1.
Kakuzu niezdarnie przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Niepewna równowaga, jaką z trudem utrzymywał w pochylonym w bólu ciele, zachwiała się. Krew zachlupotała pod jego stopą, kiedy zrobił krok naprzód, żeby nie upaść. Zwiesiwszy głowę, która ciążyła mu jak kamień, patrzył na rosnącą kałużę swojej własnej krwi. Oleistą powierzchnię cieczy mąciły nici, wijące się jak węgorze w wiadrze. Ich ruchy robiły się jednak coraz bardziej niemrawe, aż w końcu ustawały zupełnie. Kakuzu czuł jak spomiędzy szczelin szwów na całym ciele wypełzają kolejne nici. Jedne spływały bezwładnie na ziemię, inne roztapiały się od razu, zostawiając gorące smugi krwi na skórze. Patrzył, jak z jego ust, wijąc się jak robak, wycieka długa wstążka i zaczyna kapać czerwonymi kroplami prosto do kałuży u jego stóp.
- Cóż, musiałem jakoś wyrównać nasze szanse. – Kakuzu drgnął, słysząc głos Tetsuo. Podniósł chwiejnie głowę, starając się ignorować paraliżujący ból, który przeszywał go przy najmniejszym ruchu. Jego partner stał jakieś trzy metry od niego. W zmętniałym polu widzenia Kakuzu szczupła sylwetka zdawała się to przybliżać, to oddalać.
- Ból powinien niedługo minąć – powiedział Tetsuo. Jego postać niknęła na tle szarości i zieleni lasu. – Za kilkanaście minut powinieneś być zdolny do walki. Chociaż nie w pełni sił – uśmiechnął się lekko. - Opracowanie tej trucizny zajęło mi wiele czasu i przyznam, że jestem całkiem zadowolony z efektu. Chociaż byłeś szybszy niż sądziłem. Udało ci się ograniczyć jej działanie tylko do jednego serca. – Spojrzał na plamę brudnej czerwieni rozlaną na ziemi za plecami Kakuzu. – Szczerze mówiąc, liczyłem na dwa – uśmiechnął się znowu. – Cóż, wciąż masz przewagę cztery do jednego.
Przez pulsowanie bólu i otumanienie wywołane trucizną, głos Tetsuo brzmiał niewyraźnie, rozproszony, jakby płynął z oddali, z wielu kierunków na raz. Drżącą ręką, zdrętwiałą i obcą, jakby nie należała do niego, Kakuzu otarł pot zalewający mu czoło. W bezwietrznym powietrzu nie rozlegał się żaden odgłos. Drzewa stały nieruchomo w dusznym upale, zwieszając poszarzałe liście. Kakuzu patrzył jak w gładkiej już kałuży krwi odbija się matowo szare niebo. Po horyzont zaciągnięte chmurami, zdawało się zwieszać tuż nad jego głową. Na plecach czuł ziejącą pustkę rany, przez którą wyciekło jego serce. Kiedy zorientował się, że coś jest nie tak, jego ciało już zareagowało, prowadzone nieomylnym instynktem. Ale i tak było za późno. Trucizna, którą podał mu Tetsuo była na tyle wyrafinowana, że zaczęła działać na długo zanim poczuł jej efekt. Ale kiedy w jego ciele zaczął rozlewać się obezwładniający ból, nici, w których płynęła zakażona krew już były oddzielane od innych naczyń i przyłączane do jednego serca, dzięki czemu trucizna nie rozprzestrzeniła się na inne. Najpierw odpadła maska małpy. Nić, która wiązała ją z ciałem wyśliznęła się z niej jak zbyt luźna fastryga. Przez dziurę na plecach Kakuzu wypełzło czarne kłębowisko, drgające wokół serca, zapadłego w sobie jak przegniły owoc. Nici, które dotąd splatały się wokół niego w kształt małpy, teraz zlewały się w bezładną masę, wypadały jak włosy z chorej głowy, pękając w przyspieszonym procesie rozkładu, ściekały strumieniami krwi na ziemię. Porażone trucizną serce spłynęło w topniejącym płaszczu nici po plecach Kakuzu, zostawiając krwawy ślad na skórze i ból niemal nie do zniesienia.
- Pewnie już się domyśliłeś – odezwał się znowu Tetsuo. Trzymał w ręku manierkę, z której Kakuzu pił ledwie pół godziny wcześniej, ciesząc się smakiem wody, kojącym po wielogodzinnej wędrówce w duchocie lasu. – Zatruta woda, podana ręką towarzysza. Mam nadzieję, że doceniasz klasyczny styl – uśmiechnął się kpiąco. Na tle burej ściany lasu, nastroszone włosy Tetsuo wydawały się Kakuzu czerwone jak jego własna krew wsiąkająca w wyschłą ziemię.
- Oczywiście zastanawiasz się dlaczego – powiedział Tetsuo konwersacyjnym tonem. – To dosyć długa historia. Ale jakieś wyjaśnienie ci się należy. Zresztą chętnie sam usłyszę jeszcze raz, dlaczego właściwie to robię. – Jego twarz nie zdradzała głębszych emocji. Wydawał się raczej rozbawiony całą sytuacją, jakby wszystko rozgrywało się poza nim, a on był tylko widzem. – Wszystko zaczęło się od maski – sięgnął do torby za plecami. Wyciągnął przed siebie biały owal. Z pustej maski spojrzały na Kakuzu równie puste kręgi oczu. – Pamiętasz? Ponad rok temu. Nad morzem. – Biel muszli jaśniała w przykurzonych barwach upalnego popołudnia. – Powiedziałem, że ta maska nie ma twarzy tak jak ty. To nie była tylko metafora. Dla mnie jesteś człowiekiem bez twarzy. Takim cię zapamiętałem. Takim zobaczyłem cię po raz pierwszy. Prawie trzydzieści lat temu.
W bezwietrznej ciszy lasu rozległo się kwilenie ptaka. Kakuzu zmarszczył brwi. Poruszył słabo ręką, by odegnać muchy zwabione zapachem świeżej krwi.
- Obawiam się, że muszę zacząć od samego początku. Urodziłem się w Kraju Ziemi, w wiosce nad rzeką. Ta rzeka była ważnym szlakiem komunikacyjnym na granicy wpływów kilku klanów. Czasy były burzliwe i każdy chciał położyć na niej rękę. Walki na pograniczu ciągnęły się latami. Co jakiś czas płonęła wieś albo przystań rybacka. A potem w odwecie następna. Jedni niszczyli barki handlowe drugich i na odwrót. I tak bez końca. Pamiętam, że matka zawsze trzymała w szafie tobołek na drogę, w razie gdyby trzeba było szybko uciekać. Ale każdy miał nadzieję, że do tego nie dojdzie i życie toczyło się dalej. Aż pewnej nocy obudził mnie trzask wyłamywanych drzwi. Spałem w kuchni, bo tam nie było słychać szumu rzeki, przy którym nie mogłem zasnąć. Usłyszałem krzyk matki. A potem już nic. Wyjrzałem zza drzwi. Zobaczyłem trzy czarne postacie. Dwie były wielkie jak olbrzymy z bajek, miały twarze potworów, a głowami sięgały sufitu. Trzecia nie miała twarzy. Ale miałem wrażenie, że mnie widzi. Podeszła bliżej. Miałem wtedy sześć lat i nigdy przedtem ani potem tak się nie bałem. Była tuż przy drzwiach, kiedy na dworze rozległy się nawoływania. Potwory wyszły na zewnątrz, a za nimi postać bez twarzy. Odwróciła się na progu i spojrzała na mnie. W łunie pożaru zobaczyłem zielone oczy – Tetsuo patrzył na niego uważnie. – To były twoje oczy. I to ty tam byłeś.
