Ręka Blaine'a momentalnie się cofnęła.
- Oczywiście, siadaj – powiedział, zanim Kurt zdążył się odezwać. – Jesteś znajomym Kurta?
Josh usiadł i uważnym okiem ocenił sytuację. Posłał Kurtowi uspokajające spojrzenie, którego Blaine nie mógł zauważyć.
- Tak, ja i… Kurt, pracujemy razem. Przepraszam, ale chyba o tobie nie opowiadał, jest bardzo skryty – mrugnął w jego stronę. – Znacie się ze studiów?
- Blisko. Z liceum. Wybacz, powinienem się przedstawić – wyciągnął rękę. – Blaine Anderson.
- Josh Haley – uścisnął mu dłoń i posłał mu swój słoneczny uśmiech. – Z liceum? Kurt niewiele opowiada o tym etapie w swoim życiu.
- Tak, to było jeszcze w Ohio – Blaine uśmiechnął się do wspomnień. – Cóż, domyślam się. Nie wszystkie wspomnienia stamtąd są dla Kurta radosne, prawda, Kurt?
Kurt, który jak do tej pory milczał, modląc się w duchu do Boga, w którego nie wierzył, żeby Josh niczego nie chlapnął, w mig pojął aluzję.
- Z drugiej strony, był to najpiękniejszy czas w moim życiu. Kiedy marzenia jeszcze się spełniały. Być może dlatego potem tak bardzo bolało, kiedy ktoś miażdżył je jednym słowem.
Blaine zacisnął usta, ale nie skomentował tego. Josh obserwował ich w milczeniu.
- Razem z Kurtem należeliśmy do tego samego chóru, przez jakiś czas – odezwał się Blaine.
- Chóru? – Josh uśmiechnął się. – To Kurt śpiewa?
- Śpiewałem – poprawił go machinalnie. - Czas przeszły.
- Cóż, widać, nie myliłem się tak bardzo nazywając cię aniołem – Josh posłał mu dziwne spojrzenie spod swoich długich czarnych rzęs. – Twój głos od początku przyciągnął moją uwagę.
Blaine odchrząknął, a Kurt posłał Joshowi mordercze spojrzenie.
- Kurt miał wielką szansę, żeby zostać gwiazdą Broadwayu – Blaine uśmiechnął się lekko. – Ale nigdy nie spróbował.
- Chciałem spróbować – powiedział cicho. – Ale nie zawsze wszystko wychodzi tak jak chcemy.
Blaine obserwował go przez chwilę w milczeniu.
- Cóż, nie jest jeszcze za późno – Josh uśmiechnął się promiennie. – Od czego Kurt ma przyjaciół, prawda?
- Naprawdę nie sądzę… - zaczął Kurt.
Blaine uśmiechnął się.
- On ma rację. Od tego masz nas. Wszystko może się jeszcze zmienić.
„Nie może" pomyślał Kurt, ale nie powiedział tego na głos.
- O ile nam na to pozwoli – odezwał się jeszcze Josh.
Blaine pokiwał głową i uśmiechnął się do niego.
- Cóż, miło było cię poznać. Ja… Ja i tak już muszę iść. Dobrze się składa, dotrzymasz towarzystwa Kurtowi – posłał temu ostatniemu dziwne spojrzenie. – Do zobaczenia w sobotę, jeszcze wyślę ci wiadomość, co i jak.
- Do zobaczenia…
Kiedy Blaine wyszedł, Kurt posłał Joshowi pełne wdzięczności spojrzenie.
- Dzięki – powiedział cicho.
Josh puścił do niego oko i upił łyka z jego kawy.
- Drobiazg.
