Steve podrapał się nerwowo po ramieniu. Gratulacje zebrane od jednego ze swoich wielce szanowanych profesorów, nie były czymś, czego się spodziewał pod koniec swojego dnia. Wiedział, że jest mocno spóźniony. Bucky dzwonił do niego już kilka razy, ale ten miły staruszek cały czas do niego mówił i trudno było wyjść tak po prostu zostawiając go w połowie pouczeń o tym jak powinien teraz poprowadzić swoją karierę. Nie wiedział, że jakąkolwiek zaczął – sprzedał zaledwie kilka obrazów i to Tony'emu. Nie wątpił, że to nie znaczyło aż tak wiele. Pewniej czułby się, gdyby po jednym kupiło dwanaście osób. Wtedy wiedziałby, że podobają się szerszej rzeszy.

Oczywiście cieszył go i ten sukces, ale słowa Margaret wciąż tkwiły w nim głęboko.

Wybiegł przed uczelnię przeszukując niewielki tłumek wzrokiem i zamarł, gdy przyciemniana szyba Bentleya zsunęła się w dół, a Tony uśmiechnął się do niego zawadiacko. Kilku studentów odskoczyło. Zapewne spodziewali się, że samochód stał po prostu zaparkowany przy chodniku. Kierowca jednak znajdował się w środku i kiwał teraz sugestywnie w stronę Steve'a.

- To Tony Stark! – krzyknął ktoś za nim.

Był tego w pełni świadom.

- Wsiadaj zanim napuszczą na mnie prasę – rzucił Tony lekko zirytowany zapewne jego opieszałością.

- Mój przyjaciel… - zaczął Steve i druga szyba odsunęła się, a Bucky uśmiechnął się do niego radośnie.

I pewnie powinien był się tego spodziewać. Bucky w końcu rzadko się spóźniał.

Nie bardzo wiedział, które miejsce powinien wybrać, ale Tony na pewno nie chciał być potraktowany jak taksówkarz czy broń Boże szofer. Prawie wpadł do środka, nie spodziewając się tak obniżonych siedzeń, ale najwyraźniej Tony zamówił bardziej sportową wersję samochodu, chociaż nadal posiadała pięć miejsc dla pasażerów.

- Hej Steve – rzucił Bucky i w jego głosie nie było nawet śladu po żartach, które ciągnęły się w nieskończoność przez ostatnie dwa dni.

- Hej Steve – powtórzył niczym echo Tony i pewnie uważał, że to zabawne. – I ciekawe jak wyjedziemy – westchnął, kiedy brać studencka zatarasowała małą wewnętrzną uliczkę kampusu.

Steve nie wiedział nawet czy Tony miał prawo tutaj parkować. Stark złapał za zagłówek jego fotela dłonią, gdy odchylał się do tyłu, przygotowując się do wycofania.

- James, mógłbyś się odchylić w lewo? – spytał Tony i Steve przez krótką chwilę nie wiedział nawet do kogo te słowa były skierowane.

- James? – wyrwało mu się i Bucky parsknął śmiechem. – Właściwie co tutaj robisz? – spytał Steve, chcąc jakoś pokryć fakt, że zapomniał jak ma na imię jego najlepszy przyjaciel.

Znali się od dziecka, ale wszyscy używali zdrobnienia drugiego imienia Barnesa nie bez powodów. James było takie… Takie oczywiste.

Miał też podejrzenia, że jego przyjaciel nie miał zbyt wielkiej szansy się przedstawić. Stark mógł z łatwością sprawdzić imiona i nazwiska osób zaproszonych na wystawę. W końcu Margaret specjalnie dla niego znalazła miejsca dla obojga z jego przyjaciół, co nie było znowuż takie oczywiste. Przeważnie dostawało się bilety dla rodziny, ale jego matka w tym czasie pracowała, chociaż bardzo tego żałowała – był pewien.

Coś z tyłu jego głowy szeptało również, że Stark pod budynkiem, w którym miał zajęcia nie był również przypadkiem. Nie chciał wybiegać daleko w przód ze swoimi podejrzeniami, ale to nie było takie łatwe.

- Mam wygłosić mowę na inauguracji – wyjaśnił Tony jednak i wydawał się dość mocno znudzony samą wizją. – Spotkałem twojego przyjaciela – rzucił jeszcze.

- Tony plątał się po korytarzach - wyjaśnił Bucky dość rozbawiony.