W ociężałym od trucizny umyśle Kakuzu na próżno szukał wspomnienia tej nocy. Ale pamiętał ten czas. Walczył jako najemnik dla jednej z frakcji ścierających się o wpływy w tamtym rejonie. To była walka bez pardonu, wszystkie chwyty były dozwolone, o ile przynosiły doraźną korzyść. Wydawało się, że żadna ze stron nie miała przemyślanej strategii, obowiązywała krótkowzroczna taktyka, przewagę zdobytą jednego dnia, tracono następnego. Jakby nikomu nie zależało na rozwiązaniu konfliktu, tylko na przeciąganiu go w nieskończoność. Ale Kakuzu nie obchodziło, o co ani dla kogo walczy. To był jeden z mroczniejszych okresów w jego życiu, chciał wtedy zapomnieć o wszystkim, nawet o tym jak się nazywa. I prawie mu się udało. W oddziale najemników, skleconym z przestępców i byłych shinobi, nikt nie znał jego imienia i nikt nie był go ciekaw. Nie łączyło ich nic, poza zabijaniem. Kakuzu nie obchodziły wtedy nawet pieniądze, których jego kompani szukali, plądrując domy. Liczyła się tylko śmierć, jej gęsty zapach, bez którego nie mógł się obyć. I były dziesiątki takich nocy jak ta, o której opowiadał Tetsuo. Kiedy wchodził do pogrążonych we śnie domów i zostawiał po sobie trupy. I gdyby znalazł w ciemnej kuchni małego chłopca, zabiłby i jego i zapomniał o tym, zanim jeszcze krew obeschła na jego rękach.
- Miałem dużo szczęścia – ciągnął Tetsuo. – W pobliżu znalazł się oddział shinobi z klanu naszego pana. Jeden z nich przygarnął mnie i wychował jak syna. Właściwie powinienem być ci wdzięczny – uśmiechnął się ironicznie. – Gdyby nie ty, sprzedawałbym ryby jak mój ojciec. Nie pamiętam go za dobrze. Przez większą część roku jeździł z rybami po miastach. Ale matka… wiem, że była czymś dobrym w moim życiu. I ty to zabrałeś – spojrzał na niego oczami szarymi jak lód. – Powtarzałem to sobie przez całe dzieciństwo. Nie chciałem zapomnieć i rosłem z postanowieniem zemsty. Ale z czasem… - urwał na moment - z czasem zostały z tego tylko słowa. Matka stała się Matką przez duże „m", nierealna jak postać z książki. Jak potwory sięgające sufitu i człowiek bez twarzy. Dałem sobie z tym spokój. Podobało mi się życie shinobi, potem ANBU, a potem wolnego strzelca. Podobało mi się polowanie na ludzi. Czasem złych, częściej po prostu niewygodnych. Podobało mi się, że nie ja muszę o tym decydować, ja muszę tylko trafiać w cel. – W jego rękach pojawiła się smukła kusza. Tetsuo uśmiechnął się, widząc, że Kakuzu drgnął na jej widok. Pogładził lśniącą kolbę z ciemnego drewna. - Ale poznałem cię od razu. A kiedy zobaczyłem twoje serca, wiedziałem, że znalazłem olbrzymy, które widziałem w nocy. I przez chwilę znowu myślałem o zemście. Właśnie, „myślałem". Nie miałem już ani potrzeby, ani ochoty cię zabijać. Minęło niemal trzydzieści lat od tamtej nocy. Nie zostało we mnie nic z chłopca, który marzył o zemście.
Gdzieś daleko przetoczyło się echo gromu. Głuchy pomruk, który zapowiadał burzę.
- Jeśli nie szukasz zemsty… dlaczego to robisz? – zapytał Kakuzu z wysiłkiem, czując jak kołatanie bólu cichnie powoli w jego umęczonym ciele.
- Dlatego – odparł Tetsuo, znowu wyciągając przed siebie maskę. – Mówiłem, że to ty jesteś człowiekiem bez twarzy, ale wtedy, na plaży, zrozumiałem, że ja też się nim stałem. Nie obchodzi mnie nic. Idę gdzie każą mi iść, zabijam kogo każą mi zabić. I zginę, gdy przyjdzie mi zginąć. I tyle. Powiedziałeś, że chowam się w cieniu. I to prawda. Lubię się chować, znikać. Jestem, chociaż mnie nie ma. – Spojrzał na białą maskę. – Miałeś rację. Nie wiem jak wygląda moja twarz. I może faktycznie lepiej nosić maskę, niż w ogóle nie mieć twarzy.
- Dlatego to robię. To jest moja maska – zemsta, którą przysiągłem przed laty. Sztuczna i nieprawdziwa, ale moja. Sam ją przygotowałem i sam włożyłem na twarz – schował maskę do torby i cofnął się o krok. Powiew wiatru zaszeleścił w zesztywniałych od upału liściach. Burza była coraz bliżej. – Zresztą wiesz, że lubię wyzwania. Jestem ciekaw ile serc ci jeszcze zabiorę. Stawiam na co najmniej dwa. – Białe zęby zalśniły między wąskimi ustami. Kakuzu wyprostował się powoli. Działanie trucizny słabło z każdą chwilą.
- Zginiesz – powiedział, patrząc w szare oczy, nieprzeniknione jak kożuch chmur na niebie.
- Może – Tetsuo uśmiechnął się kpiąco. – Nie wierzysz w karmę? Ja też nie. Ciekawe czy mamy rację? Proponuję umowę. Jeśli przegram, weźmiesz moje serce.
Kakuzu spojrzał na niego zaskoczony. Las wokół nich szumiał coraz głośniej, jakby budził się ze snu.
- I moją maskę. Chcę, żebyś miał naszą twarz przed oczami – uśmiechnął się szeroko i znikł. Kakuzu patrzył na pstrokatą mozaikę zarośli. Tetsuo mógł kryć się wszędzie. Poruszył ręką w powietrzu, kreśląc pieczęć i jego skóra stała się twarda jak kamień. Chmury ponad nim zgęstniały i toczyły się ciężko po niebie. Na twarzy poczuł pierwsze krople deszczu.
2.
