Kurt nie lubił słońca.
Od kiedy zaczął pracować dla agencji, całkowicie przestawił swoje życie na tryb nocny. Do tego stopnia polubił ciemność, że nie pozwalał swoim klientom zapalać światła, o ile nie byli specjalnie wymagający. Nie chciał, żeby go oglądali. Nie chciał widzieć wyrazu współczucia w ich oczach. Nie chciał czuć się oceniany. Dlatego opuszczał ich jeszcze przed świtem, zanim pierwsze promienie słońca pojawiały się nad widnokręgiem.
Jak mówiłam, Kurt nie lubił słońca.
W słońcu widział swoje blizny. Nie tylko te na ciele.
Kurt z westchnieniem zsunął nieco jeansy z bioder (Od kiedy je kupił, schudł tak bardzo, że nie musiał nawet rozpinać guzików) i krytycznym spojrzeniem przyjrzał się obtarciom. Wyglądało na to, że przez kolejny miesiąc będzie straszył nimi klientów. Niech to szlag.
Zadzwonił telefon. Kurt nie odrywając wzroku od lustra, sięgnął do kieszeni i odebrał połączenie.
- Tak?
- Mam dla ciebie robotę, słodka Roxanne.
„Słodka." Kurt westchnął z irytacją. A więc oferta miała mu się nie spodobać.
- W co chcesz mnie wrobić? – zapytał tylko.
- Och, to nie to co myślisz. Po prostu… Chciałabym, żebyś nagiął nieco swoje zasady.
Uniósł brwi i szybkim gestem odgarnął opadający na czoło włos.
- Mówiłem ci, że kobiety odpadają.
- Znów pudło. Nie ta zasada.
Kurt jęknął.
- Nie prześpię się z tym samym klientem drugi raz.
- Nalegał! Obiecał, że zapłaci podwójnie. Roxanne, zastanów się!
Nie. Nie było mowy, żeby Kurt nagiął jakąkolwiek swoją zasadę. Nigdy nie kończyło się to dobrze. Mimo profesji, wciąż były dla niego rzeczy ważniejsze niż pieniądze. Ale gdyby…
Przygryzł wargę.
- Nie żebym to rozważał, ale którego klienta masz na myśli?
- Nie mogę ci powiedzieć.
„Nie chcesz mi powiedzieć", stwierdził w myślach Kurt.
- Nie podoba mi się to – powiedział jeszcze.
Arlette parsknęła śmiechem.
- Wiedziałam, że to zrobisz.
Kiedy podała mu adres, natychmiast zrozumiał, kim był jego tajemniczy klient.

***
Kurt oparł rękę na biodrze.
- Do rzeczy – powiedział zimno.
Bryan był pierwszym klientem Kurta. Pierwszym, którego przydzieliła mu agencja, choć Kurt wmawiał sobie, że tego nie pamięta. Nie, nie pamiętał imienia tego chłopaka. Nie, nie pamiętał jak czuł się, kiedy po raz pierwszy przesunął palcami po jego skórze wiedząc, że każdy jej milimetr jest teraz na sprzedaż. Nie, nie pamiętał, jak się czuł, kiedy dochodził w jego ramionach. A już z pewnością nie pamiętał tego głosu, powtarzającego jego imię i bezwstydnie rozdzierającego ciszę.
Kurt zastanawiał się dlaczego po takim czasie, Bryan zdecydował się na odnalezienie go.
Udawał jednak, że go nie pamięta. Nie spojrzał mu w oczy. Nie przyjrzał się dokładnie jego twarzy, kiedy go całował, nie sprawdzał czy się zmienił, ani czy wciąż go pociągał.
Wykonywał swoją pracę.
Nie chodziło jednak tylko o profesjonalizm. Był powód, dla którego Kurt wolał wykreślić Bryana ze swojego życia.
Kiedy Kurt zaczynał pracę w agencji, był już nieco doświadczony, choć zdawał sobie sprawę, że jeszcze wiele musi się nauczyć. Dotychczas udawało mu się oddzielać uczucia od seksu, co, jak uważał, było najważniejsze w tym zawodzie.
Bryan uświadomił mu jak bardzo się mylił.
Kurt nie miałby z nim problemu, gdyby jego pierwszym klientem był jakiś obrzydliwy, podstarzały jegomość, jakich było na pęczki. Nie miałby problemu, gdyby kompletnie nie miał do niego pociągu i mógł po prostu z zamkniętymi oczami czekać aż będzie po wszystkim.