- Nie moja wina, że nie macie opisanych wyjść – odparł Stark, nieporuszony. – Zresztą… zgubiłem się czy odnalazłem? – spytał, zerkając wymownie na Steve'a.

Nie był pewien jak to rozumieć.

- Znalazłem go koło katedry filozofii – uściślił Bucky, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

- Czekaj… Co ty tam robiłeś? – spytał Steve, marszcząc brwi. – Wziąłeś jakieś dodatkowe kursy? – zdziwił się i dostrzegł, że kąciki ust Tony'ego drgają lekko, jakby mężczyzna wiedział coś, czego Steve nie i to wkurzało go jeszcze bardziej.

Odwrócił się, ale Bucky uparcie patrzył przed siebie.

- Kobieta – rzucił krótko Stark.

Bucky spojrzał na niego mrużąc niebezpiecznie oczy.

- Ruda. W zasadzie świetny gust – pochwalił go Tony, nie odrywając wzroku od jezdni.

- To dlatego mnie zawsze odbierasz w czwartki? – spytał z niedowierzaniem Steve. – Tylko powiedz, że to nie Natasza…

- Natasza, ładne imię – wszedł mu w słowo Tony. – Masz coś przeciwko tej Nataszy?

- Skopała mu tyłek, kiedy ostatnio graliśmy w futbol – wyjaśnił i Stark zaśmiał się krótko.

- Dlatego, że byłeś w mojej drużynie – mruknął Bucky.

- Tak, bo ktoś zdecydował, że zagramy dwa na dwa – jęknął Steve. – Jeśli tak bardzo zależało ci na wygranej, powinieneś był wybrać do swojej drużyny Peggy – warknął. – Nie cierpię futbolu, a co gorsza wystawiłeś mnie Carter – przypomniał mu.

Ich przyjaźń wtedy przeżyła ciężkie chwile. Carter nie potrafiła zrozumieć, że współzawodnictwo miało jakieś granice, skutkiem czego został wciśnięty w trawę. A potem Natasza nazwała ich panienkami z tym swoim lekko europejskich akcentem, który tak kręcił Bucky'ego.

Tony czknął, a potem zerknął na niego, jakby oczekiwał, że Steve żartuje.

- Następnym razem to ty zagrasz przeciwko Peggy i wtedy będziesz mógł mnie osądzać – poinformował go chłodno Steve, skupiając się głównie na tym jak Bucky bardzo czerwieni się na twarzy.

- Peggy, czyli wysoka brunetka? – upewnił się Stark. – Nie jestem dobry w sportach kontaktowych – powiedział i z pewnością kłamał.

I słownik Steve'a zaskakująco rozrósł się przez ciągłe żarty Bucky'ego na temat seksu. Tę część życia zawsze spychał na bok za bardzo zajęty pracą i studiami, ale było coś takiego w Starku, że zdawało się krążyć tylko wokół tego tematu. Może fakt, że mężczyzna z taką pewnością siebie prowadził samochód, jednocześnie rzucając sugestiami. Inteligencja była sexy, a przynajmniej tak twierdziła Peggy.

Bucky parsknął i Tony spojrzał na chłopaka przez wsteczne lusterko. Jego przyjaciel zamarł natychmiast pokrywając się jeszcze bardziej nasyconym odcieniem czerwieni. Żartowanie z faceta na temat nieprzyjemnych plotek na pewno nie było na miejscu. Szczególnie, kiedy ów mężczyzna zabrał ich spod uczelni swoim samochodem.

- W zasadzie gdzie jedziemy? – spytał Steve, nie wiedząc nawet dlaczego wsiadł do środka.

Nie mógł zostawić Starka z Buckym – to było pewne, ale mieli wrócić do domu i przygotować jakiś obiad zanim Peggy pojawi się wygłodniała po swoich własnych zajęciach. To kategorycznie był ich dzień.

- Nie wiem – przyznał Tony. – Z daleka od studentów, którzy macali mój samochód. Ma tak wiele odcisków palców, że będę musiał go oddać do czyszczenia – sarknął.

- Jeśli nie chciałeś zrobić wrażenia, dlaczego w ogóle na pierwszym miejscu kupiłeś ten samochód? - spytał Steve i dostrzegł, że Bucky wpatruje się w niego z niedowierzaniem.

Nie widział nic niestosowanego w tym pytaniu. Tony zresztą roześmiał się przednio rozbawiony.

