Kurt uczestniczył w wielu pogrzebach. Każdy był na swój sposób wyjątkowy, mimo tak tragicznej oprawy.
Pierwszy.
Ten pamiętał najbardziej, choć czas powinien zatrzeć już wszystkie wspomnienia. Pamiętał każdą minutę stania w słońcu, które swoimi promieniami zdawało się naigrywać z ich nieszczęścia. Pamiętał księdza. Pamiętał ciało matki w trumnie. Pamiętał stos ziemi. Pamiętał dłoń ojca zaciskającą się wokół jego własnej, tak małej. Ale co zabawne, najbardziej zapamiętał ptaka, który przysiadł na moment na nagrobku jego mamy. Pamiętał, że pomyślał sobie wtedy, że jego mamusia wcale go nie zostawiła, że odrodziła się jako kos. Że będzie go chronić. Od tamtej pory wszędzie wypatrywał małego, czarnego ptaszka, a kiedy tylko go zobaczył, posyłał mu najpiękniejszy z uśmiechów. Oczywiście, tacie nic nie wspomniał. To był sekret. Jego i mamy.
Drugi.
Lata później. Z perspektywy czasu niemal śmieszny. Blaine trzymający jego rękę i kilka nieznaczących słów o przegranym zawodach (Regionalnych, krajowych? Nie pamiętał) i martwym ptaku. Nie zatarło się tylko to wspomnienie Blaine'a. I tego, jak wspaniałe było uczucie, kiedy drugi chłopak trzymał jego dłoń.
Trzeci.
Pamiętał piosenkę. Pamiętał, że płakał. Pamiętał przemowę pani Sylvester. Pamiętał, że po wszystkim zadzwonił do Blaine'a, żeby usłyszeć jego głos. Żeby pozbyć się tego okropnego uczucia, że wszystko się kończy, albo odchodzi.
Na każdym pogrzebie Kurt miał coś, o co mógłby się oprzeć. Fizycznie czy mentalnie. Teraz ręce opuszczone miał wzdłuż ciała. Nie wiedział, co z nimi zrobić. Na pogrzebie matki, ojciec ściskał jego drobną dłoń swoją ogromną, jakby chciał utrzymać ich obu, jakby był aż tak silny. Teraz ta dłoń leżała pod ciężką górą brunatnej ziemi.
Kurt nie zmusił się, żeby ujrzeć twarz ojca po raz ostatni. Nie chciał go widzieć zimnego, bezbarwnego. Stłumił w mózgu określenie „martwy." Chciał, żeby zostało mu spojrzenie uśmiechniętego Burta machającego mu z ganku i powtarzającego trzeci raz, żeby uważał na drogę, bo Nowy Jork jest tak daleko…
W pewnym momencie pogrzebu oczy jego i Finna się spotkały. Chłopak wyciągnął rękę i delikatnie zacisnął palce wokół palców Kurta. Kurt wysunął dłoń z uścisku tak delikatnie jak mógł.
***
- Twoje „niespodziewane" wizyty robią się coraz bardziej powszednie.
Kurt uśmiechnął się blado widząc wyraz twarzy Blaine'a i natychmiast dodał:
- Spokojnie. Żartuję. Nie mam nic przeciwko tobie podążającym za moim tyłkiem, gdziekolwiek pójdę.
W zasadzie Kurt nie był pewien, gdzie się znajdował. Po pogrzebie po prostu szedł przed siebie, nie wiedział, co innego mógłby ze sobą zrobić. Siedział teraz na zniszczonej ławce w jakimś opuszczonym parku, podczas gdy Blaine stał naprzeciwko niego przyglądając mu się badawczo.
- Jesteś pijany? – zapytał.
Kurt wzruszył ramionami.
- Nie. Ale chciałbym. A ty? Chciałbyś zobaczyć mnie pijanego, Blaine?
- Na trzeźwo wydajesz się wystarczająco pijany, dzięki.
Usiadł obok niego.
- Znowu to robisz – odezwał się po chwili.
- Co robię?
- Próbujesz mnie odepchnąć.
Kurt tego nie skomentował.
- Dlaczego tu jesteś? Nie chcę cię tu. Dlatego odmówiłem, kiedy zaproponowałeś, że mnie podwieziesz.
- Właśnie dlatego tu jestem.
- Ale…
- Kurt, wiem, że przechodzisz przez ciężki czas, ale na litość boską, zamknij się. Mógłbyś chociaż dać mi szansę? Mogłem być do dupy, jako chłopak, ale o ile dobrze pamiętam, przyjacielem byłem całkiem niezłym.