***
Kurt przeturlał się na bok wsłuchując się w oddech swojego klienta. Policzek wciąż palił go żywym ogniem, jakby uderzono go dosłownie przed chwilą, jakby okładano go cały czas, do tej pory. W zasadzie Kurt nie wiedział, co bolało go bardziej – skóra czy jego własna, urażona duma. Wstał i na chwiejnych nogach poszedł do łazienki. Zapalił światło i ocenił sytuację jednym szybkim spojrzeniem w lustro. Oko już zaczynało puchnąć, choć z doświadczenia wiedział, że w miarę szybko powinno się zagoić, za to naokoło nadgarstków miał dziwne ślady, które z pewnością miały pozostać tam na dłuższy czas. Oparł się dłońmi o umywalkę i zaszlochał bezgłośnie, żeby nie obudzić klienta.
***
Kurt czuje jak ktoś obejmuje go ramionami w biodrach. „Ktoś." Śmieje się w duchu. Doskonale wie kim ten ktoś jest.
Ostatnio czuje się coraz swobodniej będąc dotykanym przez Blaine'a. Wciąż pamięta, kiedy pierwszy raz jego ręka poszła nieco za daleko, Kurt udawał oczywiście, że wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę miał ochotę krzyknąć w proteście. To było dla niego zbyt dużo, zbyt szybko. Pod byle pretekstem unikał Blaine'a przez kolejne kilka dni, sam nie do końca wiedząc dlaczego. Być może był na niego trochę zły. Może nawet więcej niż trochę. Czy tak ciężko było mu zrozumieć, że Kurtowi wystarczyło trzymanie się za ręce? Albo przytulanie? Czemu jemu nie mogło to wystarczyć?
Kurt wiedział, że zwalanie winy na Blaine'a było zupełnie, ale to zupełnie głupie i bezcelowe. Nikomu nie przyszłoby przecież do głowy, że tak mały gest, może w takim stopniu na kogoś oddziałać. Zresztą, nie chciał, żeby to on czuł się winny. Nie tym razem. Zbyt mu zależało. Dlatego właśnie nie chciał go widzieć. Blaine próbowałby drążyć temat, a na tego rodzaju rozmowę Kurt nie był jeszcze gotowy. Już raz przechodzili przez coś takiego, a to, że tym razem byli parą tylko wszystko pogarszało. Nie był wprawdzie pewien, co to do końca oznaczało, ale miał takie przeczucie. Wszystko było takie nowe.
Lecz teraz stoją samotnie w kuchni w domu Kurta, delektując się tymi rzadkimi chwilami, które mogli spędzić ciesząc się tylko i wyłącznie sobą.
Kurt obraca powoli twarz w stronę Blaine'a i uśmiecha się lekko.
- Na pewno nie jesteś głodny?
Blaine jakby się zamyśla.
- Może odrobinę – nachyla się i całuje Kurta w szyję, na co ten wybucha śmiechem.
- A coś innego?
- Nie. Ty mi wystarczasz.
Przez chwilę trwają w ciszy. Kurt przygryza wargę wpatrując się w krajobraz za oknem.
- Wszystko w porządku? Coś cichy jesteś, nieobecny – zauważa po chwili Blaine.
Kurt obraca się w jego stronę.
- Tak. Nie. Chyba. Chcę czegoś spróbować.
Całuje Blaine'a gwałtownie, omal nie przewracając ich obu na podłogę.
- Halo? Tosty czy jajecznica?
Kurt otrząsnął się z zamyślenia.
- Nie musisz dla mnie gotować, naprawdę – uśmiechnął się lekko do Josha. Ten dzieciak był wręcz niewiarygodny.
- Nie myśl, że robię to dla ciebie! Po prostu od patrzenia na twoje wystające żebra, przechodzą mnie ciarki – Josh roześmiał się, a jego ramiona znów oplotły kurtowe biodra. – Jesz coś w ogóle?
- Niezbyt często – przyznał Kurt i delikatnie zmusił Josha, żeby zabrał ręce. Widząc, że trochę go to zraniło, pocałował go w policzek i uśmiechnął się blado.
- Tosty. Dzięki. Ale chyba nie znajdziesz nic w lodówce.
- Byłem w sklepie, kiedy spałeś.
Kurt uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Usiadł przy stole obserwując jak Josh krząta się po jego kuchni. Nagle zadzwonił telefon.
