie zatrzymywał się. Chciał tylko zabrać z biura te nieliczne rzeczy, które zostawił w szufladach. Nie zdążył się jeszcze urządzić i naprawdę pojęcia nie miał, dlaczego w ogóle zaczął przystosowywać przestrzeń do swoich potrzeb. W zasadzie od samego początku wiedział, że to się tak skończy.

- Jesteś idiotą! – krzyknęła Kono, ale raz w życiu nie było to skierowane do niego, więc zamknął za sobą drzwi, które i tak nie tłumiły dźwięków.

- Wiesz, że to musi odbyć się w ten sposób. Jak sobie wyobrażałeś ściganie ludzie Hesse'a z dzieckiem na ramieniu? – spytał John McGarrett i Danny tylko bardziej go nienawidził.

Wydawało mu się, że Chin dodał coś od siebie, ale Kelly nigdy nie krzyczał, więc słowa do niego nie dotarły. Zamarł jednak, gdy w końcu Steve uderzył dłonią w stół.

- Tak jak ty zrobiłeś z nami?! Myślisz, że chociaż przez sekundę mojego życia obchodziło mnie, czy złapałeś drani, którzy zabili mamę? Myślisz, że to obchodziło Mary Ann?! Chcieliśmy tylko, żebyś z nami był, a ty odesłałeś nas na kontynent! Twierdząc, że tam będziemy bezpieczniejsi! Myślisz, że takiego życia chciałem?! – krzyczał Steve. – Myślisz, że takiego życia chciała Mary Ann?! Zemsta to nie jest wszystko…

- Steve, nie rozumiesz. To nie było łatwe…

- Łatwe?! Co nie było łatwe? Stawić czoła faktom, że przez ciebie twoje dzieci straciły matkę? Dlatego przez piętnaście lat nie patrzyłeś nam w oczy?! Obudź się! Mama zginęła przez ciebie! Mary Ann jest nie wiadomo gdzie przez ciebie! Zabijam od dziesięciu lat przez ciebie! – krzyczał Steve i to na pewno nie było normalne. – Nie masz prawa wtrącać się w moje życie! Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem zachowałeś się jak mój ojciec, a nie mój dowódca! I niszczysz najwspanialszą rzecz, która przydarzyła mi się w życiu! – warknął alfa.
Danny spojrzał przez okno swojego gabinetu, nie bardzo wiedząc, co zastanie. Kono i Chin musieli wyjść gdzieś w trakcie, bo teraz tylko John wpatrywał się w czystym szoku w swojego syna.

- Jesteś szczęśliwy? – spytał Steve w końcu. – Zniszczyłeś i to. Nie mam już nic. I on odejdzie, bo dlaczego miałby zostać z wrakiem człowieka? – odparł alfa, wzruszając ramionami.

Danny nie bardzo wiedział, co powinien zrobić. Jego serce biło odrobinę za szybko, a jego dłonie były mokre od potu. Steve stał do niego tyłem, ale widział, jak napięte są ramiona alfy. Mógł sobie tylko wyobrazić wyraz jego twarzy, a potem nagle mężczyzna odwrócił się i spojrzał na niego zaskoczony, jakby wyleciało mu w głowy, że wciąż nie wygłuszyli sali konferencyjnej. Ciemny rumieniec wpełzł mu na policzki i odwrócił wzrok pospiesznie, a potem skierował się w stronę windy, ignorując fakt, że jego ojciec próbował go jeszcze zatrzymać.

Danny nerwowo zagryzł wargi, a potem zaczął wyciągać z szuflad swoje notatki. Skoro Steve uciekł – nie zamierzał go gonić.

ooo

Tak jak się spodziewał, McGarrett nie wrócił do swojego domu, więc Danny spokojnie spakował się, starając się nie dostrzegać, że więcej rzeczy wyłożył do szaf Steve'a w ciągu doby niż podczas pobytu w poprzednim mieszkaniu, które nadal było miejscem zbrodni. Jego żołądek domagał się jakiegoś godnego posiłku, odkąd przez pośpiech musiał rano zjeść kilka malasadas. I naprawdę zaczynał się przyzwyczajać do ich smaku, chociaż nie do końca przypominały pączki.