Kurt przez chwilę patrzył na niego rozważając, co właśnie powiedział.
- W porządku – zaryzykował.
Blaine podniósł się z ławki i podał mu rękę.
- Chodź. Przejdziemy się.
***
- Kurt, przepraszam…
Nie ma pojęcia, który raz Blaine mówi te słowa. Jakby miał nadzieję, że jeżeli wypowie te słowa po raz pięćdziesiąty trzeci, a może pięćdziesiąty czwarty, cokolwiek to zmieni. Nie zmienia. Kurt wciąż nie ma zamiaru się odezwać.
- Nie wiem, co mógłbym ci jeszcze powiedzieć – Blaine zaciska wargi. – To jedyne, co przychodzi mi do głowy.
W końcu Kurt unosi głowę.
- Nie chcę, żebyś mnie przepraszał.
To tyle. Opuszcza ją znowu. Jego martwy głos wciąż zdaje unosić się w powietrzu, wzmacniając jedynie niezręczną ciszę.
- To co mam zrobić?
Kurt wzrusza ramionami.
- A potrafisz zabrać ten ból? Potrafisz sprawić, żeby to wszystko odeszło? Nie? Tak myślałem. A więc nie możesz nic dla mnie zrobić.
Blaine chwyta go za ręce. Kurt odwraca głowę, tak, żeby nie patrzeć mu w oczy. Albo inaczej. Tak, żeby Blaine nie mógł spojrzeć w jego, choć wie, że po samym układzie jego warg domyśli się, że nie wiele czasu upłynie nim Kurtowi popłyną łzy. Nie smutku. Upokorzenia. Kurt zmusza się jednak, żeby spojrzeć w oczy Blaine'a.
- Powiedz, że mnie nie kochasz.
Blaine zaciska wargi.
- Nie mogę.
- Więc dlaczego to robisz? Skoro mnie kochasz, dlaczego to wszystko się teraz dzieje?
- Dzieje się właśnie dlatego, że cię kocham…
- Nienawidzę cię. Nienawidzę cię rozumiesz? Mogłeś skłamać. Mogłeś zrobić na mnie pieprzonego Edwarda Cullena i skłamać. Powiedzieć, że mnie nie kochasz i odejść. Żebym mógł ruszyć dalej, bez świadomości, że gdzieś tam istnieje sobie kochający mnie Blaine Anderson. Mogłeś. Więc dlaczego tego nie zrobiłeś? Dlaczego chcesz, żebym cierpiał, dlaczego chcesz, żebym utknął w tym punkcie?
- Nie chcę kłamać, Kurt…
Kurt niemal się roześmiał.
- Teraz zgrywasz człowieka o czystym sercu? Naprawdę? Jakoś wyrzuty sumienia nie dopadały cię, kiedy kłamałeś swojemu ojcu. Ani kiedy wystąpiłeś z tą dziewczyną, żeby zrobić mu przyjemność. Ani kiedy powiedziałeś, że jestem tylko twoim przyjacielem, choć pięć minut później całowaliśmy się w twoim pokoju. A już na pewno nie przeszkadzało ci to, kiedy powiedziałeś mu, że tylko się pogubiłeś i…
- Kurt, przestań!
- Taka jest prawda, Blaine! Jesteś tchórzem! Pieprzonym tchórzem!
- Kurt…
- Wynoś się. Proszę, wynoś się i nigdy tu nie wracaj.
- Przepraszam – mówi Blaine raz jeszcze i wychodzi.
- Przepraszam, że… nie było mnie na pogrzebie.
Kurt udawał, że nie dosłyszał. Nie chciał myśleć o ojcu.
- Zostawiłeś Claire samą? – zapytał zamiast tego.
Blaine spojrzał na niego ciężko, ale zrozumiał, więc poszedł Kurtowi na rękę.
- Zostawiłem ją z rodzicami. Mieszkają niedaleko, pamiętasz?
- Och. No tak.
Przez chwilę szli w milczeniu.
- Jak zareagowali? – odezwał się w końcu Kurt.
- Na co?
Kurt zawahał się przez moment.
- Na ciebie. Jako tatę.
Blaine westchnął.