- Jak zawsze mnie rozgryzłeś. Lubię robić wrażenie na ludziach, ale niekoniecznie musimy od razu zaczynać od macania. Spytanie o zgodę byłoby na miejscu – odparł Stark lekko, jakby właśnie znowu nie błądził po tej cholernie cienkiej granicy.

Wcześniejsza złość Steve'a na Margaret i może po trochę na cały świat wyparowała, ale to nie oznaczało, że czuł się swobodnie. I rozmawiali twarzą w twarz, więc starał się zachować spokój, co nie było łatwe, bo Tony zerkał na niego, jakby badał jego reakcje. Więc to musiała być kolejna gra, której do końca nie rozumiał.

Nie pomagało to wcale w znalezieniu odpowiedniej odpowiedzi. Tony jednak nie wydawał się jej oczekiwać.

- Macie ochotę coś zjeść? – spytał Stark, zmieniając temat, jakby to było całkiem proste i oczywiste.

I Steve miał wrażenie, że facet po prostu sądził, że cały świat należał do niego i miał prawo robić, cokolwiek chce. Nie miał jednak jak zaprotestować. Nie chciał kontynuować poprzedniego tematu, ale naprawdę czułby się lepiej, gdyby miał jakąkolwiek kontrolę nad tym jak toczy się rozmowa.

- Gotujemy – uświadomił go Steve zanim Bucky zdążył otworzyć usta. – Mieszkamy we trójkę i wymieniamy się dyżurem w kuchni – wyjaśnił, kiedy Tony uniósł wyżej brwi.

- Weźmiemy coś na wynos? – zaproponował Tony.

- Tak – wtrącił pospiesznie Bucky, niczym cholerny zdrajca, którym był.

Steve westchnął. Nie spodziewał się jednak, że Stark zaparkuje na tyłach podejrzanie wyglądającej knajpki i zostanie nawet powitany po imieniu przez właściciela.

- Najlepsza shoarma w mieście – oznajmił im Stark, zajmując stolik na samym środku lokalu.

Jeden z trzech zresztą – jak Steve przytomnie zauważył. I Bucky wydawał się naprawdę zaskoczony, ale w zasadzie to miejsce dziwnie pasowało do faceta, którego dłonie miały tyle odcisków. Żaden normalny mężczyzna nie mógł czuć się swobodnie w tych restauracjach, gdzie podawano porcje tak małe, że pewnie nawet on by sobie nie pojadł.

- Weźmiemy trzy i jedną na wynos – poinformował właściciela knajpki.

- Jasne Tony – rzucił facet. – Z ostrym sosem? – upewnił się mężczyzna i Stark się tylko wyszczerzył, a potem spojrzał na nich wymownie.

- Ostry – powiedział Bucky chwytając w lot o co chodzi . – I dla Peggy łagodny, ale napisz, że ostry – dodał i Steve parsknął.

To był ich mały sekret.

- Dla mnie łagodny – przyznał, nie wiedząc dlaczego miałby się czuć ambicjonalnie z powodu sosu.

- Więc… - zaczął Bucky, chyba trochę przepłoszony faktem, że siedzą przy stoliku z Tonym Starkiem.

I Steve zamierzał to wykorzystać jako materiał do przyszłego szantażu.

- Bardzo spodobały ci się prace Steve'a – rzucił jego przyjaciel, nie mrugnąwszy nawet okiem.

Starkowi nawet przez sekundę nie zszedł z twarzy ten uśmieszek i było w tym coś irytującego. Nie wyobrażał sobie sytuacji, w której Tony nie czułby się pewnie. A przecież nikt nie mógł nosić się w ten sposób. I jeśli to była tylko gra – jeśli Stark nie traktował ich poważnie – naprawdę zamierzał oddać go Peggy na pożarcie.

- Oczywiście, że tak. Obaj wiemy, że jest zdolnym artystą. On pewnie jeszcze nie jest tego tak pewien, ale wiem, kiedy widzę coś wyjątkowego – rzucił Tony takim tonem, jakby to wcale nie brzmiało na wpółflirciarsko.

A może po prostu źle interpretował jego słowa. Stark wydawał się zawsze wysławiać w podobny sposób. Może lubił swoich rozmówców lekko wytrąconych z równowagi. Cieszyło go zażenowanie Steve'a jeszcze kilka dni temu, ale teraz wiedzieli o sobie więcej i miał prawie pełen obraz Starka. Tony był dupkiem, na pewno geniuszem zakochanym w swojej dziedzinie, ale miał też mroczne strony jak każdy.

