Kurt miał wrażenie, jakby zasnął po raz pierwszy od skończenia liceum.
Kiedy otworzył oczy, słońce było już dość wysoko, obstawiał, że musi być koło południa. Zerknął na wyświetlacz telefonu. Wiele się nie pomylił. Zegarek wskazywał parę minut po jedenastej.
Przesunął dłońmi po twarzy i zamrugał kilkakrotnie, żeby przywrócić ostrość wzroku. Leżał tak przez chwilę zapatrzony w promienie słońca wpadające do jasnego pomieszczenia, jakby była to najciekawsza rzecz na świecie. Jego uszu dochodził cichy szum poruszanych przez wiatr drzew, które rosły koło jeziora, co zmusiło go do wstania z łóżka. Musiał wyjrzeć przez okno. Ostrożnie postawił nogi na drewnianej podłodze, jakby wstawał po paru miesiącach, nie godzinach. Jakby na nowo uczył się chodzić. Poruszył ostrożnie palcami, stawiając stopy w smudze światła. Ciepło, które poczuł na skórze sprawiło, że na moment zamknął oczy. Nie pamiętał, żeby podniesienie się z materaca, kiedykolwiek zabrało mu tyle czasu. W końcu chwiejnym krokiem podszedł do okna i usiadł na szerokim parapecie opierając się głową o ścianę. Błękitne niebo odbijało się w błyszczącym w promieniach słońca jeziorze - tafla wody wyglądała jak pokryta diamentami. „Czasem jedna niezwykła rzecz potrafi przelać swoje piękno na coś zupełnie przeciętnego", pomyślał Kurt mrużąc oczy w słońcu, w którego świetle jego skóra wydawała się wręcz mlecznobiała z kilkoma tylko cienkimi, czerwonymi liniami z przeszłości. Kurt przesunął wolno palcem po jednej z nich. Zastanawiał się czy kiedyś ten etap w jego życiu będzie jak one – kilka niedoskonałości na tle perfekcyjnej bieli. Potrząsnął jednak głową. Nie tak naprawdę, wewnętrznie.
Przecież nic go już nie czeka.
Zeskoczył na ziemię i rozejrzał się po pokoju. Na wiekowym fotelu stojącym koło łóżka znalazł niewielką reklamówkę. Z ciekawością zajrzał do środka. Znajdowały się tam ubrania, o których wcześniej wspominał Blaine, a także dezodorant, maszynka, pasta i szczoteczka do zębów. Zanotował sobie gdzieś z tyłu umysłu, żeby oddać mu za to wszystko pieniądze. Wyciągnął prostą białą koszulę i parę jeansów, chwycił kosmetyki i cicho (W końcu nie miał pojęcia czy Blaine wciąż spał) wyszedł na korytarz. Zszedł po schodach przypominając sobie, że łazienka znajduje się na parterze. Szybko znalazł odpowiednie pomieszczenie, przy okazji zauważając, że Blaine krząta się w kuchni, więc na wszelki wypadek zamknął za sobą drzwi na zamek. Pomyślał, że wolałby uniknąć sytuacji, w której chłopak zaskoczyłby go pod prysznicem - wprawdzie nie było to w jego stylu, ale po wczorajszym dniu niczego nie był już pewien. Zrzucił bokserki, które służyły mu za piżamę i wszedł do kabiny. Mimo tego, że na zewnątrz było naprawdę gorąco, nie czuł potrzeby ochłodzenia się i odkręcił kurek z ciepłą wodą. Krzyknął. Woda, która popłynęła z prysznica była przerażająco lodowata. Dygocząc, zakręcił ją. Zza drzwi dobiegł go śmiech Blaine'a.
- Przepraszam, mogłem cię ostrzec! Trochę czasu zajmuje ogrzanie się wody, musisz być ostrożny!
Kurt zaklął pod nosem, wymamrotał pod nosem coś, co zabrzmiało jak „Teraz mi to mówi" i ponownie odkręcił wodę, tym razem odsunął się jednak na tyle, żeby znaleźć się poza jej zasięgiem, co jakiś czas sprawdzając kontrolnie temperaturę dłonią. Gdy wydała mu się zadowalająca, wrócił do tak brutalnie przerwanej mu czynności. Zamknął oczy, kiedy krople wody zaczęły spływać po jego twarzy i powiekach. Jego mięśnie stopniowo zaczęły się rozkurczać. Przesunął dłońmi po włosach. Dawno już nie czuł się tak zrelaksowany. Prysznic zajął mu nieco dłużej niż zwykle, wyjątkowo bowiem nie miał uczucia, że musi gdzieś biec. Tym gdzieś był zazwyczaj dom kolejnego klienta, bądź jakiś motel. Do pracy zadzwonił jeszcze poprzedniego dnia, a jako, że nadrobił już te dwa dni, kiedy zmuszony był urwać się na wesele Finna i pracował ostatnimi czasy jak szalony, nie robiono mu wielkich problemów. Wprawdzie był przekonany, że gdyby nie miał za sobą Olivera, który niejako załatwił mu tę pracę, nie byłoby tak cukierkowo, pozostało mu jednak tylko się z tego cieszyć, póki jeszcze mógł.
Kiedy w końcu wyszedł spod prysznica, musiało minąć dobre pół godziny. Wytarł się dokładnie i nałożył na siebie nowe ubrania. Uśmiechnął się lekko, widząc jak idealnie pasują. Chwilę zajęło mu jeszcze zajęcie się włosami połączone z innymi drobnymi zabiegami kosmetycznymi, w końcu jednak wyszedł z łazienki, choć prawdopodobnie spędziłby tam jeszcze więcej czasu, gdyby nie zapachy dobiegające z kuchni. Oparł się głową o framugę i obserwował przez chwilę stojącego do niego tyłem Blaine'a.
- Kto by pomyślał – powiedział kręcąc głową. – Ostatnim razem, kiedy widziałem cię gotującego, nie umiałeś nawet ugotować makaronu i udało ci się przypalić wodę.
Blaine odwrócił się do niego uśmiechając się lekko, po czym wrócił do przerwanej czynności i wyłożył na talerz jajka sadzone. Komentarz Kurta puścił mimo uszu.
- Dobrze spałeś? – zapytał zamiast tego.
Kurt objął się ramionami i usiadł przy niewielkim kuchennym stole.
- Jak niemowlę – przyznał opierając się na dłoni i zamykając oczy jeszcze na kilka chwil. – Chyba po raz pierwszy od paru ładnych lat, mogę powiedzieć, że spałem, a nie drzemałem…
Blaine spojrzał na niego z uśmiechem i postawił mu kubek i talerz przed nosem. Kurt leniwie uniósł powieki i widząc ociekające tłuszczem jedzenie, wydał z siebie okrzyk na znak protestu. Blaine pokręcił głową z dezaprobatą.
- Jak powiesz mi, że boisz się o swoją figurę, to popełnię samobójstwo nadziewając się na twoje żebra, przysięgam.
Kurt przygryzł wargę i wolno zaczął grzebać widelcem w talerzu.
- Ja po prostu… Często odpuszczam śniadania – powiedział, widząc jednak uniesione brwi Blaine'a, poprawił się. – Okej… Posiłki generalnie. Ale ostatnio się staram. Dbać o siebie, w sensie. Skóra już wróciła do normy, nie wypadają mi włosy i nie łamią się paznokcie… Ale cieni pod oczami chyba nigdy się nie pozbędę.
Blaine słuchał go z szokiem wymalowanym w oczach. Kurt roześmiał się cicho.
- No co? Taka praca.
Chłopak pokręcił głową.
- Nie… Nie o to chodzi. Tylko… Już teraz wyglądasz jak śmierć. To, że mogłeś wyglądać jeszcze gorzej… - Pokręcił znów głową. Zawahał się na moment. – Wciąż zdarza się, że ktoś…?
Kurt zacisnął swoje szczupłe palce wokół kubka z kawą.
- Nie – powiedział cicho. – Ale niepowiedziane, że to się nie wydarzy. Bogatsi ludzie bywają gorsi… Myślą, że jak tyle płacą, to więcej im można. I wtedy naprawdę mnie posiadają, nie wypożyczają.
- Tak o tym myślisz?
- Mhm – Kurt upił łyka kawy. – Nie należę do nich. Czyli nie kupują mnie, ale przecież za coś mi płacą. Wychodzi więc na to, że wypożyczam swoje ciało.
Blaine pokręcił głową, podczas gdy Kurt w końcu przestał bawić się jedzeniem stwierdzając, że po raz pierwszy od bardzo dawna, jest naprawdę głodny.
- A ty czemu nie jesz? – zapytał.
Blaine wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem, chwycił talerz i usiadł koło Kurta. Wyraźnie jednak myślami był daleko, nawet nie ruszył sztućców. Kurt westchnął.
- Zapytaj o to. Przecież widzę, że chcesz.
Blaine przygryzł wargę.
- Z iloma mężczyznami…?
Kurt wzruszył ramionami.
- Powiedzmy, że kilku tygodniowo przez tę parę lat… - Zamyślił się. - Nie wiem, policz sobie.
- Nie o to pytałem. – Blaine poczerwieniał lekko, najwidoczniej obrazując sobie tę liczbę. – Miałem na myśli… Ludzi, z którymi faktycznie chciałeś to zrobić.
Kurt zesztywniał. Przez chwilę rozważał szybką zmianę tematu, jednak coś w oczach Blaine'a mu na to nie pozwoliło. Milczenie wciąż trwało. Chłopak westchnął.
- Okej, nie musisz odpo…
- Z pięcioma – Kurt uniósł wzrok. – A może czterema… Bo ten pierwszy raz nie był tak do końca niewymuszony. Choć każdy w zasadzie był, w którymś punkcie. Nawet ten z tobą, jeżeli odpowiednio na to spojrzeć. Wymuszony przez przeszłość.
Blaine otworzył usta, ale Kurt nie pozwolił mu dojść do słowa.
- Proszę, nie rozmawiajmy o tym… Choć zachwyca mnie to jak lekko rozmawiam ze swoim byłym chłopakiem, o tym, że rozkładam nogi za pieniądze… Och, na litość boską! – Krzyknął widząc, jak Blaine mimowolnie się krzywi. – Przepraszam, zacznę tytułować się kurtyzaną, jeżeli ci to w czymś pomoże.
- Bo to po prostu… - Blaine zawahał się na moment. – Nie wiem. Zastanawiam się jak coś tak pięknego może być tak… zniszczone. Wydajesz się taki delikatny. Nie możesz mnie winić za to, że dla mnie na zawsze pozostaniesz Kurtem Hummelem, który rumienił się, gdy ktoś wspominał o seksie, który płakał po śmierci kanarka, który był podekscytowany pierwszą podróżą samolotem, który śpiewał jak anioł, który tańczył ze mną na balu, który zawahał się tak uroczo przed powiedzeniem „Ja też cię kocham"...
Westchnienie.
- Ale tamten Kurt odszedł, prawda? Więc… Przez ten tydzień chcę poznać tego nowego. Bo może miałeś rację. Może nie kocham ciebie. Może kocham tylko to wspomnienie o tobie.
Patrzyli na siebie w tej ogłuszającej ciszy, jaka zapadła po słowach Blaine'a. Ten zaś uśmiechnął się po chwili, jak gdyby nigdy nic i wskazał ruchem głowy na talerz Kurta.
- Jedz. Przez ten tydzień zamierzam doprowadzić cię do nadwagi.
-…powiedziała czarownica do Jasia – mruknął Kurt, ale posłusznie wrócił do jedzenia. Ciszę przerwał telefon Blaine'a, który zaczął wibrować na blacie kuchennym.
- Przepraszam na chwilę – powiedział, chwycił komórkę i wybiegł na zewnątrz, żeby odebrać połączenie.