- Cóż, miałeś okazję poznać mojego ojca, wiesz jaki on jest. To dziwne, każdy rodzic byłby nieco zmartwiony, albo chociaż zawiedziony, gdyby dowiedział się, że jego syn zrobił dziecko przypadkowej dziewczynie. A mój był zachwycony. Chyba… Po raz pierwszy zobaczył we mnie mężczyznę, jakiego chciałby, żebym był. Nawet jeżeli popełniłem błąd… A mama… Ucieszyła się z wnuczki. Chyba nie sądziła, że się kiedykolwiek doczeka.
- To… Sytuacja z ojcem trochę się polepszyła?
- On tak twierdzi. Od kiedy jest Claire, jakoś… Sprawy stały się prostsze. Nie akceptuje mnie, ale za to nie krzywi się, kiedy wspominam o swojej orientacji. Po tylu latach chyba dotarło do niego, że bycie gejem nigdy mi nie przejdzie, że nie mogę tego zmienić. Zachowuje się, jakby wszystko było w porządku. A ja… Ja chyba nigdy mu nie wybaczę.
Znów milczenie.
- Przepraszam, Blaine – odezwał się w końcu Kurt.
- Za co?
- Za to, co wtedy powiedziałem. Nigdy tego nie zrobiłem, a powinienem. Wymagałem zbyt wiele. Nazwałem cię tchórzem, choć… Robiłeś, co mogłeś. Jak wtedy, na balu. Zmusiłeś się do czegoś, na co wcale nie miałeś ochoty i to wcale nie pierwszy raz, a ja nie potrafiłem zrobić najprostszej rzeczy i zaakceptować twojej słabości. Nie pomyślałem, że cała sytuacja z twoim tatą jest dla ciebie dużo trudniejsza niż dla mnie, że cierpiałeś bardziej…
- Co i tak nie usprawiedliwia tego, co ci wtedy zrobiłem – przerwał mu Blaine.
- Być może. Cóż… Chyba… Chyba po prostu każdy z nas chciał o wiele więcej niż mógł udźwignąć. Staraliśmy się zachowywać, jakbyśmy żyli w dojrzałym, dorosłym związku. Nie wiem czy różni się to czymś od małych dziewczynek przymierzających szpilki mamy… Byliśmy dziećmi, a wymagaliśmy od siebie rzeczy, których nie mogliśmy nawet zrozumieć…
Blaine roześmiał się nagle. Kurt zmarszczył brwi.
- Co?
- Nic takiego. Wyobraziłem sobie małego Kurta stawiającego pierwsze kroki na szpilkach.
- Mam gdzieś takie zdjęcie – przyznał Kurt i też się roześmiał. Wzrok Blaine'a zatrzymał się na nim dłużej.
- Widzisz? Mówiłem, że jestem niezłym przyjacielem. Rozśmieszyłem cię.
Kurt znowu parsknął śmiechem. Tym razem to Blaine był zdziwiony. Widząc to, Kurt pokręcił tylko głową.
- Po prostu przypomniał mi się ostatni raz, kiedy tego próbowałeś. Myślałeś, że zostałem sam w domu, więc przyniosłeś tę śmieszną małą gitarkę…
- Ukulele – poprawił go machinalnie Blaine.
- Okej, ukucośtam. Stanąłeś pod oknem i zacząłeś śpiewać – Kurt zaczął chichotać na samo wspomnienie. – Ale pomyliłeś się o jedno, w efekcie czego serenadowałeś w stronę pokoju Finna. Rzeczą, której nie wiedziałeś, było to, że wcale nie byłem sam i Finn cały czas był w domu. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy…
- O Boże, zamknij się.
- I jego rozpaczliwego „Kurt twój chłopak robi dziwne rzeczy pod moim oknem i śpiewa sugestatywne piosenki, zabierz go!"
Blaine parsknął śmiechem.
- Wcale nie była aż tak „sugestatywna".
- Cóż, wiem tylko, że gdybyś zaśpiewał ją pod właściwym oknem, mój tyłek poczułby się więcej niż zaszczycony, tak go w niej wychwalałeś.
- Wiesz, w sumie tyłek twojego brata taki najgorszy też nie był, więc ta pomyłka…
Kurt walnął go w ramię i obydwaj parsknęli śmiechem. Po chwili jednak zamilkli zerkając na siebie niezręcznie.
- Dziwnie – mruknął Blaine.
Kurt wzruszył ramionami.
- Po prostu… Chyba nie zmieniliśmy się tak bardzo jak myśleliśmy. Wciąż czujemy się swobodnie wokół siebie.
- To chyba dobrze, prawda?
- Chyba.
