Pisanie tego fanfika zaczęłam w związku z akcją Multifandom Bingo 2015 na forum Gospoda Pod Złamanym Piórem, a konkretnie do promptu Postacie głównego pairingu w odwróconych rolach. Uznałam, że w tym fandomie role głównych postaci są tak wyraźnie różniące się, że łatwo będzie napisać ich na odwrót. Trochę się przeliczyłam i ostatecznie musiałam sięgnąć dodatkowo po aseksualizm, żeby to jakoś wyszło. W dodatku pairing w tym fanfiku pojawia się bardzo późno, więc chyba wyszło nie do końca zgodnie z założeniem prompta. Sami zresztą ocenicie, jeśli będzie się wam chciało.
Nierówna walka
Jim ma czternaście lat, kiedy zostaje zidentyfikowany jako utajony przewodnik. Już samo to określenie wskazuje, że nie ma w tym nic dobrego. Utajony, jak skaza utajona, jak pomyłka (genetyczna?), błąd, którego nie widać, ale to nie zmienia faktu, że on tam jest, a teraz w dodatku wszyscy wiedzą o jego istnieniu.
Ojciec - William - nie jest zadowolony. Ojciec bardzo rzadko bywa zadowolony i właściwie jego obecny stan zgodnie z prawdą powinno się nazywać zupełnie inaczej - poirytowany, zniesmaczony, wściekły, zohydzony - jednak obaj jego synowie odebrali staranne wychowanie, do którego zaliczała się również szlachetna sztuka używania eufemizmów. Jimowi nie bardzo odpowiada sposób, w jaki został wychowany - nie cierpi go, nie znosi, nienawidzi - ale wie, że dopóki mieszka z rodzicami, rozsądniej będzie zachowywać się tak, jak oni sobie tego życzą.
Ojciec od najmłodszych lat wpajał swoim potomkom własne przekonanie, które głosi, że strażnicy i przewodnicy to dziwolągi, wybryki natury, pomyłki genetyczne. To, że jego osobiste dziecko, jego pierworodny, jego dziedzic okazał się być jednym z tych wypaczeń, jest oczywiście znacznie większą zniewagą niż samo ich istnienie. William z dnia na dzień przestaje zmuszać synów do rywalizowania o swoje względy i zaczyna otwarcie faworyzować Stevena - Steve'a - podczas gdy Jima traktuje teraz jak morowe powietrze. Jim bez słowa skargi godzi się z pogardą ojca i nie walczy o utraconą pozycję. Wie, że nie ma szans.
Matka - mama - zachowuje się, jakby nic się nie zmieniło. Jim początkowo jest z tego zadowolony, wręcz cieszy się jej podejściem, ale z biegiem czasu dociera do niego, że coś tu jest nie do końca w porządku. Mama udaje, że wszystko zostało po staremu, ale przecież nie zostało, sytuacja kompletnie się zmieniła, sytuacja Jima się zmieniła, więc chyba kto jak kto, ale jego mama powinna to zauważyć, prawda? A ona milczy i zachowuje się jak gdyby nigdy nic.
Jim nadal ma czternaście lat, kiedy jego matka odchodzi. Bez wyjaśnienia, bez uprzedzenia, jednego dnia jest, drugiego już jej nie ma i nikt nie wie, co się z nią stało. Wraz z nią znikają jej ubrania, biżuteria, kosmetyki i samochód, co praktycznie oznacza, że wszystko jest w zasadzie jasne, ale oficjalnie nadal nic nie wiadomo.
- To twoja wina! - krzyczy Steven. - To wszystko przez ciebie! Twoja wina, że odeszła! Przez ciebie nas porzuciła!
Jim patrzy na ojca, który wyjątkowo nic nie mówi, i w jego zimnych, twardych oczach widzi, że William zgadza się z młodszym synem.
Właściwie nic w tym dziwnego, bo Jim też się z nim zgadza. Teoretycznie wie, że to nieprawda, że to nie jego wina, bo nawet jeśli matka rzeczywiście opuściła ich przez to, kim się okazał, to przecież on nie ponosi odpowiedzialności za to, że jest wybrykiem natury, pomyłką genetyczną. On nie chciał nią być, to się stało bez jego zgody, bez jego woli, więc on nie jest temu winny. Wie o tym. Jest tego doskonale świadomy. Ale i tak uważa, że Steven ma rację. To wszystko jego wina.