***
Matka unosi dziewczynkę i kręci się z nią dookoła wywołując u niej uroczy śmiech. Obrazek jest taki sielski i być może nieco tandetny, ale wywołuje przyjemne uczucie bezpieczeństwa.
Blaine zatrzymuje film i spogląda z niepokojem na Kurta.
- Wszystko w porządku? Mam wrażenie, że nie ma cię ze mną od jakichś dwudziestu minut.
Kurt przygryza wargę. Nieśmiałym ruchem głowy wskazuje na zatrzymany kadr na ekranie laptopa.
- Myślałeś kiedyś o tym?
- O czym?
Kurt uśmiecha się lekko i opiera głowę na ramieniu Blaine'a. Splata ich dłonie razem, przypatrując im się z czymś w rodzaju nostalgii.
- O dzieciach. Rodzinie. Zestarzeniu się z kimś.
Blaine śmieje się cicho.
- To jakaś propozycja?
Kurt przygryza wargę.
- A chciałbyś, żeby była? Pewnego dnia, to znaczy.
Chłopak zamyka na chwilę oczy.
- Od kiedy jesteśmy razem pomyślałem o tym raz czy dwa. – Przyznaje. – Jakby to było… mieć coś więcej. Wychowywać kogoś tak pięknego jak ty. I kogoś, kogo kochałbym równie mocno. Ale… Mamy jeszcze czas, prawda?
Całuje Kurta w czubek głowy. Ten wzdycha cicho.
- Przepraszam. Nie powinienem tak wszystkiego…
Blaine uśmiecha się lekko.
- Co w tym złego? Nie chcesz się ze mną zestarzeć?
- Chcę, ale… - Kurt wysuwa się z jego objęć i opiera się dłońmi o parapet. – Na siłę chcę być pewny tego, co mamy, planuję naszą przyszłość razem… Może nie powinienem? Co jeśli…
- Hej – Blaine chwyta go w talii obracając ku sobie i całuje delikatnie. – Posłuchaj mnie uważnie. Być może nie będzie nam dane mieć dzieci. Ani wziąć ślubu, ani zestarzeć się razem. Ale mogę ci obiecać, że w najbliższym czasie, nigdzie się bez ciebie nie ruszam. I tego możesz się uchwycić.
Przez chwilę stoją tak przytuleni do siebie.
- Ale… Wierzę, że będziesz miał ten dom. – Mówi po chwili Blaine. - Nawet jeśli nie ze mną. Że wyciągniesz te stosy magazynów ślubnych spod łóżka… Tak, wiem o nich… i zawstydzisz swoim weselem całą rodzinę królewską. I może rola księcia jest nieco chwiejna, ale póki co możesz mnie w niej obsadzić, księżniczko.
Kurt wywraca oczami i odsuwa się od chłopaka.
- Czasami jesteś taki mdły, że aż ciężko mi ciebie kochać.
- Ale mnie kochasz – uśmiecha się Blaine. – A ja kocham ciebie. I pewnego dnia ci to udowodnię.