- Przepraszam, to może być z pracy – Kurt wstał i pobiegł po komórkę. „Dom", przeczytał na wyświetlaczu. Marszcząc brwi odebrał połączenie.
- Tak?
- Cześć, Kurt. Wszystko w porządku? – poznał głos ojca.
- Tak, w porządku… Dzwonisz tylko po to, żeby spytać?
- Wiesz, po ostatnim telefonie…
Kurt przygryzł wargę.
- Przepraszam za tamto. Wpadło kilku znajomych, byłem trochę nietrzeźwy – skłamał gładko. – Jeżeli cię zmartwiłem…
- Nie, daj spokój… Po prostu czasem zapominam, że jesteś już dorosły – przez moment po obu stronach słuchawki panowała cisza. – Ale masz rację, nie dzwonię tylko po to, żeby spytać jak ci leci. Finn przyjeżdża za dwa tygodnie, ma nam przedstawić swoją narzeczoną. Pomyślałem, że byłoby miło, żebyś też przyjechał.
- Tato, z moją pracą…
- Wiem, wiem. Twoja firma nie daje ci ostatnio chwili wytchnienia. Dlatego dzwonię już teraz. Dasz radę załatwić sobie wolne?
Kurt milczał przez moment.
- Postaram się.
- Świetnie!
- Ale niczego nie obiecuję – dodał szybko. Zobaczył Josha wynurzającego się z kuchni i posyłającego mu pytające spojrzenie. – Tato, przepraszam, ale muszę kończyć… Niedługo jadę do pracy.
- W porządku. Trzymaj się tam.
- Będę – Kurt już miał się rozłączyć, ale zatrzymał go jeszcze głos ojca.
- I Kurt…
- Tak, tato?
Przez chwilę panowała cisza.
- Carol przesyła pozdrowienia. Tęsknimy za tobą.
Kurt wiedział, że ojciec chciał powiedzieć, co innego, ale nie było sensu drążyć tematu.
- Do usłyszenia – powiedział cicho i rozłączył się. Josh przyglądał mu się bez słowa. Kurt uśmiechnął się do niego lekko.
- To co z tymi tostami?
Josh otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zrezygnował. Zamiast tego pociągnął Kurta z powrotem do kuchni. Ponownie usiadł przy stole, podczas gdy Josh kończył robienie śniadania. Po chwili chłopak wspiął się na palce i włączył radio. W pomieszczeniu rozległy się delikatne dźwięki gitary.
…were only waiting for this moment to be free…
Kurt poczuł jak przyspiesza mu serce.
- Możesz przełączyć?
Blackbird, fly, fly…
Chłopak roześmiał się cicho.
- Nie lubisz Beatlesów, Kurt? Wszyscy ich kochają!
Into the light of the dark black night.
- Lubię. Ale nie tę piosenkę. Proszę, wyłącz.
Josh zmierzył go wzrokiem, po czym wyłączył radio.
- W porządku. Ale w takim razie, musisz coś dla mnie zrobić.
Kurt odetchnął z ulgą, jednocześnie unosząc brwi. Czego ten mały mógł chcieć?
- Niby co?
Josh podszedł do niego i chwycił go za ręce.
- Zaśpiewaj ze mną, Kurt.
Kurt posłał mu zmęczone spojrzenie próbując jednocześnie zapiąć koszulę.
- Po pierwsze, jeżeli powiesz, że chcesz ze mną zaśpiewać „El tango de Roxanne", albo inną piosenkę z Moulin Rouge, będę zmuszony cię wyśmiać, choć nie lubię tego robić gościom, z którymi właśnie uprawiałem seks. Etyka zawodowa. Po drugie, dla ciebie wciąż jestem Roxanne.
Josh zignorował go. Jego dłonie znienacka znów znalazły się przy nim, delikatnie ściągając jego palce z guzików koszuli.
- Wolę cię takiego – wymruczał chwytając Kurta za biodra i całując go delikatnie w zagięcie szyi. – Więc jak?
