Kurt całował szyję mężczyzny. Po raz pierwszy spojrzał na jego twarz i roześmiał się w duchu, bo równie dobrze mógłby go nazwać chłopcem. Nie chodziło o to, że wyglądał młodo, wręcz przeciwnie. Kurt jednak dawno już nie widział tyle naiwności i młodzieńczych marzeń wymalowanych w oczach. Gdyby miał być szczery, ostatnio widział je kilka lat temu patrząc w lustro.
Kurt rzadko patrzył klientom w oczy. Kiedy to robił, przestawali w jakiś sposób być anonimowi, a zaczynali być ludźmi z ich własną historią, problemami, marzeniami. Stawali się dla niego realni, na co nie mógł sobie pozwolić. A przynajmniej tak długo jak zależało mu na własnym zdrowiu psychicznym.
Chłopiec był perfekcyjny. Nie da się tego inaczej ująć. Zastanawiał się dlaczego ktoś tak piękny potrzebował prostytutki. W dużych zielonych oczach, pociemniałych teraz z pożądania, Kurt widział wiele rzeczy. Widział jak zatraca się powoli w przyjemności, tracąc gdzieś po drodze swoją niewinność. Poczuł jak paznokcie chłopca wbijają mu się w plecy i wiedział, że niedługo będzie po wszystkim. Kurt starał się być delikatny – w oczach chłopca widział bowiem również rozpaczliwą potrzebę miłości, dość rzadką u jego klientów. Szukali oni zazwyczaj po prostu odmienności, wystarczyło im, że Kurt rozłoży nogi, a oni przejmą pałeczkę. Większość klientów Kurta stanowili podstarzali, żonaci biznesmeni, którzy wmawiali sobie, że sypianie z mężczyznami nie wyrzuca ich z elitarnego klubu hetero. Kurt nieraz odbierał za nich telefony i przedstawiając się jako jeden z asystentów, uspokajał ich żony, kiedy im samym brakowało wymówek. Jednym z powodów, dla których biznesmeni wybierali tanie agencje, jak ta, do której należał Kurt, była anonimowość. Dużo ciężej przychodziło to lepiej opłacalnym agencjom.
Kiedy było po wszystkim, Kurt liczył na to, że chłopak szybko zaśnie, a on będzie mógł się wymknąć, jednakże nie miał tyle szczęścia. Zaczynało świtać, ale żadne z nich nie zmrużyło oka. Gdy pierwsze promienie słońca dotarły do pokoju, Kurt usłyszał zduszony okrzyk chłopaka. Jego wzrok utkwiony był w bliznach pokrywających większość ciała Kurta. Delikatnie przesunął palcem po jednej z nich, wyjątkowo długiej.
- Czy… To przez twój zawód? – spytał szeptem, jakby bał się, że uniesiony głos może zrobić Kurtowi krzywdę. On zaś przesunął palcami po ciemnych włosach chłopaka i pocałował go delikatnie.
- Nie wszyscy są tacy jak ty – powiedział tylko.
Zapadła cisza. Chłopak wciąż przyglądał się mu rozszerzonymi strachem i niedowierzaniem oczami.
- Dlaczego ktoś miałby cię krzywdzić? – zapytał po chwili.
Kurt stłumił śmiech. Ani trochę nie pomylił się w ocenie klienta. Piękny, naiwny chłopiec.
- Jak masz na imię? Chyba nie mówiłeś.
- Josh.
Kurt uśmiechnął się do siebie. Łamał w tej chwili wszystkie swoje zasady, ale wyjątkowo go to nie obchodziło. Delikatnie przesunął palcami po skórze chłopaka, mniej więcej w okolicy łopatek. Josh przyglądał mu się z lekko rozchylonymi czerwonymi ustami i zaciekawieniem wymalowanym w oczach.
- Dlatego, Josh, że nic nie znaczę. Nie znaczę więcej niż ten pokój, za który zapłaciłeś, nie znaczę więcej niż nowa para butów, czy kawa, którą kupujesz rano. Ludzie mają prawo robić, co chcą z rzeczami, za które płacą.
- Nie jesteś rzeczą, Roxanne. Nie wierzysz w to, prawda?
Kurt nie odpowiedział. Josh wtulił się w niego, lekko całując jedną ze szczególnie paskudnie wyglądających blizn.
- Przepraszam, że zapytałem. Pewnie tego nie lubisz.
Kurt pokręcił głową.
- W porządku. To nawet… urocze. Większości klientów nie interesują takie rzeczy. Gdyby się zastanowić, jesteś pierwszy.
Chłopak uniósł brwi z niedowierzaniem. Przez chwilę nic nie mówili.
- Wiesz… Powinieneś nazywać się Satine, nie Roxanne – odezwał się po jakiejś minucie.