Kakuzu leżał na plecach, nie myśląc o niczym. Patrzył, jak zasłona w uchylonym oknie faluje lekko w strumieniu zimnego powietrza. Nie chciało mu się spać. Czuł się tylko zmęczony, obezwładniony znużeniem. A przecież dzień nie był szczególnie forsowny. Pogoda sprzyjała wędrówce, udało im się bez przeszkód załatwić wszystko, co zaplanowali. Właściwie powinien być zadowolony. Kiedy dotarli do hotelu, był wczesny wieczór. Hidan od razu oznajmił, że nie zamierza spędzić go bezproduktywnie w zatęchłym pokoju. Wyszedł, wzruszając tylko ramionami, kiedy Kakuzu odmówił mu towarzystwa. Kakuzu był zmęczony. Znużenie tak naprawdę nigdy go nie opuszczało, krążyło w jego ciele, zawsze obecne gdzieś w tle, tak że przyzwyczaił się do niego i nie zwracał na nie uwagi. Czasami jednak wzbierało i siadało mu na piersi jak zmora. Przygniatało ciężarem czasu, przeżytych lat, dni, godzin. Było ich dużo. Zbyt dużo.
Z przedpokoju sączyło się przyćmione światło. Słaba żarówka, osłonięta grubym kloszem, nie rozjaśniała mroku w pomieszczeniu, ale nawet ten rozproszony blask raził Kakuzu w oczy. Nie chciało mu się wstawać, żeby zgasić lampę. Hidan powinien był to zrobić, kiedy wychodził. Ale on nigdy nie pamiętał o takich rzeczach. Kakuzu przesłonił oczy wierzchem zaciśniętej dłoni. Po chwili przymknął powieki. Wiedział, że i tak nie zaśnie.
Nie miał pojęcia ile czasu minęło, dziesięć minut czy dziesięć godzin, kiedy usłyszał trzaśnięcie drzwiami i hałas w przedpokoju. Hidan wrócił ze swojej przechadzki. Kakuzu nie otwierał oczu. Usłyszał, jak Hidan wchodzi do pokoju i zatrzymuje się za progiem. Niemal czuł na sobie jego wzrok. Doleciał go słodkawy zapach jakiegoś jedzenia.
- Widzę, że nie ruszyłeś się nawet na milimetr – w głosie Hidana „słychać" było kpiący uśmiech. Kakuzu nie odpowiedział. – Hej, Kakuzu! Śpisz?
Zmarszczył brwi. To było w stylu Hidana – nie obchodziło go, czy ktoś ma ochotę go słuchać, nie zostawiał swojej publiczności wyboru.
- Nie – powiedział wreszcie Kakuzu. I tak nie miało sensu udawać, że jest inaczej.
- Coś taki ponury? – Deski podłogi zaskrzypiały, kiedy Hidan zrobił parę kroków naprzód. – Tak to jest, jak się siedzi cały wieczór w zamkniętym pokoju. Uważaj, bo ani się obejrzysz, a zamienisz się w zgryźliwego starca. Znaczy, jeszcze bardziej niż już jesteś – Hidan zaśmiał się ze swego żartu, siadając z impetem na materacu. - Żałuj, że cię ze mną nie było. Całkiem sporo tu można zobaczyć. Oczywiście kupa pogańskich świątyń. Chociaż niektóre nawet niczego sobie. – Hidan szeleścił jakimiś papierami i wiercił się na materacu, szukając wygodnej pozycji. – Swoją drogą to jakaś obsesja z tymi świątyniami. Ci durni poganie nie mają pojęcia o Bogu. Jashin chce życia i krwi, nie pomników – Nie. Tylko nie Jashin. Kakuzu pomyślał, że nie zniesie dzisiaj kolejnej tyrady o przewagach jashinizmu nad wszystkim innym. Na szczęście tym razem Hidan nie drążył tematu. – Ale mają tu świetne pieczone kasztany – papiery zaszeleściły tuż nad uchem Kakuzu i słodkawy zapach uderzył go w nozdrza. – Chcesz trochę? Jeszcze parę zostało.
- Nie. Zabierz to – powiedział Kakuzu, nie zmieniając pozycji. Hidan milczał przez chwilę.
- Co jesteś taki nie w sosie? – zapytał wreszcie. W jego głosie pobrzmiewała już irytacja. – I o co chodzi z tą ręką na oczach? Ból świata czy ból głowy? Mówię ci, to dlatego, że siedzisz tu cały wieczór, zamiast zrobić coś sensownego. Za dużo myślisz, to jest twój problem. Gdybyś-
- Hidan.
- Co?
- Zamknij się.
Kakuzu usłyszał gniewne parsknięcie i materac ugiął się od zmiany nacisku – Hidan wstał. Rozległo się głuche pacnięcie – torebka z kasztanami wylądowała gdzieś na podłodze. Deski zaskrzypiały pod szybkimi krokami. Trzasnęły zamknięte z impetem drzwi do łazienki. Kakuzu wziął głęboki oddech. Ciężar na jego piersi nie zelżał ani na jotę.
Hidan jak zwykle nie spieszył się z wyjściem z łazienki i Kakuzu było to na rękę. W końcu jednak podłoga znów zaskrzypiała, ubranie zostało rzucone niedbale w kąt i Hidan ukląkł ostrożnie na materacu. Nie odzywał się ani słowem. Ta milcząca obecność ciążyła Kakuzu nie mniej niż beztroska gadanina. Po chwili poczuł na brzuchu badawczy dotyk ciepłych palców.
- Daj mi spokój – powiedział bezbarwnym tonem. Nie było odpowiedzi. Do dłoni zajętej przy jego podbrzuszu dołączyła druga, a w chwilę potem miękkie wargi i gorący język. Kakuzu zmarszczył brwi.
- Hidan, słyszałeś co powiedziałem? – w jego głosie brzmiało zniechęcenie. – Jestem zmęczony.
- Nie jesteś – usłyszał odpowiedź Hidana. Nie miał w sobie energii, żeby mu przerwać. Zresztą po jakimś czasie znużenie zaczęło opadać na powrót w głąb ciała Kakuzu, a krew popłynęła szybciej w jego sercach. Dotyk gładkiej skóry, palców, ust budził go z odrętwienia. Nadal jednak nie otwierał oczu, a ręka ciążyła mu na czole coraz bardziej. Miał wrażenie, że nie ma siły jej podnieść. Poczuł na sobie ciężar ciała Hidana, żywy i gorący, i zapragnął go dotknąć. Ale nie poruszył się.
- On też ci to robił? – zapytał nagle Hidan, nie odrywając ust od jego piersi.
- Kto? – Kakuzu zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
- Twój przyjaciel – wycedził Hidan i Kakuzu poczuł na swojej skórze jego zęby wyszczerzone w szyderczym uśmiechu. Milczał chwilę, zbity z tropu. Dlaczego Hidan znowu do tego wracał? Dlaczego tak usilnie starał się dostrzec w pustej masce czyjąś twarz? Ale Kakuzu robił przecież to samo. To on namalował czerwony półksiężyc pod prawym okiem maski - nie mógł znieść jej pustej symetrii. To on pomyślał „Tetsuo", a powiedział „przyjaciel". Wkładał na jego twarz nową maskę. A Hidan chętnie uwierzył w ostrość jej rysów, jakby wszystko było lepsze od tej milczącej bieli. W jego wykrzywionych ironią ustach słowo „przyjaciel" zabrzmiało jak obelga.