...
Na szkoleniach w Centrum Strażników i Przewodników - w skrócie Centrum, dla oszołomów CSiP, Jimowi wszystko jedno - które musi ukończyć ze względu na swoją nowo ujawnioną utajoną tożsamość, poznaje kilka ciekawych wiadomości.
To, że został zidentyfikowany jako przewodnik, rzeczywiście ma podłoże genetyczne. W Centrum nie nazywają tego pomyłką genetyczną ani nawet mutacją genetyczną, wręcz przeciwnie, starają się wmówić kursantom, że są kimś wyjątkowym, lepszym od zwykłych ludzi, że stanowią kolejny stopień ewolucji człowieka. Ale to nie zmienia faktu, że swoje zdolności wszyscy strażnicy i przewodnicy odziedziczyli po przodkach. Po rodzicach.
Jim nie zamierza tej informacji przekazać ojcu. Tym bardziej, że i tak już z nim praktycznie nie rozmawia.
Dowiaduje się, że właściwie każdy przewodnik jest z początku utajony, większość strażników zresztą również. Liczne programy Centrum - badania genetyczne noworodków, nieinwazyjne testy przeprowadzane na dzieciach i nastolatkach, obserwacje w placówkach edukacyjnych - mają na celu wykrycie jednych i drugich jeszcze zanim uzyskają oni dostęp do pełni swoich zdolności, a potem przeszkolenie ich w takim stopniu, żeby byli w stanie ze sobą nawzajem pracować, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.
Zmysły strażnika uczynniają się, osiągając właściwie natychmiast pełnię możliwości, zazwyczaj nagle i niespodziewanie, prawdopodobnie na skutek długotrwałego odosobnienia. Centrum od wielu lat próbuje osiągnąć ten efekt w warunkach kontrolowanych, ale jak dotąd nikomu się to nie udało.
Wrażliwość przewodników uaktywnia się pod wpływem kontaktu z czynnym strażnikiem, którego zmysły potrzebują wsparcia. W przypadku osób zidentyfikowanych i szkolonych przez Centrum przeprowadza się to zwykle na ćwiczeniach - zawsze znajdzie się jakiś niezwiązany strażnik, który dobrowolnie i celowo wprawi jeden ze swoich zmysłów w stan nadmiernego wyczulenia w nadziei, że wśród szkolonych właśnie przewodników znajdzie tego swojego, jednego jedynego. Przewodnicy ćwiczą na takich ochotnikach, choć prawdziwą moc ich wrażliwość zyskuje dopiero wtedy, kiedy przewodnik trafia na swojego strażnika, cokolwiek ma to znaczyć. Podobno zrozumieją, jak tego doświadczą. Podobno.
Ostatecznym celem jest niby więź przewodnika ze strażnikiem, o której naturze mają zostać poinformowani na samym końcu kursu. Jim jest po części sceptyczny, a po części podejrzliwy.
Pewnego dnia słyszy podczas wykładu, że strażnicy są lepsi i ważniejsi, a przewodnicy istnieją tylko po to, żeby im służyć i pomagać. Celem życia przewodnika ma być związanie się ze strażnikiem i spędzenie życia przy jego boku, a raczej za jego plecami, żeby zawsze i wszędzie być gotowym wesprzeć jego nadludzkie zmysły w potrzebie, chronić go przed nagłymi skokami wrażliwości i nie dopuszczać, żeby zawładnęły nim bodźce. Tylko w taki sposób przewodnik jest w stanie poczuć się całkowicie spełniony.
- To zaszczyt, jaki przysługuje nielicznym - głosi ich dzisiejszy natchniony wykładowca tonem kaznodziei przeżywającego właśnie objawienie. - Zostaliście wybrani. Takie jest wasze przeznaczenie. Waszą wdzięczność okażecie poprzez całkowite oddanie strażnikowi.
Jim podnosi rękę.
- Skoro strażnik - zaczyna, kiedy prowadzący zajęcia zezwala mu skinieniem na zabranie głosu - nie jest w stanie żyć bez przewodnika, a przewodnikowi strażnik nie jest do życia niezbędny, to który z nich tak naprawdę znajduje się na wyższym stopniu ewolucji?