Przez moment szli w milczeniu. Po chwili jednak, Kurt postanowił ponownie podjąć temat.
- W zasadzie, byłeś całkiem dobrym chłopakiem – uśmiechnął się lekko. – Jak wtedy kiedy zabrałeś mnie na piknik i popsuła się pogoda. Twoje wykonanie „Singin' in the rain" na zawsze pozostanie moim ulubionym.
Blaine roześmiał się cicho.
- Pamiętam to. Na koniec przyciągnąłem cię do siebie i pocałowałem na oczach całego parku. Warto było później usłyszeć, że jestem wariatem i zostać przez ciebie wyklętym. Cóż. Nie tylko przez ciebie. Tamta starsza pani znała całkiem nieźle rozkład piekła, wnioskując z jej opisu, tego gdzie trafimy. I do tej pory pamiętam twoją reakcję. „Szczęśliwie dla mnie i mojego chłopaka, żaden z nas nie wierzy w istnienie piekła. Ale jak pani już tam trafi, proszę powiedzieć wszystkim tym nieszczęsnym gejom, że im współczuję, ale też mogli zostać ateistami."
Tym razem obydwaj parsknęli śmiechem. Kurt uśmiechnął się do wspomnień.
- A potem poszliśmy do mojego domu. Jak na ironię oglądaliśmy ten film o gościu, który trafia do Nieba i potem powraca z zaświatów… Nie pamiętam tytułu… Chyba myślałeś, że już śpię, ale słyszałem wszystko. Pamiętam każde słowo, które wtedy wypowiedziałeś.
- Jak na przykład?
- „Nie zdziwię się, jak jednak trafię do piekła. Czasem patrzę na ciebie i zastanawiam się, skąd przyszedłeś. I nie wierzę, że znikąd. Że cały świat jest chaosem. Nie dbam o Pismo Święte, świadectwa. Jesteś dla mnie dowodem, że anioły istnieją. A skoro istnieją anioły, kto wie czy nie ma Boga."
- Byłem taki ckliwy? – Blaine zachichotał.
- Byłeś.
- A ty to wszystko zapamiętałeś?
Kurt uśmiechnął się do siebie, ale nie odpowiedział. Minęli niewielki budynek z napisem ostrzegającym przed zawaleniem. Kurt rozpoznał w nim stary dom Santany Lopez, był tam kiedyś z okazji urodzin dziewczyny. Ciekawe, gdzie się teraz podziewała.
Blaine spojrzał na niego z troską.
- Gotowy na to, żeby porozmawiać o…
- Nie.
- W porządku.
Przez chwilę obydwaj się nie odezwali wsłuchani w chrzęst żwiru pod stopami.
- Boję się, Blaine – odezwał się Kurt po dłuższej chwili.
- Czego?
- Śmierci.
Słowo to zdawało się wisieć przez chwilę pomiędzy nimi jak dziwny mur. Blaine ścisnął dłoń Kurta. Ten spuścił wzrok.
- Porozmawiajmy o czymś innym.
- Jesteś pewien?
- Tak.
Blaine myślał przez chwilę. Przygryzł wargę.
- To… Chciałbym o coś zapytać.
- Blaine, jeżeli to ma coś wspólnego…
- Tak, ma, ale… Nie chcę cię oceniać, naprawdę. Po prostu jestem ciekaw.
- Okej. Pytaj.
Kolejny moment ciszy.
- Lubisz to co robisz?
Kurt zastanawiał się przez chwilę.
- Lubię seks, jeśli o to ci chodzi.
- Nie pytam o to. Pytam czy lubisz swój zawód.
- Mój zawód to seks, Blaine.
- Nie. Twój zawód to sprzedaż.
Cisza. Po chwili Blaine znów się odezwał.
- Po prostu… Wiem, że ludzie się zmieniają, ale pamiętam jak bardzo nie lubiłeś… Fizyczności. Co się zmieniło?
Odpowiedź na to pytanie zabrała Kurtowi dłuższą chwilę.
- Nie wiem. Nie myślę o tym. Pytałeś czy lubię to, co robię. Czasem. Kiedy klienci są dla mnie dobrzy. Kiedy mnie nie krzywdzą.
- Często cię krzywdzą?
- Prawie zawsze.
- I pozwalasz na to?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo nic nie znaczę.
- Nie wierzysz w to.
- Czasem tak.
- Kurt, przecież ty…
- Och, daj spokój. Widzę to nawet po tobie. To wahanie, kiedy mnie dotykasz. Spojrzenia, jakimi mnie obdarzasz. Nie lubisz nowego Kurta. Uważasz mnie za kogoś gorszego od tego starego. Gorszego od innych.