Steve był cichy i poruszał się jak kot, więc Danny normalnie nie zauważał go w domu, ale jednak nie mógł pozbyć się uczucia, że wokół jest zbyt cicho. Kiedy słyszał tylko swój oddech, było to zbyt nienaturalne.

Wykręcił numer Dennisa, zanim zdążył zrozumieć, co robi i Barat powitał go radośnie. Jego przyjaciel jednak szybko zamilkł, gdy jego wesoła odpowiedź nie pojawiła się w słuchawce.

- Co się stało? – spytał Dennis.

I Danny miał jakieś pięćdziesiąt odpowiedzi, ale jakoś żadna nie chciała przedostać się przez jego usta.

- Hesse nie żyje – wykrztusił w końcu, bo od tego wszystko się zaczęło.

Dennis milczał przez chwilę, co go zaskoczyło. Przecież powinien się cieszyć razem z Dannym. Śmierć Hesse'a oznaczała powrót do New Jersey i chociaż okoliczności nie były przyjemne – przecież nadal miał nareszcie wrócić do czekającej na niego rodziny.
Tymczasem czuł się dziwnie pozbawiony życia.

- Danny – zaczął Dennis. – Co się stało tak naprawdę?

- Ojciec Steve'a kazał mu mnie odesłać – przyznał w końcu.

- Jak jakąś… - zaczął Dennis i urwał.

I był mu za to cholernie wdzięczny, bo tego porównania akurat unikał. Wiedział, że teraz jego instynkty robiły z niego coś, czym nigdy nie był. I nie będzie. Daniel Williams bowiem nigdy nie był czyjąś suką. I chociaż wczorajsza noc pewnie temu trochę zaprzeczała, jednak miał swoją cholerną dumę.

- Chcesz, żebym skopał mu dupę? – spytał Barat wprost.

- Wiesz, że to może być nawet konieczne? – westchnął Danny. – Nie mogę… Dennis, ja nie mogę nawet podnieść broni – przyznał, czując, że coś zaczyna go dławić. – To podobno normalne. Nie mogę dorwać żadnego gnoja, bo dziecko nie czuje się bezpiecznie i zmusza mnie do tego, żebym się odsuwał od niebezpieczeństwa. Nie mogę być nawet gliną. Nie chcę trafić za biurko. A jeśli to nie przejdzie? Co ja, do cholery, zrobię? – powiedział na jednym wydechu.

- Spokojnie, Danny – zaczął Dennis.

- I cholera, ale się starałem. Byłem dobrym gliną i teraz tego nie ma. I mam wrócił do New Jersey, rozumiesz? Bo nie ma ze mnie już nic. Tak normalnie trafił z sedno. Nie mogę nawet wykonywać swoich obowiązków – ciągnął dalej, pocierając czoło, na którym pojawiło się kilka kropli potu. – Carol powiedział, że jeśli będę z kimś, to przynajmniej symptomy będą lżejsze, ale teraz wyjeżdżam… I Chryste, Rachel… Myślisz, że pozwoliłaby mi do siebie wrócić? Nie jest alfą, ale przecież to nie najgorszy substytut…

- Oddychaj, Danny. To atak paniki – wtrącił Dennis. – Oddychaj. Wszystko jest w porządku. Kiedy masz samolot?

Przełknął nadmiar śliny, starając się ustabilizować oddech, ale to nie było to. To niestety były cholerne fakty.

- Zabukuje na jutro lot. Odbierzesz mnie z lotniska? – spytał. – Nie wiem nawet, co z moim mieszkaniem. Gdzie przenieśliście moje rzeczy? Szef nadal trzyma dla mnie miejsce? Kto jest twoim nowym partnerem…

- Danny, nie rób głupot – westchnął Dennis. – Zwolnij na chwilę. Sądzisz, że kochasz Rachel?

- Ja wiem, że kocham Rachel – powiedział z mocą. – I miała rację. Cały czas miała cholerną rację. Nie ma nikogo i nie będzie nikogo… - zaczął, a potem zamarł, gdy usłyszał skrzypnięcie podłogi.

Steve uchylił drzwi do jego pokoju i wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę.