- Wyjątkowy, Steve w jednym słowie opisany – potwierdził Bucky. – Opowiadałem ci już, że Peggy potrafi boksować? – spytał ciekawie i Tony zaczął się śmiać, jakby to była najbardziej rozbrajająca rzecz pod słońcem.

ooo

Peggy spojrzała niepewnie na zawiniątko, które wrzucili do piekarnika, żeby jedzenie zachowało jak najdłużej przyjemną temperaturę. Carter i tak musiała użyć mikrofalówki, ale przecież nadzieja umierała jako ostatnia. Bucky zerkał na niego sugestywnie, jakby chciał, aby Steve zaczął rozmowę. Z tym, że niewiele miał do powiedzenia. Stark i Barnes znaleźli zaskakująco wiele wspólnych tematów, poprzez kino, a kończąc na szybkich samochodach, z czego Tony zapewne ich kolekcję trzymał w jakiejś swojej posiadłości.

Stark odwiózł ich pod mieszkanie, ale nie wszedł na górę, wymawiając się pracą, co Steve kompletnie rozumiał. Starał się też nie zwracać uwagę na to, że obaj z Buckym umawiali się już na kolejne spotkanie. I to było śmieszne, bo Barnes jeszcze niedawno kpił z Tony'ego i opowiadał o nim nieprzyjemne rzeczy. Najwyraźniej poznanie Starka sprawiało, że ludzie zmieniali o nim zdanie.

- Tony nas podrzucił – powiedział w końcu Bucky.

- Tony? – spytała Peggy podejrzliwie.

- Tak i nazwał Bucky'ego James – rzucił Steve.

Peggy skrzywiła się, jakby jej też się to wcale nie podobało. Bucky był po prostu Buckym. Nie bardzo rozumiał dlaczego ktokolwiek miał nazywać go inaczej. Stark jednak sprawiał, że to imię nabierało większego sensu – chociaż nadal nijak nie pasowało do Barnesa.

Peggy pokręciła nosem, jakby nie podobało się jej to wszystko, ale nie wiedziała za bardzo co powiedzieć. Sam chciałby wiedzieć o co chodziło, ale Tony miał odpowiedź na każde pytanie. A te trudniejsze przychodziły zapewne, gdy ludzie znajdowali się z dala od efektu czaru Starka. I może dlatego tłum uwielbiał Tony'ego. Nie mógł nie przyznać, że mężczyzna miał coś w sobie. Coś nieuchwytnego. I najchętniej złapałby to na płótnie, ale w jego głowie pojawia się tylko metalowa konstrukcja połyskująca w słońcu. Nie do końca też spójna – nie miała belek podporowych, a zajęcia z architektury, które mieli wpisane jako program kursu – wiele powiedziały mu o budownictwie. Nic nie mogło się utrzymać bez dobrego fundamentu, a jednak Tony istniał i miał się genialnie, więc może Steve po prostu nie widział tego wszystkiego – całego spodu, który nie był tak lśniący i cudowny.

- Spotkacie się jeszcze? – spytała Peggy.

- Bucky chyba zamierza obejrzeć jakieś samochody – rzucił.

Prawdę powiedziawszy przestał nadążać za tokiem rozmowy, gdy silniki weszły w ruch. Kiedyś chciał mieć motor, ale potrzeba było sporej siły, aby utrzymać w ryzach podobną maszynę. Jego astma nie pozwalała również na zbyt szybką jazdę po tak zanieczyszczonym spalinami mieście. W samochodzie z klimatyzacją – czystym powietrzem – pewnie miał większą szanse przetrwać. Nie chciał sobie nawet wyobrażać jak poczułyby się jego płuca, gdyby jakiś autobus obdarował go chmurką pyłu ze swojego tłumika. I nie był pesymistą – niestety tak wyglądała jego rzeczywistość.

- Bucky – westchnęła Peggy i chyba miała ochotę uderzyć się w czoło.

- Facet nas odwiózł Bentleyem. Jechałem Bentleyem – poinformował ją Barnes, jakby naprawdę nie potrafiła zrozumieć jak wielkie to było dla niego przeżycie.

Samochód naprawdę wyglądał miło i nawet przyjemnie pachniał. Nic dziwnego – Steve nie wątpił, że przy obecnych zarobkach pewnie dorabialiby się podobnego modelu w trójkę przez kolejną dekadę o ile przestaliby jeść.

- Bucky – jęknęła Peggy. – Powiedz chociaż, że rozmawialiście o obrazach Steve'a. Co on zamierza zrobić z całą kolekcją? Przeważnie kupuje coś, żeby przekazać to do muzeum – poinformowała ich Carter.