Ale Bryan był inny. Noc z nim nauczyła Kurta wszystkich zasad, których do tej pory tak sumiennie przestrzegał.
Widzicie, Bryan nie chciał dominować. Bryan nie chciał Kurta upokorzyć. Bryan nie szeptał ani sprośnych, ani czułych słówek. Bryan nie opowiadał kłamstw. Bryan nie udawał, że mu zależy. Bryan nie udawał, że mu nie zależy. Bryan po prostu był.
Wbrew temu, co sobie wmawiał, Kurt nigdy nie zapomniał tych oczu. Nigdy nie zapomniał rozszerzających się źrenic, kiedy obydwaj czuli, że cały świat naokoło się rozpadł zostawiających ich samymi sobie. Kurt nie zapomniał też, do czego te oczy go przekonały.
Jak zapewne zdążyliście już zauważyć, od czasu do czasu Kurt pozwalał sobie na łamanie pewnych zasad. Ale od historii z Bryanem, nigdy nie złamał jednej – nie łącz życia prywatnego z pracą. Oddzielaj emocje od fizyczności.
Kurt, choć bardzo chciał, nie mógł zapomnieć tamtej nocy.
Pamiętał, co czuł kiedy wykończony padł na poduszkę. Pamiętał, co czuł, kiedy wydawało mu się, że jego serce zostało rozerwane z nadmiaru emocji. Pamiętał, co czuł, kiedy przytulił się do Bryana i przez kolejną godzinę płakał w jego ramię.
W całym swoim życiu Kurt nie czuł się tak kruchy i wrażliwy jak w tamtym momencie.
Kiedy leżeli obok siebie, Kurt zaczął mówić. Bez składu i ładu, opowiadał Bryanowi różne historie.
Nie, nie różne.
Jedną, konkretną.
Opowiedział mu o Blainie.
Kurt czuł ciężar tego, co wtedy powiedział, kiedy całował tak znajome mu wargi. Tym razem obiecał sobie jednak całkowite milczenie.
Jego palce z wprawą zaczęły rozpinać koszulę Bryana pozwalając dłoniom błądzić po jego klatce piersiowej. Bryan westchnął cicho i nie przestając całować szyi Kurta, chwycił go za biodra przysuwając bliżej, tak, żeby nie było między nimi ani milimetra wolnej przestrzeni i żeby pozbyć się zbędnych ograniczeń - takich jak na przykład ubrania. Jego dłonie przesunęły się po pośladkach Kurta, co ten przywitał z niejaką ulgą. Być może ten wieczór nie będzie różnił się od reszty. Bryan chwycił Kurta w talii i posadził go na blacie stojącego na środku pomieszczenia stołu, ani na moment nie przestając go całować. Kurt objął go nogami w pasie i przyciągnął do siebie jak najbliżej.
Wtedy Bryan odsunął się gwałtownie.
- Nie mogę – wyszeptał.
Kurt zamrugał nerwowo wciąż próbując zapanować nad przyspieszonym oddechem.
- Co proszę?
- Nie mogę.
Bryan opadł na łóżko i przejechał dłońmi po twarzy. Kurt obserwował go w milczeniu i wiedząc, że tego gorzko pożałuje, usiadł obok niego. Po chwili ten znów przemówił.
- Co ci się stało, Roxanne?
Nie wiedział, co powiedzieć.
- Widzisz, nie byłeś pierwszą prostytutką, jaką poznałem - kontynuował Bryan. – Pamiętam jednak, co zwróciło moją uwagę. Ten błysk w oku.
Kurt zaniemówił. Starał się unikać jego wzroku, ale silnie dłonie Bryana chwyciły jego twarz zmuszając do spojrzenia mu w oczy. Kurtowi nie pozostało nic innego jak schowanie się za powiekami.
- Proszę, nie psuj tego – błagał nie otwierając oczu.
Poczuł jak ręce Bryana przesuwają się wolno po jego policzkach i w końcu go uwalniają.
- Szukałem cię – powiedział po chwili milczenia. – Cały czas. W agencji powiedzieli, że nie mogą podać mi twojego adresu. I że nie chcesz mnie widzieć. Ale codziennie miałem nadzieję, że cię spotkam. Albo, że w końcu zmienisz zdanie.
Kurt wolno uniósł powieki, ale Bryan nie patrzył na niego. Kiedy spojrzał mu w oczy, zobaczył coś, czego kompletnie się nie spodziewał.
Czułość.
Zakręciło mu się w głowie.
- Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał. Jego głos drżał z gniewu. – Bo chyba czegoś tu nie rozumiem.
- Kurt, ja…
- Ty! Dokładnie! Ty! Skąd myśl, że może mnie to obchodzić?
Bryan patrzył na niego próbując coś powiedzieć, ale Kurt dopiero się rozkręcał.
- Życie to nie film, Bryan! Możesz sobie wierzyć, że jesteś moim Ewanem McGregorem i zacząć śpiewać mi „Come what may" zapewniając o swoim oddaniu dla dziwki, ale wszyscy wiemy, że w tej bajce, książę opuści księżniczkę, kiedy ta rozłoży przed nim nogi! Więc nie udawaj, że zależy ci na czymś więcej niż pieprzenie mnie do białego rana!
Bryan nic więcej nie powiedział. Żadne z nich nie powiedziało. Jedynymi dźwiękami, które wychodziły z ich ust były tylko ciche westchnienia i pojękiwania.
Kiedy było po wszystkim, Bryan się rozpłakał. Błagał Kurta, żeby go nie zostawiał. Ten pokiwał tylko głową i ocierając łzy z oczu swojego kochanka, przysiągł, że zostanie. Kiedy jednak promienie słońca obudziły Bryana następnego poranka, Kurta już nie było. Materac po jego lewej stronie był zimny i pusty, ale wtulając się w leżącą obok poduszkę, Bryan czuł jeszcze wyraźny zapach Roxanne. Gdyby nie to, uwierzyłby, że cała ta noc była jedynie jakimś dziwnym snem. Gdy opuszczał pokój, zauważył pieniądze leżące na małej komódce przy drzwiach. Był to pierwszy raz, kiedy Kurt nie przyjął zapłaty.
Nigdy więcej się nie spotkali.

***
Po nocy z Bryanem, Kurt odpowiedział na telefon Arlette tylko raz, żeby powiedzieć jej, że potrzebuje tygodnia przerwy. Minął tydzień. Potem dwa. Przez większość czasu nie wychodził nawet z łóżka. Najczęściej był zbyt pijany, żeby w ogóle o tym myśleć. Wciąż nie odbierał połączeń, od nikogo, nawet od Rachel. Kiedy pukała do drzwi, Kurt udawał, że go nie ma. Po jakimś czasie przestała przychodzić, choć nie wynikało to z tego, że się poddała. Po prostu nie był to pierwszy raz, kiedy Kurt chował się przed światem. Wiedziała, że nic mu nie będzie, o ile da mu się nieco czasu.
Tak minął miesiąc.
Po miesiącu Kurt wreszcie odebrał telefon. Arlette nie spodziewała się chyba, że się dodzwoni, bo przez chwilę nic nie mówiła, co Kurt natychmiast wykorzystał.
- Daj mi cokolwiek – powiedział krótko.
Arlette o nic nie pytała.

***
Kurt od razu wiedział z jakim typem klienta ma do czynienia. Zaciśnięte usta, spięta sylwetka, małomówność. Wiedział, że po tej nocy zostanie mu w najlepszym wypadku kilka siniaków. Kiedy poczuł jak mężczyzna szarpie go za nadgarstek, zamknął oczy powstrzymując pełne irytacji westchnienie. Mogłoby to jedynie jeszcze bardziej rozsierdzić klienta. Na każdy nawet najbrutalniejszy gest, Kurt odpowiadał czułym muśnięciem. Nie czuł obrzydzenia. A jeżeli już, to z pewnością nie do mężczyzny, którego dłonie miały spowodować kilka kolejnych blizn na nieskazitelnej niegdyś skórze Kurta.
Kurt nie pamiętał wielu rzeczy związanych ze swoim zawodem, ale choćby chciał, nie mógł zapomnieć pierwszego razu, kiedy klient go uderzył. W jego pamięci moment ten zdawał się trwać wieczność, w rzeczywistości jednak wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Nie pamiętał, który ból był silniejszy, ani co wywołało zaczerwienienie na jego policzku – szybki ruch dłoni klienta, czy palące uczucie upokorzenia. Kurt dopiero zaczynał, zrobił więc to, co wydało mu się wtedy najwłaściwsze. Uciekł jak najszybciej, zostawiając za sobą wszystko i obiecując sobie, że nigdy więcej nie dopuści więcej do takiej sytuacji. Nikt nie pomiatał Hummelami.
Szybko o tym zapomniał. Nie miał wyrzutów sumienia. Wystarczyło nie patrzeć w lustro.