- Nie jesteś gorszy. Ale jesteś bardziej zniszczony. To nie ma nic wspólnego z…
- Więc pocałuj mnie i powiedz, że się mnie nie brzydzisz – głos Kurta brzmiał o wiele bardziej piskliwie niżby sobie tego życzył, choć prawdopodobnie był to jedynie wytwór jego wyobraźni. – Że nie myślisz o tym co robię, ani co robią ze mną. Zrób to, Blaine.
Blaine przez chwilę na niego nie patrzył. Chwilę dość długą. Chwilę dużo dłuższą niż mgnienie oka, chwilę dużo dłuższą niż tysiąc takich mgnień. A może było to tylko jedno mgnienie. Kurt nie wiedział. Może tylko raz zamknął i uniósł powieki. Może. Miał pamięć do szczegółów, ale dziwnym trafem nigdy już nie wrócił myślami do tego momentu.
Blaine postąpił krok.
Ktoś mógłby pomyśleć, że kierowały nimi dawne uczucia. Ktoś mógł powiedzieć, że te obecne były wystarczająco intensywne. Ktoś inny rzekłby zaś, że stało się tak dzięki mieszance obydwu.
Prawda była taka, że nie czuli nic.
Ale dlaczego mieli nie spróbować? Dlaczego mieli tego nie zrobić? Dlaczego mieli skupiać się na czymś innym niż dźwięk z jakim ich wargi/ciała/zęby zderzyły się ze sobą? Dlaczego mieliby myśleć o czymś innym niż zsynchronizowany ruch bioder i płynąca z tego przyjemność?
Każdy pisarz opisałby tu coś dogłębnie emocjonalnego. Skorzystałby z okazji, żeby popisać się warsztatem. Opisałby fakt, że ich wargi zdawały się wzajemnie uzupełniać, że ich ciała doskonale zapamiętały, jaka pieszczota zadowala to drugie, że czuli się tak dobrze, jakby właśnie zaczerpnęli oddechu po dłuższym czasie spędzonym pod wodą.
Jednakże ani Kurt, ani Blaine nie skupiali się na takich rzeczach. Nie interesowało ich nic innego niż te ułamki sekundy, kiedy ich ciała stykały się ze sobą. Wsłuchiwali się we wzajemne westchnienia i jęki, zagłuszane częściowo przez szum deszczu, który w tej chwili nie przeszkadzał im tak bardzo, zdawał się wręcz pieścić skórę. Po chwili nasiąknięte wodą ubrania zaczęły im nieprzyjemnie ciążyć, nie pozostało więc nic innego jak częściowe się ich pozbycie.
Kurt jęknął głośno zagłuszając na moment dźwięk kropel deszczu odbijających się od trawy, budynków i ich półnagich ciał. Prawdopodobnie usłyszała go cała okolica, ale wiedział, że nikt o to nie zadba. Mógłby krzyczeć błagając o pomoc, a nikogo by to nie zainteresowało.
Poślizgnął się na mokrej trawie, ale tym razem te znajome dłonie nie pozwoliły mu upaść. Rzęsy miał ciężkie od kropel deszczu i własnych łez, więc zacisnął powieki pozwalając by wszystko to spływało po jego twarzy. Poczuł, że palce coraz bardziej kostnieją mu z zimna, ale jakimś cudem udało mu się uchwycić tych twardych ramion, kiedy poczuł jak nogi odrywają mu się od ziemi. Objął go więc w pasie i jak małe dziecko uczepione mamy, przycisnął policzek do jego barku, żeby stłumić wydawane przez siebie dźwięki.
- Proszę, nie pozwól mi umrzeć - wyszeptał tylko, choć nie był pewien czy został usłyszany.