- Danny, Rachel nie chce twojego dobra. Ona chce ciebie. To nie jest ten rodzaj związku, którego chcesz. I, stary, ja nie jestem dobry w poradach, ale zaraz poproszę Karen, żeby do ciebie oddzwoniła i wyjaśni ci, o co mi chodzi… - powiedział Barat.

Steve na pewno go słyszał, sądząc po zmarszczce, która pojawiła się między jego brwiami.

- A jak ten palant alfa nie wyciągnie łba ze swojej dupy… - ciągnął dalej Dennis.

- Muszę kończyć – powiedział pospiesznie.

- Jest tam? – spytał Dennis.

- Tak. Oddzwonię do ciebie – odparł krótko, rozłączając się.

Nie sądził, że Dennis będzie miał mu za złe, że nie czekał na jego reakcję.

- Od kiedy wiesz, że nie możesz brać udziału w akcji? – spytał Steve. – To dlatego wtedy nie pobiegłeś za podejrzanym, ale uderzyłeś go w głowę?

Nie spodziewał, że to będzie temat, który McGarrett poruszy, ale przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Skoro podsunął mu tylko kolejny powód, aby się go pozbyć, nie mógł się teraz dziwić.

- To nie twoja sprawa – powiedział, zaplatając dłonie na piersi.

- Jestem twoim dowódcą. Powinienem wiedzieć…

- Złożyłem rezygnację – wszedł mu w słowo Danny.

Steve zacisnął usta w wąską kreskę.

- Mogę jej nie przyjąć – powiedział w końcu mężczyzna. – Jeśli będziesz chciał zostać, przydzielę ci pracę za biurkiem. Powiedziałeś, że obecność alfy pomoże, a już mówiłem, że ten dom…

- Steve, zwariowałeś – przerwał mu Danny, potrząsając głową. – Jak to sobie wyobrażasz? Zostanę tutaj bez rodziny i przyjaciół?

- My jesteśmy twoją ohana – powiedział McGarrett. – Lubisz Kono. Twoi rodzice mogliby nas odwiedzać. Hawaje są doskonałym miejscem na wakacje. Mógłbym dobudować domek gościnny i mogliby mieć tam pokoje…

- Steve – westchnął Danny.

McGarrett zamilkł w sekundzie, a potem spojrzał na niego pustym wzrokiem.

- Nie zgadzasz się – odgadł alfa. – Zadzwonię do gubernator i powiadomię ją, że się przenosimy – poinformował go i to nagle całkiem nie miało sensu.

- Przenosimy się? – powtórzył Danny.

- Do New Jersey – powiedział Steve spokojnie. – Nie chcesz tutaj mieszkać – dodał.

Danny zamrugał i zmarszczył brwi. Nie do końca nadążał.

- Nie chcę mieszkać tutaj, więc przenosisz się do New Jersey – stwierdził, bo powtarzanie faktów na głos zawsze my pomagało. – Ale ty nie chcesz mieszkać w New Jersey. Nie chcesz nawet odwiedzać New Jersey – przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę na ten temat.

McGarrett nie planował tam nawet stopy postawić i teraz Danny czuł się po prostu zagubiony.

- Przenosisz się tam z moją córką, chyba nie sądziłeś… - zaczął Steve i urwał, a potem jego oczy nagle zrobiły się wielkie. – Nie możesz mi jej odebrać, Danny – powiedział Steve, a jego mięśnie napięły się tak, jakby szykował się do walki. – Nie możesz mi jej odebrać. Ona jest także moją córką – przypomniał mu błagalnym tonem. – Mój ojciec nie jest…

- Nie chodzi o twojego ojca – wszedł mu w słowo pospiesznie. – Jak ty to sobie wyobrażasz, Steve? Widziałem, jak ludzie zaczynają się nienawidzić z mniejszych powodów. Nie chcę wychowywać dziecka w takich warunkach. Ona zasługuje na coś więcej. I lepiej będzie, jeśli zostaniesz tutaj i będziesz odwiedzał nas kilka razy do roku, niż jeśli zaczniemy się kłócić albo… - urwał i wziął głębszy wdech. – Wpadliśmy. Nazwijmy to po imieniu. To miała być jednonocna przygoda i niczego od ciebie nie oczekuję. Mógłbyś pisać do niej w urodziny i to by było genialne, ale nie da się zbudować związku…

- To nie musiałaby być jednonocna przygoda – wtrącił Steve pospiesznie. – Spaliśmy wczoraj razem. To nie jest jednonocna przygoda – powiedział takim tonem, jakby coś udowadniał. – Jesteś… jesteś po prostu mój – dodał tak boleśnie szczerze, że Danny miał ochotę dać mu w twarz.