Coś było nie tak z mężczyzną, którego zapach uderzył teraz tak silnie w jego nozdrza. Kurt starał się zignorować rosnące w nim poczucie paniki, nie bardzo wiedząc jak sobie z nim poradzić. Miał złe przeczucia.
Ta myśl towarzyszyła mu jeszcze, kiedy jego klient szybkim ruchem pozbył się jedynej przeszkody jaka dzieliła ich ciała, zsuwając nie-tak-markowe bokserki z bioder Kurta. Syknął cicho, kiedy materiał otarł się boleśnie o jego wystające kości biodrowe. Była to ostatnia rzecz, którą Kurt zapamiętał zanim opanował go największy ból, jaki odczuwał w życiu.

***
Biel.
Wszystko było bielą.
Powieki Kurta wciąż były zamknięte, ale czuł jak ogarniające go światło dostaje się przez nie, sprawiając mu ból.
Ból.
Kurt poruszył się niespokojnie.
Słowo to poruszyło coś w jego pamięci, jednakże cichy głos w jego głowie podpowiedział mu, że lepiej tego nie zaczepiać. Bez chwili namysłu posłuchał rady i pozwolił, by jego myśli zaczęły biec w innym kierunku. Musiał ustalić kilka rzeczy.
Po pierwsze – był ciekawy, gdzie się znajdował.
Po drugie – dlaczego się tu znajdował?
Po trzecie – dlaczego tak ciężko przychodzi mu odnajdywanie odpowiednich kończyn i wprawianie ich w ruch?
Po czwarte – jak używało się powiek?
Po piąte – kto trzymał w tej chwili jego dłoń?
Kurt wiedział, że istnieje tylko jeden sposób, żeby znaleźć odpowiedzi na wszystkie te pytania. Mimo, że wszystko krzyczało w nim, żeby tego nie robił, zatrzepotał powiekami.
Momentalnie tego pożałował. Ból był nie do zniesienia. Chciał krzyknąć, ale gdzieś zgubił swój głos. Być może spłonął w tym samym płomieniu, który trawił w tej chwili jego ciało. A być może Kurt po prostu nic już nie słyszał.
Nie. Tę opcję szybko odrzucił. Usłyszał bowiem coś innego. Głos powtarzający z rozpaczą jego imię.
- Kurt, Kurt! Ruszasz się, mój Boże, ruszasz się! Dalej, spójrz na mnie, nie bój się, pomogę ci. Nie poddawaj się. Tylko jeszcze ta jedna walka, Kurt! Otwórz oczy, walcz!
Kurt nie chciał słyszeć tego głosu. Sprawiał mu ból. I zabraniał mu tego, na co miał ochotę - w przeciwieństwie do tego drugiego, nieco cichszego rozlegającego się w jego głowie i zachęcającego go do osunięcia się w nicość.
- Kurt, wiem, że mnie słyszysz. Otwórz oczy, proszę. Jeżeli nie spodoba ci się to, co zobaczysz, możesz zrobić, co zechcesz. Tylko spójrz.
Kurt nie spełnił tego polecenia. Nie bardzo pamiętał jak zmusił wcześniej swoje powieki do uniesienia się, ale cokolwiek to było, teraz nie chciało działać. Zdał sobie jednak sprawę, że znów wie, gdzie ma język. Postanowił zaryzykować.
- Blaine?
Kurt nie poznał swojego głosu. Był o wiele grubszy niż zazwyczaj i kaleczył jego gardło. Przestraszyło go to. Co jeżeli stracił swoją unikalną barwę? Co jeżeli psikus losu zabrał mu wszystko, co czyniło go tak wyjątkowym?
- Blaine, nie dostanę solo – powiedział płaczliwym tonem. – Teraz pan Schuester wywali mnie z chóru. Przegramy zawody…
- Kurt, o czym ty…
Kurt już go nie słuchał. Tak, jutro musi znowu stawić czoło Karofsky'emu. Dlaczego zrezygnował z Dalton? Teraz kiedy stracił swój głos, wszyscy przyjaciele go porzucą i zostanie sam na sam ze swoim prześladowcą.
- Blaine nie zostawisz mnie, prawda? Tym razem nie? Wróciłeś tu, dla mnie, wiem, że tak. Blaine, gdybyś tylko wiedział…
Urwał. Wszystkie wspomnienia wymieszały się w głowie Kurta, miał problem z określeniem, co nastąpiło kiedy. Nie otwierając oczu zapłakał gorzko uświadamiając sobie, że już nie jest w liceum.
