Nie sądził, że jego marzenia kiedykolwiek się spełnią. Oczywiście miał taką nadzieję, ale z każdym miesiącem, miniwystawą na uczelni czy nawet pochlebstwem ze strony organizatorów wernisaży – coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że jest zbyt niszowym artystą. Świat takich uwielbiał, ale kolekcjonerzy nie tak chętnie inwestowali w kogoś kto nie miał przebojowości tak charakterystycznej dla obecnej branży. Nie potrafił uśmiechać się i sprzedawać kłamstw o swoich obrazach podobnie jak koledzy, którzy prześcigali się w tym, która z ich prac została wykonana w najbardziej ekstremalnych warunkach. Prawda była taka, że do malowania potrzebny był spokój i cisza. Skupienie, którego nie rozpraszał świat zewnętrzny. Dla niego sztuka była ucieczką ze świata, z którego i tak się wycofał.
Peggy otworzyła przed nim drzwi starego Forda jej rodziców. Blacha wydała z siebie nieprzyjemny dźwięk, ale przechodnie nie zwrócili na to zbyt wielkiej uwagi. Bucky zresztą już wyjmował kolejne płótna, których nie pozbawili ram dopasowanych przez Margaret jeszcze przed wystawą. Miał nadzieję, że nie porysowali metalowych belek. Nie wątpił, że zostaną zmienione – oprawione ponownie w coś bardziej pasującego, może droższego, ale nie chciał narażać Margaret na dodatkowe koszty.
Kobieta powitała ich z uśmiechem, który podniósł go na duchu.
Stary garnitur, który na szczęście zdążył przeczyścić, gryzł bardziej niż normalnie. Kołnierzyk zaciskał się na jego szyi, jakby w każdej chwili miał pozbawić go resztek powietrza. I nigdy nie sądził, że jego chude ciało wyda z siebie tak wiele potu. Wypił zaledwie herbatę dzisiejszego ranka i zaczynał rozumieć, dlaczego zaschło mu w ustach, gdy znowu pojawił się w galerii – tym razem za dnia.
Jo uśmiechnęła się chłodno, profesjonalnie, jakby doskonale zdawała sobie sprawę, że jest tylko cholernym szczęściarzem, a nie gwiazdą Margaret. Nie potrafił mieć jej za tego za złe. Czuł się podobnie i podejrzewał, że to jednorazowa wizyta. Tym bardziej, że nie miał, aż tak wielu prac. Przeważnie płótna kupował, gdy miał już zamówienie na kolejny obraz, a kiedy te sprzedawał – nie pozostawało mu wiele prócz wspomnienia o emocjach, które odchodziły wraz z każdym pociągnięciem pędzla. I może Bucky miał rację – powinien był fotografować każde dzieło zanim opuściło jego niewielki pokój.
Nie wątpił, że jego Ma, kilka ciotek oraz rodzina Peggy nie mieliby nic przeciwko odwiedzinom jeszcze w ten weekend z aparatem, ale Margaret chciała zdjęć tego, co mogłaby sprzedać.
- Chłopcze, wiedziałam, że coś w tobie jest – powiedziała Marget, obejmując go ramieniem.
Zastanawiał się czy poznała garnitur, bo strzepywała niewidoczny pyłek z jego marynarki o kilka sekund za długo. Znał te zagrania. Peggy omówiła je z nim podczas jednego ze swoich pijackim wieczorów, gdy nie mogła pojąć idiotyzmu pozostałych przedstawicielek swojej płci. Popierał ją w tym . I również nie rozumiał istoty strzepywania nieistniejących pyłków z jego marynarki. Wprawiało go to w zakłopotanie, gdy Margaret tak skutecznie przechodziła do jego prywatnej strefy.
Nie wiedział co odpowiedzieć. Czy powinien odpowiedzieć w ogóle skoro to było czyste stwierdzenie. Albo kobieta czuła się po prostu dumna z faktu, że jednak się nie pomyliła. Osobiście jednak sądził, że nie mogło dojść do pomyłki, skoro nigdy wcześniej nie powiedziała tego na głos. Wielu przed nią twierdziło, że coś w nim jest, ale nie szło nic za tym. Peggy wręcz warczała, gdy wracał z kolejnej wystawy urządzanej przez uczelnię z tym samym stekiem pochwał. Nie był pewien czy jest dobry, ale wiedział jedno: malowanie stanowiło jeden z ważniejszych aspektów jego życia. Może nie mówiło to wiele skoro posiadał dwójkę przyjaciół oraz matkę – i to było wszystko co można było o nim powiedzieć. Jednak dla niego trzymanie pędzla w dłoni, zapach farb, lekko chropowata powierzchnia płótna i możliwość zatopienia się w myślach była wszystkim.