Kurt uśmiechnął się do siebie. No proszę. Nie dość, że uroczy, to jeszcze obeznany.
- Lubisz musicale? – zapytał go.
Josh pokiwał głową.
- Studiuję aktorstwo – powiedział uśmiechając się nieśmiało. – Pierwszy rok.
- Wiem.
Chłopak zmarszczył brwi. Kurt roześmiał się.
- Nazwijmy to obeznaniem w zawodzie – przesunął dłonią po jego policzku. - Wszędzie poznam to spojrzenie.
Josh przygryzł wargę.
- Uważasz, że jestem naiwny, prawda?
Kurt zamyślił się.
- Nie. Uważam, że jesteś odważny.
Chłopiec spojrzał na niego nie rozumiejąc.
- Mogę cię o coś zapytać? – Kurt zmienił temat. Josh skinął głową. – Dlaczego pytasz o to wszystko? Dlaczego ci zależy?
Cisza. Po chwili jednak Kurt znów usłyszał cichy, śpiewny głos swojego zwykłego-niezwykłego klienta.
- Po prostu… Patrząc na ciebie mam tyle mieszanych uczuć. Widzę piękno zapierające dech w piersiach i… widzę te blizny. To tak jak zobaczyć dziecko z bronią, albo anioła we krwi.
Kurt spojrzał mu w oczy z powagą i powiedział powoli:
- Równie łamiącym serce obrazkiem jest młody, śliczny chłopiec marnujący swój czas z dziwką.
Na twarzy Josha wykwitł rumieniec dodatkowo odejmujący mu lat.
- Nie jestem taki młody.
Kurt roześmiał się cicho.
- Wcale nie mówiłem o wieku.
Josh pocałował go delikatnie. Był to jeden ze słodszych pocałunków, jakie Kurt kiedykolwiek otrzymał.
- Ja też nie – powiedział po chwili.
Położył głowę na piersi Kurta i w momencie, kiedy Kurt był przekonany, że chłopak zasnął, znów usłyszał jego cichy głos nucący znaną mu melodię.
- You don't have to sell your body to the night…
***
Wbrew swoim zwykłym zwyczajom, Kurt został z Joshem aż do momentu, w którym ten się obudził. Sam nie zmrużył oka nawet przez moment. Czas jednak upłynął dużo szybciej niż przypuszczał. Kiedy Josh wręczył mu swój numer na wypadek gdyby chciał się spotkać w „innych okolicznościach", Kurt uśmiechnął się lekko i wsadził niewielką karteczkę do kieszeni. Pocałował chłopaka w policzek i opuścił hotel nie oglądając się za siebie. Gdy tylko skręcił za róg, wyciągnął ją znowu i podarł na kawałeczki bez czytania. Josh zasługiwał na kogoś dużo lepszego niż Kurt. Nie mógł zniszczyć kolejnego życia.
- Nie w twoim typie? – usłyszał dobiegający zza pleców głos, który poznałby nawet na końcu świata. Obrócił się szybko.
- Blaine?
Chłopak uśmiechnął się do niego ciepło.
- Cześć.
Ten uśmiech, ten głos, ta twarz. Tak wiele, a zarazem tak mało się zmieniło.
Kurt nie chciał podbiec do Blaine'a. Nie chciał rzucić mu się na szyję. Chciał po prostu najspokojniej w świecie podejść i przywitać się, jakby wcale nie minęło tyle lat. Jakby minęło zaledwie pięć minut od momentu, kiedy ostatnio się widzieli. Jakby Kurt wciąż był Kurtem, nie Roxanne. Jakby wciąż byli razem. Chciał tego wszystkiego, ale nie mógł zrobić nawet kroku. Patrzył na Blaine'a mając cichą nadzieję, że może to on pierwszy wysunie rękę, może Kurt nie będzie musiał nic mówić. Powinien. Powinien coś powiedzieć. Wtedy zdał sobie sprawę, że nie może, bo coś blokuje mu język, a nogi i ręce przewiązane ma długą jedwabną apaszką. Blaine patrzył na niego z bólem w oczach. Nic nie mówił, ale Kurt czuł jego przeprosiny, które unosiły się w powietrzu jak pyłki kurzu w słoneczny dzień.
Kurt obudził się cały przepocony. Przez chwilę nie do końca wiedział, gdzie, ani dlaczego się znajduje. Nieco upłynęło nim wszystko zaczęło do niego docierać. Josh. Hotel. No tak.
