Kurt rzucił telefonem w przestrzeń, ten jednak uderzył w kanapę i miękko odbił się od poduszki. Kurt zaklął. Miał nadzieję, że uderzy w ścianę i rozleci się w drobny mak.
Właśnie skończył rozmowę telefoniczną z Danielem. Daniel był jego nowym szefem, który zajął miejsce Arlette, jednakże w przeciwieństwie do niej, nie zamierzał mu iść z niczym na rękę.
Kurt chciał urlopu. Potrzebował urlopu. Nie chodziło już nawet o to, że obiecał coś ojcu. Musiał odpocząć. Nie pomogło jednak tłumaczenie, że zmęczenie odbija się na jego pracy. Daniela to nie obchodziło. Tak długo jak zarabiał pieniądze, miał gdzieś wszystko. Nie to było jednak najgorsze. Jego słowa wciąż brzmiały w uszach Kurta, jakby ktoś zamontował mu w mózgu mały głośnik:
„Na twoim miejscu nie próbowałbym niczego głupiego. Myślisz, że nie wiemy o tobie nic, Roxanne, ale tak naprawdę wiemy bardzo dużo. Nie byłbyś szczęśliwy, gdyby coś się stało twojej pięknej brązowowłosej przyjaciółce, prawda? Z drugiej strony, posłałaby od ciebie całusy dla Arlette."
Kurt nie był przestraszony. Był wściekły. Tak wściekły, jak nigdy nie był w swoim życiu.
Postanowił sobie, że choćby nie wiem, co zapewni jej i wszystkim, których znał bezpieczeństwo. I wiedział jak to zrobić.
Trochę zajęło mu znalezienie odpowiedniej kartki, ale w końcu wygrzebał ją ze stosu papierów leżących na biurku. Złote literki wizytówki mignęły w mroku pomieszczenia. Chwycił za słuchawkę telefonu i powoli wybrał numer. Zanim przedarł się przez wszystkie sekretarki, minęło dobre dziesięć minut. W końcu jednak usłyszał znajomy głos.
- A już myślałem, że nie zadzwonisz, Roxanne.
Kurt zacisnął usta.
- Musiałem to wszystko przemyśleć - Jego głos był nieco chłodny. Musiał jednak zaufać Oliverowi, więc postanowił się ogarnąć. – Ale chyba już znam odpowiedź.
- A więc…? – Oliver wydawał się nieco zaniepokojony.
- Zgadzam się - powiedział Kurt tym samym zimnym, obojętnym tonem. - Ale jest jeden warunek.
Głos Olivera uległ natychmiastowej zmianie.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Czego potrzebujesz?
Kurt zawahał się przez moment.
- Musisz pomóc mi… posprzątać pewien bałagan.
Po drugiej stronie słuchawki rozległ się dźwięczny śmiech.
- Czyżbym źle cię ocenił, Roxanne? No proszę. Piękny i niebezpieczny.
- Ja nie…
- Wiem – przerwał mu. - Więc o kogo się martwisz? Matkę? Siostrę? Chłopaka?
Kurt przez chwilę milczał, zbyt zszokowany, żeby coś powiedzieć.
- Skąd… - wyjąkał w końcu.
Oliver westchnął.
- Trochę siedzę w tym świecie, mój drogi. Wiem jak działają, znam ich metody… Nie rozmawiajmy jednak o tym przez telefon. Spotkajmy się gdzieś, gdzie możemy spokojnie usiąść i porozmawiać.
Kurt przygryzł wargę. Przypomniał sobie jednak, że powinien chociaż zgrywać pewnego siebie, więc odchrząknął zaciskając mocniej dłoń na słuchawce.
- W porządku. Powiedz tylko gdzie.

***
- To wciąż jestem ja?
Kurt patrzył na ekran monitora z niedowierzaniem. Zdjęcia były niesamowite. Część z nich miała mocno nasycone kolory, część była w czerni i bieli. Kurt ledwie mógł się rozpoznać. Gdyby spojrzał na to z boku, stwierdziłby, że wygląda niemal pięknie.
Oliver roześmiał się cicho.
- Wiesz, mówią, że zdjęcia odsłaniają prawdziwą naturę człowieka. Indianie obawiali się, że aparaty kradną dusze. Część z nich wciąż tak sądzi.
Kurt uśmiechnął się lekko.
- Kto wie, może to prawda.
Cieszyło go, że ostatecznie zdecydował się na tę sesję. Parę dni wcześniej spotkał się z Oliverem przy kawie, gdzie omówili wszystkie szczegóły. Nie tylko dotyczące zdjęć, oczywiście. Oliver obiecał mu, że zaraz po sesji, pomoże mu unormować sytuację.