Bucky oparł o ścianę jeden z większych obrazów, gdy ochroniarz przytrzymał mu drzwi.
- Jeśli jakiś bogacz kupił to wszystko, nie rozumiem dlaczego nie mógł podesłać po to swoich ludzi – jęknął jego przyjaciel.
Steve poczuł nieprzyjemny rumieniec zażenowania budujący się na jego policzkach.
- Bucky – warknął, ale Margaret nie wydawała się urażona.
- W zasadzie padła taka propozycja, gdy pan Stark usłyszał, że prac nie ma w galerii – przyznała kobieta, nie mrugnąwszy nawet okiem. – Nie byłam jednak pewna czy chcesz go widzieć – dodała, spoglądając na niego z wyraźnym zmartwieniem.
Steve poczuł jak jego ramiona sztywnieją. Spodziewał się, że jeden z tych ekscentryków mógł pomylić nazwisko artysty. Nie sądził jednak, że Tony po kilku sekundach rozmowy z nim w ogóle go zapamiętał. Mężczyzna wydawał się rozdawać swój numer na prawo i lewo. Tak przynajmniej sugerowały zdjęcia, które widział. Artykuły, których starał się nie czytać. Nie mógł nie zastanawiać się czy Stark zapamiętał go tylko dlatego, że Steve był najbardziej bezbarwną postacią, którą spotkał w tym tygodniu.
Margaret wciąż spoglądała na niego, jakby oczekiwała odpowiedzi. Nie rozumiał jednak dlaczego miałby nie chcieć się spotkać z Tonym. Widzieli się raz. Mężczyzna nie obraził go i najwyraźniej nie czuł się również obrażony bezpośredniością Steve'a.
- Dlaczego miałbym nie chcieć spotkać pana Starka? – spytał więc, wzruszając ramionami.
I cholerne wspomnienie numeru, którego nigdy nie wyrzucił z jakiegoś powodu, paliło bardziej niż normalnie. Może powinien był jednak zadzwonić. Albo teraz jest winien Tony'emu telefon z podziękowaniem. Nie wiedział jednak czy to na pewno na miejscu. Jakich słów miałby użyć? Dziękuję za wykupienie moich prac? Dziękuję za zasponsorowanie mojego czynszu w tym miesiącu? Nie wiedział ile płócien kupi, ale farby wymagały odświeżenia. Część zużył i korzystał z mieszania kolorów, ale to nigdy nie dawało tego samego efektu. Niektóre kolory musiały pozostać czystymi – bez domieszek barw pośrednich.
Jo spojrzała na niego z niedowierzaniem, jakby to była ostatnia rzecz, której się spodziewała. Zapadła nieprzyjemna cisza, podczas której Margaret dalej głaskała jego ramię, jakby był spłoszonym koniem. Nie czuł się przytłoczony, może odrobinę zdezorientowany. Miał wrażenie, że ich rozmowa odbywa się na dwóch całkiem odmiennych płaszczyznach. I mówiąc o Starku Margaret sugerowała o wiele więcej. Próbował sobie przypomnieć całą rozmowę z Tonym, ale to nie było łatwe po takim czasie. Wymienili może dwa zdania na temat jego pracy. Steve napomknął tylko o swoim katolickim pochodzeniu, co nikogo nie powinno interesować. I nie zainteresowało. Paplał coś bez sensu, ale Tony wydawał się rozbawiony jego niedostosowaniem. Jeśli cokolwiek opowiadał ludziom potem – może o śmiesznym młodym malarzu – Steve nie miał jak się o tym dowiedzieć. Nie mieli wspólnych z Tonym znajomych. I Stark nie wyglądał na kogoś, kto obgadywałby go za plecami. Kim zresztą był Steve, aby Tony wspominał o nim w swoich prywatnych żartach.
Peggy uniosła brew i spłoszona Margaret odchrząknęła w końcu.
- Oczywiście nie miałam na myśli niczego złego – powiedziała pospiesznie kobieta, ale nadal nie odzyskał ramienia.
- Steve przyszedł dostarczyć obrazy. Musimy wracać na zajęcia. Proszę wypłacić mu to co mu się należy i znikamy – odparła Peggy, chociaż naprawdę nigdzie się nie spieszyli.
Oczy Margaret zrobiły się odrobinę większe.