- I traktujesz mnie jak kanapę, którą przestawiasz zgodnie z własnym życzeniem. Nie pytając mnie ani razu, czego tak naprawdę bym chciał – warknął, podnosząc się w końcu z łóżka.

I Steve wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.

- Cały czas chodzi o to, czego chcesz – odparł alfa. – Kupiłem ci samochód, ale go nie chcesz. Zarezerwowałem dla ciebie pokój w hotelu, ale tego też nie chciałeś. Nie chciałem na ciebie naciskać, bo nasz start nie był najlepszy, ale cały czas, cały czas się opierasz. Cokolwiek robię, robię źle. I wczoraj myślałem, że nareszcie zrobiłem coś dobrze, bo mnie pocałowałeś, ale dzisiaj już nie jestem tego taki pewien – dodał Steve z taką desperacją, że Danny do końca nie wiedział, co powinien powiedzieć.

Alfa jednak kontynuował.

- Czego chcesz, Danny? Chcesz mnie? – spytał McGarrett. – Bo nie chcesz mieszkać tutaj, a ja chcę wychowywać naszą córkę. Chcę ją widywać i ciebie też – dodał, a potem spojrzał na swoje dłonie.

Danny czuł w kącikach oczu coś podejrzanego i cholernie chciał to zwalić na hormony i upał. Jednak nie mógł. Steve wpatrywał się w niego, raz w życiu zrzuciwszy wszystkie maski, i nagle to 'jesteś mój' nabrało całkiem innego znaczenia. McGarrett nie użył tego w pejoratywnym znaczeniu. I Danny też od pewnego czasu myślał o nim jak o swoim alfie. Nie był całkiem przekonany, czy powinien do tego mieszać instynkty, ale Steve zawsze wydawał mu się po prostu prawidłowy. I cholera, ale Kono, wymuszając na nich układanie się w ten sposób na kanapie, pewnie chciała pokazać mu, jakie to było normalne, że McGarrett dotykał go w ten sposób. I nigdy nie spodziewał się po Stevie takiej delikatności, ale jednak wczorajsza noc zdradzała więcej teraz, gdy popatrzył na nią przez pryzmat rozmowy Steve'a z Johnem.

- Naprawdę jestem najlepszym, co cię w życiu spotkało? – spytał, chcąc się upewnić, że nie chodziło tylko o dziecko.

I myślał, że Steve potraktuje to jak żart, ale mężczyzna spuścił dłonie wzdłuż ciała i nie patrząc na niego, odparł:

- Tak.

I nie brzmiało to dowcipnie. Steve raczej wyglądał na człowieka, który się poddał i to nie było normalne dla jego SuperSEALa. Przynajmniej jednak Danny wiedział, na czym stoi. I Steve nie chciał go tylko z powodu dziecka. Takie związki nigdy nie oznaczały niczego dobrego. Widział na posterunku ofiary podobnych małżeństw i chociaż wiedział, że nigdy nie pobiliby się ze Stevem – jednak to wciąż nie była pociągająca wizja. Ich córka zasługiwała na więcej.

- Mój ojciec nie cierpi SEAL – powiedział Danny w końcu. – I pewnie będzie ci chciał pomóc w budowie tego domku dla gości. Jesteśmy miastowi, ale jednocześnie rodzina taty ma irlandzkie korzenie…

- Zostaniesz? – upewnił się z niedowierzaniem Steve.

- Tak, z tobą. Chciałbym – powiedział trochę nieskładnie Danny i zesztywniał, gdy mężczyzna objął go ramionami.

- Tak może być? – spytał Steve w jego włosy.

- Tak. Może być. Mam tylko jedną zasadę – westchnął. – Żadnych granatów w domu i samochodzie.