Ten tekst nie jest całym rozdziałem, a jedynie fragmentem, ponieważ Fanfiction służy mi tylko za reklamę! Jeżeli was zainteresowałam, dokończenie możecie znaleźć na moim blogu:

yaoi - my - revolution .com - usuń spacje

###

Error wziął głęboki wdech i położył dłoń na klamce.

Chwila. Może nie powinien jeszcze tam wchodzić?

– Sir, za przeproszeniem, wszyscy czekają już tylko na pana… – wtrącił stojący tuż obok niego, Mroczny Papyrus – jeden z wielu setek żołnierzy armii Nightmare'a. Ten tutaj miał najwyraźniej pecha, bo jego pan przerobił go na lokaja, tym samym dożywotnio zwalniając ze służby.

Nie ma co się dziwić, przywódca ich szajki strzelił sobie tak potężne zamczysko, że bez wykwalifikowanej służby coś by się tutaj jeszcze zalęgło.

Swoją drogą, Niszczycielowi naprawdę imponowało, że szef był w stanie stworzyć na raz aż tylu wojowników, utrzymywać ich przy „życiu" w ani trochę niedeformującym się ciele, a do tego wyglądał na zupełnie odprężonego, jakby wcale a wcale nie sprawiało mu to trudności.

Error czuł, że najprawdopodobniej żaden z ich szajki nie poznał jeszcze pełnej potęgi przywódcy. I to martwiło go najbardziej.

Dobra, raz kozie śmierć. Serce miał w żołądku, płuca w gardle, ale to nic. Wejdzie do tej sali i będzie się zachowywał swobodnie, bez grama hafefobicznych lęków, czy jakichkolwiek innych oznak zaniepokojenia.

Jedynie na lidera powinien uważać. Facet tu rządził, był cholernie silny i jeżeli Error palnąłby cos przy nim coś głupiego, to jego głowa wróciłaby do domu bez tułowia, który Nightmare najpewniej powiesiłby sobie nad kominkiem.

Oddech.

Wszedł do środka.

W sali nie było nic oprócz długiego, suto zastawionego stołu, przy którym siedzieli wszyscy ci, których Niszczyciel od pewnego czasu zmuszony był nazywać „sojusznikami". Nikomu zdawał się nie przeszkadzać panujący wokół mrok.

Na honorowym miejscu spoczął oczywiście szanowny gospodarz, a tuż obok niego, Cross. Miejsce po lewej stronie Nightmare'a było puste, Error śmiał więc sądzić, że przeznaczone zostało właśnie dla niego.

Hałas i harmider nie ucichł ani trochę, gdy Niszczyciel wszedł do pomieszczenia. Wręcz przeciwnie – nasilił się i tylko delikatny uśmiech lidera podpowiedział mu, by zignorował wątpliwej jakości maniery tej hołoty i zasiadł obok niego.

Cross starał się zignorować obecność nowego gościa, choć wyraźnie mu ona zawadzała. Miał coś do Errora od samego początku.

– Witaj, mój drogi. Jak mniemam, masz mi coś do powiedzenia…? – Z ust Nightmare'a nie schodził oślizgły uśmiech.

Zapewne reszta, obecna na tamtej pamiętnej obławie, zdążyła mu już wszystko wypaplać.

– Tak, mam. W kwestii Inka… – zaczął brunet, ucichł jednak gdy przywódca uniósł dłoń, a ze środka stołu wystrzelił pąk czarnych, smolistych, dziko wijących się macek.

Wszystkie zdawały się być najprawdopodobniej niematerialnymi iluzjami, bo tace z potrawami wciąż stały nietknięte. Gdyby macki były prawdziwe, jedzenie leżałoby w tym momencie dosłownie wszędzie – zarówno na ścianach, podłodze, jak i twarzach gości.

Trzeba było przyznać, że Imperator nauczył się ostatnimi czasu naprawdę wielu nowych, przydatnych sztuczek.

Fakt, że macki nie były prawdziwe, nie miał znaczenia. Sam ich widok wystarczył, by Killer przestał wczołgiwać się brzuchem na stół, próbując tym samym dosięgnąć siedzącego po przeciwnej stronie stołu, Dusta, Horror grzecznie odłożył nóż na swoje miejsce, ktoś inny przestał namolnie trajkotać, aż w końcu wszystko się uspokoiło i w pomieszczeniu zapadła całkowita cisza.

