Niezliczoną ilość misji później (w każdym razie niezliczoną przez niego) Jim zostaje z honorami zwolniony do cywila tuż po tym, jak osiemnaście miesięcy spędził w peruwiańskiej dżungli. Nie znalazł się tam przypadkiem: oddział, którym dowodził, miał zająć pobliską przełęcz i utrzymać ją przez zaplanowany miesiąc, w razie potrzeby nawet dłużej, choć nikt nie przewidywał osiemnastokrotności tego okresu. Nikt również nie przewidział, że ich środek transportu, śmigłowiec, zostanie zestrzelony i to już na samym początku misji. Kiedy tak się stało, cały oddział został uznany za poległy na polu walki - ani jednej osoba w dowództwie nawet się nie śniło, że ktoś mógłby przeżyć tą katastrofę. Jim po raz kolejny zyskał potwierdzenie swojej nienormalności.

Odesłany do cywila wraca w rodzinne strony i znowu zamieszkuje w Cascade, mieście, w którym się urodził, wychował i dorastał. W którym nadal mieszkają jedyni znani mu krewni, brat i ojciec. Jim nie nawiązuje z nimi kontaktu, kiedy zjawia się w Cascade, nie odwiedza żadnego z nich ani tym bardziej u któregoś nie zamieszkuje. Zamiast tego wynajmuje pokój w hotelu i przegląda ogłoszenia, żeby znaleźć sobie jakieś mieszkanie. Na razie nie stać go na kupno jakiejkolwiek nieruchomości, bo wciąż jeszcze nie dostał odprawy ani pełnego żołdu za półtora roku służby w lasach deszczowych. Nie przejmuje się tym - nie ma wielkich wymagań, a przez ostatnie lata życia przyzwyczaił się do spartańskich warunków najpierw w wojsku, potem wśród Chopeków, Indian, którzy przygarnęli go w Peru. Wie też, że prędzej czy później raczej dostanie swoje pieniądze; najpewniej po tym, jak jego dokumenty przejdą przez wszystkie tajne biurka osób zajmujących się sekretną brudną robotą wykonywaną przez wyspecjalizowane oddziały amerykańskiej armii, czyli za jakieś kilka lat. O ile nie zaginą gdzieś po drodze, oczywiście. Tak czy owak lepiej dla niego będzie, jeśli przyzwyczai się do tego, co ma w tej chwili. I znajdzie jakąś pracę, bo zaskórniaki otrzymane na pożegnanie z wojska nie starczą na długo nawet przy jego oszczędnym trybie życia.

Klitka, którą sobie znajduje, jest większa od jego chaty w lasach deszczowych, choć niewiele. Jest za to dużo bardziej zagracona i jak praktycznie każdy amerykański dom posiada w wyposażeniu telewizor. Jim nie wie, co cieszy go bardziej - każda różnica między jego niedawnym prymitywnym lokum a obecnym jest dla niego na wagę złota. Jeśli nie przegląda akurat gazet w poszukiwaniu ofert pracy, bez końca chodzi ulicami Cascade i wsłuchuje się w jego dźwięki, wpatruje w lasy wieżowców i bagna slumsów. Brakowało mu tego przez ostatnie miesiące, nigdy nie uwierzyłby, jak bardzo. Ma też nadzieję, że odgłosy wielkiego amerykańskiego miasta zagłuszą jego wspomnienia, betonowy krajobraz wymaże je z jego pamięci. Problem w tym, że potrafi przywołać je cokolwiek, jakiś drobiazg, zwykła bzdura - jak choćby użycie określenia wielkie miasto.

- Jesteś przewodnikiem wielkiego miasta. - Słyszy głos Incachy, szamana Chopeków. - Twój strażnik czeka na ciebie w wielkim mieście.