Zostaje zignorowany, ale jest do tego już tak przyzwyczajony, że prawie tego nie zauważa.
Uczy się rozpoznawać skoki wrażliwości zmysłów strażników i zawładnięcie przez jeden z nich, dowiaduje się, jak tego unikać i co robić, kiedy coś takiego mimo wszystko się wydarzy. Przerabia techniki kalibracji, poznaje różne skale, stopnie i podziałki. Jest tego całe mnóstwo; niby tylko pięć zmysłów - problem w tym, że praktycznie każdy z nich kryje jakieś niespodzianki i jest dużo bardziej skomplikowany niż mogłoby się wydawać laikowi.
Pod koniec szkolenia zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią Jim nabywa wreszcie wiedzę o tym, na czym polega więź przewodnika ze strażnikiem. Nie potrzebuje filmików poglądowych, żeby zrozumieć, czego się od niego wymaga. Nie ma już czternastu lat.
Dochodzi wtedy do wniosku, że nie ma szans, żeby kiedykolwiek z kimś się związał, że na zawsze będzie musiał pozostać utajonym przewodnikiem, czy tego chce, czy nie. Walka z tym, co wykładowca-kaznodzieja określił jako przeznaczenie, najpewniej okaże się nierówna, a być może nawet z góry skazana jest na porażkę, ale nikt nigdy nie będzie mógł powiedzieć, że Jim Ellison nie próbował.
...
Wykrycie przez Centrum utajonego przewodnika i strażnika jest nie tyle tajne, ile niejawne, więc oczywiście wszyscy w szkole wiedzą, kiedy jeden z uczniów zostaje zidentyfikowany, nawet jeśli nikt o tym nie mówi. To sekret z rodzaju tych, że twój ojciec jest nadziany, twoja matka dała nogę, a twój nienawidzący cię młodszy brat w przeciwieństwie do ciebie zarywa laski na prawo i lewo. Jim dopiero po zakończeniu kursu w Centrum i zdaniu egzaminów dostanie informującą o jego statusie bransoletę, której nie będzie mu wolno zdjąć do końca życia, ale już teraz, w trakcie szkolenia, zbiera wymowne spojrzenia koleżanek pragnących, żeby zaprosił je na randkę. Dlaczego miałby nie skorzystać?
Odkrywa, że lubi chodzić z dziewczyną, trzymając się z nią za ręce. Że lubi, kiedy ktoś przeczesuje mu palcami włosy i delikatnie drapie go po głowie - że sam też lubi to robić komuś. Że lubi się przytulać, obejmować, ściskać; na powitanie, na pożegnanie, na spacerze, w kinie, na kanapie przed telewizorem. Większość ludzi wie takie rzeczy od dziecka, jego nie miał kto nauczyć.
Dziewczyny też wydają się to lubić. Więc Jim spotyka się z nimi, zawsze tylko z jedną w tym samym czasie, choć chętnych zawsze jest więcej, i robi to, co, jak się okazało, lubi robić. Jest szarmancki, uczynny, przynosi kwiaty, otwiera drzwi, podaje płaszcze, odsuwa krzesła - odebrał staranne wychowanie, a one to uwielbiają. Nieraz słyszy, przypadkiem oczywiście, jak w gronie koleżanek zachwycają się swoim nowym chłopakiem, co oczywiście automatycznie ma pozytywny wpływ na jego popularność. Jim nie narzeka. Podoba mu się to.
Zawsze jest tak samo: na początku on jest zadowolony i ona jest zadowolona. Układ działa, obojgu odpowiada to, co robią. Później, choć po upływie różnej ilości czasu, dziewczyna chce czegoś więcej. Nie wystarcza już jej publiczne trzymanie się za ręce i uściski na osobności, wizyty w kinie albo kawiarni. Pragnie pocałunków dalekich od niewinności, oczekuje, że zostanie zabrana do łóżka, ewentualnie na tylne siedzenie samochodu. Wtedy Jim łagodnie i delikatnie, ale stanowczo i nieodwołalnie, zrywa z nią. Niczego nie wyjaśnia, mówi tylko przepraszam i przykro mi, nie reaguje na cały wachlarz sztuczek, którymi najwyraźniej dysponują pragnące go nastolatki. Zawsze kończy się to tak samo i zawsze z tego samego powodu.