Kurt usiadł na pomoście obok Blaine'a w pewnej jednak odległości od niego. Nawet nie stykali się ramionami. Patrzyli na wodę nie odzywając się do siebie ani słowem. W końcu Kurt położył się na rozgrzanych słońcem drewnianych deskach i zapytał zamykając leniwie oczy:
- Dlaczego mnie tu przywiozłeś?
Przez chwilę nie słychać było nic oprócz śpiewu ptaków i szumu drzew.
- Myślałem, że to oczywiste. – Głos Blaine'a był cichy i jakby nieobecny. – Chcę ci coś udowodnić.
Kurt uniósł powieki i przekręcił się na bok, żeby go lepiej widzieć.
- Tylko po to?
Bingo. Blaine zadrżał dziwnie i milczał przez dłuższą chwilę.
- Dlaczego pytasz? – odezwał się w końcu pocierając ramię. Kurt już wcześniej zauważył, że robi to, kiedy ktoś porusza niezręczne dla niego tematy.
- No nie wiem – powiedział mrużąc oczy w słońcu. – Rzucasz wszystko… Pracę, studia, dziecko tylko po to, żeby wyrwać się ze mną na tydzień... Sam rozumiesz, że łatwo nabrać podejrzeń.
- Kiedy zrozumiałeś?
- Chyba już wczoraj – Kurt oparł się na dłoni. – A może nawet wcześniej. Zresztą, „zrozumiałeś" to nieodpowiednie słowo… Zrozumiałem, że coś tu jest nie tak, może w ten sposób.
Usiadł w końcu i przysunął się bliżej Blaine'a.
- Co się dzieje? – zapytał z większą troską niż by siebie o to podejrzewał.
Na chwilę zapadła cisza. Blaine patrzył na wodę takim wzrokiem, jakby przez moment zastanawiał się, czy by się do niej nie rzucić. Kurt nie bardzo wiedział, co innego mógłby zrobić, więc po prostu czekał cierpliwie aż chłopak otworzy usta. W końcu się doczekał.
- Czy ja jestem dobrym ojcem, Kurt? – zapytał Blaine, a jego głos zadrżał dziwnie, jakby bał się odpowiedzi.
Kurt nie wiedział, co powinien powiedzieć. Skąd mógł wiedzieć? Widział Claire trzy razy w życiu, nie miał pojęcia jak wyglądało ich życie. W końcu jednak zrozumiał, o co chodziło Blaine'owi i przygryzł wargę.
- Dzwoniła twoja mama, prawda?
Skinął głową.
- Masz wyrzuty sumienia?
Blaine przejechał dłonią po twarzy.
- Ostatnio cały czas ją gdzieś zostawiam, nigdy tak nie było. – Powiedział cicho, jakby myślał, że w ten sposób będzie to mniej prawdziwe. - Jest nieco skołowana. Boże, a co jeżeli ona myśli, że…
- Hej, powoli. – Kurt położył mu rękę na ramieniu. – Wciąż możemy jeszcze wrócić, pamiętasz? Od początku uważałem, że ten tydzień to zły pomysł.
Blaine spojrzał na niego z bólem.
- Sęk w tym… Że ja nie chcę wracać, Kurt.
Na chwilę zapadła cisza. Blaine przygnieciony swoimi problemami, wydawał się Kurtowi taki malutki.
- Uciekasz, prawda? – Zapytał chłopak cicho, żeby się upewnić. – A przynajmniej tak ci się wydaje.
Blaine zamknął oczy. Kurt nie do końca wiedział, co powinien zrobić – objąć go, poradzić, odejść? Tymczasem Blaine znów się odezwał:
- Jest dla mnie wszystkim. I nigdy, nigdy nie miałem tych uczuć, co teraz, nigdy nie chciałem… - Urwał na moment. – Aż pewnego dnia dostałem telefon, z którego dowiedziałem się, że jesteś w szpitalu. Wtedy było jeszcze z tobą bardzo kiepsko. Więc rzuciłem wszystko. Praktycznie złapałem Claire za rękę i jak stałem, tak pojechałem do szpitala. Nawet nie wiedziałem, że też mieszkasz w Nowym Jorku… Potem opuszczałem ją coraz częściej, żeby cię zobaczyć. Wszystko było dobrą wymówką. I teraz to… Nigdy nie zostawiałem jej samej na tak długo. Traktuję ją jak golden retrievera, albo roślinkę, którą trzeba podlewać, więc zostawia się znajomym klucze do mieszkania… I najgorsze jest to, że nie mam wyrzutów sumienia, choć powinienem…
Kurt słuchał go w milczeniu, nie do końca wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. W końcu westchnął cicho i powiedział:
- Ciężko nazwać mnie ekspertem, ale… Myślę, że po prostu jesteś trochę skołowany. Czymkolwiek jest to, co do mnie czujesz… Nigdy nie będzie to silniejsze od miłości do dziecka. Rozumiesz? Nigdy. Może więc ten tydzień faktycznie ci się przyda? Rozgryziesz, co i jak. Bo jeżeli uważasz, że nagle zacząłeś ją mniej kochać, to wierz mi, to niemożliwe. Musisz po prostu na nowo ustalić priorytety. Kiedyś dużo dla ciebie znaczyłem i wiem, że gdzieś tam w środku masz nadzieję, że pewnego dnia wszystko magicznie się ułoży, wprowadzę się do ciebie i zestarzejmy się razem obserwując jak twoje… a w końcu nasze, dziecko dorasta. Chcesz tego, bo masz wrażenie, że w ten sposób przywróciłbyś równowagę swojemu życiu. Ale tak się nie stanie, Blaine. Za dużo myślisz o przyszłości. Może skupmy się na tym tygodniu, co? Cieszmy się nim, zanim wszystko się skończy. Bo już teraz mogę ci powiedzieć jak to będzie. Wrócę do mojego życia, ty wrócisz do swojego. I żaden z nas nie będzie tego żałować. Wszystko znów będzie jak dawniej. Co nie znaczy, że przestaniemy się widywać.
Blaine objął go delikatnie ramieniem i na jego twarzy zagościł przelotny uśmiech. Kurt kłamał, kłamał jak tylko potrafił. Tak prosto jednak było mu uwierzyć, że wszystko będzie dobrze, kiedy czuł oddech Blaine'a na swojej skórze i na moment zapominał, że nie jest już nastolatkiem, a to nie jest Ohio. Jak wtedy, kiedy miał halucynacje leżąc na szpitalnym łóżku. Może to też było jedynie snem? Może miał zaraz obudzić się w mieszkaniu Olivera, daleko od tego pięknego jeziora i ciemnych włosów Blaine'a? A może Oliver też mu się przyśnił, a on zaćpał się po prostu na podłodze w mieszkaniu?
Wolał jednak uwierzyć, że to wszystko jest realne. Twarz, ciało Blaine'a było tak blisko. Kurt chciał go pocałować, jednakże nie jako romantyczny gest. Nie pamiętał, kiedy ostatnio pocałunek coś takiego dla niego znaczył. Miało być to raczej „Wciąż tu jestem, możesz na mnie polegać. Upewnijmy się, że jesteśmy realni." Kiedy jednak nachylił się ku Blaine'owi, ten potrzasnął głową i odsunął się.
- Nie, Kurt. Póki, co to nie najlepszy pomysł.
Kurt posłał mu pytające spojrzenie. Blaine uśmiechnął się delikatnie i wstał podając mu rękę.
- Widać seks nie służy naszej relacji. Nie chcę prowokować losu. Poza tym… Ten tydzień ma być czymś innym od tego, co masz na co dzień. Możemy po prostu cieszyć się wzajemnym towarzystwem?