- Owszem, robił – Kakuzu z satysfakcją poczuł jak język Hidana odrywa się od jego skóry, a z rozchylonych ust zaczyna płynąć na nią strużka śliny. Białe ciało zastygło na moment bez ruchu. Nagle Hidan wyprostował się gwałtownie, jego dłoń zacisnęła się na ręce, którą Kakuzu przesłonił oczy, i jednym ruchem zerwała ją z twarzy. Pierwszy raz tej nocy Kakuzu spojrzał na Hidana.
- Kolekcjonujesz serca kochanków? Oryginalne hobby. Szykujesz już miejsce na moje? – Głos Hidana wibrował od sprzecznych emocji. Biała twarz, wykrzywiona w grymasie niezdrowej ekscytacji, pochylała się nisko. W szeroko rozlanych źrenicach płonęła gorączka. Zęby lśniły w uśmiechu, który miał więcej wspólnego z szaleństwem niż wesołością. Hidan wyglądał zupełnie jak wtedy, kiedy miał kogoś zabić, kiedy obłęd wypalał jego myśli. Kakuzu powoli wyrwał rękę z uścisku i dotknął białej piersi, nie spuszczając z oczu twarzy Hidana. Pod jego palcami serce biło szybko i pewnie. Pozwolił dłoni zsunąć się na twardy brzuch. Całe ciało wydawało się napięte, jakby sprężone do skoku. Kakuzu zamknął dłoń na biodrze Hidana i usiadł, przyciągając go do siebie.
- Żartowałem – powiedział spokojnie, patrząc na niego uważnie. – Był tylko moim partnerem.
Spoglądał w jego twarz z rozbawieniem - uśmiech zniknął, ale obłęd pozostał. Kakuzu wiedział, że Hidan mu nie wierzy. Uśmiechnął się do siebie.
- Ale jeśli chcesz się pozbyć swojego serca, możesz na mnie liczyć – powiedział wprost do jego ucha. Hidan milczał. Oczy Kakuzu były szeroko otwarte, a jedynym ciężarem, jaki czuł było białe ciało w jego objęciach. I kiedy sięgnął do jego gorącego wnętrza, palce Hidana, które zacisnęły się na jego plecach, zasłoniły pustą twarz maski.
3.
Strzępy pary odrywały się od ust Hidana, unosiły nad świeżo zamkniętą raną na piersi i żelazem dzirytu, wciąż gorącym od jego krwi. Siedział w kole znaku Jashina, ściskając broń w rękach. Patrzył przed siebie, mrużąc oczy w zimowym słońcu. Kilkanaście metrów dalej stał Kakuzu. W jego nieruchomej postaci koncentrację wyczuwało się niemal na odległość - trzy ocalałe serca, które wróciły do niego ledwie przed chwilą szukały swoich dawnych miejsc, nici na powrót splatały się w gęstą sieć wewnątrz jego ciała, luźniej niż zwykle, by wypełnić lukę po czwartej masce.
Zasadzka była świetnie przygotowana. Nie zorientowali się do ostatniej chwili, zajęci jeszcze jedną jałową kłótnią. Hidan wygłaszał kolejną bezcelową ripostę, kiedy ciało Kakuzu szarpnęło się w przód, przebite nasączonym czakrą ostrzem. Ciemna krew zalała jego pierś. Hidan po raz pierwszy zobaczył, jak Kakuzu traci swoje serce.
Teraz patrzył na trzy twarze masek na jego plecach. Rysy każdej z nich, grube jak teatralny makijaż, znał na pamięć. Krótki pysk, dwa czerwone trójkąty sterczące z cienkiej linii ust, wygięte do góry jak kły dzika – na dole, po prawej. To ta, która sięga mu ledwie do piersi, łazi na czterech łapach jak pies, potrząsając pajęczymi skrzydłami – jeśli którąś z nich w ogóle lubił, to właśnie tę. Spiczaste uszy, wilcze zęby, zygzak czerwonej farby, jak język wywieszony na brodę – na dole, po lewej. Zakrzywiony dziób w kocim pysku – z prawej, u góry. Najwyższa z nich, chodzi prosto jak człowiek. Tej już nie ma. Na jej miejscu gwiazda szwu na zakrwawionej skórze. I ostatnia – okrągła i pusta jak lustro, z blizną półksiężyca pod okiem – na górze, po lewej – tam, gdzie powinno bić prawdziwe serce Kakuzu, biło serce jego partnera, przyjaciela, kochanka, ofiary czy kimkolwiek był naprawdę. Hidan wciąż nie wiedział, co kryło się za tą pustą twarzą. Kakuzu karmił go półprawdami, zwodził, bawił się jego obsesją, której Hidan sam nie rozumiał. Nie rozumiał dlaczego jego myśli uparcie wracały do człowieka, którego twarzy nigdy nie widział, który może nawet nigdy nie istniał. Do tej pory nie obchodziła go przeszłość jego partnera. Ale nagle okazało się, że ta przeszłość bije w piersi Kakuzu i spogląda z jego pleców pustymi oczami. Każdej nocy Hidan słyszał jej puls w pięciogłosie serc. Kiedy on spał, jej oczy pozostawały otwarte i kiedy się budził, wciąż patrzyły na niego tak samo bez wyrazu. Tak jak teraz.
Odwrócił wzrok ze złością. Schował dziryt i wstał powoli. W przenikliwym powietrzu odsłonięta skóra na jego piersi, mokra jeszcze od krwi, pokryła się gęsią skórką. Podniósł głowę i promień słońca trafił prosto w jego usta, rozlewając między wargami kroplę ciepła. Zrobił kilka kroków w stronę Kakuzu. Maski patrzyły na niego okrągłymi oczami. Spojrzał na płat nagiej skóry na miejscu ptasiej twarzy. Wyciągnął rękę.
- Czego chcesz? – zapytał nagle Kakuzu, nie odwracając się. Palce Hidana drgnęły. Nie odpowiedział. Sięgnął ręką dalej i dotknął umazanych krwią pleców. Pod palcami czuł podskórne wrzenie – nici wciąż wiły się niespokojnie, dopasowując się na nowo do ciasnego wnętrza. Wytrącone z równowagi utratą serca, pobudzone niedawną walką, ciało Kakuzu wibrowało wewnętrznie jak ul pełen pszczół. Hidan oblizał wargi, miękkie i ciepłe od pieszczoty słońca.
- Czy to boli? – Starał się, by jego głos nie zdradzał emocji. Przesunął palcami po szwach zbiegających się promieniście w miejscu po ptasiej masce.
- Co cię to obchodzi? – warknął Kakuzu, nie zmieniając pozycji. Hidan wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Ból mnie zawsze obchodzi – położył palec pośrodku gwiazdy szwu. Kakuzu obrócił nieznacznie głowę. Wciąż jednak nie ruszał się z miejsca.
- Zabieraj ręce i zostaw mnie – powiedział wreszcie zniecierpliwionym tonem. – Nudzi ci się? Nie masz jakichś guseł do odprawienia?