Przedzierali się przez trawę, kompletnie nie wiedząc, gdzie się znajdują i do końca o to nie dbając. Nagle deszcz jakby przestał padać. Znajdowali się w czymś wrodzaju lasu. Przez drzewne sklepienie dostawały się krople deszczu, od czasu do czasu spływając po czubkach ich nosów lub wsiąkając w i tak mokre już włosy. Między drzewami zgubili większość ubrań. Kurt nie myślał już wcale. Robił rzeczy, które podpowiadał mu instynkt. W pewnym momencie ich oczom ukazało się coś jakby pozostałość domu. Niewielki murek wyglądał tak nie na miejscu pomiędzy tą zielenią. Kurt skrzywił się nieco czując zimno kamienia pod nagimi pośladkami. Blaine musiał to zauważyć, bo podłożył swoją koszulę sadzając Kurta z powrotem i wrócił do obsypywania jego szyi chaotycznymi pocałunkami. Kurt wolno zamknął oczy nie do końca skupiając się na doznaniu, choć tak bardzo się starał. Wiedział, że nieco wykorzystuje Blaine'a. Ale tak bardzo chciał na moment o wszystkim zapomnieć. Delikatnie chwycił chłopaka za nadgarstek ssąc po kolei każdy z jego palców.
- Teraz – wyszeptał po chwili.
Mimowolnie skrzywił się, kiedy poczuł w sobie palec Blaine'a rozciągający go powoli. Ktoś mógłby powiedzieć, że bycie prostytutką powinno coś zmienić, ale wcale tak nie było. Nauczyło go to jednak szybciej się relaksować, nie potrzebował tyle czasu na przystosowanie się. Znał swoje ciało. Kiedy Blaine dodał kolejny palec, Kurt pozwolił sobie na cichy jęk. Przy trzecim odrzucił głowę do tyłu, prawie krzycząc.
- Proszę, Blaine… - wydusił. – W kieszeni spodni…
Nie musiał kończyć. Jęknął w proteście, kiedy Blaine wyciągnął swoje palce, ale zrelaksował się, kiedy zobaczył, że chłopak wyciąga prezerwatywę. Dla żadnego z nich nie był to pierwszy raz, ale Kurt przez moment, jeden, zbyt krótki, by go zapamiętać, chciał, żeby był. Miał wrażenie, że był. Jakby przez tyle lat czekali na siebie. Na to, co wtedy już chcieli zrobić, lecz coś ich powstrzymało. I kiedy Blaine całował każdy fragment jego skóry, jakby ktoś miał mu go za chwilę odebrać, wiedział, że on czuje to także. Pragnął jego ciała od tak dawna. I być może gdyby Kurt pomyślał o tym dłużej, doszedłby do głębszej konkluzji. Może coś by zmienił, coś przerwał. Może nie rozegrałby się dramat, jaki miał się wydarzyć w tak bliskiej przyszłości, a którego nadejścia żaden z nich w tamtej chwili nie przeczuwał. Jednakże nigdy nie było mu dane dokończyć tych rozmyślań.
Blaine wszedł w niego doprowadzając go do cichego krzyku. Był jednak bardzo delikatny, dał mu (A może im obydwu) chwilę czasu na przyzwyczajenie. Kurt nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś to dla niego zrobił, nie pamiętał nawet, że mógłby tego potrzebować. Wydał więc z siebie niecierpliwy jęk, który Blaine natychmiast zrozumiał. Jego pchnięcia były początkowo nieco zbyt delikatne, jakby nie do końca wiedział na ile może sobie pozwolić. Było w nich też coś bardzo niezręcznego. Kurt zrozumiał, że musiało minąć dużo czasu od kiedy Blaine był z kimś w sytuacji tak intymnej. Stopniowo jednak nabierał pewności siebie, jego ruchy stawały się szybsze i bardziej stanowcze. Kurt robił wszystko, co mógł, żeby powstrzymać się od błagania o więcej, hamował już nawet jęki. Nie uszło to uwadze Blaine'a. Przejechał nosem po jego szyi i zapytał cicho, swoim niskim głosem doprowadzając całe ciało Kurta do drżenia:
- Czego się boisz, Kurt?