***
Kolejne wieczory mijały i Kurt zdał sobie sprawę, że przebywanie z Blainem faktycznie wychodzi mu na dobre. Nie było żadnych wspólnych kąpieli w jeziorze, ani wieczorów spędzonych przy kominku. Byli ze sobą tak blisko, a jednocześnie tak daleko od siebie, jak tylko przyjaciele potrafią być. Nie sypiali ze sobą, nie wymieniali pocałunków. Wszystko było cudownie proste. Kurt coraz bardziej ulegał magii tego miejsca i jak zauważył z uśmiechem Blaine, nawet zniknęły mu trochę cienie pod oczami. Opowiedział mu również historię domu. Został on wybudowany przez Jonathana Andersona jako prezent ślubny dla prababci Blaine'a. Kobieta jednak zmarła w wyniku powikłań poporodowych, a dom porzucony został na wiele lat, gdyż przynosił zbyt wiele złych wspomnień. Dopiero ojciec Blaine'a doprowadził go do stanu używalności i od tego czasu wykorzystywał go jako domek letniskowy.
- Blaine! – krzyknął Kurt z pokoju połączonego z kuchnią, który służył za coś w rodzaju niewielkiego salonu. – Zobacz, co znalazłem!
Chłopak zajrzał mu ciekawie przez ramię. Kurt klęczał przed sporej wielkości gramofonem, obok którego leżało kartonowe pudełko z kilkoma winylami. Część płyt dawno już się połamała, ale kilka z nich należało jedynie oczyścić z kurzu, żeby doprowadzić je do stanu używalności.
- Gdzie to znalazłeś? – Uśmiechnął się Blaine i przyklęknął obok niego. Kurt wskazał ruchem głowy starą szafę. Przesunął dłonią po sprzęcie.
- Myślisz, że wciąż działa? – zapytał.
- Przekonajmy się.
Chwilę mu to zajęło, ale w końcu Blaine wyczyścił gramofon, umieścił na nim płytę, którą wybrał na chybił trafił, pomajstrował przy sprzęcie i po kilku chwilach popłynęła muzyka. Kurt uśmiechnął się słysząc znajomą melodię.
- Billie Holiday – wyszeptał z czymś dziwnym w głosie.
Blaine spojrzał na niego z zainteresowaniem.
- Lubisz ją?
Kurt uśmiechnął się delikatnie.
- Tak jakby. Moja mama miała kilka jej albumów.
Blaine pokiwał głową w milczeniu. Wiedział, że nie ma sensu o cokolwiek pytać. Kurt zamrugał rzęsami, kiedy zobaczył, że chłopak wstaje.
- Dokąd id…?
Zamilkł, kiedy Blaine wyciągnął do niego rękę.
- Mogę prosić do tańca? – zapytał chłopak uśmiechając się lekko.
Kurt miał zamiar zaprotestować, ale słowa uwięzły mu w gardle. Pokiwał głową i dał się Blaine'owi poprowadzić na środek pokoju. Patrzyli na siebie przez chwilę z dziwną niepewnością i wahaniem. Kurt zamknął oczy, kiedy poczuł dłoń Blaine'a na swojej talii i położył mu głowę na ramieniu. Przez chwilę tańczyli w milczeniu, podczas gdy w powietrzu unosiły się słowa:

I'm a fool to want you
I'm a fool to want you
To want a love that can't be true
A love that's there for others too

Blaine obrócił Kurta delikatnie wzbudzając w nim cichy śmiech. I znów wolny walc.
- Była biseksualna – powiedział Kurt otwierając oczy. – Billie. Wiedziałeś?
Blaine pokręcił głową.
- Niewiele o niej wiem – przyznał.
Kurt westchnął cicho i ponownie złożył mu głowę na ramieniu.

I'm a fool to hold you
Such a fool to hold you
To seek a kiss not mine alone
To share a kiss that Devil has known

- Ja też nie. Ale bardzo lubię tę piosenkę. – Poczuł, że Blaine się uśmiecha. – Jak mówiłem, moja mama miała kilka jej kaset. Kiedy tata wychodził z domu, zakradałem się do sypialni i używałem starej wieży, żeby to puścić… Wiesz. Muzyka, której słuchała sprawiała, że czułem się bliżej niej. Trochę zajęła mi nauka obsługi sprzętu, bo był to naprawdę przestarzały model, ale wiesz jakie są dzieci, gdy bardzo czegoś chcą.

Time and time again I said I'd leave you
Time and time again I went away
But then would come the time when I would need you
And once again these words I had to say

Zanurzył na moment twarz we włosach Blaine'a.
- Dlaczego czekałeś aż tata wyjdzie? – zapytał chłopak.
- Nie chciałem go zranić – wymamrotał Kurt. – Tęsknił za nią tak bardzo. Ale myślę, że wiedział. Nigdy nie udawało mi się odłożyć wszystkich rzeczy idealnie na miejsce. Cóż… Już go o to nie zapytam.

Take me back, I love you
I need you
I know it's wrong, it must be wrong
But right or wrong I can't get along

Kurt poczuł jak coś w jego sercu pęka na kilka kawałków. Blaine musiał wyczuć jak sztywnieje na ciele, bo z troską przesunął mu dłonią po plecach. Dawno nie byli tak blisko.
- Dobrze się czujesz? – zapytał.