Hidan uśmiechnął się jeszcze szerzej. Oderwał rękę od pleców Kakuzu.
- Racja. Każdą chwilę powinienem poświęcać dla chwały Jashina – odparł matowym głosem. Pusta maska wytrzeszczała na niego bezmyślne oczy. Odwrócił się i niespiesznym krokiem ruszył przed siebie. Serce zaczęło bić szybciej w jego piersi. W ustach poczuł suchość. Szedł powoli, a droga zdawała się nie mieć końca. Słońce znowu wychynęło zza chmur i zalśniło w kałużach stopniałego lodu. Hidan przez chwilę nie widział nic, oślepiony światłem. Jeszcze dwa kroki. Podniósł do ust rękę, która paliła go jak ogień. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Smak krwi Kakuzu, dziwnie słodki w jego wyschniętych ustach. Dziryt w drżącej z podniecenia dłoni. Ostrze w jego piersi i ostrze w sercu Kakuzu. Którym?
Hidan podniósł głowę, opanowując drżenie, kiedy gorący strumień uchodzącego życia wzbierał w jego ciele. Maski zniknęły za plecami Kakuzu, który patrzył teraz na niego pustym wzrokiem. Osłoniętą twarz wykrzywił skurcz bólu. Nie ruszył się z miejsca, ale jego ręka przedłużona wiązką nici chwyciła już Hidana za gardło, wywlokła go z kręgu i rzuciła na ziemię. Hidan syknął kiedy uderzenie wepchnęło dziryt z powrotem w jego pierś, a lodowata woda dostała się do świeżej rany na plecach. Krztusząc się krwią, patrzył, jak plecy Kakuzu wybrzuszają się jak podkopywana ziemia. Zabrakło mu tchu, kiedy ucisk na jego szyi zacieśnił się gwałtownie, a z pochylonej sylwetki Kakuzu maski wystrzeliły w górę, ciągnąc za sobą skłębione wokół serc ogony. Kakuzu wyprostował się i ucisk zelżał. Za jego plecami maski wyplątywały się ze zwojów nici, wciąż nieco wymięte, szybko odzyskiwały właściwe kształty, otrząsając się i strosząc jak psy po kąpieli. Kakuzu podszedł bliżej i Hidan stracił je z oczu.
- Powinienem się tego spodziewać – powiedział chrapliwie Kakuzu, pochylając się nad nim. – Ale nie sądziłem, że jesteś aż tak głupi. Nie doceniłem cię.
Hidan nie słuchał i nie patrzył na niego, bezskutecznie wypatrując za nim czerwonych grzbietów jego serc. Chciał wiedzieć czy mu się udało, czy trafił i raz na zawsze pozbył się maski bez twarzy.
- Słuchaj, kiedy do ciebie mówię – warknął Kakuzu, chwytając go za szczękę i przemocą odwracając jego twarz w swoją stronę. Hidan wreszcie spojrzał na niego. Zieleń w jego oczach wypełniała niemal całą przestrzeń między powiekami, nabrzmiała wściekłością, jakiej Hidan nawet w nich chyba jeszcze nie widział. Szybciej niż zdążył pomyśleć wyciągnął rękę i zanim Kakuzu zdołał go powstrzymać, zerwał maskę z jego twarzy. Wydawała się nieruchoma, zastygła w zimnej furii.
- Interesujesz się bólem? – zapytał Kakuzu, przygważdżając do ziemi dłoń, która odsłoniła jego twarz. – Dobrze się składa. Dam ci małą lekcję.
Hidan patrzył jak twarde słowa rozchylają jego obnażone usta i zamieniają się w obłok pary. Od początku liczył się z tym, że słono zapłaci za to, co zrobił, ale teraz nie był pewien czy wyjdzie z tego cało. Tym bardziej chciał wiedzieć, czy dopiął swego. Oderwał wzrok od jadowitej zieleni jego oczu i spojrzał znów ku ciemnym kształtom w tle. Powietrze rozdarł krzyk, pełen skargi, jak wołanie rannego zwierzęcia. Kakuzu obejrzał się i Hidan zobaczył za nim siatkowate skrzydła i potężną sylwetkę czworonożnej maski, a u jej boku drugą – bezkształtną jak stóg siana, patrzącą okrągłymi oczami wprost na niego, maskę bez twarzy. Nie trafił. Zaklął głośno, dławiąc się krwią i chwycił rękę, która ściskała go za gardło. Kakuzu spojrzał znów na niego, marszcząc brwi. Obejrzał się na ocalałe maski. W jego oczach było zaskoczenie.
- Chciałeś się go pozbyć? – Niedowierzanie brzmiało w jego głosie. Gdzieś z tyłu cichł ostatni krzyk konającej maski. – Chciałeś się pozbyć serca Tetsuo?
Hidan spojrzał na niego, nie rozumiejąc, zanadto wściekły, by skupiać się na tym, co do niego mówiono.
- Naprawdę jesteś jak dziecko – powiedział Kakuzu, pochylając się niżej. – Ten człowiek nie żyje od lat. Zabiłem go, bo chciał zabić mnie. Wziąłem jego serce, bo taka była umowa. Teraz jest moje i płynie w nim moja krew. A ty jesteś zazdrosny o kawałek mięśnia, Hidan – jego głos pobrzmiewał ironią, ale wściekłość nie zniknęła z zielonych oczu.
- Zazdrosny?! Stary dureń! Nie pochlebiaj sobie! – Hidan próbował splunąć, ale krew zalała mu usta. – Daruj sobie swoje przemowy! Po prostu rzygać mi się chce od patrzenia na tą pustą gębę! Czyja by nie była!
Kakuzu patrzył na niego zimno. Kątem oka Hidan dostrzegł ruch i zza pleców Kakuzu wynurzyła się zwalista sylwetka maski bez twarzy. Plątanina nici połyskiwała w ostrym słońcu. Maska podeszła bliżej, stając nad nim tuż obok Kakuzu. Hidan szarpnął się ze wstrętem, próbując odsunąć się jak najdalej, ale patykowate dłonie, na pozór niezbyt chwytne, błyskawicznym ruchem złapały go za ramiona, odciągając je na boki. Nici Kakuzu skrępowały mu nogi – Hidan zaklął znowu w bezsilnej wściekłości, zupełnie unieruchomiony. Ręka Kakuzu oderwała się od jego szyi i chwyciła dziryt wciąż zagłębiony w jego piersi. Hidan umilkł, uciszony przenikliwym bólem, otwierając szeroko oczy.
- Ten, kto zrobił tę maskę twierdził, że to moja prawdziwa twarz – powiedział Kakuzu, wyrywając ostrze z rany. – Będziesz miał czas dobrze się przyjrzeć. Może dostrzeżesz podobieństwo.
Maska pochyliła się nad Hidanem i drgająca ściana nici przesłoniła mu niemal całe pole widzenia. Biały owal zawisł tuż nad jego twarzą i Hidan przypomniał sobie, jak pewnego wieczoru okrągłe oczy patrzyły na niego z cienia cedrowych gałęzi tym samym pustym wzrokiem. Wtedy palce nici prześliznęły się po jego policzku jak język psa, teraz wpijały się bezlitośnie w jego ramiona. Zapach krwi, zapach Kakuzu był wszechobecny. I kiedy Kakuzu wymierzył pierwszy cios, ciało Hidana drgnęło, usta otwarte do złorzeczeń pękły w okrzyk bólu, a niewzruszoną biel maski zbryzgała krew.