- Mam coś dla ciebie.
Oliver zniknął na moment. Kiedy wrócił kazał Kurtowi zamknąć oczy i wystawić rękę.
- To dziecinne – wymamrotał, ale spełnił polecenie. Poczuł na dłoni malutki zimny przedmiot. Otworzył oczy. Był to niewielki pęk kluczy. Zmarszczył brwi i przez chwilę ważył go w dłoni.
- Nie rozumiem…
- Będziesz potrzebował nowego mieszkania. Tak dla pewności.
Kurt pokręcił głową.
- Nie mogę tego przyjąć.
- Dlaczego nie? Potraktuj to jako zapłatę za sesję. Poza tym, to dla twojego bezpieczeństwa. I twoich najbliższych. Tego chcesz, prawda?
Kurt westchnął cicho. Coraz mniej to wszystko mu się podobało.
- Tak, chyba tak…
Oliver uśmiechnął się szeroko.
- Póki co, pracuj normalnie. Przekonam jednak… Daniela, tak miał na imię? Żeby pozwolił ci zwolnić się z pracy. Potem poszukamy dla ciebie nowej.
Kurt przygryzł wargę.
- Mogę cię o coś zapytać?
- O co chcesz.
Uniósł głowę i spojrzał mu poważnie w oczy.
- Dlaczego to robisz? Dlaczego mi pomagasz? Nawet mnie nie znasz. Wszystko to jest piękne… Ale czuję się trochę, jakbym robił umowę z demonem z rozdroża.
Oliver roześmiał się cicho.
- Nie potrzebuję twojej duszy. Dlaczego ci pomagam? Bo mogę. Bo to nie stanowi problemu. Bo mam nadzieję, że zaskarbię sobie twoją łaskę.
Kurt uniósł brwi. Nie miał siły jednak się nad tym zastanawiać.
- Dziękuję. Za wszystko.

***
Kurt leżał na kanapie bezmyślnie przerzucając kanały w telewizorze. Nie mógł jednak na niczym się skupić.
Postanowił jeszcze przez parę dni pomieszkać w starym mieszkaniu. Nie przepadał za zmianami, poza tym, nie miał w tej chwili siły na przeprowadzkę. Musiał jeszcze rozgryźć tyle ważnych rzeczy…
Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Kurt zmarszczył brwi i zerknął na zegarek – wskazówki wskazywały północ. Kto to mógł być o tej porze? Zwlókł się z kanapy i otworzył drzwi. Wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. W progu stała kompletnie przemoczona Rachel ze sporą walizką u stóp.
- Rachel, co ty tutaj robisz? – gestem zaprosił ją do środka. - Miałaś być dopiero…
Wtedy dokładnie jej się przyjrzał.
Rachel była w stanie kompletnej rozsypki. Tusz do rzęs spływał po jej policzkach, co w połączeniu z zaczerwienionymi ustami i przekrwionymi oczami, dało jej wygląd smutnego, przerażającego klauna. Dygotała na całym ciele, Kurt nie był pewny czy z zimna panującego na zewnątrz czy… wewnątrz. Praktycznie wciągnął ją do środka widząc, że nie ruszyła się nawet na krok. Kiedy objął ją ramionami, dziewczyna zaczęła dygotać jeszcze mocniej. Wolną ręką wciągnął jej walizkę, zatrzasnął drzwi i widząc, że nie ma innego wyjścia, delikatnie wziął Rachel na ręce. Uważając by o nic po drodze nie zahaczyć, ostrożnie zaniósł ją do pokoju. Kiedy jednak chciał posadzić ją na kanapie, objęła go mocniej za szyję wbijając paznokcie w ramiona.
- Proszę, nie odchodź… - wyszeptała. Jak się później okazało, miały to być jedyne słowa, jakie wyszły z jej ust tamtego wieczora.
Delikatnie położył Rachel i sięgnął po koc, którym przykrył zarówno ją, jak i siebie, po czym pocałował ją w czoło i pozwolił, by jej głowa spoczęła na jego piersi.
- Nigdzie się nie wybieram, Rachel – obiecał.
Przez chwilę siedzieli tak w ciszy. Kurt wiedział, że niczego się nie dowie, postanowił więc zacząć delikatnie. Nie spodziewał się jednak jakiejkolwiek reakcji.
- Dlaczego nie zadzwoniłaś? Przyjechałbym po ciebie na lotnisko.
Zgodnie z jego przewidywaniami, odpowiedziała mu cisza. Nie naciskał. Rachel cały czas drżała, nawet nie starając się tego ukryć. Zaniepokojony Kurt, objął ją nieco mocniej. Coś mu przyszło do głowy.