- Wypłacić? – spytała podniesionym tonem.
- Znaczy oczywiście, że… - zaczął Steve, orientując się nagle, że w zasadzie nigdy nie omawiali tej części.
Margaret sprawiła mu niezwykłą przyjemność samym zaproszeniem. Nie zdziwiłby się nawet, gdyby kwota wypłacona przez Starka nie pokryła wydatków związanych z wystawą. Te ramy potrafiły być zdradliwie drogie, dlatego nigdy nie oprawiał swoich obrazów.
- Wypłacić – zaśmiała się nagle Margaret, jakby to był świetny żart, a ku jego zaskoczeniu Jo zawtórowała jej. – Chłopcze, o ile nie przyniosłeś z sobą pokaźnego neseseru… - zaczęła i urwała, a potem poklepała go po ramieniu ostatni raz.
Jo podała jej bez słowa niewielki czek i trochę zaskoczony wpatrywał się na sumę, która została wypisana drobnym pismem kobiety. Margaret podsunęła mu luźno spisaną umowę, na której znajdowały się ponumerowane obrazy wraz z sumami, które najwyraźniej zostały zaproponowane przez Starka. To było czyste szaleństwo. Stark musiał upić się albo zażyć coś szkodliwego. Jego asystentka mogła się pomylić. Cokolwiek.
Oczy Bucky'ego zrobiły się wielkie jak spodki, gdy zerknął ponad jego ramieniem. Tylko Peggy nie mrugnęła nawet okiem.
- Myślę, że nastąpiła… - zaczął niepewnie, patrząc bezradnie na Margaret.
- Nie, chłopcze. Zapewniam cię, że to żadna pomyłka. Sama byłam w szoku, że wywarłeś na Tonym takie wrażenie. Nie interesuje się sztuką. Gdyby nie fakt, że jego firma inwestuje w kulturę dla dobrego wizerunku, nie pokazałby się tutaj – przyznała kobieta, wpatrując się w niego tak intensywnie, jakby chciała odgadnąć co stało się przez te parę minut, gdy zostawiła ich samych.
Nagle do Steve'a doszło dlaczego wokół panuje tak nieprzyjemne napięcie i poczuł, że jego policzki płoną.
- On nie - zaczął i zająknął się, nie wiedząc jak to powiedzieć. – My nie… On spytał tylko skąd pochodzę i powiedziałem, że to garnitur z bierzmowania – poinformował wszystkich, lekko oburzony faktem, że nagle jego niewielki sukces; coś co jeszcze przed sekundą dało mu wiarę w jego własne możliwości, zostało tak brutalnie sprowadzone do nieprzyjemnych insynuacji, które nie miały nic wspólnego z prawdą.
Jeśli Stark czuł się tak przeważnie, przestało go dziwić, że mężczyzna nie bywał na przyjęciach tego typu. Nie był snobem – to Steve odkrył bardzo szybko.
Peggy zaśmiała się, jakby nie spodziewała się niczego innego, ale Margaret wciąż spoglądała na niego, jakby nie wierzyła ani jednemu jego słowu.

Czek wypalał dziurę w kieszeni jego garnituru. Bucky i Peggy nie powiedzieli ani słowa, odkąd opuścili galerię. Jeszcze nigdy nie miał tak wiele pieniędzy. Jeszcze nigdy nie miał pieniędzy, które go obrażały. Dotychczasowo jakoś wiązali koniec z końcem. Dorywcze prace dawały im możliwość szybkiego zarobku, który nie wpływał za bardzo na rozkład ich zajęć. Nie sądził, że kiedykolwiek zacznie sensownie zarabiać sztuką, ale teraz nie był tak pewien czy chce. Insynuacje Margaret nie były przyjemne, a co gorsza nie potrafił się jej dziwić. Znał kilka osób, które na jego miejscu – mając Tony'ego Starka pod ręką – nie zawahałoby się. Szczególnie, gdy mężczyzna okazał się przyjemny dla oka i inteligentny.
- To było całkiem zabawne – stwierdziła Peggy w końcu, gdy parkowała samochód rodziców pod ich blokiem.
- Nie wiem czy Margaret jeszcze wystawi moje obrazy w swojej galerii – odparł Steve, bo nagle uderzyło go, że to była tylko jednorazowa umowa.
Margaret poszukiwała na uczelniach ludzi, którzy jeszcze nigdy nie pokazali swoich prac innym. On już miał to za sobą.