Hidan siedział w strugach gorącej wody, oddychając z trudem w gęstym od pary powietrzu. Oparłszy ramiona na zgiętych kolanach, zwiesił głowę w dół. Ciężki strumień wody trafiał prosto w jego kark, rozsyłając po wyczerpanym ciele mrowiące ciepło.
Do miasta dotarli późną nocą. W pierwszym hotelu, jaki znaleźli nie było wolnych pokoi. Do wyboru był tylko apartament. W podobnej sytuacji Kakuzu zwykle odwracał się na pięcie i bez względu na porę dnia szukali czegoś innego, a gdy nie znajdowali, nocowali po prostu na dworze. Tym razem jednak nie spytał nawet o cenę, biorąc klucze bez słowa. Hidan podążył za nim ociężale, ignorując zalęknione spojrzenia obsługi, zerkającej na jego zakrwawioną pierś i powalany płaszcz.
W przestronnej kabinie prysznicowej spędził już dobry kwadrans. Przez strugi wody patrzył obojętnie na ściany wyłożone jasnym kamieniem, mleczne szkło, gustowną ceramikę, połyskującą w przyćmionym świetle. Ale gorąca woda była taka jak wszędzie i to ona powoli zmywała z niego zmęczenie, krew i wszystko, co wycisnęły z jego ciała twarde ręce Kakuzu. Przez jego znużony umysł przepływały chwile minionego dnia. Nie czuł już goryczy porażki. Raczej wrażenie, że oszukał sam siebie, uwierzył w fałszywe tropy, które sam zostawił. Dał się ponieść emocjom i zapłacił za to. Zapłacił tak dużo, że jego gardło ochrypło od krzyku, a usta wyschły od złorzeczeń. Kiedy Kakuzu skończył, Hidan nie był w stanie mówić, ruszać się ani nawet oddychać. Otwartych ran było niewiele i te zamknęły się szybko. Ale wnętrze jego ciała było zmasakrowane. Przez kilka godzin Hidan mógł tylko leżeć bez ruchu, podczas gdy jego organizm mozolnie odbudowywał się ze zniszczeń. Przez cały ten czas maska bez twarzy nie odstąpiła go na krok. Uwolniwszy jego ramiona, siedziała przy nim jak pies, wlepiając w niego niewidzące oczy. Początkowo Hidan nie miał nawet siły się odsunąć. A potem, kiedy czucie zaczęło wracać do jego zdrętwiałych członków, jego wyziębione ciało odruchowo szukało ciepła bijącego z potężnego kształtu. W pewnym momencie zapadł w krótki, nerwowy sen. Obudził się po kilku minutach i przez chwilę wydawało mu się, że leży u boku Kakuzu, owinięty jego zapachem i ciepłem. Ilekroć otwierał oczy, widział pochylony nad sobą biały owal, pusty i niezmienny. Nie pojmował co miałaby mieć wspólnego z Kakuzu ta nieruchoma biel. Ale wiedział, że kiedy twarde nici i bezlitosne palce miażdżyły jego ciało, serce Kakuzu biło w tym samym rytmie, co serce pustej maski.
Szklane drzwi rozsunęły się, wypuszczając kłęby pary. Do środka wszedł Kakuzu. Spojrzał na Hidana przelotnie i odwrócił się do ściany. Z drugiego natrysku popłynęła woda. Ze swego miejsca po przeciwnej stronie, przez gęstą zasłonę wody i pary, Hidan ledwie widział swego partnera. Odgarnął mokre włosy, które wpadały mu do oczu, ale woda zaraz znów przylepiła je do czoła. Wstał powoli i zakręcił kurek. Podszedł bliżej. Woda spływająca z ciała Kakuzu miała czerwonawy odcień i Hidan wiedział, że zmywa także jego krew. Przed oczami miał szerokie plecy, a na nich nieprzyjemnie asymetryczny wzór dwóch masek. W miejscach gdzie przedtem sterczał zakrzywiony dziób i wilczy pysk, teraz krzyżowały się szwy na nagiej skórze. Maska bez twarzy tkwiła niezmiennie na opustoszałych plecach. Białą powierzchnię mąciły plamy zaschłej krwi Hidana, rozlane kapryśnie, burzyły jej chłodną harmonię. Hidan wyciągnął rękę. Nawet przez twardą skorupę muszli poczuł, jak ciało Kakuzu spina się pod jego dotykiem. Przesunął palcami po gładkiej powierzchni. Kilka godzin wcześniej tym samym gestem zerwał czarną tkaninę maski, a pod nią zobaczył twarz, którą wściekłość ścięła jak lód. Ale wystarczyła chwila, słowo, gest, by zobaczyć coś innego - jak w oku kalejdoskopu, za każdym obrotem powstawał inny obraz. Na pustej masce palce Hidana rozmazały tylko pociemniałe smugi jego własnej krwi. Na tej twarzy nie było niczego.
- W ogóle nie jest do ciebie podobna – powiedział, ale ciche słowa utonęły w szumie wody.
Pokój wypełniał srebrzysty półmrok. Księżyc w pełni świecił wysoko, niewidoczny przez odsłonięte okno. Hidan spał na boku, na pół odkryty, na pół zaplątany w pościel. Kakuzu odwrócił wzrok i spojrzał w ciemność za oknem. Siedział na krawędzi szerokiego łóżka, w wielkim pokoju i zastanawiał się, kiedy ostatni raz mieszkał w podobnym wnętrzu. Dawno temu. Od dawna luksus nie był mu już potrzebny i nie robił na nim wrażenia. Ale kiedy dotarli tu wczorajszej nocy, było mu obojętne czy będzie spał na jedwabiu, czy na gołej ziemi, chciał tylko zmyć z siebie krew, pozbyć się mdlącego zapachu tego dnia. Nazajutrz obudzili się późno, ale Kakuzu nadal czuł się zmęczony. Stracił w walce jedno serce, Hidan zabrał drugie i zapłacił za to z nawiązką. Obaj potrzebowali dnia przerwy. Zaraz po śniadaniu Hidan zasnął ponownie i spał właściwie przez cały dzień, budząc się tylko na posiłek i wieczorną kąpiel. Kakuzu patrzył jak słońce wędruje po jego uśpionym ciele, kąpiąc je blasku, w południe złocistym, o zachodzie purpurowym. Nie opuścił pokoju przez cały dzień. Siedział bez ruchu, oswajając się z pustką i nieznośną lekkością po utraconych sercach. I nie przestawał myśleć o tym, że sam poprowadził rękę Hidana. Jego partner bywał bezmyślny, ale nie tym razem. Wiedział, co ryzykuje i czego może się spodziewać. A jednak zabrał mu jedno życie. I Kakuzu sam go do tego popchnął, mącąc mu w głowie, malując na pustej masce coraz bardziej wykrzywiony obraz. Bo Hidan słuchał uważnie jego słów bez znaczenia, oglądał je w skupieniu jak sztuczne klejnoty, niepewny czy wierzyć w ich złudny blask. Tak łatwo było nim manipulować, że w którymś momencie Kakuzu zapomniał, że Hidan jest nieobliczalny i zawsze szuka drogi na skróty. Znienawidził maskę, za którą kryła się twarz Tetsuo, więc postanowił się jej pozbyć. Tylko, że serce pod zasłoną pustych słów biło w piersi Kakuzu tak, jakby należało do niego od zawsze. Nie czuł już w nim obecności dawnego partnera, tak jak nie czuł jej, kiedy jeszcze wędrowali razem, a Tetsuo znikał nagle między cieniami.