Przez pewien czas po powrocie do Stanów Jim zastanawiał się nawet, czy nie porzucić myśli o powrocie do Cascade, czy zamiast tego nie zamieszkać w jakimś małym prowincjonalnym miasteczku, o którym Incacha na pewno nie mówił. Tylko że wioska Chopeków była tak mała, że praktycznie każda amerykańska zabita dechami dziura mogła wydawać się szamanowi wielkim miastem. A Jim nie zamierzał spędzić reszty życia na odludziu. Tęsknił za rodzinną metropolią. Tęsknił za ruchliwymi ulicami. Tęsknił za ludźmi, setkami spotykanych codziennie obcych, anonimowych twarzy. Jest chłopakiem z wielkiego miasta i dziesięć lat służby wojskowej ani osiemnaście miesięcy spędzonych w dziczy tego nie zmieni.

Zresztą nawet jeśli Incachy faktycznie chodziło akurat o Cascade, to jakie jest prawdopodobieństwo, że wśród kilkuset tysięcy mieszkańców i dziesiątek tysięcy turystów odwiedzających je w ciągu roku Jim spotka właśnie tą jedną osobę, która okaże się jego strażnikiem? Minimalne. Więc Jim znowu ryzykuje, jak zwykle, bo i tym razem ma więcej do zyskania niż do stracenia.

Oczywiście zgłasza się do miejscowej siedziby Centrum, to jest jego obowiązek. Każdy przewodnik i każdy strażnik musi zameldować się w oddziale, pod który podlega jego miejsce zamieszkania, żeby Centrum znało liczbę i status swoich podopiecznych. Jim jest też zobowiązany stawić się na każde wezwanie, szczególnie nagłe; zwykle oznacza to, że zaistniała sytuacja awaryjna, że któryś ze strażników pilnie potrzebuje przewodnika, a nie ma własnego. Jim nadal twardo stoi na stanowisku, że nigdy nie zwiąże się z żadnym strażnikiem - nikt nie ma prawa go do tego zmusić i z pewnością nikomu się to nie uda - ale to nie znaczy, że podoba mu się, kiedy pozbawiony przewodnika strażnik cierpi. W wojsku pełnił funkcję alarmowego przewodnika już tyle razy, że w tej chwili nie robi to na nim żadnego wrażenia, a w razie konieczności działa szybko i sprawnie, praktycznie odruchowo. Czasami śmieje się w duchu, że miałby wszelkie kwalifikacje do zostania elitarnym członkiem specjalnych służb ratowania strażników w nagłych przypadkach, gdyby takie istniały. Służby, nie przypadki, bo te drugie zawsze się znajdą.

Ostatecznie zamiast nieistniejącej służby ratowniczej wybiera pracę w jak najbardziej istniejącej policji, co wydaje mu się naturalnym przedłużeniem jego kariery wojskowej. Musi oczywiście najpierw przejść specjalistyczne szkolenie i ukończyć akademię policyjną, ale nie przejmuje się tym - to nie pierwszy raz w jego życiu, właściwie nabrał już wprawy. Kiedy składa stosowne dokumenty, nie ma żadnych wątpliwości, czy dobrze robi.

Zanim kończą się jego zasoby finansowe, Jim wyrusza na pierwszy patrol.

...

W policji, podobnie jak wcześniej w wojsku, zaczyna od samego dołu, jako zwykły krawężnik. Ale też, co również przypomina jego poprzednie zajęcie, tak samo szybko, jeśli nie szybciej, awansuje. W ciągu jednego roku przechodzi przez obyczajówkę do narkotyków, gdzie robi karierę jako samotnik działający w terenie pod przykrywką. Jest w tym naprawdę dobry, co nikogo nie dziwi, bo wszyscy wiedzą, że Jim jest przewodnikiem, a powszechnie uważa się, że przewodnicy czytają ludzi z większą łatwością niż większość osób czyta świeżo wydrukowane książki. I jest to jedna z nielicznych znanych wszystkim prawd, z którymi Jim jest skłonny się zgodzić, nawet jeśli na głos tego nie przyzna. Z drugiej strony sam wie najlepiej, ile umie, ile z tego nauczył się na szkoleniu dla przewodników, ile poznał dzięki pracy ze strażnikami w wojsku, a ile pochodzi z niego samego, z tego, kim się urodził. Według niego są to części mniej więcej równe, a więc dzięki doświadczeniu nabytemu w armii jest o połowę lepszym przewodnikiem niż co najmniej większość tych, którzy dopiero co zdali egzamin Centrum. I nie ma wątpliwości, że to dużo. Bardzo dużo.