- Och, uwierz mi, że to nie jest twoim problemem – prychnęła Peggy. – Jeśli to ma sprowadzić ponownie Tony'ego Starka do jej galerii, będzie wystawiać nawet twoje bazgroły z przedszkola – odparła i spojrzała na niego, unosząc wyżej jedną brew, jakby oczekiwała, że za nią nadąża.
I znowu nie był pewien czy chce.
- To nie było zabawne – odparł trochę irytowany.
- Ubawiłam się przednio – poinformowała go Peggy. – Wyobraź sobie, że myśleli, że przespałeś się z nim, a on kupił twoje obrazy – powiedziała w końcu na głos to, co wszystkim chodziło po głowie i Steve poczuł jak jego dłonie zaciskają się w pięści.
Nie sądził, aby kiedykolwiek upokorzono go bardziej.
Bucky z trudem utrzymywał obojętny wyraz twarzy i Steve wiedział, że zaraz przestrzeń między nimi wypełni śmiech przyjaciela.
- To nie jest zabawne – powiedział uparcie, ale Peggy poklepała go po ramieniu.
- Nie, Steve. To jest najzabawniejsze co słyszałam w tym roku. Znam cię i wiem, że za żadne skarby świata ten numer nie przeszedłby z tobą – oznajmiła mu, uspokajając go trochę. Nie wiedział nawet, że nosił ciężar na swoich ramionach dopóki ten nie znikł. Zaufanie przyjaciół było dla niego wszystkim. – Poza tym, jaki sens byłby w płaceniu za cokolwiek, skoro Stark już oderwał kupony od swojej nagrody? – spytała retorycznie, a gdy Steve sądził, że gorzej być już nie może, bo Bucky leżał na kanapie z tyłu trzymając się za brzuch; Peggy dodała: - Bardziej uwierzyłabym, że to zapłata z góry.
Steve zakrył twarz dłońmi.
- Naprawdę jednak sądzę, że jesteś genialnym artystą – ciągnęła dalej Peggy. – I ten pacan z tyłu też, ale sama insynuacja, że mógłbyś coś takiego… - urwała i prychnęła.
Stłamsił w sobie głupi bunt, który nakazywał mu przekornie powiedzieć, że przecież Stark dał mu swój numer telefonu. Steve z niego nie skorzystał, ale przecież go dostał. To chyba świadczyło o czymś. Nieprzyjemna myśl jednak pojawiła się niemal natychmiast.
- Sądzisz, że on teraz oczekuje… - zaczął i urwał, nie chcąc brzmieć głupio.
- Kto zrozumie bogaczy – westchnęła Peggy. – Wygląda mi to na kaprys. Albo nie chciał patrzeć na twój okropny garnitur i to jego sugestia, żebyś poszedł na zakupy. I osobiście totalnie się z nim zgadzam. Albo to i twoje obrazy naprawdę do niego przemówiły…
- Czy uważasz, że teraz będzie czekał na jakąś rekompensatę z mojej strony ?– wszedł jej w słowo i Peggy spojrzała na niego uważnie.
Bucky śmiejący się nadal z tyłu, wcale nie wprawiał go w lepszy humor.
- Tony Stark mógłby mieć każdego i wątpię, aby płacił za seks – powiedziała całkiem szczerze Peggy. – Jednak trudno jest mi wyrokować o kimś, kogo nie znam. Rozmawialiście o czymkolwiek co mogłoby to zasugerować? – spytała. – Wiem, że zareagowałam ostro wtedy, ale nie chciałam, żebyś wybudował sobie obraz idealny kogoś, o kim nie miałeś pojęcia.
Chciał jej powiedzieć, że przecież oboje nie znali Tony'ego, ale wiedział, że miała rację. Stark pozostawiał po sobie ogromne wrażenie. Steve mgliście pamiętał tematy, które poruszyli, ale jego garnitur oraz inhalator nie wydawały mu się zajmujące. Dla Tony'ego mogło być kaprysem wykupienie wszystkich jego prac, ale dla niego miało to ogromne znaczenie.

Bucky uśmiechał się krzywo w jego stronę za każdym razem, gdy mijali się na wąskim korytarzu ich mieszkania i Steve w końcu nie wytrzymywał.
- Ludzie nie chcą z tobą uprawiać seksu nawet za darmo – powiedział o kilka tonów za głośno i usłyszał przez ścianę szaleńczy chichot Peggy.
Bucky wydawał się dość zaskoczony, ale na twarzy przyjaciela niemal natychmiast pojawił się kolejny wredny uśmieszek.