Kurt odepchnął go lekko, śmiejąc się cicho.
- Nie działają na mnie takie sztuczki, mały – powiedział – Nie śpiewam. Tyle w tej sprawie.
Josh jakby go nie słuchał. Wodził palcami po kilku wyjątkowo paskudnych bliznach, których Kurt wciąż nie mógł się pozbyć. Zmrużył oczy.
- Te są nowe – zauważył.
Kurt zacisnął wargi.
- I?
- Nie uważasz, że…
Wywrócił oczami, żeby ukryć irytację.
- Dlaczego wszyscy mają obsesję na punkcie moich blizn? Są, bo są, tyle w tej sprawie.
- Znikąd się nie wzięły – Josh posłał mu zatroskane spojrzenie. Kurt nie zareagował.
- Jesteś piękny, inteligentny, zasługujesz na tak dużo… Dlaczego pozwalasz to sobie robić? - Odezwał się znów po chwili.
Kurt zacisnął powieki. Po raz pierwszy od dawna poczuł palące poczucie wstydu, które wciskało mu do oczu łzy.
- Wyjdź.
Josh jęknął z irytacją.
- Myślisz, że pozbędziesz się mnie tak łatwo? Że zwyzywam cię od kurew, rzucę pieniędzmi w twarz i nigdy więcej mnie nie zobaczysz? Tego chcesz? Tego oczekujesz?
Zanim Kurt zdążył odpowiedzieć, Josh uklęknął przed nim. Kurt wytrzeszczył oczy.
- Co ty wyprawiasz?
Josh nie odpowiedział. Całował delikatnie każdy milimetr jego skóry ze szczególną troską omijając blizny. Kurt odruchowo wplótł palce w jego włosy i zamknął oczy. Z Joshem wszystko było takie proste. Przygryzł wargę. Po raz kolejny poczuł przypływ znajomego strachu. Biedny chłopiec. Kurtowi zależało na nim na tyle, żeby bać się każdej chwili, którą spędzali razem. O swoje serce się nie martwił, było bezpieczne. Ale wiedział, że prędzej czy później, zniszczy temu małemu życie. Nie zamierzał jednak się tym trapić, nie w tym momencie.
Kurt delikatnie ukląkł obok niego i pocałował go, może nieco zbyt rozpaczliwie. Po chwili siedział już na nim okrakiem. Josh wyraźnie zaskoczony oddał pocałunek i zaproponował, żeby przenieśli się do sypialni, Kurt jednak pokręcił przecząco głową. Nie. Nie chciał nigdzie iść, nie teraz. W momencie, kiedy obydwaj leżeli już na podłodze i wydawało się, że nic nie może ich od siebie odciągnąć, rozległo się ciche pukanie. Kurt z irytacją uniósł głowę tylko po to, żeby spotkać nieco zdezorientowany wzrok Blaine'a.
Scena przedstawiała się w zależności od punktu widzenia, tragicznie lub wyjątkowo zabawnie.
Kurt, którego włosy były w kompletnym nieładzie bezskutecznie próbował złapać oddech, wytrzeszczonymi oczami patrząc na Blaine'a, zapominając przy tym, że jedynym ubraniem jakie na nim pozostało, były rozpięte zresztą spodnie. Josh był nieco bardziej roznegliżowany – bokserki ledwo trzymały się mu na biodrach, a na plecach miał świeże, czerwone ślady po paznokciach Kurta, które z pewnością miały pozostać tam jeszcze przez dłuższy czas. Blaine zaś miał minę jakby chciał coś powiedzieć, ale zapomniał jak używa się języka angielskiego, na zmianę otwierając i zamykając usta. Cisza, która zapadła zdawała się rozrywać im bębenki, cały świat zdawał się zamrożony, zupełnie jakby oczekiwał na rozwój sytuacji.
- Co… Co ty tu robisz? – wyjąkał w końcu Kurt zapinając spodnie. Był wdzięczny losowi, że nie trzęsły mu się przy tym ręce. Podniesienie się z podłogi mogło stanowić jednak pewne ryzyko, więc został tam gdzie siedział. – Skąd wiesz, gdzie mieszkam?