- Poczekasz chwilę? – poczuł jak paznokcie Rachel wbijają mu się w rękę. Widząc panikę w jej oczach, momentalnie się poprawił. – Nie wychodzę. Idę na chwilkę do kuchni. Siedź tutaj.
Rachel wciąż nie wydawała się tym zachwycona, ale puściła jego dłoń. Kurt pobiegł do kuchni i zaparzył herbaty. Jej ulubionej. Kiedy jednak wrócił, dziewczyna już spała. Postawił kubek na stole i przyklęknął przy kanapie. Ostrożnie poprawił koc, który osunął jej się z ramion i odgarnął dziewczynie mokre włosy z czoła.
- Co ci się stało, Rachel? – wyszeptał bardziej do siebie niż do niej.

***
Kiedy następnego dnia otworzył oczy, z kuchni dochodziły już poranne odgłosy. Potarł powieki i spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta. Dopiero dwie godziny temu wrócił do domu. Wprawdzie czuł się źle zostawiając Rachel samą, ale nie miał wyboru. Gdyby Daniel dowiedział się, że odpuścił sobie klienta, Kurt mógłby równie dobrze rzucić się z mostu.
Znalazł w sobie siłę, żeby zwlec się z łóżka i ruszył w kierunku pomieszczenia, z którego dobiegały zastanawiające odgłosy. Tyłem do kuchennych drzwi stała Rachel, kompletnie pochłonięta przygotowywaniem naleśników. Kurt tradycyjnie miał pustą lodówkę, więc prawdopodobnie musiała iść do sklepu. Ciekaw był jak długo nie spała. Rachel widocznie go usłyszała, bo szybko obróciła się w jego stronę. Kurt zdębiał. Na twarzy miała szeroki uśmiech.
- Hej, śpiochu – wskazała na stos naleśników. - Masz ochotę?
- Tak, dzięki – Kurt zmarszczył brwi przyglądając jej się uważnie. – „Śpiochu"? Jest dopiero szósta.
Rachel zerknęła na zegarek na ręce.
- Och, faktycznie. Nie zauważyłam.
Postawiła przed nim talerz i wróciła do krzątania się po kuchni. Kurt ani na moment nie spuścił jej ze wzroku.
- Rachel, dobrze się czujesz?
- Fantastycznie. Dlaczego pytasz?
- Nie no, bez powodu. Nie żebyś pojawiła się niespodziewanie w progu mojego domu, ledwie mogąc mówić, w stanie jakbyś właśnie wróciła zza grobu.
Rachel powoli odwróciła się w jego stronę. Oparła się łokciami o blat za sobą i westchnęła. Już się nie uśmiechała.
- Przepraszam za tamto.
- Nie musisz.
Przez chwilę panowała cisza.
- Chcesz o tym porozmawiać? – odezwał się w końcu Kurt.
Rachel pokręciła głową.
- Nie chcę. Ale muszę. Tak będzie lepiej.
Usiadła obok niego przy stole i przygryzła wargę. Przez chwilę nic nie mówiła zapatrzona gdzieś w dal.
- Wiesz, trochę grałam wczoraj. Nie byłam tak załamana, jakby się wydawało… Już mi przeszło. Częściowo. Ale nie chciałam, żebyś o cokolwiek pytał. Więc poszłam w dramatyzm.
Kurt uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Rachel tymczasem kontynuowała.
- Zacznę od tego, że nigdy nie chciałam mieć rodziny. Albo inaczej. Chciałam zaczekać ze wszystkim, kiedy już zrobię karierę. Nie chciałam, żeby cokolwiek mnie wstrzymywało. Nie chciałam… Pospieszać niczego.
Kurt wytrzeszczył oczy.
- Chcesz mi powiedzieć, że ty nigdy…? – pokręcił głową z niedowierzaniem. – Myślałem, że ty i Finn…
Rachel poczerwieniała.
- Nigdy nie zaszliśmy tak daleko... Mógłbyś mi nie przerywać?
Kurt już się nie odezwał. Patrzył na nią bez słowa, obserwując zmiany na jej twarzy. Takiej powagi, dojrzałości i czegoś… Czegoś w rodzaju smutnego piękna, jeszcze w swojej przyjaciółce nie widział. Rachel zaczęła bawić się falbanką przy spódnicy, patrząc na nią, jakby była to najciekawsza rzecz pod słońcem.
- Więc… Pojechałam do Europy z tyloma marzeniami. Tak się cieszyłam. Może w końcu udałoby mi się coś zmienić. Hotel był piękny, spodobałby ci się – uśmiechnęła się lekko. – Lekko wersalski styl i dużo kwiatów, w kolorach, których chyba nigdy nie widziałam.