- Stary, chciałem ci tylko pogratulować wyrwania takiego dzianego dziadka! Mecenasi byli bardzo modni… - zaczął Bucky.
- Ani słowa – powiedział przez zęby Steve. – I nie jest dziadkiem. Ma…
- Och, ktoś tu sprawdzał – zaśmiał się Barnes i Steve wiedział, że wpadł w pułapkę.
- Ani słowa – powtórzył tylko unosząc do góry wyciągnięty palec, ale Peggy dalej chichotała w swoim pokoju.
Próbował przemknąć dalej bez incydentów, ale to nie było łatwe, gdy ściany wydawały się składać z kartonu pokrytego tynkiem.
- Ale wiesz, że czekamy na zaproszenie na kolacje? I płacisz czynsz w tym miesiącu! Te obrazy były naprawdę cholernie ciężkie, nie możesz malować czegoś mniejszego… Powiedzmy w wymiarach… - krzyczał za nim Bucky, więc Steve zatrzasnął drzwi swojego pokoju.
W zasadzie nie był wściekły. Jego przyjaciele znakomicie rozładowywali napięcie, które czuł. Jeszcze dzisiaj rano nie był pewien czy będzie w stanie spojrzeć Margaret w oczy, ale słyszał już wszystkie wersje o sponsorowanych artystach, a Bucky posunął się do tego, aby porównać go do Julie Roberts, gdy Tony Stark stał się nagle Richardem Gerem. Nikogo nie obchodziło, że nie był prostytutką, a szanowanym studentem Akademii Sztuk Pięknych.
Pocieszał go tylko fakt, że Peggy jak zawsze miała rację. Tony Stark mógł mieć każdego i nie musiał płacić za takie rzeczy. Od czasu do czasu w telewizji dostrzegał mężczyznę udzielającego wywiadów swoim pewnym siebie głosem z dowcipem i charyzmą, której pozazdrościć mógł mu niejeden. Tony Stark miał to coś i wszyscy wokół widzieli to.
Spojrzał niepewnie na wizytówkę, która wystawała spomiędzy książek. Peggy przestrzegła go i był jej za to wdzięczny. Może jak ostatni idiota zadzwoniłby wtedy do Starka nie bardzo świadom tego o czym w ogóle mieli rozmawiać. Nie znał się na robotach. Nie chciał być też jednym z tych zdesperowanych ludzi, którzy chcieli zwrócić na siebie uwagę kogoś niezwykłego. Bo jeśli czegoś był pewien – to tego, że Tony Stark miał w sobie coś niesamowitego. Był trochę jak magnez i wydobył ze Steve'a to co najlepsze. Nigdy wcześniej nie czuł się tak dowcipnym, ale wyraźnie rozbawił mężczyznę kilka razy. To było dziwnie przyjemne i to wspomnienie powracało raz po raz. Przy Tonym swoboda nabierała całkiem nowego znaczenia – wątpił, aby był w stanie powiedzieć cokolwiek, co byłoby nie na miejscu. Obaj byli wtedy nie na miejscu.
Obrócił wizytówkę w dłoni kilka razy i westchnął. Nigdy nie był interesującym rozmówcą i teraz próbował ułożyć sobie w głowie plan tego, co chciał powiedzieć. Na wpółświadomie wprowadził cyfry i nacisnął zieloną słuchawkę, zastanawiając się czy nie lepiej byłoby trafić na pocztę głosową, jednak zaspany głos odpowiedział niemal natychmiast.
Spojrzał nawet zaszokowany na tarczę zegara, ale był wieczór. Wiadomości na FOX nie zaczęły się nawet.
- Tony Stark, czy jest tam kto? – spytał mężczyzna bardziej rozbawiony niż zdenerwowany.
- Och – wyrwało się mu. – Steve Rogers, Steven Rogers – poprawił się. – Nie wiem czy pan mnie pamięta z wystawy…
Tony ewidentnie podnosił się z łóżka. Steve słyszał wyraźnie charakterystyczny dźwięk uginanego materaca i nie potrafił nie zastanawiać się jak bardzo przeszkadza. Nie miał jednak żadnych pobudek, aby sądzić, że Tony nie jest sam.
- Oczywiście, że cię pamiętam artysto z inhalatorem – powiedział Stark z czymś dziwnie ciepłym w głosie.
Steve miał ochotę walnąć się w czoło. Musiał go pamiętać, skoro zainwestował w jego obrazy.
- I nie pan. Jestem Tony. Ostatnim razem wydawało się to dość oczywiste. Coś się zmieniło? – spytał Stark.