Czasem słyszy, jak dziewczyna, z którą niedawno się rozstał, tłumaczy przyjaciółkom, że to przez jego status przewodnika. Że Jim czeka na swojego strażnika i chce pozostać mu wierny nawet jeszcze zanim go spotka; jakie to szlachetne, bezinteresowne i wspaniałomyślne z jego strony, czemu wszyscy chłopcy nie mogą tacy być?
Jim zastanawia się, ile z nich naprawdę w to wierzy, a ile przynajmniej się domyśla, że wcale nie o to chodzi. Zdaje sobie sprawę, że nie tak powinno być, że zazwyczaj jest na odwrót, i sam siebie nie rozumie, ale mimo to nie ma wątpliwości, czego chce. A raczej czego nie chce.
Po paru pierwszych skończonych romansach myśli: Może to nie ta dziewczyna.
Po kolejnych kilkunastu: Może to nie ta płeć.
Wie, że jego rówieśnicy - dzieciaki, nastolatki, młodzież - lubią szukać, sprawdzać, próbować, eksperymentować. W ten sposób dowiadują się, kim naprawdę są. W końcu dochodzi więc do wniosku, że najwyższy czas się przemóc i zrobić to samo.
Okazuje się, że chłopaków w jego wieku nie interesują wspólne spacery, wypady do kina czy wizyty w Macu. Nie interesuje ich trzymanie się za ręce, głaskanie po włosach, niewinne uściski ani nawet przelotne cmoknięcia w usta. Oni od razu chcą czegoś więcej. Są stale w biegu, wciąż napaleni, w każdej chwili gotowi na szybki numerek albo dwa pod rząd; potem ewentualnie mogą skoczyć na piwo, ale po pierwsze i przede wszystkim pragną podniecenia, ekstazy... ulgi? Byle gdzie, byle szybko, byle mocno. Jim nie musi się zastanawiać, czy na pewno tego chce. Jest pewny, że nie.
Po paru pierwszych krótkich znajomościach myśli: Może to nie ten chłopak.
Po kolejnych kilku: Co jest ze mną nie tak?
Nie ma żadnych wątpliwości, że pod względem fizycznym nic mu nie jest: wszystko ma na swoim miejscu i owo wszystko działa bez zarzutu. Wystarczająco dużo czasu spędził z ręką pod kołdrą albo pieszcząc się pod prysznicem, żeby mieć praktycznie pewność, że fizycznie wszystko jest z nim w porządku. Jak u większości jego kolegów, wzwód to dla niego normalka, a zmazy nocne częściej są regułą niż nią nie są - przynajmniej do czasu, kiedy zaczyna regularnie korzystać z usług własnej pomocnej prawej ręki. Robi się twardy, kiedy ogląda pornosy, robi się twardy, kiedy przypadkiem wpada na dwie osoby niemające jego zahamowań, czasem nawet robi się twardy, jak widzi, że ktoś się całuje. Z języczkiem. A mimo to nie czuje potrzeby zrobienia tego z kimś. Nie pociąga go myśl o seksie z dziewczyną ani z chłopakiem. To nie to, żeby wstydził się swojego ciała, bo ma świadomość, że jest przystojny i dobrze zbudowany, ani to, że brzydzi się cudzych chciał. Zwyczajnie nie ma na to ochoty. Po prostu tego nie chce.
Może w przeciwieństwie do swoich rówieśników jeszcze nie jest gotowy, zastanawia się. Może dopiero wszystko przed nim. Może i na niego w końcu przyjdzie czas. Nie bardzo w to wierzy, ale woli się łudzić niż przyjąć do wiadomości, że nie tyle różni się od pozostałych ludzi, ile jest wręcz nienormalny. Bo przewodnika, który nigdy nie będzie w stanie związać się ze strażnikiem, trudno określić innym słowem niż zwyrodnialec.
...