Blaine jakby się otrząsnął.
- Ja… W zasadzie to… - Nagle jego spojrzenie zatrzymało się na klatce piersiowej i ramionach Kurta. – O mój Boże.
Kurt podążył za jego wzrokiem i zaklął w duchu. Po ostatnim kliencie wyglądał, jakby ktoś zrobił z niego worek treningowy. Od barku w kierunku szyi ciągnęła się dłuższa blizna wyglądająca, jakby ktoś przeciągnął po niej drutem kolczastym, którą do tej pory Kurt skutecznie ukrywał dobierając odpowiednie ubrania. Jego przedramiona pokrywały mniejsze lub większe siniaki w różnym stadium rozwoju – od ogromnych, niemal czarnych, po mniejsze, już żółkniejące. Ponadto na policzku miał dłuższą szramę (Również pozostałość po ostatnim kliencie), a w okolicy lewego oka, kolejnego siniaka. Gdyby nie one, być może byłby w stanie wmówić Blaine'owi, że to pamiątki po jego małym incydencie „z psychopatą." Nie trzymało się to kupy, ale ludzie potrafią uwierzyć w różne rzeczy, jeżeli naprawdę tego chcą. Blaine jednak nie był na tyle głupi, żeby nie zauważyć nowoprzybyłych blizn na twarzy. Kurt wprawdzie bywał już w gorszym stanie, ale dla kogoś kto widział go takim pierwszy raz, musiał być to dość szokujący widok.
Po chwili Blaine podszedł bliżej, uklęknął i delikatnie wziął w dłonie twarz Kurta, który próbował się wykręcić, ale trzymające go ręce były znacznie silniejsze. Dotyk Blaine'a na skórze był niemal nie do zniesienia, nawet jeżeli były to tylko muśnięcia czubków palców. W końcu Kurt przestał się wyrywać i pozwolił Blaine'owi na delikatne zbadanie swojej twarzy. Zacisnął przy tym powieki, żeby nie patrzeć mu w oczy. Nie chciał widzieć jak powoli dopasowuje do siebie wszystkie elementy układanki. Kiedy poczuł jak dłonie Blaine'a go puszczają, nieśmiało uniósł powieki. Blaine wpatrywał się teraz w Josha.
- Ty mu to zrobiłeś? – zapytał zmienionym głosem.
Josh zrobił dziwną minę, podczas gdy Kurt omal nie parsknął śmiechem. Posądzanie o coś takiego Josha, było jak oskarżanie Puchatka o obrabowanie monopolowego.
- Oczywiście, że nie on – powiedział widząc, że chłopak otwiera usta. – Blaine, to naprawdę nic takiego…
- Nie wygląda jak nic takiego.
- Tak czy siak, nie powinno cię to obchodzić.
Blaine'owi przez chwilę zabrakło słów.
- Musimy…
Kurt przytknął dłonie do skroni nieudolnie starając się zapanować nad głosem.
- Nie, nie musimy. Cholera, Blaine, dlaczego zawsze chcesz o wszystkim rozmawiać? Myślisz, że to coś pomoże? Zresztą, troska o mnie nie leży już w twoim zakresie obowiązków.
Oczy Blaine'a rozszerzyły się w zrozumieniu.
- Ty sam sobie to robisz, prawda?
Kurt zacisnął powieki i czując jak do głowy uderza mu gorąco, powoli wycedził:
- Wynoś się.
Zapadła cisza. Blaine nawet nie drgnął, Josh zaś chwycił swoje ubrania z podłogi.
- Powinienem…
- Nie – uciął Kurt otwierając oczy. – Ty zostajesz. On wychodzi.
Blaine zacisnął wargi.
- Ale… - zaczął.
- WYNOŚ SIĘ! – krzyknął Kurt. – Spieprzaj stąd, albo sam cię stąd wyprowadzę!