Without you

Kurt nie odpowiedział, po prostu rozpłakał się ramionach Blaine. Przestali tańczyć ignorując to, że z gramofonu popłynęła już kolejna melodia. Kurt dygotał na całym ciele, podczas gdy Blaine starał się go niezdarnie podtrzymać, nie wiedząc, co mógłby zrobić. Czuł się jednak tak dobrze mając to drżące ciało blisko siebie, czując to znajome ciepło, ten cudowny zapach. A mimo tego, tyle by dał, żeby zatrzymać to drżenie. Kurt nie przestawał szlochać od czasu do czasu mamrocząc tylko:
- Tak bardzo za nim tęsknię, Blaine… Tak bardzo…

***
Nie rozmawiali dużo o tamtym wieczorze. Puścili go w niepamięć, jak gdyby nigdy się nie wydarzył. Była to jedna z wielu rzeczy, za które Kurt był wdzięczny Blaine'owi – nigdy nie trzeba mu było mówić, żeby o czymś nie wspominał.
Następny dzień przyniósł pewien zgrzyt w ich relacji, Kurt bowiem dostał niespodziewany telefon od Olivera. Kompletnie zapomniał, że nie powiedział mu o wyjeździe, nic dziwnego, że mężczyzna zmartwił się, kiedy chłopak zapadł się pod powierzchnię ziemi. Kurt nie wspominał o Oliverze przy Blainie. Kiedyś przez przypadek się nie upilnował i w jakiejś rozmowie padło jego imię. Szczęka Blaine'a się zacisnęła, oczy zmrużyły, choć wzrok pozostały nieprzenikniony. Gdy Kurt zapytał, co się stało, Blaine odpowiedział cicho:
- Być może to głupie, ale to przez… albo dzięki niemu dowiedziałem się, co robisz. Stąd ta… niechęć.
Kurt zmarszczył brwi nie rozumiejąc.
- Jest dla mnie symbolem tego, kim się stałeś – wyjaśnił Blaine. – A może raczej… Tego, co cię przy tym trzyma. Sam nie jestem dobrym gościem w tej historii, ale mam co do niego złe przeczucia.
Kurt próbował wyjaśnić mu, jak wiele zawdzięcza Oliverowi, ale Blaine nie chciał słuchać. Nie było sensu mu tłumaczyć.
Stąd też telefon od niego nie był do końca miłą niespodzianką.
Blaine momentalnie zorientował się, kto dzwonił i kiedy Kurt wrócił do domku, znalazł chłopaka rozciągniętego na kanapie czytającego jakąś książkę.
- Blaine? – zaczął ostrożnie.
Chłopak ledwo uniósł głowę.
- Hm?
Na chwilę zapadła cisza.
- Wszystko w porządku? – zaryzykował Kurt.
- Dlaczego pytasz?
- Czytasz książkę do góry nogami.
- Och.
Kurt usiadł koło niego unosząc nogi Blaine'a i kładąc je na swoich. Blaine posłał mu pytające spojrzenie.
- Chciałeś tego – wyjaśnił Kurt. - Chciałeś pokazać mi normalne życie i podoba mi się ta część normalności. Bliskość.
Pogładził go delikatnie po nodze.
- Dlatego spytam raz jeszcze. Wszystko w porządku?
Cisza.
- Jesteś zazdrosny? – próbował dalej Kurt.
Blaine w końcu potrząsnął głową.
- Nie… Chyba nie do końca.
- Więc o co chodzi?
Blaine opuścił nogi i usiadł prosto, dłonie kładąc sobie na kolanach. Przez chwilę zbierał myśli.
- Po prostu… Jesteśmy tu tylko pięć dni, ale… Zauważyłeś jak bardzo się zmieniłeś? Jak odżyłeś? Jakbyś wyrzucił tę część siebie, która była zepsuta zaczynając hodować nową. A teraz dzwoni ON… I sam nie wiem…
-…boisz się, że wszystko zepsuje?
- Tak.
Kurt przez chwilę nie wiedział jak odpowiedzieć. W końcu jednak przysunął się bliżej Blaine'a, wziął go za rękę i zamknął oczy.
- Blaine – zaczął. – Te dni z tobą zmieniły bardzo dużo. Nawet nie wyobrażałem sobie, że mogą zmienić aż tyle. Poczułem się zupełnie tak… Jakbym znowu coś znaczył, wiesz? Jakby w końcu ktoś chciał mnie nie dla mojego ciała, nie dla seksu. Po prostu dla mnie.
- Przecież znaczysz, Kurt – wyszeptał Blaine.
- Nie, nieprawda – odpowiedział uśmiechając się słabo. – Chodzi o to, że… Mogło zmienić się dużo. Ale nikt nie zmieni wszystkiego. Kilka dni z bajki nie naprawi mi całego życia. Dlatego właśnie Roxanne wciąż czeka w progu. Bo doskonale wie, że wyjdę stąd z tą samą dziurą w sercu, w którą ona będzie mogła się wśliznąć. Być może ta dziura będzie mniejsza. Ale wciąż będzie.
Blaine obrócił jego twarz ku sobie.
- Przecież to może być twoje życie! Nie musisz wracać…
Kurt pokręcił głową ze łzami w oczach.
- Nie, Blaine. Nie jestem gotowy. Może kiedyś, kiedyś, za wiele lat, kiedy moje ciało nie będzie się już do niczego nadawało… Ale nie teraz.
Kurt skłamał. Nie sądził, żeby kiedykolwiek udało mu się naprawić swoje życie. Ale to było dobre kłamstwo. Pełne nadziei. Pogłaskał Blaine'a po policzku. Jednak wiedział, że ta czułość nie różni się niczym od dzieci bawiących się w dom. To miejsce było ich własną Nibylandią i Kurt przez te ostatnie dni, nie miał zamiaru dorastać. Blaine zamknął na moment oczy.
- Mogę cię pocałować? – zapytał nagle.
Odpowiedź na to pytanie zabrała Kurtowi nieco więcej czasu niż dwukrotne uderzenie serca. Dużo dłużej niż kilka mrugnięć powiekami i tylko nieco więcej sekund niż ruch drżącej dłoni. A jednocześnie wszystko działo się wystarczająco szybko, by można było powiedzieć, że nie było żadnego wahania. Kurt zamknął wolno powieki czując oddech Blaine'a na swoich policzkach.
- Tak – wyszeptał w to okalające go ciepło i już po chwili poczuł wargi Blaine'a na swoich. Pocałowali się tak niezręcznie, jakby to był ich pierwszy pocałunek, jakby obydwaj znaleźli się w rzeczywistości, w której nigdy się nie spotkali. Pocałunek był bardzo subtelny, obyło się bez szaleńczych ruchów języków, jęków i poprzygryzanych warg. Pocałunek ten miał niewiele wspólnego z pożądaniem.
Jakby Roxanne faktycznie odeszła.
- Dziękuję – wyszeptał Kurt odsuwając się.
Blaine przytrzymał jeszcze jego twarz przy swojej.
- Za co?
Kurt roześmiał się cicho.
- Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułem się bardziej Kurtem. – Powiedział powoli. - Jakby Roxanne została gdzieś na zewnątrz.
Blaine wtulił się w jego klatkę piersiową.
- Ale wciąż czeka w progu, prawda?
- Tak.
Kurt gładził go przez chwilę po włosach, uśmiechając się delikatnie, kiedy ciemne loczki prześlizgiwały mu się między palcami.
- Przepraszam – powiedział cicho. – Miałeś pokazać mi nowy świat, a ja tak smędzę…
Kąciki ust Blaine'a powędrowały w górę.
- Hej, kto powiedział, że nowy świat musi być zawsze wesoły? – Wyślizgnął się z objęć Kurta i podał mu rękę. -…co nie znaczy, że nie może.
- Gdzie idziemy?
- Zobaczysz.
Wyszli na korytarz. Blaine zapalił światło i zabrał się za zwijanie dywanu z podłogi. Kurt zmarszczył brwi nie rozumiejąc. W końcu jego oczom ukazała się niewielka klapa w podłodze.
- Co tam jest? – zapytał.
Blaine sięgnął po wiszący na ścianie klucz i otworzył klapę uśmiechając się zawadiacko.
- Zobaczysz. Weź latarkę, jest w pierwszej szufladzie komody.
Kurt posłusznie spełnił jego polecenie. Po odchyleniu klapy okazało się, że w dół można zejść po szczeblach niewielkiej drabinki. Blaine stanął ostrożnie na pierwszym z nich.
- Zapal latarkę i chodź za mną.
Kurt skinął głową.
Szczebelków nie było dużo, już po chwili zeskoczyli na ziemię. Kurt poświecił latarką rozglądając się z ciekawością. Uśmiechnął się.
- Początkowo miało to służyć za schron… - wyjaśnił Blaine. - Ktoś jednak pomyślał, że można być bardziej praktycznym.
Niewielka piwniczka była bowiem miejscem, w którym składowano wino.