- Nie, oczywiście, że nie – przyznał Steve pospiesznie.
- Jesteś pewien? – spytał Tony z czymś dziwnym w głosie. – Dałem ci swój numer kilka tygodni wcześniej, ale nigdy nie zadzwoniłeś.
Steve przełknął ślinę, nie wiedząc, co powinien odpowiedzieć.
- Ale dzwonisz teraz – ciągnął dalej Tony, najwyraźniej nie oczekując odpowiedzi na niezadane pytanie. – Powiedzmy, że ci wybaczę to opóźnienie – dodał i prychnął.
Steve mógł oczami wyobraźni zobaczyć ten krzywy uśmieszek. Nie wiedział jakim cudem, ale widział przed sobą Tony'ego w jego drogim garniturze sprzed kilku tygodni z drinkiem w dłoni, chociaż jednocześnie jego umysł podpowiadał mu, że Stark znajduje się zapewne we własnej sypialni. Wydawać by się jednak mogło, że zaczęli dokładnie tam gdzie skończyli. Z tą różnicą teraz, że Stark wykupił jego obrazy. Cisza przedłużała się nieprzyjemnie i Steve poczuł pierwsze iskierki paniki.
- Czy zadzwoniłeś, aby porozmawiać o czymś konkretnym? – spytał Tony i Steve był mu cholernie wdzięczny, chociaż w głowie kołatała mu się tylko jedna myśl.
- Czy kupiłeś wszystkie moje obrazy, żebym do ciebie zadzwonił? – spytał wprost, nie potrafiąc się powstrzymać i dziękował temu, kto wymyślił telefon, bo Tony nie mógł zobaczyć teraz rumieńca na jego twarzy. – To znaczy nie chciałem...
Stark prychnął.
- Nie – powiedział krótko mężczyzna.- Chciałem, żebyś do mnie zadzwonił, żebym mógł kupić twoje obrazy, ale potem zdałem sobie sprawę, że kupowanie ich od ciebie byłoby dziwne – przyznał szczerze.
Steve musiał się zgodzić. Nie wyobrażał sobie takiej sytuacji i dlatego był tak bardzo szczęśliwy, że ludzie pokroju Margaret istnieli.
- Czy ktoś zasugerował coś podobnego? – spytał Tony całkiem szczerze i nie wydawał się wcale urażony.
W jego głosie nie było też zaskoczenia, co było dziwnie przyjemnie. Jakby to nie była taka pierwsza sytuacja. I może nie była.
- Nie. Margaret sądziła… - zaczął Steve, ale tym razem urwał, zdając sobie sprawę, że tylko pogorszy swoją sprawę.
- Margaret sądziła co? – spytał Tony.
- Nic – odparł pospiesznie i Stark prychnął.
- A teraz kłamiesz. To dziwne, sądziłem, że nie jesteś zdolny do kłamstwa – stwierdził Tony i wydawał się naprawdę rozbawiony.
Jak mylenie się sprawiało mu radość. I Steve miał dość tego, że ludzie patrzyli w ten sposób na niego.
- Jeśli ktoś jest prawdomówny to od razu harcerzyk? Rozmawiasz ze mną, bo to łatwe? – warknął zirytowany. – Jesteś trochę dupkiem, wiesz.
Tony zaśmiał się krótko.
- Rozmawiam z tobą, bo to trudne – przyznał Stark, trochę go zaskakując. – Powiedz szczerze, czy twoje święte oburzenie na samą myśl, że jesteś posądzany o wypieprzenie sobie drogi do mojego portfela nie czyni z ciebie harcerzyka?
Steve zaniemówił, przypominając sobie całą scenę.
- Nie byłem oburzony – skłamał. – Skąd możesz wiedzieć – dodał lekko zirytowany, nie próbując nawet ukrywać co sądziła Margaret.
Tony wydawał się być całkiem świadom swojej reputacji i nie mówił nic na swoją obronę. Jeśli Margaret miała mieć jakieś problemy z tego powodu, w zasadzie nie przyczynił się do nich.
Tony zaśmiał się ponownie.
- Steve, byłem tam. Widziałem cię przez okno, gdy wraz z twoimi przyjaciółmi wnosiliście obrazy. Odbierałem te obrazy dzisiaj – poinformował go spokojnie Tony.
Steve nie wiedział co powiedzieć.
- Nie byłem oburzony – powtórzył w końcu uparcie, chociaż nie wiedział kogo próbuje teraz okłamać.
- Okej – odparł Tony.