Czasem tylko śniła mu się wioska nad rzeką. Wnętrze ciemnego domu pachnącego rybami. Biała twarz dziecka, patrząca na niego z mroku szeroko otwartymi oczami. Kiedy podchodził bliżej, oczy robiły się większe. Były już na wyciągnięcie ręki, gdy na zewnątrz rozlegały się wołania i Kakuzu zawracał. Na progu oglądał się za siebie. Czasami znów widział przerażoną twarz dziecka, ale czasami z cuchnących krwią ciemności patrzyły na niego okrągłe oczy pustej maski. A czasami jego własne.
Kakuzu spojrzał na śpiącego Hidana. Jasna noc rozlała się na białym ciele jak mleko. Włosy opadały w nieładzie na czoło, zasłaniając oczy. Nocne światło wyławiało z mroku tylko dolną połowę jego twarzy. Cień przedłużał linię ust, tak że wydawało się, że Hidan uśmiecha się przez sen.
Kakuzu odgarnął srebrne włosy, odsłaniając łuk karku. Dotknął ustami gładkiej skóry. Pod wargami czuł spokojny nurt krwi, cichy i miarowy jak mruczenie kota. /widział szyję wyprężoną w krzyku jak struna, pustą, pozbawioną już życia jak sucha łodyga/
Przesunął palcami po giętkiej linii pleców, poruszanej falą oddechu. /pamiętał porwane skrzydła płuc, podziurawione jak sito kolcami jego nici/
Zsunął miękkie okrycie, odsłaniając wypukłość biodra. Śledząc palcami równy rząd kręgów, zanurzył usta w ciepłym zagłębieniu u jego podstawy. /słyszał nieludzki krzyk, kiedy śliski pałąk kręgosłupa pękał w drzazgi w jego rękach/
Jego dłoń ześliznęła się po mocnej linii uda i zatrzymała w miękkim cieniu pod kolanem. Hidan zdawał się jeszcze pogrążony we śnie, ale jego ciało powoli budziło się do życia. Wciąż bezwładne i ciężkie od snu, Kakuzu położył je na plecach. Jego dłonie, jego usta i język, obrysowały po kolei każdą linię na białym torsie, jeszcze raz ucząc się na pamięć smaku każdego kształtu. Z czołem opartym na twardym brzuchu, słuchając płynącego wewnątrz życia, Kakuzu wdychał zapach jasnej skóry. /czuł mdlący odór krwi i wyziewów ciała, parę podnoszącą się jak dym z rozprutego wnętrza, śliskie ruchy wnętrzności pełzających między jego palcami, trzepoczących się bezsilnie jak ryba bez wody/
Nie było w tym ciele miejsca, którego by nie dotknął, gdzie nie sięgnęłyby pazury jego nici. Wczoraj, w ostrym świetle zimowego dnia otworzył je, odsłonił jego rozedrganą surowość, grząską od krwi i soku wydzielin. I odsłonił swoją odrażającą twarz. Hidan patrzył na nią, otwierając szeroko oczy, w których cierpienie zostawiło tylko pustą czerń źrenic. Jego umęczona twarz zdawała się rozpływać, zalana potem, łzami, krwią i śluzem, jakby nie mogła znieść tego widoku. Kakuzu robił już gorsze rzeczy, ale ludzkie twarze gasły zanim wypalała się jego wściekłość, a puste oczy trupów nie widziały niczego. Hidan patrzył na niego do końca i w nagiej czerni jego spojrzenia Kakuzu do końca widział swoje własne odbicie. Cień w jego oczach zdawał się sięgać daleko w głąb, a na jego dnie, przez bezkres cierpienia, Kakuzu dojrzał jakąś potworną fascynację. I żałował, że nie może go zabić, żeby już nigdy tego nie oglądać. Żałował, że nie może go zabić za to, że swoją piękną twarz, równie ohydną jak jego własna, obnosił jak ikonę, z upodobaniem odsłaniając czoło, wystawiał ją na słońce i spojrzenia ludzi. Miał swojego boga, który każdą jego zbrodnię zamieniał w sakrament. Kakuzu miał tylko swoją maskę. Nie czuł bólu, który zadawał. Ale widział go w zaciśniętych konwulsyjnie dłoniach, w oczach otwartych zbyt szeroko, słyszał w krzyku, który nie pasował do ludzkich ust, zwierzęcym wrzasku, starszym od słów o całe wieki. To było w tym najlepsze. To było w tym najgorsze.
I żałował, że nie ma maski na twarzy, kiedy białe powieki rozchyliły się sennie i oczy Hidana spojrzały na niego z chłodnej jasności nocy. Biała dłoń dotknęła jego twarzy. Na wargach, na śliskiej czerni szwu smukłe palce zostawiły ciepły ślad. Ten dotyk, lekki jak oddech, palił go jak ogień, zrywał wszystkie maski, za którymi się ukrywał, odzierał go z iluzji, jeszcze bardziej niż wczoraj gorąca krew na jego rękach. Kakuzu pochylił głowę. Odsłonięty i obnażony mógł znaleźć schronienie już tylko-
- w jego cieniu-
-
-
-
- w jego cieniu. Dłoń Hidana zaciśnięta na prześcieradle. Białe ciało, gorące w błękicie mroku. Nitki potu na jasnej skórze. Ruch odmierzany oddechem, głos pocięty w jęk, coraz krótszy, częstszy, głośniejszy. Głośniej. Słony smak potu na pulsującej szyi. Rozchylone wargi i jęk zamknięty w ustach Kakuzu. Ruchliwy język Hidana, chłodny w zdyszanym oddechu. Głębiej. Srebrne włosy rozsypane na poduszce. Srebrne włosy, miękkie i wilgotne między palcami Kakuzu. Ciepły cień za uchem. Napięty łuk pleców Hidana, twarda miękka krągłość pośladków. Jeszcze. Biała pierś rozpalona gorączką, rozkołysana pośpiesznym oddechem. Serce biegnące szybciej i szybciej. Szybciej. Pestka sutka w ustach i dłoń Hidana we włosach Kakuzu, i nogi Hidana na biodrach Kakuzu. Twarde mięśnie brzucha, grające pod palcami Kakuzu. Więcej. Mokre włosy, śliska skóra. Gorący oddech, gorące słowa w uchu Kakuzu. Usta otwarte szeroko, głos otwarty szeroko. Głośniej. Białe ciało w rękach Kakuzu, głębsze, łatwiejsze, bardziej twarde, bardziej miękkie, bardziej jego. Powiedz to. Słowa drżące w kielichu białej szyi. Mokra skóra, mokre włosy, mokry fiolet w oczach. Ramiona Hidana, nogi Hidana wokół Kakuzu. Więcej. Nitka śliny między ustami a ustami. Bliżej. Zapach Hidana na skórze Kakuzu, włosy Hidana we włosach Kakuzu, smak Hidana w ustach Kakuzu, imię Hidana, tylko jego imię. Hidan. Jak ogień, jak ciemność. Jak ciemność. Teraz.