– Błagam was, nie potraficie wykazać się nawet odrobiną kultury? Nikogo nie ciekawi, co się stało z Inkiem? Naprawdę nie macie ochoty posłuchać krwawej opowieści, z brutalnymi szczegółami? Protektor wszystkim nam zdążył wielokrotnie nadepnąć na odcisk, więc może łaskawie przymkniecie jadaczki i dacie Errorowi mówić? – Może i zabrzmiało to jak delikatna prośba, wszyscy byli jednak świadomi, że w rzeczywistości była ona bezwzględnym rozkazem, którego złamanie mogło skończyć się czyjąś śmiercią. – No, opowiadaj, przyjacielu. – Imperator odchylił się nieco z krzesłem w tył i położył splecione dłonie na brzuchu.

– Znaczy, to nie… ja… - zaplątał się Niszczyciel, chcąc jakoś naprostować sytuację.

Owszem, wcześniej kazał chłopakom pomóc sobie w schwytaniu Pędzelka, na co przystali z sadystycznymi uśmiechami na ustach, ale wątpił, by równie entuzjastycznie zareagowali na to, że po tej całej akcji Ink wciąż żyje i ma się dobrze.

– Nie wstydź się, ja też nie jestem zbyt dobrym gawędziarzem. – Nightmare machnął ręką i zaśmiał się z lekkim rozbawieniem. – Szczerze mówiąc, to całkiem niedawno pozbyłem się fobii na publiczne przemawianie przed większym tłumem, więc… po prostu nam to opisz. Nikt nie wymaga, byś wysławiał się jak filozof.

Kolejny głęboki oddech.

– Chodzi o to, że nie mam o czym opowiadać. Ink wciąż żyje i jest w jednym kawałku – wyznał.

Zaraz rozległy się oburzone głosy tych, którym śmierć obrońcy uniwersów byłaby na rękę. Ktoś rzucił nożem, na całe szczęście na tyle niecelnie, że brunet nawet nie musiał się odchylać, by go uniknąć.

– Mówiłem ci, że on się nie nadaje! – odezwał się milczący do tej pory, Cross. – To samotnik, w dodatku zbyt miękki! Zobaczysz, będzie tak jak z Underfell!

Przez dosłownie ułamek sekundy przywódca wyglądał, jakby miał powyrzynać wszystkich tu obecnych, od Errora zaczynając; równie szybko wrócił do swojej zwyczajowej – ni to rozbawionej, ni znudzonej – miny, po czym z mocą uderzył otwartą dłonią w blat stołu.

Huk jakimś cudem zdołał przebić się przez panujący harmider, względnie przywracając szajkę do porządku.

Nikt nie miał zamiaru wnerwić Nightmare'a jeszcze bardziej, każdy złoczyńca wolał zamilknąć i posłusznie odłożyć szykowaną już na Errora broń, niż ryzykować powolnym, bolesnym rozczłonkowaniem.

– Underfell – lider w pierwszej kolejności zwrócił się do Crossa – było zupełnie inną historią. Red byłby cennym nabytkiem, owszem, ale on wybrał już lata temu i wiadomym było po czyjej stanie stronie, gdy przyjdzie co do czego – stwierdził, lustrując ostrym spojrzeniem wszystkich swoich gości. – A teraz, Error, wytłumacz nam co miałeś na myśli mówiąc, że Ink wciąż żyje.

Sytuacja zrobiła się nieciekawa.

Niszczyciel uciekł wzrokiem na lewo, nie będąc pewnym, czy już przy pierwszym jego słowie Nightmare nie straci tej anielskiej cierpliwości i zwyczajnie go nie rozerwie.

– Postanowiłem zrobić z nim coś innego, niż szybkie zmasakrowanie. Patrzenie na jego szczątki znudziłoby mi się po minucie, z resztą… byłoby po tym mnóstwo sprzątania – wyznał w końcu, starając się brzmieć obojętnie.