Zdał sobie sprawę, że trzymająca go dłoń nie puściła go nawet przez moment. Uścisk dłoni Blaine'a wydawał się najwłaściwszą rzeczą we wszechświecie. Jego palce zdawały się być wyrzeźbione dokładnie w ten sposób, żeby idealnie leżały w dłoni Kurta. Tak jak kiedyś. Kurt pomyślał, że współczuje wszystkim tym chłopakom, z którymi Blaine był po nim. Na pewno żaden z nich nie czuł się dobrze trzymając jego dłoń.

***
-…że udało ci się przyjechać tak szybko.
- Jak właściwie mnie znalazłaś?
- Powiedzmy, że zawarłam pakt z diabłem. Potrafię odnosić niezłe sukcesy, jeśli mi na czymś zależy. Przepraszam, że tak cię tu ściągnęłam… Ale musiałam. Cały czas o tobie mówił.
Ktoś głośno przełknął ślinę.
- Co dokładnie?
Wahanie.
- Nic… nic konkretnego. Kiedy był nieco bardziej świadomy, po prostu mówił twoje imię błagając, bym cię znalazła, ale… Przez większość czasu miał trochę zaburzeń. Brał mnie za ciebie, myślał, że wciąż jest w liceum, mówił coś o zawodach, chórze… Pomyślałam, że jeżeli usłyszy twój głos, to może coś się w nim poruszy.
Dłuższa cisza.
- Dobrze zrobiłaś. Wątpię jednak, żebym był pomocny… Raczej wszystko pogorszę.
- Minął tydzień, od kiedy po raz pierwszy się obudził i wciąż nie otworzył oczu. Kiedy powiedziałam ci przez telefon, że jesteś naszą… jego ostatnią nadzieją, nie było w tym przesady.
Milczenie.
- Naprawdę jest tak źle? Czy on…
- Sęk w tym, że nie. Lekarze mówią, że jest całkowicie wybudzony, rany i złamania nie są wystarczające, żeby mogły stanowić przyczynę. Pozostaje tylko jedna możliwość. Jest świadomy, słucha wszystkiego, co mówimy, ale…
-…nie chce do nas wrócić – westchnienie. – Czy… Złapali tego psychopatę?
- Tak. Dużo pomogły zeznania… szefowej Kurta.
- Skąd szefowa Kurta wiedziała, kto to zrobił?
- Powiedzmy, że… Dość dobrze się znają. Jak będzie chciał, to sam ci powie.
Zapadła cisza. Kurt słuchał tego wszystkiego zastanawiając się, do kogo należą znajome mu przecież głosy. Nie miało to dla niego wielkiego znaczenia. Pewnie i tak była to kolejna halucynacja. Bardziej zainteresowała go jedna z ostatnich informacji. Jego podświadomość w tym wypadku mogła mówić prawdę. Miał więc zarys odpowiedzi na pytanie, które dręczyło go od dłuższego czasu.
Jak długo tu leżał?
Spróbował podnieść rękę. Bezskutecznie. Poczuł jak drgnęło kilka mięśni, jednakże było to zbyt mało, by osiągnąć cel.
- Kurt?
Czyżby mu się udało?
Nie. Niemożliwe.
- Kurt, słyszysz nas?
Kurt chciał odpowiedzieć, ale z jego gardła wydobył się jedynie cichy pomruk. Poczuł jak ktoś delikatnie ujmuje jego rękę.
- Rachel, mogłabyś…?
Rachel, no tak. W takim razie drugi głos musiał należeć do…
Jego serce zatrzepotało.
To nie była halucynacja.
Usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, a następnie ciche westchnienie. Nawet ten dźwięk wywołał w jego sercu coś, czego Kurt nie czuł od tak dawna. Nie chodziło o miłość, to uczucie wyparowało stamtąd już dawno, nic nie trwa wiecznie. Ale obok niego siedział jego najlepszy przyjaciel. Kurt zupełnie zapomniał o swoich problemach, o tym, że nie był już osobą, którą Blaine znał. Nic się nie liczyło. Kurt był Kurtem. Blaine był Blainem. Tak bardzo tęsknił.
Poczuł ciepły oddech gdzieś w okolicach szyi, a potem przy uchu. Po chwili rozległ się cichy szept.
- Nie musisz nic mówić. Po prosu ściśnij moje palce, jeżeli mam zostać.
Kurt spełnił polecenie Blaine'a, jakby miało od tego zależeć jego życie.
Otworzył oczy.