Kiedy kończy obowiązkową edukację, bez namysłu porzuca wszystko - przyjaciół, dalsze kształcenie się, przyszłą karierę, rodzinne miasto, dom, brata, ojca - i zaciąga się do wojska. Jest zdeterminowany; nie ma nic do stracenia, a wszystko do zyskania, nawet jeśli będzie przy tym musiał zaryzykować swoje i tak niewiele warte życie. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w armii dużo łatwiej może natknąć się na strażnika niż w firmie Williama, bo strażników przyciągają zawody, które pozwalają bronić innych, pozwalają im walczyć. Jim nie ma co do tego żadnych wątpliwości, ale postanawia rzucić wszystko na jedną kartę - choćby po to, żeby pokazać głupiemu przeznaczeniu, które wybrało go do odegrania tak niepasującej do niego roli, że ma je gdzieś i wygra z nim nawet jeśli da mu fory. To może brzmieć jak niepotrzebna brawura, ale Jim wie, co robi. A przynajmniej tak mu się wydaje.
Wstępuje do Rangersów i od samego początku daje z siebie wszystko. W każdej wolnej chwili dalej ćwiczy strzelanie, trenuje walkę wręcz, biega, skacze, wdrapuje się i pływa; nawet bez szemrania wykonuje rozkazy, mimo że zawsze przychodziło mu z wielkim trudem, taki z niego urodzony przewodnik. Chce jak najszybciej pokazać, że jest gotowy, że już, teraz, zaraz mogą go posłać w teren, włączyć go do jakiejkolwiek misji, zrzucić gdzieś na spadochronie i niech sobie dalej radzi sam, czy raczej ze swoim oddziałem.
Niezwiązanych z przewodnikiem strażników nikt nie wysyła do akcji, więc w polu Jim raczej nie spotka swojego uosobionego przeznaczenia.
Bez cienia skromności przyznaje przed samym sobą, że jest dobry. Szybko się uczy, zupełnie jakby wojsko było jego powołaniem, i błyskawicznie zyskuje zainteresowanie bacznie obserwującego rekrutów dowództwa. Mimo to do swojej pierwszej misji dołącza tylko dlatego, że bierze w niej udział również para składająca się z połączonych więzią strażnika i przewodnika.
Oczywiście wszyscy wiedzą o jego statusie niezwiązanego przewodnika: bransoleta na lewym przedramieniu świadczy o tym drugim, a nieobecność jego własnego strażnika o pierwszym. Ale niezwiązanych przewodników nikt nie waha się wysłać w teren, bo nie istnieje ryzyko, że z jakiegoś powodu ich zmysły niespodziewanie zaczną działać pełną mocą. Pod tym względem przewodnicy mają przewagę nad strażnikami i nikt tego nie neguje, a już na pewno nie znający się na rzeczy żołnierze. Co więcej, dodatkowy - koniecznie niezwiązany - przewodnik może się przydać, jeśli przewodnikowi strażnika coś się stanie. To są działania zbrojne, to jest wojsko, każdy z nich może zginąć praktycznie w dowolnej chwili. Problem w tym, że jeśli przewodnik połączony ze strażnikiem więzią z jakiegoś powodu nie będzie w stanie zająć się swoim strażnikiem, to strażnikowi grozi śmierć, bo w trakcie walki każdy problem z działaniem zmysłów może być zabójczy. Żeby temu zapobiec rutynowo wysyła się ze związaną parą dodatkowego niezwiązanego przewodnika - tak na wszelki wypadek.
Jim ma o tyle szczęście, że krótko po tym, jak z bardzo wysokimi ocenami kończy szkolenie, ale wciąż jeszcze czeka w bazie treningowej na przydział, niespodziewanie rozpoczyna się pilna tajna misja w południowo-wschodniej Azji, a on jest akurat jedynym obecnym na miejscu niezwiązanym przewodnikiem. Kiedy głównodowodzący wyraża w jego obecności wątpliwość, czy sobie poradzi, skoro jest kompletnym żółtodziobem, przepisowo napięty jak cięciwa Jim niepytany rzuca wprost przed siebie:
- Od czegoś trzeba zacząć, sir!
Bezczelność tym razem mu się opłaca i Jim trafia do składu oddziału.