Z tych powodów nie dziwi go, kiedy dostaje kolejne przeniesienie, tym razem do wydziału spraw ciężkich. Pracują tam najlepsi z najlepszych detektywów Cascade, zajmujący się najpoważniejszymi przestępstwami, jak porwania, seryjne zabójstwa czy terroryzm. Jim nie jest nawet zaskoczony, kiedy okazuje się, że jego nowy dowódca zdążył go znielubić zanim jeszcze go poznał - zwykli ludzie reagują na niego różnie, więc jest przygotowany na wszystko, poznając kogoś nowego. Ten konkretny mężczyzna, kapitan Banks, miłośnik cygar, których zapach Jim poczuł zanim jeszcze wszedł do jego gabinetu, uważa go najwyraźniej za karierowicza i podejrzewa, że szybki awans jego najnowszego podwładnego wynika z jego statusu, a nie ciężkiej pracy, czego nawet nie ukrywa, tylko mówi wprost przy pierwszym spotkaniu. Jim w duchu cieszy się, że dzięki dawno zerwanym stosunkom z rodziną nikt nie zdaje sobie sprawy z jego pochodzenia od tych Ellisonów, bo inaczej usłyszałby także zapewne, że za jego karierą kryją się pieniądze i wpływy ojca. A tak musi martwić się tylko byciem przewodnikiem, a nie strażnikiem, który zdaniem kapitana bardziej przydałby się w tym wydziale; Banks nie wyraża takiej opinii, trzeba mu to oddać, ale Jim wystarczająco nasłuchał się podobnych rzeczy na zanim został porucznikiem Rangersów, żeby wyczytać to z tego, o czym dowódca nie wspomina. Nie szkodzi, prędzej czy później udowodni swoją wartość dla wydziału. Reszta nie zależy od niego.

Tymczasem kapitan, mając w wyraźnej pogardzie dotychczasowy sposób pracy Jima, przydziela mu partnera. Albo raczej przydziela Jima jako partnera detektywowi Jackowi Pendergastowi, starszemu i bardziej doświadczonemu policjantowi, który w wydziale pracuje od lat. Jim nie ma nic przeciwko temu - często zdarzało mu się partnerować strażnikom, a bycie partnerem zwykłego policjanta może być tylko łatwiejsze; nie musi uważać na jego panowanie nad zmysłami, nie musi stawiać go na pierwszym miejscu, nad sobą, wręcz przeciwnie, sam może liczyć na takie traktowanie jako żółtodziób wydziału. Dla Jima to luksus, bo jako zawsze starszy brat i jako przewodnik nigdy czegoś podobnego nie doświadczył. Szybko okazuje się, że bycie młodszym członkiem zespołu ma też złe strony, ale podczas szkolenia na Rangera było dużo gorzej, więc nie narzeka. Jack jest dobrym mentorem, cierpliwym i wyrozumiałym, posiadającym rozległą wiedzę zawodową, którą chętnie się dzieli. Ma też wady i słabości, ale Jim przymyka na nie oko, wiedząc, że to jedno łączy wszystkich ludzi, że nikt nie jest idealny, że każdemu czasem może się powinąć noga. Możliwe, że niezwracanie uwagi nie jest najlepszym, co można zrobić, jednak szkolenie wpoiło Jimowi, że to, co robi strażnik - w domyśle: jego partner - nie jest jego sprawą, o ile nie ma związku z używaniem przez niego zmysłów, a wojskowe doświadczenia tylko utwierdziły w nim to przekonanie.