***
- Masz kaca?
Kolejny poranek był nieco zbyt jasny dla Kurta. I trochę wirował przed jego oczami. Prędzej jednak położyłby się nago na drodze niż przyznał to przed Blainem. Uniósł brwi i oparł się na łokciu.
- Zaufaj mi, potrzeba dużo więcej niż wina, żebym cokolwiek poczuł.
Jego żołądek miał widocznie odmienne zdanie, ale zignorował go. Blaine oparł się plecami o blat kuchenny i upił łyka kawy.
- Serio? Nic cię nie ruszyło? Żadnego bólu głowy? Dziur w pamięci? Nic?
- Nic.
- Mhm. Czyli po prostu wcześniej nie zauważyłem, że zieleń to twój naturalny kolor. Starzeję się.
Kurt miał ochotę dać mu jakąś ciętą ripostę, ale w tym momencie jego żołądek przejął kontrolę nad resztą ciała. Jakimś cudem zerwał się na równe nogi i wbiegł do łazienki pochylając się nad muszlą. Zwymiotował. Ramiona Blaine'a otoczyły go, troskliwie przytrzymując. Nie mógł jednak powstrzymać się od chichotu:
- Kurt, jesteś w ciąży?
- Zamknij się – jęknął Kurt znów pochylając się nad muszlą. – Musiałem czymś się zatruć… Wszystko twoja wina.
Blaine złożył mu ciepły pocałunek na karku i kojąco potarł mu dłonią plecy.
- Przepraszam. Lepiej będzie jak się zamknę.
Przez chwilę żaden z nich nic nie mówił. W końcu Kurt otarł usta papierem toaletowym. Zamknął oczy, z których pociekło mu kilka kompletnie niezwiązanych z uczuciami łez i wziął kilka głębokich oddechów.
- Okej, chyba ju…
Znów pochylił się nad muszlą. Blaine po raz pierwszy poczuł niepokój.
- Może powinienem zadzwonić po lekarza? – zapytał.
Kurt skorzystał z tego, że na chwili przestał wymiotować i wydusił:
- Nie… Przejdzie mi. I proszę, zostaw mnie samego. Nie chcę, żebyś mnie takiego widział. Jestem obrzydliwy.
Blaine wywrócił oczami i odgarnął kilka włosów ze spoconego czoła Kurta, po czym pocałował je lekko.
- Jestem ojcem kilkuletniej dziewczynki. Myślisz, że widok wymiotującej osoby wciąż robi na mnie wrażenie?
Kurt nie odpowiedział. Zamknął oczy i oparł się głową o klatkę piersiową Blaine'a. Blaine uniósł go delikatnie, tak, że chłopak siedział teraz na jego kolanach. Siedzieli tak przez chwilę na zimnej podłodze łazienki, Blaine oparty policzkiem o czubek głowy Kurta i słuchający jego powoli zwalniającego oddechu, podczas gdy ten powoli zapadał w sen. Blaine gładził go po ramieniu, dopóki nie uzyskał pewności, że chłopak zasnął, po czym delikatnie przeniósł go do łóżka. Po namyśle, wrócił się do łazienki i zabrał ze sobą sporą miednicę.