Raz czy dwa w piekącym blasku słońca albo ulewnym monsunowym deszczu żałuje swojej decyzji. Na szczęście tym razem nie musi pełnić roli przewodnika - nikt nie zostaje ranny, wszyscy cali i zdrowi wracają do Stanów, a misja kończy się całkowitym sukcesem. Jim zyskuje nie tylko nieocenione doświadczenie praktyczne, ale również coś na kształt szacunku kolegów: zrobił to, co do niego należało, parę razy nawet ciut więcej, choć zawsze w ramach wydanych mu rozkazów. Doskonale sobie poradził, każdy go o tym zapewnia, nawet jeśli nikt oficjalnie, bo misja, w której brał udział, formalnie się nie odbyła. Dowództwo wkrótce wysyła Jima na kolejną, podobną akcję, tym razem z innym oddziałem.
...
Jim czuje się w wojsku jak ryba w wodzie. Bardzo szybko przestaje być traktowany jak po prostu jeszcze jeden niezwiązany przewodnik, który zostaje włączony do składu misji tylko dlatego, że bierze w niej też udział połączona więzią para. Wręcz przeciwnie, nie mija aż tak dużo czasu, a już zaczyna być uznawany za po prostu jeszcze jednego żołnierza, za takiego samego Rangera, jak pozostali członkowie jednego z jego oddziałów, w każdym razie ci pozbawieni darów, ci normalni. Choć nikomu się z tego nie zwierza, jest bardzo zadowolony - nareszcie ktoś odnosi się do niego jak do każdego innego człowieka z jego otoczenia i nie wyróżnia go w żaden szczególny sposób.
Mimo to wciąż jest zaskoczony, kiedy otrzymuje rozkaz udziału w akcji, do której nie zostaje wyznaczona żadna związana para. Powód jest dość jasny: wywiad doniósł, że przeciwnik jest przygotowany do ataku na wyczulone zmysły, więc posyłanie tam jednego ze strażników wydaje się wiązać z niepotrzebnym ryzykiem. Jim nie wnika w przyczyny; jest żołnierzem, dostał rozkaz, postara się go wykonać jak najlepiej i nic mu do tego, dlaczego dowództwo podjęło taką a nie inną decyzję.
Misja okazuje się dość skomplikowana, również przez to, że w oddziale brakuje członka, do którego Rangersi zdążyli się już przywyknąć, czyli zwiadowcy polegającego wyłącznie na własnych wyostrzonych zmysłach. Nie jest łatwo odzwyczaić się od tego, co dobre, i zacząć sobie radzić bez tego. Jim to rozumie, nawet jeśli jemu nie przysparza to zbyt wielkich trudności; dochodzi do wniosku, że jest w wojsku zbyt krótko, żeby uzależnić powodzenie akcji od udziału strażnika, choć po cichu przyznaje również, że na dobrą sprawę cieszy się z takiego obrotu rzeczy, bo dzięki temu nie ma na głowie osoby, której bezpieczeństwo może zależeć wyłącznie od niego. Dla niego ta wyprawa staje się jedną z najłatwiejszych, mimo że nie przebiega bez zakłóceń. Ostatecznie jest to też pierwsza misja, po której Jim dostaje awans.
Nie może powiedzieć, żeby nagle wszystko się zmieniło. Nadal bierze udział w akcjach jako zapasowy niezwiązany przewodnik, choć coraz częściej jest też wysyłany w teren bez strażnika w oddziale - dowództwo chyba po prostu widzi, że jako wciąż młody i stosunkowo mało doświadczony żołnierz Jim radzi sobie z taką nieobecnością najlepiej. Ale to misja, w której ratuje życie strażnikowi po śmierci jego przewodnika pozwala mu zdobyć szlify oficerskie, choć przecież wykonywał tylko swoje obowiązki. I to kolejna akcja z parą połączoną więzią skutkuje tym, że Jim już na stałe zostaje przydzielony do jednego i tego samego oddziału - którego zostaje dowódcą.
Jest zadowolony z decyzji, którą podjął te wszystkie lata temu. Nie tęskni za rodziną ani miastem swojego dzieciństwa, nie żałuje, że nie uczył się dalej, nie zdobył wyższego wykształcenia, nie zrobił kariery w biznesie. Cieszy się, że został żołnierzem, uważa, że było to najlepsze, co mógł zrobić w życiu.
I myśli tak nawet kiedy jego śmigłowiec zostaje zestrzelony przez partyzancką rakietę, cały jego oddział ginie w katastrofie, a on sam praktycznie z przymusu zostaje przewodnikiem peruwiańskiego plemienia Chopeców.
...