Obrócił nieco głowę, ale łóżko po jego lewej stronie było puste. Choć niezupełnie. Na poduszce leżała niewielka koperta z jego imieniem wypisanym na wierzchu. Kurt zastanawiał się, co to może być, w końcu Josh zapłacił już na początku. Niecierpliwie rozerwał papier zacinając się przy tym lekko w środkowym palec, czego nawet nie poczuł i przeczytał:
Roxanne, tak się składa, że ja też całkiem dobrze czytam ludzi. Nazwij to obeznaniem w zawodzie. Do zobaczenia na scenie.
Josh
Pod spodem widniał numer telefonu. Tak jak we śnie, Kurt podarł kartkę na kawałki i nie oglądał się za siebie.
***
Kurt nie do końca był pewien jak się nazywa. Nie do końca był pewien, co robi, ani dlaczego to robi. Wiedział tylko, że czuje się niesamowicie, zbyt niesamowicie by przejmować się teraz Kurtem Hummelem, kimkolwiek był.
Najbardziej lubił ten pierwszy moment. Kiedy czuł jak po całych żyłach rozprowadza się niesamowita moc. Och, kogo oszukiwał. Kurt uwielbiał w tym wszystko.
Jego uszu dobiegła znajoma melodia, którą Kurt mimowolnie zaczął nucić. Kiedy w końcu uświadomił sobie, że to sygnał nadchodzącego połączenia, odebrał telefon chichocząc do słuchawki.
- Tak?
- Kurt? To ty?
- Tatuuuuuś! – krzyknął i znów zaniósł się śmiechem. – Tęskniłem!
Po drugiej stronie słuchawki na dłuższy moment zapadła cisza.
- Kurt, jesteś pijany?
Znów zachichotał.
- Może tak, może nie, nigdy nie wiadomo. Jeżeli tak, to będziesz kochał mnie mniej? – zapytał Kurt ledwie utrzymując telefon w dłoni. Starał się nadać swojemu głosu powagi, co jednak niezupełnie mu wyszło. – Widzisz, tato, zrobiłem sporo złych rzeczy. Wiesz? Ale to nie ma znaczenia! Bo mnie kochasz! A może… Chcesz, żebym ci opowiedział?
Burt westchnął ukrywając twarz w dłoni, czego jego syn nie mógł widzieć. Starał się, żeby jego głos brzmiał silnie.
- Zadzwonię jutro, kiedy wytrzeźwiejesz.
- Tato, tato, jestem aniołem! – krzyknął jeszcze Kurt, choć po drugiej stronie słuchawki brzmiał już martwy sygnał. – Gdzie są moje skrzydła, gdzie są moje skrzydła…
***
Kiedy Kurt obudził się następnego poranka poczuł silny ból głowy. Najsilniejszy, jaki czuł w ostatnich miesiącach. W końcu dawno tego nie robił.
Kurt rzadko pozwalał sobie na takie przyjemności. Głównie przez brak pieniędzy, tak przynajmniej mu się wydawało. Jednakże prawdziwym powodem był strach. Strach, że może faktycznie z jego życia nie da się już nic pozbierać. Może. Narkotyki były gwoździem do trumny dla jego marzeń. Kurt wolał nie wbijać ich zbyt często.
Wciąż miał zaciśnięte powieki, ale instynktownie wyczuł, że nie jest sam. Ktoś głaskał go po włosach, na tyle delikatnie, żeby go nie obudzić. Kurt wiedział, że gorzko tego pożałuje, ale ostrożnie otworzył oczy.
Światło wywołało u niego przeraźliwy ból. Nawet nie miał siły krzyknąć. Wraz z migreną nadeszły mdłości i Kurt wiedział, że długo nie wytrzyma. Jego drobnym ciałem zaczęły szarpać torsje. Poczuł jak te same dłonie, które głaskały go przed chwilą, pomagają mu wstać i prowadzą go do łazienki. Kiedy pochylił się nad muszlą, dłonie nie odsunęły się. Głaskały go delikatnie po plecach, a w ich ruchach nie czuć było nawet śladu wahania, które mogłoby świadczyć o obrzydzeniu. Nie było też mowy o żadnym osądzaniu. Kurt czuł się bezpieczny.
Bolały go plecy. Zdał sobie sprawę, że całą noc spędził śpiąc na podłodze. Posłusznie dał się zaprowadzić do łóżka, a kiedy poczuł jak jego głowa opada na poduszkę, starczyło mu tylko na tyle siły, żeby zobaczyć twarz swojego opiekuna.
Rachel uśmiechnęła się nieśmiało.
- Śpij – powiedziała tylko. – Porozmawiamy potem.
***
Kurta nie zdziwiła obecność Rachel. Mieszkali w końcu w jednym mieście, zapewne jego ojciec zadzwonił do niej wczorajszego wieczoru, żeby sprawdziła czy wszystko z nim w porządku. Był mu za to wdzięczny. Starał się jednocześnie zignorować rosnące poczucie winy rosnące mu w piersi.