Kurt nie wiedział. Blaine delikatnie przesunął dłoń wzdłuż jego pleców, całując go jednocześnie gdzieś w okolicę szczęki. Widząc, że nie uzyska odpowiedzi, pogłębił nieco swoje pchnięcia. Kurt jęknął. Wydawało mu się, że mózg zamienił mu się w kompletną papkę, ale z pewnymi przerwami udało mu się sklecić w miarę składną wypowiedź:
- Wielu rzeczy – przełknął ślinę. - Że zaczniesz myśleć, że udaję. Albo, że… Och, Boże… się rozczarujesz. Że udało mi się zaspokoić tych wszystkich mężczyzn, ale nie ciebie… Albo, że jeżeli na zbyt dużo sobie pozwolę, zacznę cię obrzydzać. Boże, tak bardzo cię potrzebuję…
Nie spodziewał się, że będzie taki szczery. Blaine nic już nie mówił. Kurt zresztą też nie. Tym razem jednak, pozwolił sobie na nieco głośniejsze okazywanie przyjemności. Ich biodra poruszały się w jednym rytmie, nawet jęki powoli się synchronizowały. Kurt znał swoje ciało i zamierzał nauczyć Blaine'a tego, co wiedział. Delikatnie wygiął więc biodra, tak, że już po chwili Blaine uderzał w to miejsce w ciele Kurta, które sprawiało, że wbrew sobie zaczynał krzyczeć. Mimo, że doświadczył tego tak wiele razy. Zaczęły mu nieco drżeć nogi. Blaine delikatnie odwrócił jego twarz ku sobie. Zamknęło to Kurtowi usta. Przez chwilę kochali się w zupełnej ciszy, patrząc sobie w oczy, jakby mogli coś z nich odczytać. Oczy Blaine'a mogłyby słowami zapełnić miliony stron. Kurt wiedział jednak, że on nic nie zobaczy w jego własnych. Że wyrażają pustkę. Oczy Kurta wyglądały jak czysta kartka wyrwana z bloku rysunkowego. Kiedy sobie to uświadomił, schował je za powiekami. Nie wiedział czy robi to dla Blaine, czy dla siebie.
Jego palce ślizgały się po ciemnej skórze Blaine'a, która wciąż była mokra, tym razem jednak krople deszczu nie miały z tym nic wspólnego. Kurt również poczuł jak po czole spływa mu strużka potu, którą natychmiast starła mu ciepła, czuła dłoń. Po jej dygotaniu Kurt poznał, że Blaine musi być blisko. Jego jęki wprowadzały w drżenie każdy nerw w ciele Kurta. Zastanawiał się czy on wzbudza w nim taką samą reakcję. Wbił paznokcie w jego ramiona, prawdopodobnie aż do krwi.
- Blaine, proszę – jęknął, a jego głowa uderzyła w znajdujący się za nią mur. Nawet nie poczuł bólu. Blaine zdawał się kompletnie go ignorować. Drażnił się z nim, przesuwając czubkami palców po jego udach, kościach biodrowych, pośladkach. Kurt nie wiedział, ile jeszcze wytrzyma. W końcu sięgnął dłonią w kierunku swojej erekcji, ale ręka Blaine odtrąciła jego.
- Cierpliwości – wyszeptał tylko. Przez moment Kurt miał wielką ochotę, żeby go od siebie odepchnąć, albo dać mu w twarz. Zarówno jedną, jak i drugą myśl porzucił, kiedy Blaine przyspieszył tempa powodując, że ciało Kurta wygięło się w łuk. Zrozumiał wtedy, dlaczego od początku coś nie pasowało mu w tej sytuacji, dlaczego czuł się niekomfortowo. Nikt nigdy nie był z nim tak delikatny jak Blaine. Dlatego, kiedy ruchy Blaine'a stały się nieco brutalniejsze, wywołując znajomy ból, Kurt poczuł niemal ulgę. Tymczasem jego palce zaczęły delikatnie przesuwać się tam, gdzie Kurt tak bardzo chciał, żeby się znalazły. Już po chwili jego biodra wystrzeliły w górę, kiedy poczuł rękę Blaine'a zaciskającą się powoli wokół jego twardej erekcji. Kurt krzyknął.
Ruchy jego dłoni początkowo zakłóciły rytm bioder, jednak żadnemu z nich nie wydawało się to przeszkadzać. Blaine delektował się emocjami przewijającymi się przez twarz Kurta, którego powieki co chwila otwierały się i zamykały, żeby głębiej odczuć doznania, jakby przenosił się na moment do własnego świata. Ciemne cienie pod jego oczami czyniły jego twarz jeszcze bardziej piękną. Tak piękną, że Blaine pomyślał, że w ten sposób ludzie musieli malować upadłego anioła, Lucyfera. Piękno zapierające dech w piersiach, a jednocześnie odbierające ze strachu mowę. Kurt wydał z siebie jęk tak głośny, że musiał być słyszany po drugiej stronie miasta. Wiedział jednak, że nie dojdzie pierwszy. Nie potrafił. Nie od kiedy został prostytutką. Blaine miał mu udowodnić jak bardzo się mylił. Kiedy jego ręka przyspieszyła wraz z ruchem bioder (Kurt poważnie zastanawiał się skąd miał w sobie jeszcze tyle siły), jego ciało zaczęło jeszcze bardziej dygotać. Strużki potu ciekły już teraz po całym jego ciele, co w połączeniu z nieco chłodnym, deszczowym powietrzem, prawdopodobnie miało go doprowadzić do zapalenia płuc. Co chwila zagryzał do krwi suche wargi, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa. Jego powieki ponownie się zacisnęły, tym razem na nieco dłuższy moment. Nie spodobało się to Blaine'owi. Chwycił go pod brodę zmuszając Kurta do ich uniesienia.