Zamilkła na moment. Kiedy znów się odezwała, jej głos uległ kompletnej zmianie. Był suchy i wyprany z emocji, jakby nagle uciekło z niej życie.
- Początkowo wszystko było dobrze. Czwartego dnia mieliśmy wybrać się na jakąś oficjalną kolację. Byłam taka podekscytowana. Włożyłam na siebie tę śliczną zieloną sukienkę, wiesz, tę, którą pomagałeś mi wybrać na ślub mojej kuzynki, Margaret. Jake miał przyjść po mnie o siódmej. Nasze pokoje znajdowały się tuż obok siebie, więc zaoferowałam, żeby przyszedł dziesięć minut wcześniej na drinka.
Spuściła głowę jeszcze niżej. Kurt ledwie ją słyszał.
- Kiedy przyszedł, widać było, że nieco już wcześniej wypił. Zaczął się do mnie dobierać. Najpierw próbowałam lekko go odepchnąć, przypominając, że spieszymy się na kolację. Powiedział, że ją chrzani. Potem… Potem mogłam już tylko krzyczeć, ale nikt mi nie pomógł. Jake złapał mnie za ręce – Rachel uniosła rękawy bluzki. Oczom Kurta ukazało się kilka siniaków. – I rzucił mnie na łóżko.
- Rachel…
- Dosłownie zerwał ze mnie sukienkę. Kiedy zaczęłam się wyrywać, dał mi w twarz. Przestałam się opierać. Kompletnie nie dbał o to, że mnie bolało. Ani o to, że płakałam.
- Rachel…
- Po wszystkim powiedział mi, że jestem tylko durną szmatą. I że gdybym się tak nie wyrywała, to może zachowałabym pracę.
Zapadła cisza. Kurt nie wiedział, co powiedzieć. Patrzył na nią nie do końca wierząc w to co właśnie usłyszał. Oczy dziewczyny stopniowo nabierały łez.
- To moja wina. Może gdybym dała się przelecieć Finnowi czy pierwszemu lepszemu, nigdy nie doszłoby do takiej sytuacji.
Kurt ukląkł przed nią i chwycił ją za ręce.
- Rachel, czy ty się słyszysz? Co ty wygadujesz?
- Wiesz, że mam rację – przetarła oczy ręką. – Gdybym nie była taka święta…
- Chcesz wiedzieć jak ja straciłem moje dziewictwo? Głupie pytanie, kto rozmawia o takich rzeczach… W każdym razie. Byłem na imprezie. Znałem gospodarza, ale wiesz jak to jest… Kończy się na tym, że nie możesz znaleźć nikogo znajomego i nie bardzo wiesz, co ze sobą zrobić. Ktoś podsunął mi jakiegoś drinka. Wypiłem. Reszta wieczoru jest nieco zamglona, ale jedno zapamiętałem dość dobrze. Cóż… Seks w toalecie nie zawsze bywa przyjemny.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
- Spójrz na mnie – Kurt ścisnął mocniej jej dłonie. – Powiem ci co zrobimy. Pójdziemy na policję i sprawimy, że gnój dostanie za swoje. A potem znajdziemy ci pracę. I zaufaj mi, tym razem, ty będziesz gwiazdą.
Rachel roześmiała się cicho.
- Na policję? Z czym? Nie zachowuj się jak dziecko. Niczego nie udowodnisz. Ludzie tacy jak Jake potrafią wykaraskać się ze wszystkiego. Ma od tego prawników. Ja nie mam nic.
Zapadła cisza. Rachel sięgnęła po leżącą na stole serwetkę i wytarła w nią nos.
- Jedz naleśniki. Stygną.
Kurt chciał coś powiedzieć, ale przerwało im pukanie do drzwi. Rzucił szybkie spojrzenie Rachel, po czym poszedł otworzyć. W drzwiach stał Noah Puckerman. Kurt uniósł brwi. Ilu jeszcze niespodziewanych gości miało napatoczyć się w ciągu tych dwudziestu czterech godzin?
- Puck? Co tu robisz? Nie odzywałeś się od kilku dni.
Puck wzruszył ramionami.
- Telefon działa we dwie strony. Też mogłeś zadzwonić. Masz czas?
Z kuchni rozległ się głos Rachel.
- Kurt, kto przyszedł?
Puck uniósł brwi.
- Cóż. Najwidoczniej nie masz.
Kurt wywrócił oczami.
- Jestem gejem, nie pamiętasz? Nie wydurniaj się i wchodź.