Dygocąc na całym ciele zacisnął ponownie powieki. Kiedy usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, nie otworzył oczu. Osunął się po ścianie nie przestając drżeć i szlochając bezgłośnie. Nie mógł jednak płakać. Dosłownie, nie mógł, nawet gdyby chciał. Zauważył to już jakiś czas temu.
Przez chwilę myślał, że jest sam, ale w pewnym momencie usłyszał cichy głos Josha.
- On miał rację, prawda? Te blizny… Okłamałeś mnie. Nikt ci tego nie zrobił. To twoja sprawka.
Kurt przestał drżeć. Przez pewien czas milczał.
- Tylko część z nich. Siniaki to też nie ja – wyszeptał w końcu do kolan, jakby coś to zmieniało. Kiedy uniósł głowę, zobaczył, że Josh nie patrzy na niego. Wzrok utkwiony miał gdzieś w dali.
- Dlaczego? – zapytał tylko, prawie bezgłośnie.
Kurt nie odpowiedział. Po jakimś czasie, a może tylko po paru sekundach, poczuł jak troskliwe ramiona Josha obejmują go i zanoszą do łóżka. Łkał cicho w jego pierś, a kiedy poczuł pod sobą miękkość materaca, wyszeptał rozpaczliwie:
- Proszę nie zostawiaj mnie… Nie mogę być sam, nie teraz…
***
Zabawna rzecz z narkotykami - mają różny wpływ na różne osoby. Jedni czują się po nich panami świata, innymi jest niezwykle radośnie i wesoło, a jeszcze inni popadają w depresję, co czasem kończy się tragicznie. Dopóki nie spróbujesz, nie wiesz, jak zadziałają na ciebie.
Kurt jakimś sposobem za każdym razem czuł się inaczej.
Tym razem było źle. Bardzo źle. Chciał uciec od smutku, a tymczasem jedynie wszystko pogorszył.
Mętnym wzrokiem patrzył na szczątki butelki po winie, która jakiś czas temu wyleciała mu z rąk. Nie pamiętał kiedy to było. Może miesiąc, a może tylko godzinę temu. Nie miał siły sprzątać.
Bezmyślnie zaczął bawić się odłamkami, nie czując nawet jak ostre krawędzie rozcinają mu jasną skórę. Z twarzą przyciśniętą do podłogi, delektował się widokiem, krwi spływającej po jego nadgarstku i wsiąkającej w dywan. A może było to rozlane wino. Kurt nie wiedział dokładnie.
Było źle. Tak bardzo źle. Kurt poczuł jak coś wciąga go pod powierzchnię. Nie miał siły się wynurzać.
***
- Jesteś piękny.
Kurt przeciągnął się z satysfakcją na satynowej pościeli. Rzadko bywał w tak ekskluzywnych hotelach, bogaci klienci nie zdarzali się zbyt często. Od czasu do czasu przewijali się jednak tacy, którzy szukali zaspokojenia w tanich, mniej znanych agencjach, takich jak ta, do której należał Kurt. Nie do końca ich rozumiał.
- Tutaj czuję się piękny – powiedział uśmiechając się radośnie. Była to prawda. Nawet nie przeszkadzało mu to, że wzeszło już słońce i zgodnie ze swoją zasadą, powinien się już zbierać.
- Tylko tutaj? – mężczyzna spojrzał na niego z niedowierzaniem. – Ale to prawda. Pasujesz do tego miejsca. Plus światło niesamowicie oświetla teraz twoje ciało, ciekawa kompozycja.
Kurt momentalnie pojął.
- Jesteś malarzem? – zapytał unosząc się na łokciach.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
- Blisko. Cyfrowym malarzem. Jestem fotografem. Oliver Waters.