Nigdy do głowy nie przyszło mu coś podobnego. Sądził, że Tony zawiesi je u siebie w mieszkaniu, ale zapewne takie założenie było śmieszne. Jego dom musiał być umeblowany przez jakąś drogą projektantkę wnętrz, która nie założyła z góry podejmowanych w ostatniej chwili decyzji Starka.

- Nie sądzę, żeby jakiekolwiek muzeum… - zaczął, ale Peggy machnęła ręką.

- Może nie muzeum, ale pewnie dotuje nie tylko galerię Margaret – odparła kobieta z pewnością w głosie. – Nie rozumiesz chyba jak ten facet wiele może. Wystarczy, że pod twoim obrazem pojawi się jego nazwisko jako kolekcjonera, a twoja cena wzrośnie. Licytacje każdego kolejnego obrazu zaczną się od konkretnych kwot.

- Licytacje – powtórzył po niej z wątpliwością w głosie.

Peggy zwariowała. Był tego pewien. Przeceniała chęci Starka i jego smak dotyczący obrazów. Estetyka ludzi bywała różna, a żaden krytyk nawet nie skomentował jego pojawienia się w galerii Margaret. Podejrzewał, że Tony po prostu wykupił obrazy zanim ludzie zdążyli się czemukolwiek przyjrzeć. I nie wiedział czy odczuwał z tego powodu ulgę. Albo co gorsza – nie pamiętali nawet jego bohomazów.

- Skoro Stark tego chce, musi być dobre – poinformowała go Peggy poważnie. – Tak działa każdy biznes.

Przewrócił oczami, wciąż nie do końca przekonany. Zapewne w dziale robotyki, zbrojeń czy ekonomii to miało swój sens, ale mówili o sztuce, a tutaj Tony nie odnosił spektakularnych sukcesów. Mówiono, ze kupował, ponieważ było go stać. I obrazy stanowiły świetną lokatę na przyszłość. Steve nie widział jednak siebie potrajającego wartość czegokolwiek w najbliższym roku.

I Peggy chyba czekała na jakąś jego reakcję, więc zbił usta w wąską kreskę i spojrzał zirytowany na Barnesa, który kiwał głową, jakby miał pojęcie o tym o czym mówiła Carter.

- Bucky łazi za Nataszą – poinformował Peggy, ponieważ powinna wiedzieć.

- Tą rudą? – upewniła się kobieta, a potem skrzywiła. – Bucky, nazwała was panienkami – przypomniała mu i Steve uśmiechnął się szeroko.

ooo

Jego telefon zadzwonił tak nagle, że Steve przerysował pędzlem przez pół płótna. I to był powód, dla którego trzymał wyłączoną komórkę, kiedy malował. Nie wiedział która jest godzina. Obraz sam pojawił się w jego głowie, więc po prostu położył płótno na sztaludze, starając się dostosować wszystkie światła w pomieszczeniu do tego, aby padały na jasny materiał. Wolał pracować za dnia, ale nie potrafił zasnąć. I malowanie niewiele mu pomogło, ponieważ nie mógł się tylko skupić.

Głupi uśmiech Starka wracał do niego raz po raz i naprawdę trudno było nie namalować czegoś prozaicznego. Nigdy nie miewał blokad twórczych głównie dlatego, że malował to co kochał – rodzinę i przyjaciół, Brooklyn. Sporadycznie studentów, których widywał na dziedzińcu uczelni. Stark na pewno nie należał do żadnej z grup jego zainteresowań, a jednak to nieuchwytne 'coś' przyzywało go i wabiło.

- Proszę – powiedział półprzytomnie, starając się zetrzeć nadmiar farby.

Musiał poczekać ,aż wszystko wyschnie. Planował to zamalować dopiero odpowiednim kolorem, ale do tego potrzebował czasu i planu.

- Nie przeszkadzam? – spytał Tony, czego powinien się spodziewać zapewne, bo nie było, aż tak wielu osób, które komunikowały się z nim przez telefon.

A dwójka z nich zapewne smacznie spała, skoro był środek nocy.

- Właściwie nie – przyznał, chociaż mógł skłamać.

- Geniusz przy pracy? – spytał Stark, jakby odgadywał z łatwością, co trzyma go o tej porze na nogach.