***
Kurt obudził się dopiero pod wieczór, sen jednak dobrze mu zrobił. Mdłości odeszły, a świat w końcu przestał wirować. Zastanawiał się, gdzie był w tej chwili Blaine. Zanim jednak poszedł go poszukać, uświadomił sobie, że kolejny dzień dobiegał właśnie końca. W poniedziałek będzie już w Nowym Jorku. Magiczny tydzień będzie wspomnieniem. Musiał zająć się paroma sprawami.
Chwycił swoją komórkę, której bateria jakimś cudem wytrzymała cały ten czas i zszedł na dół. Blaine'a nigdzie nie było, pewnie siedział na dworze. Wszedł więc do kuchni i wykonał szybki telefon do agencji ustalając kilka terminów na kolejny tydzień.
Nie zdawał sobie jednak sprawy, że okno w kuchni było otwarte i Blaine słyszał każde jego słowo.
Kiedy zakończył połączenie i wyszedł na zewnątrz, Blaine siedział na ganku. Początkowo Kurt nie zauważył żadnej różnicy w jego zachowaniu. Zaproponował, żeby tym razem, wspólnie zrobili kolację, na co chłopak po prostu skinął głową i poszedł za nim do kuchni, nie odzywając się ani słowem. Trochę czasu zajęło Kurtowi uznanie tego milczenia za dziwne. Być może nieco zbyt dużo czasu.
- Coś taki cichy? – Zapytał krojąc pomidory. – Tobie też niedobrze?
- Można tak powiedzieć – wymamrotał Blaine.
Kurt spojrzał na niego z niepokojem i odłożył nóż.
- Boli cię głowa?
- Nie. Jest w porządku.
- Na pewno?
- Tak.
Chwila ciszy.
- Okej – powiedział z wahaniem Kurt. Podszedł wolno do Blaine'a i objął go w talii. Ku jego zaskoczeniu, chłopak odskoczył jak oparzony.
- Hej, co jest? – zapytał Kurt, być może nieco zraniony.
- Nic – Blaine wolno potarł dłonią oczy. – Mogę tylko… zadać ci jedno pytanie?
Kurt miał wielką ochotę powiedzieć „Nie."
- Pytaj.
Blaine podszedł bliżej. Zagapił się na moment w niebieskie oczy Kurta, w których błyskała teraz niepewność i coś w rodzaju strachu. Przesunął mu dłonią po policzku.
- Znaczę coś dla ciebie? – zapytał.
Kurt objął się ramionami.
- Co masz na myśli?
- Czy traktujesz mnie… nas jako coś więcej? Różnię się dla ciebie czymś od tego chłopaczka, którego przedstawiłeś mi przy kawie, różnię się czymś od Olivera? Powiedz mi.
- Oczywiście, że się różnisz.
- Tylko przez przeszłość prawda?
Kurt zawahał się.
- Tak – przyznał.
- Więc odpowiedz mi na kolejne pytanie.
- Proszę, przestań.
- Nie chcesz, żebym o to zapytał?
- Nie.
- Dlaczego?
- Wszystko zepsujesz. A zależy mi na tym co mamy.
- Skąd liczba mnoga?
- O co ci chodzi? – Nie wytrzymał Kurt. – Co cię tak nagle napadło?
- Och nic, po prostu pomyślałem, że skoro i tak to wszystko nic dla ciebie nie znaczy, to odwiozę się wcześniej, żebyś wyspał się przed pracą w poniedziałek.
Kurt zamilkł. A więc Blaine wiedział. Przez chwilę zastanawiał się jak na to zareagować.
- Zachowujesz się jak dziecko – powiedział w końcu. - Przecież wiedziałeś, że tak będzie. Powiedziałem ci to na samym początku, a ty się zgodziłeś. Wybacz, że nie spełniłem twoich chorych oczekiwań. Jak mnie odwieziesz, możesz spokojnie zacząć casting na kolejnego ojca dla swojego dziecka, ja widać wypadam z gry.
To było niefair. Bo to nie Blaine był winny. Blaine był po prostu zraniony. Ale w złości Kurt tracił cały swój racjonalizm.
- A kiedykolwiek w niej byłeś?
Głos Blaine'a był spokojny. Kurt znał go na tyle, że wiedział, że wypływa to ze złamanego serca. Potrząsnął głową i podszedł do chłopaka gładząc go po policzku.
- Zapomnijmy o tym, dobrze? Mamy jeszcze trochę czasu, nie marnujmy tego.
- Nie mogę – Blaine zamknął oczy.
- Dlaczego?
Blaine uniósł powieki.
- Bo wyszedłeś na zewnątrz i Roxanne skorzystała z okazji. I tylko ją teraz widzę w tobie.
Kurtowi nie drgnął nawet mięsień, choć poczuł się tak jakby dostał w twarz. Jednakże zdradziło go co innego. Po jego policzku spłynęła łza.
- To wciąż ja… To wciąż ja – wyszeptał, jakby desperacko chciał w to uwierzyć.
- Więc udowodnij mi, że wciąż jesteś tą samą osobą! – Wybuchnął Blaine. – Bo Kurt, który przyjechał tu ze mną nie jest tym samym, który stoi przede mną teraz! Potrafisz to zrobić? Potrafisz mi to wszystko wyjaśnić?
- Dlaczego nie umiesz odpuścić, Blaine? Dlaczego zawsze wszystko psujesz?
- Chcę wiedzieć!
- Nie mam pojęcia, kim jestem! – krzyknął Kurt dławiąc się swoimi łzami. – Dlaczego tak ciężko ci to zrozumieć? Moje życie to ciągła próba zrozumienia tego!
- I co? Kiedy pieprzy cię jakaś nieznajoma osoba, odnajdujesz siebie?
- Wiesz kiedy byłem bliski odnalezienia siebie? Kiedy pocałowałeś mnie wtedy na kanapie! Kiedy tańczyłeś ze mną i trzymałeś mnie w ramionach! I być może znalazłbym siebie, gdybyś nie zepsuł tego swoją cholerną histerią!
Nagle obydwaj się uspokoili. Kurt otarł łzy z twarzy starając się nabrać oddechu w płuca. Blaine spojrzał na niego sam niemal płacząc.
- Kochasz mnie? – zapytał łamiącym się głosem.
Kurt odwrócił wzrok, jednak Blaine zmusił go do ponownego spojrzenia sobie w oczy. Nie było w tym nic brutalnego. Wręcz przeciwnie, jego dłonie były delikatniejsze niż kiedykolwiek. Kurt przełknął ślinę. Nie mógł mu spojrzeć w oczy. Zacisnął powieki, po czym wyszeptał:
- Nie.
I było to kolejne pełne nadziei kłamstwo.
Blaine odsunął się i zacisnął powieki. Poszedł na górę nie trzaskając nawet drzwiami. Kurt niemal chciał, żeby to zrobił.

***
Kurt nie płakał, kiedy położył się do łóżka. Nie płakał, kiedy przewracał się z boku na bok, ani kiedy po kilku godzinach zdał sobie sprawę, że sen nie przyjdzie. Wiedział, co musi zrobić. Wstał z łóżka, choć wszystko w nim krzyczało, by tego nie robił.
Bez pukania wszedł do sypialni Blaine'a. Po jego sylwetce poznał, że chłopak również nie śpi, mimo, że leżał nieruchomo, a twarz miał zwróconą do ściany. Musiał go nie zauważyć, bo drgnął dopiero, kiedy poczuł rękę Kurta na ramieniu.
- Już wiem – powiedział cicho.
Blaine spojrzał na niego nie rozumiejąc.
- Co wiesz?
- Jak ci udowodnić. Udowodnić ci, że wciąż jestem Kurtem. Udowodnić sobie.
- Jak?
Kurt położył się obok niego i ku zaskoczeniu Blaine'a, zaczął cicho śpiewać.

Well, I'm lying in my bed
The blanket is warm
This body will never be safe from harm

Jego delikatny głos wzmocnił się nieco, podczas gdy dłoń dotknęła policzka Blaine'a gładząc go w pożegnalnym geście, o czym chłopak nie mógł wiedzieć.

Still feel your hair, black ribbons of coal…

Blaine przerwał mu śpiewając:

Touch my skin to keep me whole…

Ich głosy zbiegły się razem – jeden, nieco zaspany, ciepły jak majowe popołudnie i drugi, kruchy i chłodny jak lód, kiedy przychodzi ocieplenie. Leżąca pozycja ograniczała nieco możliwości i technikę, ale śpiewali coraz głośniej wiedząc, że nikt ich nie usłyszy, a nawet gdyby, nie dbaliby o to:

If only you'd come back to me
If you laid at my side
I wouldn't need no Mojo Pin to keep me satisfied

Kurt zacisnął oczy. Wiedział już, że nie odejdzie. Nie mógł odejść. Blaine kontynuował dalej sam:

Don't wanna weep for you, I don't wanna know
I'm blind and tortured, the white horses flow
The memories fire, the rhythms fall slow

Kurt niemal roześmiał się przez łzy.