Dlatego Jim udaje, że nie zauważa hazardowych problemów Jacka, że nie obchodzą go problemy sercowe partnera i jego dziewczyny. Kiedy dziewczyna staje się byłą, nawet jeśli Jack nie przyjmuje tego do wiadomości, Jim nie ma szczególnych wyrzutów sumienia, idąc z nią do łóżka. Nie czuje takiej potrzeby, ale ona tak, więc on ulega, po raz pierwszy od ukończenia liceum. Nic się nie zmieniło, rejestruje w pełni świadomie po nocy spędzonej na ćwiczeniach gimnastycznych w cudzej pościeli, i wmawia sobie, że nic go to nie obchodzi, że jest ponad to, choć w głębi duszy wie lepiej. Chce być taki, jak inni. Chce chcieć, pragnąć, czuć rządzę. Przez lata kariery wojskowej wyleciało mu to z głowy, ale teraz znowu mieszka wśród ludzi, wśród par, wśród małżeństw i rodzin, więc ma przed sobą to, czego mu brakuje, nawet jeśli jego ciało uważa inaczej.

Z tym, że Jack znika, nagle i niespodziewanie, tej samej nocy, której Jim zabawiał jego (byłą) dziewczynę. Nikt nie oskarża go wprost o kradzież okupu, który detektyw Pendergast miał osobiście dostarczyć porywaczowi bogatego przedsiębiorcy, ale po cichu krążą takie plotki. Jim w nie nie wierzy; obawia się raczej, że Jack w jakiś sposób dowiedział się o jego zdradzie i dlatego wyjechał bez pożegnania. Jack mógł mieć problemy, jak wszyscy, ale był uczciwym człowiekiem, porządnym stróżem prawa i Jim nie wierzy, żeby dał się skusić nawet tak wysokiej kwocie. To nie w jego stylu, twierdzi stanowczo i powtarza to każdemu, kto chce słuchać, oraz większości tych, którzy nie mają takiej ochoty. Również jego byłej dziewczynie, z którą następnie bez słowa wyjaśnienia zrywa wszelkie kontakty. Ale wie, że ona rozumie - wyczytał to w niej jak w otwartej księdze, kiedy zamykała za nim drzwi.

...

Carolyn Plummer poznaje drugiego dnia pracy w wydziale spraw ciężkich, choć wtedy tylko zostaje jej przedstawiony i tyle. Pani porucznik zajmuje jednak biurko tuż obok jego, więc kiedy akurat grzebią w papierach w tym samym czasie, mają okazję poznać się lepiej. Kobieta jest nim wyraźnie zainteresowana, nie tylko od strony zawodowej, choć Jim ma nadzieję, że chociaż trochę od niej też. Przynajmniej na początku. Po zniknięciu Jacka, po nawiązaniu i natychmiastowym zerwaniu intymnej znajomości z inną osobą, po ostatecznym przyznaniu przed sobą samym, czego tak naprawdę chciałby od życia, Jim postanawia zacząć się z nią umawiać. Tworzą idealną parę, wszyscy mu to mówią, począwszy od samej Carolyn, a skończywszy na kapitanie Banksie, z którym Jim przez minione miesiące zdążył się zaprzyjaźnić. Nie pozostaje mu nic innego, jak im wierzyć, choć sam nie czuje do swojej - już - narzeczonej niczego więcej, niż do swojego dowódcy, nazywanego teraz poza służbą Simonem. Owszem, lubi ją przytulać, a Simona niekoniecznie, owszem, lubi ją całować, i tak, uprawia z nią seks, albo raczej gimnastykę, bo wciąż nie jest to dla niego niczym więcej. Trochę to mało, nie do końca to, czego pragnął, ale wie, że to jego wina, nie jej, więc robi dobrą minę do złej gry i stara się jak najczęściej sam proponować zakończenie randki w jej łóżku. I chyba mu to wychodzi, bo kobieta wydaje się nim całkowicie zauroczona. Chciałby powiedzieć, że z wzajemnością, że on ją też kocha, ale cóż. Choć może kocha ją, kto wie, jak przyjaciółkę na przykład (nie powie, że jak siostrę, bo z siostrą jednak raczej nie uprawiałby seksu ani się nawet nie całował) - nie wie, bo nie ma pojęcia, jakie to uczucie. Albo wie, tylko nie wie, że wie. Co w sumie na jedno wychodzi.