Nie myślał o sobie w tych kategoriach i ten komplement był na wyrost. A jednak Tony wydawał się mówić to całkiem poważnie. Albo po prostu wierzył we wszystko, co wychodziło z jego ust, niezależnie od tego jakie miało pokrycie w rzeczywistości. Może to czyniło go tak niebezpiecznym. Steve nie był pewien.

- Co zamierzasz zrobić z moimi obrazami? – spytał, przypominając sobie rozmowę z Peggym.

- Moimi obrazami – poprawił go Tony.

- Obrazami mojego autorstwa – spróbował jeszcze raz.

- Z obrazami twojego autorstwa, które należą do mnie – uściślił Tony i Steve nie mógł nie prychnąć. – No co? Bądźmy dokładni. A dlaczego chcesz wiedzieć? – zainteresował się Stark i faktycznie pojęcia nie miał dlaczego chodziło mu to po głowie.

- Coś, co powiedziała mi koleżanka… - zaczął i urwał. – Podarowujesz podobno obrazy galeriom…

- Nie te – wszedł mu w słowo Tony.

- Zdaję sobie sprawę – prychnął i w słuchawce zapadła nieprzyjemna cisza.

- Och, jak najbardziej oddałbym je do jakiejś galerii. Nie zdajesz sobie sprawy jak jesteś zdolny, Steve – poinformował go całkiem poważnie Stark. – Sądzisz, że wyrzuciłbym swoje pieniądze w błoto? Że zainwestowałbym je w coś, co nie jest godne zapłaconej przeze mnie ceny? – spytał. – Wiesz jak wiele moich inwestycji się nie zwróciło w tym roku?

- Nie mam pojęcia – przyznał Steve. – Prawdę powiedziawszy… - zaczął.

- Żadna. Zawsze wszystko zwraca mi się nawet z podwójnym zyskiem – wszedł mu w słowo Tony. – I kiedy mówię, że twoje obrazy mają w sobie ożywczą nutę to tak jest – dodał pewien swego.

- Ponieważ musi być dokładnie tak jak sobie postanowisz? – zakpił Steve, ale Tony roześmiał się miękko.

- Dokładnie. Chyba nareszcie zaczynasz rozumieć – odparł Stark, ignorując nutę ironii tak gęstej, że musiała być słyszalna po drugiej stronie. – Co powiesz na spotkanie? Dzisiaj było całkiem miło. Twój kolega James ma niesamowitą wiedzę na temat samochodów. Chciałbym mu pokazać swój garaż.

- Chcesz się pochwalić – poprawił go Steve, nie wierząc ani trochę w jego czyste intencje.

- Chcę – przyznał Tony, nie ukrywając nawet jak wielką radość mu to sprawia. – To coś złego? Na pewno on też chce je zobaczyć, ale chodziło mi o coś innego. Pepper musi wyjechać do Malibu, a mam tę okropną imprezę dobroczynną podczas której wynudzę się jak diabli – poinformował go Stark. – Co powiesz, żebyś dotrzymał mi towarzystwa? Ty, twój inhalator i garnitur z bierzmowania? – zakpił, ale jego głos był wolny od złośliwości.

- Nie wiem czy to dobry pomysł – przyznał całkiem otwarcie.

Tony prychnął.

- A już sądziłem, że jednak minęliśmy ten etap, w którym sądzisz, że nie chcesz się widywać z ludźmi mojego pokroju – zakpił Stark i coś nieprzyjemne twardego pojawiło się w jego tonie.

I naprawdę nie cierpiał, kiedy Tony to robił. Nie lubił, kiedy wzbudzano w nim poczucie winy. I kiedy traktowano go w ten sposób – jakby był wyciągniętym żywcem z lat dwudziestych chłopaczkiem, na którego należało mieć oko. I jego katolicyzm, wiara w Boga nie przeszkadzały mu w życiu. Ten stereotyp był irytująco krzywdzący.

- Kiedy jest ta impreza? – spytał rzeczowo, starając się ukryć swoją złość, ale nie wyszło mu to zapewne dobrze.

- W sobotę – powiedział Stark krótko.

- Świetnie. Chcę być w domu o północy – odparł.

- Kopciuszek? – zakpił Tony.

- Nie, wcześnie rano idę na niedzielną mszę i nie chcę się spóźnić – poinformował go spokojnie.

- Niedzielną mszę – prychnął Tony, a potem w słuchawce zrobiło się ciszej. – Nie żartujesz, oczywiście, że ty nie żartujesz – wymamrotał Stark. – Umowa stoi. Do zobaczenia w sobotę.