Skierowali się do kuchni. Rachel zdążyła doprowadzić się do porządku. Kiedy zobaczyła, kogo przyprowadził Kurt, wytrzeszczyła oczy.
- O mój Boże, Noah?
- Rachel?
Dziewczyna pisnęła z radości i rzuciła się mu na szyję. Ten omal nie przewrócił się na podłogę.
- Zwolnij, moja amerykańska, żydowska księżniczko! Kurt wciąż tu jest, pamiętasz? Zachowajmy to na później.
Rachel uderzyła go w ramię i parsknęła śmiechem.
- Nic się nie zmieniłeś. Jak długo jesteś w Nowym Jorku?
Puck wzruszył ramionami.
- Jakiś czas. Kurt ci nie wspominał?
Rachel rzuciła temu ostatniemu oskarżycielskie spojrzenie.
- Kurt generalnie nie jest najlepszy w zwierzeniach.
Kurt obserwował tę dwójkę z uśmiechem na ustach.
- Nie pytałaś.

***
- Kurt, wszystko w porządku?
Josh spojrzał na niego z troską. Wracali właśnie z dłuższego spaceru. Kurt nie był fanem wychodzenia na zewnątrz za dnia, ale Josh naciskał. Nie miał serca mu odmawiać.
- Jasne – uśmiechnął się natychmiast. – Dlaczego pytasz?
Chłopak posłał mu podejrzliwe spojrzenie.
- Od mniej więcej dziesięciu minut mówię o tym, że uważam, że Meg z Herkulesa jest metaforą dla prostytucji, podobnie jak większość księżniczek Disney'a, które z filmu na film są coraz bardziej zdzirowate, a ty nawet nie mrugnąłeś. Zaczynam już wychodzić z pomysłów, gadanie od rzeczy nie jest tak proste jakby się wydawało.
Kurt przygryzł wargę.
- Przepraszam. Chyba trochę się zamyśliłem.
W końcu doszli do budynku. Wyciągnął z kieszeni klucze od domu i lekko drżącymi dłońmi otworzył zamek. Josh przyglądał mu się uważnie, ale nic nie powiedział. Kiedy wszedł do mieszkania, zmarszczył brwi i zdezorientowany spojrzał na Kurta.
- Co tu tak pusto?
Wtedy jego wzrok padł na stojące koło jednej ze ścian kartony. Zrozumiał. Zacisnął usta, potem oczy i przesunął dłonią po włosach pozwalając by jego głowa uderzyła w drzwi wydając przy tym dziwny głuchy dźwięk. Kurt zmusił go do spojrzenia sobie w oczy.
- Wyprowadzam się stąd – powiedział chwytając delikatnie dłonie Josha. – A gdy już to zrobię, nie chcę, żebyś mnie szukał. Jeżeli kiedyś przypadkowo się spotkamy, proszę, udawaj, że mnie nie znasz. Zrobisz to dla mnie?
Źrenice Josha rozszerzyły się w szoku.
- Kurt, o czym ty…
- Po prostu to zrób – Kurt przerwał mu tak delikatnie jak tylko mógł. Był z siebie dumny. Jak do tej pory ani na moment nie zadrżał mu głos. – Jeśli nie dla mnie, to dla siebie. Proszę.
Josh patrzył na niego z coraz większym niedowierzaniem.
- Kurt, czy ty naprawdę się ze mną żegnasz?
Kurt uśmiechnął się smutno. Jego milczenie tylko wszystko potwierdziło. Josh pokiwał głową ze zrozumieniem. Miał mokre oczy, ale skutecznie powstrzymywał się od płaczu. Być może przez męską dumę, być może przez coś innego. Po chwili roześmiał się cicho, a jego smutny śmiech odbił się od pustych ścian.
- Wiesz, że od pewnego czasu ani razu nie ochrzaniłeś mnie za zwracanie się do ciebie po imieniu?
Kurt uśmiechnął się blado i przyciągnął do siebie lekko, wtulając twarz w jego loki.
- Bo nie jesteś dla mnie klientem, Josh. – Jego głos był nieco zniekształcony, więc uniósł twarz i oparł się podbródkiem o czubek głowy chłopaka. - Nie chcę zapłaty za spotykanie się z tobą. Dla ciebie nie jestem Roxanne.
Wiedział, że nie powinien tego mówić. Wszystko byłoby dużo prostsze dla obydwu, gdyby Kurtowi tak bardzo nie zależało. Ale wiedział też, że Josh potrzebował usłyszeć tego rodzaju zapewnienie. Że był dla Kurta kimś więcej. Poczuł na piersi ciepłe łzy chłopaka. Kurt zacisnął oczy. Tak bardzo nie chciał go ranić. Ale musiał. Josh zasługiwał na tak wiele, tyle mogło go jeszcze czekać. Kim był Kurt, żeby to rujnować?