Wkrótce po zniknięciu Jacka przychodzą wreszcie pieniądze z wojska, cała odprawa i zaległa część żołdu, przeszło połowa. To dużo, w końcu był nie byle kim, tylko kapitanem Rangersów, a do tego przewodnikiem pracującym awaryjnym z dodatkiem funkcyjnym. No i fakt, że brał udział w tajnych akcjach, co wstrzymało należne mu pieniądze, też przyczynił się do ostatecznej wysokości kwoty. Jeszcze kilka miesięcy temu może zastanawiałby się, co zrobić z taką sumą, ale obecnie nie ma żadnych wątpliwości. Przecież niedługo się żeni. Nie chciał zapraszać Carolyn do swojej klitki, wystarczającej dla samotnego kawalera, ale nieodpowiedniej dla rodziny, więc postanowili na razie zamieszkać u niej, a potem poszukać razem jakiegoś odpowiedniego miejsca, na które będzie ich stać.

Może trochę pochopnie - właściwie na pewno - Jim po otrzymaniu pieniędzy postanawia w sekrecie kupić mieszkanie, jako swego rodzaju prezent przedślubny dla Carolyn. Jeszcze nie dom, na to przyjdzie czas, kiedy pojawią się dzieci, ale spore mieszkanie na poddaszu, gdzie będzie im wygodnie w dwójkę, a w razie potrzeby w trójkę czy nawet w czwórkę. Chwilowo woli nie wybiegać myślami tak daleko w przyszłość, choć w razie potrzeby będzie przygotowany. Jak dobry Ranger. I jak dobry przewodnik.

Ślub jest na tyle skromny, na ile da się go takim urządzić, kiedy państwo młodzi są detektywami w najważniejszym wydziale policji. Oczywiście zjawiają się prawie wszyscy ich koledzy i koleżanki, z nielicznymi i niemożliwymi do uniknięcia wyjątkami; na przeszło godzinę okolica jest prawie całkowicie opuszczona przez stróżów prawa, którzy w galowych mundurach uczestniczą w uroczystości. Simon Banks, z zawodu nieprzystępny kapitan policji, jest drużbą Jima. Carolyn towarzyszy jej siostra, a w pierwszym rzędzie siedzą jej rodzice. Jima nikt taktownie nie pyta o rodzinę, on sam nie ma ochoty nikomu opowiadać o bracie i ojcu. Nawet jego teraz już żona nie wie, że ktoś taki w ogóle istnieje. I Jim ma nadzieję, że zostanie tak na zawsze, choć w głębi ducha wie, jak mało jest to możliwe nawet w mieście wielkości Cascade.

Jest szczęśliwy. Na tyle, na ile może być. Osiągnął to, czego chciał. Ma dobrą, pożyteczną pracę, w której jest szanowany i doceniany, nie bez przyczyny. Ma piękną żonę, na której mu zależy ze wzajemnością, o ile się orientuje. Ma w perspektywie rodzinę, może nawet kilkoro dzieci, jeszcze nie omawiali tego ze szczegółami, choć Jim wie, że Carolyn chce urodzić mu syna albo córkę. Albo oboje. Albo więcej niż jedno. To się dopiero okaże, ale Jim już cieszy się tymi widokami na przyszłość.

I, koniec końców, nie ma strażnika, z którym zmuszony byłby się związać. To też pozytyw, a on nie jest w stanie go przecenić.