Cała trójka przyjaciół, on, Rachel i Mercedes, postanowiła studiować w jednym mieście. Byli zaskakująco zgodni - Nowy Jork. Miasto marzeń. Jakże naiwnymi dziećmi wtedy byli.
Rachel doskonale wiedziała, czym Kurt się zajmuje. Wyznał jej to pewnego wieczoru, kiedy sprawy z jednym klientów wymknęły się spod kontroli i mało nie trafił wtedy do szpitala. Mercedes również wiedziała. Jednakże w przeciwieństwie do Rachel, nie potrafiła tego zaakceptować. Początkowo radziła sobie całkiem dobrze. Jednakże już po paru miesiącach kontakt się urwał z obopólnym uczuciem ulgi. Kurt nie mógł patrzeć na ból w jej oczach za każdym razem, kiedy na niego patrzyła, a ona… Ona nie radziła sobie już z niczym. Rachel również straciła z nią kontakt, o czym raczej nie rozmawiali. Pewnego dnia jednak przyniosła szczęśliwą nowinę w postaci niewielkiej zapowiedzi zaślubin w jednej z gazet. Mercedes Jones i Anthony Rice. Kto by pomyślał.
Rachel spełniała swoje marzenia tylko częściowo. Owszem, znalazła pracę na Broadwayu. Była asystentką do makijażu i agentką jednego z występujących tam aktorów. Wciąż miała jednak nadzieję, że pewnego dnia, ktoś odkryje jej talent i zabłyśnie niczym jedna z gwiazd, które tak namiętnie rysowała w liceum. W wolnych chwilach Rachel dorabiała ucząc dzieci śpiewu. Była koszmarną nauczycielką – biedne dzieci nie miały z nią chwili wytchnienia. Jednakże nie ulegało żadnej możliwości, że doskonale znała się na rzeczy.
Kiedy Kurt znów się obudził, Rachel leżała obok niego na łóżku i przeglądała jakieś stare należące do niego czasopismo. Nie odrywając wzroku od artykułu, który właśnie czytała, krzyknęła:
- Dzień dobry, słoneczko!
Jej dźwięczny głos odbił się po czaszce Kurta powodując tępy, pulsujący ból. Jęknął łapiąc się za głowę.
- Należy ci się – mruknęła bez krzty litości w głosie. Wskazała głową na bałagan w mieszkaniu. – Chcesz o tym porozmawiać?
Kurt przesunął dłońmi po twarzy i zapatrzył się w sufit.
- Nieszczególnie.
- Szkoda, bo ja owszem – warknęła. - Co to do cholery ma znaczyć? Nie pamiętasz ostatniego razu, idioto? Gdybym cię wtedy nie znalazła, byłbyś martwy!
Kurt nie odpowiedział. Niewzruszony patrzył tępym wzrokiem w ścianę. Rachel tymczasem nieco się uspokoiła.
- Posłuchaj… Może ci na sobie nie zależeć, ale pomyśl o swoim ojcu. Dopiero wrócił ze szpitala, pamiętasz? Wiem, że ciężko ci się z tym pogodzić, ale już teraz niewiele trzyma go przy życiu. Twoja śmierć mogłaby przynieść kolejną.
Jej dramatyzm wyjątkowo nie rozbawił Kurta. Zapadł się nieco w materac i wtulił twarz w poduszkę.
- Dlaczego tu jesteś?
- Bo jesteśmy przyjaciółmi – odpowiedziała automatycznie. Zbyt wiele razy przechodzili takie rozmowy.
Obrócił twarz w jej stronę.
- Dlaczego?
- Bo mam słabość do popaprańców.
Kurtowi nie było do śmiechu.
- Marnujesz swój czas.
- Mój czas, jak słusznie zauważyłeś. Zamierzam go marnować, kiedy tylko zechcę i jak zechcę.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Kurt zasłuchał się w cichy szum wiatru za oknem, który zdawał się kołysać go do snu. Przymknął powieki.
- Uciekniesz, prędzej czy później – powiedział sennie. Jego słowa były nieco zniekształcone przez poduszkę, o co nie miał siły dbać.
Usłyszał jej ciche westchnienie.
- Kurt, wiem, czego się boisz. Więc pozwól powiedzieć mi to jeszcze raz - nie zostawiłabym cię. Nie jestem Mercedes. I nie jestem też Blainem. I… Możesz wmawiać sobie, że to wszystko już cię nie boli, ale… Nawet nie wiesz jak ich utrata wpływa na twoje życie.
Poczuł jej dłoń przesuwającą się powoli po jego włosach.
- Tak jak ci kiedyś powiedziałam… Nie jesteś sam.
Tych słów Kurt już nie usłyszał. Odpłynął w świat swoich wspomnień, zapominając o rzeczywistości.