Josh znów roześmiał się cicho.
- Nie musisz kłamać. Wiem, że nic dla ciebie nie znaczę. Ale dziękuję. Miło było przez chwilę pomyśleć, że kochasz mnie choć w połowie tak jak ja ciebie – uśmiechnął się słabo. - Przez chwilę poczułem, jakby to mogło być prawdziwe. Chciałbym, żeby było prawdziwe.
Kurt odsunął się nieco i czule przejechał mu dłonią po policzku.
- Nie kochasz mnie, skarbie – powiedział uśmiechając się smutno. – A ja nigdy nie pokocham ciebie. Tak działa ten świat.
Znów się przybliżył, żeby lekko pocałować go w czoło. Zacisnął przy tym oczy, mając nadzieję, że Josh nigdy nie zobaczy jego wyrazu twarzy.
- I… obaj powinniśmy mu być za to wdzięczni – wyszeptał jeszcze. Po raz pierwszy od bardzo dawna po policzku popłynęła mu ciepła łza, która zginęła w ciemnych włosach chłopaka. Josh jednak niczego nie poczuł.

***
Kurt podziwiał piękny widok, który rozpościerał się z jego balkonu. Nowy Jork nocą zapierał dech w piersiach. Miasto mrugało do niego przyjaźnie milionem świateł, nie dał się jednak zwieść. Tak naprawdę było to jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Łudziło marzeniami, zachęcało możliwościami - tylko po to, żeby już pierwszego dnia dać ci w twarz. Nagle Kurt usłyszał za sobą ciepły, znajomy głos.
- Pomyśl, że każde z tych świateł skrywa jakiegoś człowieka, jakąś historię. Jakieś życie. Trudno to sobie wyobrazić, prawda?
Obrócił się. O balkonowe drzwi opierał się Blaine uśmiechając się do niego lekko.
- Zanim zapytasz, albo wezwiesz policję… Rachel dała mi zapasowe klucze. Stwierdziła, że to jedyny sposób, żebyśmy w końcu porozmawiali.
Kurt uśmiechnął się lekko. Nie mógł być na nią zły. Ani na niego.
- Dawno się przeprowadziłeś? – zapytał Blaine.
- Dziś rano.
Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy.
- Claire była zawiedziona, kiedy powiedziałem jej, że nie przyjdziesz. Chciała cię bliżej poznać.
- Jestem pewien, że da się to jej jakoś wynagrodzić.
Cisza.
- Mieszkasz tu sam? – zapytał po chwili Blaine.
Kurt skinął głową.
- Dlaczego pytasz?
Blaine przygryzł wargę.
- Myślałem, że… ty i ten chłopak… Josh, dobrze mówię? Że wy…
- To skomplikowane.
Pokiwał głową.
- Rozumiem.
Kurt wiedział, że kłamie, ale nie skomentował tego. Odwrócił się od Blaine'a i opierając się łokciami o barierkę zapatrzył się w dal. Blaine bez słowa stanął przy nim. Rześkie nocne powietrze sprawiło, że na moment obaj zamknęli oczy. Tym razem to Kurt pierwszy przerwał milczenie.
- Wiesz, po tym jak zerwaliśmy, nie miałem już żadnego chłopaka. Chyba wciąż trochę się bałem, a może… Nie wiem. To zabawne, bo w moim życiu było dużo facetów. Ale nigdy nie zostali w nim na tyle długo, żebym mógł stwierdzić, że to coś poważnego.
Kurt znów zamknął oczy. Poczuł jednak, że Blaine uważnie mu się przygląda. Uśmiechnął się mimowolnie, kiedy poczuł jego dłoń na swojej. Przypomniał sobie podobną sytuację, która miała miejsce tak wiele lat temu. To był dla mnie taki moment. Dotyczył ciebie. Otworzył oczy i spojrzał na Blaine'a. Ten westchnął cicho.
- Kiedy myślałem o tobie i próbowałem wyobrazić sobie, co się z tobą dzieje, nigdy nie widziałem cię samego. Zawsze u boku jakiegoś chłopaka trzymającego twoją rękę. Szczęśliwego.