Kurt wytrzeszczył oczy, choć wiedział, że powinien udawać, że nie robi to na nim wrażenia. Znał to nazwisko. Znał je bardzo dobrze. Oliver Waters był szeroko znany w świecie mody, ale nie tylko. Jego wystawy należały do najbardziej drogich i najbardziej widowiskowych w całej Ameryce. Zajmował się wszystkim – od szokującej fotografii reportażowej, poprzez akty, na glamour kończąc. Kurt często napotykał się na to nazwisko w swoich ulubionych magazynach mody.
- Cóż, panie Waters, mogę zatem wiedzieć, czego pan szuka u boku tak taniej dziwki jak ja?
Oliver usiadł obok niego i zamyślił się.
- Preferuję inne określenie, wybacz, jestem estetą. Choć „Kurtyzanę" możesz sobie darować – znów się uśmiechnął. – Hm, czego szukam, dobre pytanie… Widzisz, istotnie poszukuję. Nie chcę, żeby zabrzmiało to jakbym był jakimś zboczeńcem, ale spałem już z wieloma kobietami i z wieloma mężczyznami. Tanie agencje, drogie agencje, różnie to bywało. Te, jak to nazwałeś… „Tanie dziwki jak ty" potrafią czasem naprawdę zaskoczyć.
Kurt zmarszczył brwi.
- Obawiam się, że nie rozumiem.
- Poszukuję talentów. Osób wyjątkowych, które przyciągają oko. Nie zawsze są one piękne, o to chodzi w fotografii. By obiekt był ciekawy, co często rozmija się z „piękny". Ale od czasu do czasu trafia się ktoś inny. Piękny, interesujący. Ktoś taki jak ty.
- Jak ja? – powtórzył tępo Kurt.
Mężczyzna pokiwał głową.
- Widzisz, fotografowałem wielu ludzi. Drogie, zadufane w sobie modelki, przymierających głodem ludzi w Afryce… Od czasu do czasu jednak, zwykły przechodzień jest bardziej interesujący niż wszyscy ci ludzie razem wzięci. Jednakże niezbyt łatwo zaczepić osobę na ulicy, prawda? Choć fotografom takie rzeczy się zdarzają… Dlatego często szukam w agencjach. Nawet nie wiesz jak pozytywnie można się nieraz zaskoczyć.
Przez chwilę panowała cisza.
- Do czego pan zmierza?
- Byliśmy na ty – przypomniał mu Oliver. – Fascynujesz mnie, Roxanne. Widać, że jesteś inteligentny, oczytany, nie masz tej tępoty w oczach jak większość… „tanich dziwek." Ale coś was łączy. Ten brak blasku w oczach. Jakby wszystko było już stracone. Jakby nie było żadnej nadziei.
Kurt oplótł się ramionami.
- Oferujesz mi pracę?
- Tak, ale… Oferuję ci też o wiele więcej. Wierz mi, chciałbym wyciągnąć cię z tego środowiska, ale z doświadczenia wiem, że żadna prostytutka do końca tego nie chce. Mam więc inną propozycję. Po sesji, załatwię ci pracę. Jesteś dobry, Roxanne. Naprawdę dobry. Za dobry na tę agencję. Mógłbyś piąć się wyżej, zarabiać o wiele więcej. Znam najlepsze agencje w tym kraju. Oczywiście, nie mogę cię ot tak, wepchnąć na najwyższą półkę. Ale mogę ci pomóc. O ile tego chcesz.
Kurt przygryzł wargę.
- Mogę się nad tym zastanowić?
Oliver uśmiechnął się lekko i wstał. Wyciągnął z portfela wizytówkę i wręczył ją Kurtowi.
- Oczywiście. Zadzwoń jak podejmiesz decyzję. Nie trzymaj mnie jednak w niepewności zbyt długo. Jesteś taki piękny, niezwykle bym żałował, gdyby ktoś taki jak ty wysmyknął mi się z rąk…
Kurt przyglądał się przez chwilę wizytówce.
- I Roxanne – uniósł wzrok. Oliver delikatnie chwycił go za dłonie. – W tej agencji, o której mówię… Zadbaliby o to, żeby nikt już cię nie skrzywdził. Ja bym o to zadbał. W końcu ktoś by cię docenił.