Black beauty, I love you so…

Jednakże nie miał siły dalej podjąć piosenki. Pozwolił Blaine'owi na solo, tak jakby znów byli razem w Warblersach, a przed nimi były kolejne zawody. Jednakże on, tak jak wtedy, nalegał by śpiewali dalej razem. I Kurt nie miał siły się z nim kłócić.

Precious, precious silver and gold and pearls in oyster's flesh
Drop down we two to serve and pray to love
Born again from the rhythm screaming down from heaven

Kurt zacisnął powieki, kiedy z jego oczu popłynęły łzy. Dławił się nimi, więc ostatnie linijki, były ledwo zrozumiałe:

Ageless, ageless
I'm there in your arms

Przez chwilę ich oddechy były nieco bardziej przyspieszone niż zwykle. Cały ten czas patrzyli w sobie oczy. Wszystko to wyglądało, jakby dopiero, co skończyli się kochać, a nie śpiewać piosenkę. Tak przynajmniej pomyślał przez chwilę Kurt. Ale może wiele się nie mylił.
- Znalazłem cię, Kurt – powiedział Blaine i otarł kilka łez z twarzy chłopaka. – Znalazłem cię.
To było za dużo dla Kurta.
- Skłamałem – wypalił, zanim zorientował się, co mówi. – Przepraszam…
Blaine przysunął się bliżej jego twarzy.
- Na jaki temat?
- Przecież wiesz.
- Ale chcę, żebyś to powiedział.
- Po co?
- Żeby to stało się realne.
- Nie.
- Proszę.
- Kocham cię.
Blaine nie mógł uwierzyć.
- Kocham cię – płakał Kurt wtulając się w nagie ramiona zszokowanego Blaine'a. – Tak bardzo cię kocham… Nie zostawiaj mnie, proszę, już nigdy więcej…
Blaine nie zapewnił go, że nigdy by tego nie zrobił. Wiedział, tak samo jak Kurt, że przyszłość w ich wypadku była najmniej pewną rzeczą. Ale było coś, co mógł zrobić. Mógł całować go, przytulać, trzymać i płakać w jego włosy, jakby faktycznie spotkali się po raz pierwszy po tylu latach. Jakby w końcu odnalazł swojego Kurta.
Kiedy ubrania opadły podłogę, nie było w tym sprawy Roxanne. Kurt wiedział, że tym razem to on trzyma stery. A przynajmniej tak naiwnie sobie wmawiał. Przesuwał dłońmi po ciepłej skórze Blaine'a i sam jęczał, i zapadał się pod jego dotykiem, jak nigdy wcześniej. Nigdy wcześniej z żadnym mężczyzną. Nigdy w swoim życiu nie był też tak kruchy i wrażliwy. Jakby faktycznie wycięto z niego Roxanne, jakby był to pierwszy raz Kurta. I być może był. Kim jesteśmy, żeby to wiedzieć.
Każdy ruch bioder, każda smuga zostawiona na bladej skórze, każdy dreszcz, uścisk dłoni, każdy krzyk pośród tej cichej nocy, był zbyt wyjątkowy, żeby stała za tym Roxanne. Tego Kurt mógł być pewien. I kilku innych rzeczy.
Nigdy nie pragnął nikogo jak Blaine'a w tamtej chwili.
Nigdy nikogo tak nie kochał.
Dlatego też kiedy było już po wszystkim i zasnęli na moment, zaplątani w swoje ciała, Kurt obudził się nagle pośród tej samej nocy, która znów stała się cicha i niewinna. Wysunął się z objęć Blaine'a i obserwował przez chwilę jego twarz pogrążoną we śnie. Jego nogi wystawały spod kołdry, a gałki oczne pod powiekami poruszały się lekko, podobnie jak czubki palców. Musiał mieć zły sen. Kurt zapatrzył się jeszcze raz na te czarne rzęsy, które wciąż mokre były od łez i wstał z łóżka. Nie zaryzykował ostatniego dotyku, bał się, że może Blaine'a obudzić.
Wrócił do swojej sypialni i chwycił swój telefon. Wybrał z pamięci numer. Osoba po drugiej stronie słuchawki odebrała niemal natychmiast.
- Oliver… - powiedział cicho Kurt. - Mam prośbę…

***
Kiedy Blaine obudził się następnego ranka, jego serce podskoczyło radośnie. Nie wątpił, że wczorajsza noc była prawdziwa. Nawet jego sny nie były tak piękne, to nie mógł być wytwór jego wyobraźni. Wciąż nie otwierając oczu, leniwie uniósł rękę, żeby pogładzić włosy Kurta i zastanawiał się, co mu powiedzieć, żeby nie zabrzmiało to jak z taniego romansidła. Jego dłoń trafiła jednak na pustkę. Blaine początkowo był zbyt zaspany, żeby zrozumieć, co to oznacza. Wolno uniósł powieki. Łóżko po jego prawej stronie było puste. Nie panikował jednak. Może Kurt po prostu zszedł do łazienki. Jednakże nie było go tam. Ściślej mówiąc, nie było go też w żadnym innym pomieszczeniu. Dom był pusty i cichy.
Po Kurcie nie było ani śladu.

***
Kurt nie zostawił Blaine'owi żadnej wiadomości. Bo co miał tam napisać? „Przepraszam"? „Kocham cię"? „Powodzenia"? Co by to zmieniło? Bezpieczniej było odpuścić. Zrobić to, czego Kurt tak bardzo potrzebował, kiedy zrywali. Sprawić, żeby Blaine pomyślał, że wszystko, co Kurt powiedział poprzedniej nocy było kłamstwem. Żeby go znienawidził. Żeby zapomniał.
Żeby nie żałował.
Kurt spodziewał się, że Oliver przyśle po niego jakiegoś szofera, jednakże przyjechał osobiście. O nic nie pytał. Nie naciskał. Kiedy Kurt rozpłakał się w samochodzie, po prostu zatrzymał się na moment i ścisnął go za rękę. W końcu Kurt zasnął, kołysany przez monotonny stukot kół na drodze. Obudził się dopiero dwie godziny później. Gardło miał wysuszone, oczy wciąż zmęczone płaczem. Przekręcił ostrożnie głowę i przypatrywał się przez moment Oliverowi. Coś go zaniepokoiło. Mężczyzna był bardzo blady, a pod oczami miał cienie, jakby nie spał od kilku dni. Widać było, że dużo wysiłku kosztuje go uniesienie powiek.
- Oliver… Dobrze się czujesz? – zapytał z rosnącą troską.
Mężczyzna uśmiechnął się bardzo słabo, niemal anemicznie.
- Wszystko pod kontrolą.
Kurt uniósł brwi.
- Na pewno? Może ja poprowadzę?
Oliver nie odpowiedział. Opadły mu na moment powieki.
- Myślę, że nie powinieneś… - Kurt potrząsnął jego ramieniem, ale mężczyzna nie otworzył oczu. Poczuł panikę. - Oliver? Oliver!
Jego krzyk utonął w odgłosie tępego uderzenia i gniecionej blachy, kiedy Oliver stracił panowanie nad kierownicą.