Kurt zmarszczył brwi. Nie do końca rozumiał, dokąd zmierza ta rozmowa. Blaine spojrzał na niego tym samym spojrzeniem, które sprawiło, że serce Kurta stawało na moment. My heart stops when you look at me. Roześmiał się w duchu. Tyle wspomnień wywoływało w nim samo patrzenie na Blaine'a. Delikatnie odwzajemnił uścisk dłoni. Blaine zawahał się, po czym powiedział:
- Nigdy nie sądziłem, że… Ktoś kiedykolwiek mógłby cię skrzywdzić. Nie wiem dlaczego, to takie głupie. Wiedziałem, czego doświadczyłeś w liceum. Ale… Jakoś nigdy nie myślałem, że zobaczę cię w takim stanie. Że… Osiągniesz w swoim życiu taki, a nie inny punkt.
Kurt zacisnął powieki. Domyślał się jakie słowa za chwilę padną i nie był pewien czy jest gotowy, żeby je usłyszeć.
- Kurt, cokolwiek wydarzyło się w twoim życiu, cokolwiek się teraz dzieje… Wiedz, że możesz mi to powiedzieć. Cokolwiek by to nie było. Jestem ci coś winien – widząc, że Kurt chce mu przerwać, momentalnie się poprawił. – Nie chodzi o jakieś poczucie obowiązku. Ani o to co nas łączyło, czy… o to, co ci zrobiłem. Chcę, żebyś mnie potrzebował. Jakkolwiek dziwnie i samolubnie to brzmi. I… Może, nie zasługuję, ale powinieneś mi powiedzieć, co jest grane.
Kurt otworzył oczy, Blaine jednak wzrok miał skierowany w inną stronę, gdzieś ponad linią horyzontu.
- Myślisz, że to twoja wina?
Blaine przez chwilę milczał.
- Po części.
Kurt pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Blaine, gdybyś tylko wiedział…
- Właśnie. Gdybym wiedział. Więc powiedz mi.
- Nie mogę. Nie chcę. Nie powinienem.
- Nie powinieneś?
- Tak.
- Kurt, przecież…
Kurt roześmiał się cicho.
- Czy ty naprawdę nie rozumiesz? Blaine, przypomnę ci! Masz dziecko! Dziecko, małą istotę, o którą musisz dbać! Nie byłoby fair, gdybym teraz zrzucał na ciebie to wszystko. Nie, nie wobec ciebie. Wobec tej małej. Musicie być bezpieczni, a więc także trzymać się z dala ode mnie!
Wtedy zdał sobie sprawę, co właściwie powiedział. Było jednak za późno.
- Bezpieczni? O czym ty mówisz?
Milczenie.
- To dlatego się przeprowadziłeś? Bo w dawnym mieszkaniu nie było już bezpiecznie? Kurt, w co ty się wplątałeś?
Kurt nie odpowiedział. Przez chwilę zwyczajnie patrzył na Blaine'a szukając odpowiednich słów. Rozpłakał się po prostu, tak jak nie płakał w całym swoim życiu. W co się wplątał, w co się wplątał… Blaine bez słowa przygarnął go do siebie. Kurt nie był w stanie czegokolwiek powiedzieć, więc po prostu objął go za szyję, wtulając twarz w materiał koszuli.
- Tak bardzo się boję, Blaine… - udało mu się w końcu wyszeptać.
Blaine pogłaskał go po plecach.
- Cii. Już w porządku. Nie musisz nic mówić.
- Powinienem. Powinienem ci powiedzieć.
- Jak dla mnie „Chcę" przewyższa „Powinienem." To tak naprawdę twoja decyzja.
Stali tak, dopóki Kurt się trochę nie uspokoił.
- Wejdźmy do środka – powiedział cicho. – Robi się chłodno.
Blaine pokiwał głową, wciąż przyglądając mu się z troską.
- Nie powinieneś wracać? – zapytał Kurt.
- Wracać?
- Do Claire.
Blaine uśmiechnął się lekko.
- Jak mówiłem, cały czas współpracuję z Rachel. Zajęła się wszystkim.
- Dobrze, że jesteś gejem. W przeciwnym razie, ty i Rachel mielibyście dużą szansę na stanie się kolejnymi Bonnie i Clydem.
Roześmiali się cicho.
- Skoro nigdzie ci się nie spieszy, poczekaj chwilę. Przyniosę wino.
Nie było go minutę. Może dwie. Kiedy wrócił z kieliszkami, Blaine znów stał na balkonie. Kurt zmarszczył brwi, odstawił wszystko na stół i ruszył w jego stronę. Blaine miał zaciśnięte wargi, a w palcach ściskał niewielką karteczkę, którą podał Kurtowi.
- Chcesz mi to wytłumaczyć? – zapytał zmienionym głosem. – Leżało na stole.