-
-
-
Hidan chwytał gwałtownie powietrze, próbując wyrównać oddech. Spojrzał na pochyloną nad sobą twarz Kakuzu. W szarym cieniu nocy, zieleń jego oczu wydawała się jaśniejsza niż zwykle. Ze skroni spłynęła kropla potu, potoczyła się po policzku i spadła na szyję Hidana. Sięgnął w górę, odgarniając splątane włosy z jego twarzy. Wyglądała tak jak zawsze. Przecięta cięciwą szwu wydawała się pusta, pozbawiona wyrazu, jak maska na jego plecach. Ale Hidan widział w niej ciągły ruch, zastygłe rysy układały się przed jego oczami w coraz to inny obraz, jak chmury płynące po niebie. I przez moment wydawało mu się, że gdzieś spomiędzy nich wyziera słabość. I chociaż chciał, nie mógł oderwać oczu od tej nagiej twarzy, tak jak wtedy, gdy zakrzepła w nienawiści pochylała się nad jego otwartym ciałem. Zanurzył palce w wilgotnym cieple ciemnych włosów na karku Kakuzu. Pociągnął go ku sobie.
- Jeszcze raz – powiedział, szczerząc zęby w uśmiechu. Po nieporuszonej twarzy przemknęło rozbawienie. Poczuł na szyi ciepło oddechu Kakuzu i serce pustej maski tuż przy swoim. Biło szybko i mocno, w tym samym rytmie, co całe ciało Kakuzu, w tym samym rytmie, którego echo wciąż czuł w sobie. Wczoraj miał nadzieję, że uciszy je na zawsze. Nie udało mu się, ale jego dni były policzone, wiedział, że prędzej czy później czyjś cios je dosięgnie. I odepchnął pokusę, żeby spróbować znowu. Bo to byłby już ostatni raz. Pamiętał słowa Kakuzu, stojącego nad jego rozpłatanym ciałem, z rękami czerwonymi od jego krwi - „Jeśli zrobisz to jeszcze raz, nawet twój bóg nie poskłada cię do kupy." To byłby ostatni raz, bo Hidan mógł go zabić i obaj o tym wiedzieli. Wystarczyło trochę sprytu i parę kropel krwi – po jednej na każde serce. Kakuzu powinien spełnić swoją groźbę od razu. Nie zrobił tego, a w jego twardych oczach Hidan zobaczył kruche dno.
I nie myślał już o tym, co kryje się pod białą maską. Człowiek, dla którego twarz Kakuzu była pusta, nie wiedział o nim nic.
4.
Maska pękła jak skorupka jaja. Prawe oko zapadło się w głąb i wypełniło krwią. Kakuzu patrzył na rozbitą muszlę i wydawało mu się, że po raz pierwszy dojrzał na niej jakiś wyraz. Wyszczerbiona odłamkami wykrzywiała się boleśnie, jakby uderzenie nadało jej twarz, której nigdy nie miała. Gardłowy krzyk grzązł w topniejącej masie nici. Kakuzu przypomniał sobie twarz Tetsuo, obnażoną cierpieniem, rozdartą o krawędź bólu, kiedy sięgnął po jego tętniące serce. I spokój, który wygładził jej napięte rysy, kiedy martwe już ciało zastygło bez ruchu. Bezbrzeżną ulgę, jakby śmierć uwolniła Tetsuo od ciężaru ponad siły.
Teraz pusta twarz maski otwarła się jak rozdziawione krzykiem usta. Kakuzu zastanawiał się przez chwilę, czy śmierć otworzy tak i jego twarz. Spojrzał na Hidana, który milczał od jakiegoś czasu, patrząc na maskę z wyrazem ni to żalu, ni to zdziwienia na twarzy. Kakuzu niemal rozbawiła jego mina. Jedyne, czego Hidan mógł żałować, to tego, że pusta maska nie zginęła z jego ręki.
Chwila ciszy minęła szybko i Hidan znowu wykrzykiwał coś podniesionym głosem. Kakuzu otrząsnął się z zamyślenia. Nie miał zamiaru jeszcze umierać. Na pewno nie z rąk trójki dzieciaków i jednego jounina. Chociaż ten człowiek, zamaskowany jak on sam, zdołał przebić serce w jego piersi. Potężny cios, rozświergotany błękitną czakrą, skruszył kamienną skorupę jego ciała. W odsłoniętym oku jounina czerwieniał sharingan i to czyniło go jeszcze bardziej niebezpiecznym. Reszta nie powinna sprawiać kłopotu. Tylko chłopak o skupionej twarzy, władający cieniami, był zdecydowanie zbyt bystry jak na swój wiek. W ukośnych oczach lśniła determinacja, a tego nigdy nie należało lekceważyć. Kakuzu wyprostował się i rozejrzał dokoła. Ogromne drzewa, wyciągające do słońca kikuty gałęzi, wydawały się znajome. Może zresztą wszystko, co stare było mu bliskie. W potężnych pniach, obwieszonych brodami porostów wyczuwał ciężar czasu, zdrewniały w żyłach bezlistnych konarów. Kałuża krwi, w którą rozpłynęło się ciało maski lśniła w pyle drogi, jakby ktoś zdarł skórę z tej bezbarwnej scenerii. W soczystej czerwieni kawałki muszli bielały jak pokruszone zęby. Kakuzu poczuł ulgę. Hidan miał rację - ta maska od początku była nieudana. Zamiast odwracać uwagę od tego, co się za nią kryło, drażniła pytaniami, jak zagadka, która domaga się rozwiązania. Ale Kakuzu nigdy go nie znalazł. Tak samo bez odpowiedzi pozostała twarz Tetsuo. Sporo czasu minęło od kiedy wiedział ją po raz ostatni, kiedy ostatni raz przyśniła mu się wioska nad rzeką i ciemny dom wypełniony oddechami śpiących. Otwarta strachem twarz dziecka, które zbudził koszmar, i szare oczy, patrzące na niego z cienia, zawsze zbyt dalekie by ich dosięgnąć. W tym ostatnim śnie ktoś zawołał go z zewnątrz i Kakuzu zawrócił. Przed domem, na tle migotliwej wstęgi rzeki, stał Hidan z kosą na ramieniu. W pociemniałych oczach tańczyła łuna pożaru. Kakuzu wyszedł do niego, niosąc na sobie zapach krwi. Nie oglądał się już za siebie.