– Ach tak… – Nightmare pokiwał powoli głową. A sekundę później jego dłoń zacisnęła się na przodzie koszulki Errora, którego Koszmar przyciągnął do siebie brutalnie. Niszczyciel wręcz wstrzymał oddech, nienawidził być dotykanym, zwłaszcza z zaskoczenia i to jeszcze przez kogoś, kto mógł ot tak, bez najmniejszego trudu pozbawić go życia. – Powiem ci coś, mój drogi. Mam teraz na głowie mojego brata. Skubaniec jest ostatnią nadzieją wszystkich AU, których jeszcze nie zniszczyliśmy. Daje ocalałym nowe nadzieje i sny, które motywują ich do walki. – W głosie mężczyzny nie dało się wyczuć krzty wściekłości, jaka płonęła w jego oczach. – Któryś ze światów chroni przede mną Dreama, ukrywa go, a ja dostaję przez to białej gorączki. Na dodatek ty stwierdzasz, że nie zabiłeś Protektora – jedynego, który może zacząć odbudowywać uniwersa – bo ci się nudzi?! – Szef wstał, zmuszając do tego również Niszczyciela.

– Przecież nie powiedziałem, że go wypuszczę i pozwolę na zrujnowanie moich… naszych osiągnięć – warknął brunet, zaciskając obie dłonie na szczupłym nadgarstku lidera. – Ink walczył ze mną odkąd tylko pamiętam, nie mam zamiaru pójść mu na rękę i dać szybką śmierć!

Zapadła cisza, podczas której wzrok wszystkich z zaniepokojeniem wpatrywał się w przywódcę. Jeżeli straciłby nad sobą panowanie, nikt nie wyszedłby z tej jadalni w jednym kawałku.

W końcu Nightmare zwolnił uścisk, puścił Errora i opadł z powrotem na krzesło.

– Ciekawe. Muszę ci przyznać, że mnie zainteresowałeś. – Koszmar uśmiechnął się delikatnie, jak dziecko, które właśnie odkryło nową opcję w starej zabawce.

– Zainteresował?! – wtrącił Dust. – Przez niego będą kłopoty! A co, jeżeli nas zdradzi?! Pozwoli Protektorowi odzyskać siły i napuści go na nas?!

– Nie zrobi tego. W chwili obecnej ma zbyt wiele do stracenia, by ot tak wszystko zaryzykować, czyż nie? – Zerknął kątem oka na Errora. - Z resztą, który z was wykazałby się taką pasją i szacunkiem, co? – Ciszę, jaka nastała po tym pytaniu, Nightmare skomentował jedynie rozbawionym śmiechem. – Żaden. Najpewniej ograniczylibyście się do powieszenia waszych odwiecznych wrogów na ich własnych jelitach, ewentualnie zmusili do połknięcia małej bomby, a potem wkręcali w robienie upokarzających rzeczy pod groźbą detonacji. Prymitywne i mało oryginalne. Długotrwałe męczennictwo, okaleczanie w taki sposób, by się nie wykrwawił na śmierć, ale stracił przytomność, powolne łamanie jego woli, ducha i kości, kruszenie jego umysłu… naprawdę to pochwalam. Czasami nie wystarczy zabić. O nie, śmierć daje nam – jako katom – jedynie chwilową satysfakcję, a męczennikowi – ukojenie. – Koszmar wziął z blatu złoty kielich pełen czerwonego wina i upił z niego łyk. – Nawet mi się to spodobało, masz u mnie plusa. Oczywiście jedynym warunkiem jest to, byś nie pozwolił mu uciec. Jak usłyszę, że Ink znowu panoszy się na wolności, twoja czaszka automatycznie zostaje zatrudniona w roli świecznika na mojej i Crossa kolacji, jasne?

– Jasne… - mruknął zaskoczony Error. Zgodził się. Naprawdę się zgodził. Co lepsze – nie zabił go!

– Może nawet skuszę się, by za kilka miesięcy do ciebie wpaść i też sobie na Protektorze poużywać… - stwierdził niby od niechcenia.

– Poużywać…? – Cross zmrużył groźnie oczy.

– W znaczeniu: poznęcać się, trochę wyżyć, odstresować… nic z tych zbereźnych rzeczy, które sobie pomyślałeś. – Imperator wzruszył ramionami, dość lekceważąco podchodząc do tematu.

– Wcale sobie nic nie…!

– No, to teraz czas na raporty. – Koszmar postanowił zignorować rozeźlonego chłopaka. - Horror, zaczniesz?