- Nawet się nie waż – wyszeptał pomiędzy jękami. – Chcę widzieć to w twoich oczach. Chcę widzieć jak się zatracasz.
Kurt ledwie skinął głową spełniając posłusznie jego polecenie. Był przyzwyczajony do wysłuchiwania rozkazów. Jednakże głos Blaine'a nigdy nie był surowy, tak naprawdę nigdy nie żądał. Nawet w tamtej chwili kryła się w nim prośba. Kurt przytrzymał się mocniej jego ramion.
- Blaine, ja chyba… O Boże…
Znajdował się już na krawędzi. Wydał z siebie jeszcze kilka okrzyków, po czym doszedł z imieniem Blaine'a na ustach. Przyjemność falami przechodziła przez całe jego drobne ciało, podczas gdy dłonie anemicznie przesunęły się po plecach drugiego chłopaka. Ten zaś poruszył biodrami jeszcze kilka razy, po czym poszedł w ślady Kurta, z wyczerpania opadając na niego ciężko. Kompletnie wykończeni leżeli przez chwilę, jedno na drugim, jakby czas zatrzymał się na moment. Gdzieś po drodze zapomnieli nawet o oddychaniu. Echo przyjemności odbijało się jeszcze w ich ciałach, każdy z nich zniknął na pewien czas we własnym świecie. Blaine zauważył na policzku Kurta przyklejone źdźbło trawy, więc odkleił je delikatnie. Jego dłoń zatrzymała się na twarzy Kurta przez dłuższy moment. Kurt jednak nie mógł już spojrzeć mu w oczy.
Zacisnął powieki. Czuł się pusty. Tak przeraźliwie pusty. Nieznaczący.
Brzydki.
Po chwili dotarł do niego głos Blaine'a.
- Kurt, co się stało? Coś zrobiłem nie tak? Boże, przepraszam…
Kurt początkowo nie wiedział o czym on plecie. Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że od pewnego czasu po policzkach spływają mu gorące łzy, kompletnie przeciwstawiając się pustce, jaką czuł wewnątrz. Nie wiedział, co to znaczy. Wiedział tylko, że nie podobał mu się ton Blaine'a. Że nie podobały mu się spojrzenia, jakimi go obdarzał. To nie miało być tak. To nie miała być miłość.
Kurt odepchnął go od siebie wstając na drżących nogach. Podniósł z ziemi bokserki i spodnie, szybkim ruchem zakładając je na siebie. Nigdzie w zasięgu wzroku nie mógł dopatrzeć się koszuli, więc założył kurtkę na gołe ciało. Blaine obserwował to bez słowa. Kurt zacisnął usta.
- Jak widzisz, rozłożę nogi przed każdym - powiedział tylko.
Blaine wciąż patrzył na niego pustym wzrokiem, jednakże gdzieś w głębi jego oczu można było zauważyć mieszankę szoku i zranienia. Kurt odwrócił się i odszedł zostawiając Blaine'a samego. Kiedy skręcał przy bramie wchodząc na udeptaną drogę, obrócił się raz jeszcze, ale budynek zasłaniały drzewa. Może tak było i lepiej. Może nie powinien żałować. Podjął już pewną decyzję.
Nawet nie zauważył, że deszcz przestał padać.
***
Mieszkanie w Nowym Jorku nigdy nie wydawało mu się tak samotne i puste.
Kiedy wsadził klucze do zamka i wszedł do ciemnego pomieszczenia, skupiał się tylko na jednym – szafka z alkoholem. Nie pozwól sobie myśleć.
Po drodze zauważył stojący na stole bukiet kwiatów z przyczepioną do nich karteczką.
Gratuluję awansu. Podjąłeś słuszną decyzję. Wywarłeś świetne wrażenie, wszyscy byli tobą zachwyceni. To jeszcze nieoficjalne, ale wierz mi, masz tę pracę. Powodzenia.
Oliver
Zgniótł karteczkę w dłoni i sięgnął po alkohol.
- A więc żegnaj, Kurt – mruknął do siebie.