Kurt przyjrzał się jej uważnie. Jego serce stanęło na moment. Na ładnym, ozdobnym papierze widniały słowa:

Mam nadzieję, że podoba ci się mieszkanie, Roxanne. Otwórz pierwszy pokój na lewo, na drugim piętrze. Myślę, że twoi klienci będą zachwyceni. A'propos, spotkajmy się w czwartek o szesnastej. Pewna agencja byłaby zainteresowana dłuższą współpracą. Zadzwonię jeszcze i podam ci szczegóły.

Oliver

Kurt przez chwilę wpatrywał się w karteczkę.
- Chodzi o moją nową pracę, zacznę pracować dla agencji rek…
- Kurt, daruj sobie. Myślisz, że jestem aż tak głupi? Roxanne? Twoje blizny? Agencja, klienci?
- Myślałem, że mogę powiedzieć ci wszystko – powiedział cicho Kurt.
- Nie wyciągaj tej karty, Kurt, obydwaj wiemy, o co tak naprawdę chodzi! Dlaczego kłamałeś? Dlaczego nie powiedziałeś, co jest grane?
- Właśnie dlatego! – Kurt uniósł głos. – Bo wiedziałem, że tak teraz będziesz na mnie patrzeć! Jak na coś obrzydliwego, obcego! A wciąż jestem tym samym Kurtem, Blaine! To wciąż ja!
- Och, Kurt, czy ty naprawdę nie rozumiesz? Nie chodzi o to czym się zajmujesz, ani kim się stałeś, chodzi o to jaki się stałeś!
- Przepraszam, że nie dorosłem do twoich oczekiwań, Blaine! Jeżeli cię to jakoś pocieszy, też planowałem dla siebie więcej! Przepraszam, że zrobiłem z twojego przyjaciela i dawnej miłości zwykłą kurwę!
Blaine wzdrygnął się mimowolnie słysząc to słowo. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Obydwaj musieli się uspokoić. Kurt ukrył twarz w dłoniach mając nadzieję, że za chwilę obudzi się we własnym łóżku. To musiał być koszmar. Po chwili poczuł na ramieniu ciepłą dłoń Blaine'a.
- Spójrz na mnie.
Kurt pokręcił głową.
- Kurt. Spójrz. Na. Mnie.
Delikatnie zabrał mu ręce z twarzy i zmusił do spojrzenia sobie w oczy.
- A teraz posłuchaj uważnie. Podtrzymuję to co powiedziałem. Nie powinieneś mnie okłamywać, ale nie zamierzam ani cię oceniać, ani opuszczać. Ale w jednym masz rację. Nie mogę, nie potrafię widzieć teraz w tobie dawnego Kurta. Po prostu nie. Ale jeżeli mi pozwolisz, chciałbym poznać tego nowego. Musisz tylko przestać cały czas mnie odpychać. Rozumiesz?
Kurt pokiwał głową. Przygryzł wargę.
- Blaine, tak mi…
- Wiem.
- Nie, chyba nie do końca wiesz… Jest mi wstyd. Nie mogę patrzeć na ciebie ze świadomością, że wiesz… kim jestem. I może to tylko podświadome, ale obrzydza cię to. Nie zaprzeczaj.
Blaine zacisnął usta.
- Do czego zmierzasz?
- Do tego, że… Że potrzebujemy czasu. Żeby zobaczyć się na nowo. Zapomnieć o tym, kim byliśmy i odkryć to, kim jesteśmy teraz. Zostawić liceum za sobą. Wiesz o co mi chodzi?
Blaine nie odpowiedział. Kurt też już nic nie mówił. Stali w ciszy zapatrzeni w mrok nocy. Z daleka ich uszu dochodziły dźwięki pędzących gdzieś samochodów. Perfekcyjność tego momentu przerwała znajoma melodia. Kurt rzucił Blaine'owi przepraszające spojrzenie. Wyciągnął telefon i zerknął na wyświetlacz, jednakże numer nie był mu znany. Marszcząc brwi odebrał połączenie.
- Tak?
- Kurt, musimy porozmawiać…
Po dłuższej chwili rozpoznał głos Finna. Ale dlaczego dzwonił z czyjejś komórki? Postanowił jednak zostawić to na później.
- Coś się stało? Nie brzmisz najlepiej – zauważył.
Przez chwilę panowała cisza.
- Musisz przyjechać do domu.
Kurt zmarszczył brwi.
- Ale miałem przyjechać za…
- Kurt, nie rozumiesz… - Finn znów przerwał na moment, jakby chciał sobie dodać odwagi. Przełknął ślinę. Jednak kiedy ponownie przemówił, jego głos był jeszcze bardziej drżący niż przedtem. – Tata miał wczoraj kolejny zawał. I Kurt… On nie przeżył.